Jak SB Prymasa Tysiąclecia aresztowało

Był późny, piątkowy wieczór 25 września 1953 r. gdy do bramy Domu Arcybiskupów Warszawskich przy ul. Miodowej zapukali smutni "panowie w ceratach". W internowaniu Prymas Wyszyński spędził 3 lata pomiędzy 25 września 1953 a 28 października 1956.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Decyzja o uwięzieniu Prymasa Polski zapadła dzień wcześniej na posiedzeniu PRL-owskiego rządu. Prezydium rządu wydało uchwałę “O środkach zapobiegających dalszemu nadużywaniu funkcji pełnionych przez ks. arcybiskupa Stefana Wyszyńskiego”. Zawierała ona decyzję, że Prymas ma opuścić Warszawę i zamieszkać w wyznaczonym klasztorze bez prawa jego opuszczania aż do nowego zarządzenia władz.

Akcją aresztowania Prymasa kierował płk Karol Więckowski, dyrektor Departamentu XI Ministerstwa Bezpieczeństwa Narodowego, wzięło w niej udział 50 funkcjonariuszy SB. Wbrew planom, akcja rozpoczęła się po godzinie 21.45, gdyż dopiero wówczas kard. Wyszyński wyszedł z kościoła akademickiego św. Anny i dotarł na ul. Miodową około godziny 22.

Prymas szczegółowo ją zrelacjonował w swoich osobistych notatkach opublikowanych potem jako “Zapiski więzienne”. 

 

“Ci panowie chcieli strzelać”

“Usłyszałem kroki skierowane do mego mieszkania. Przyszedł ksiądz Goździewicz. Melduje, że jacyś panowie przyszli z listem od ministra Bidy do biskupa Baraniaka i proszą o otwarcie bramy. Wyraziłem zdziwienie: „O tej porze? Tknięty przeczuciem, wstałem i ubrałem się. Istotnie, w bramie stało kilka osób i mocno szturmowało klamkę.” – notował kard. Wyszyński.

Zszedł na dół, gdzie już funkcjonariusze prowadzili biskupa Baraniaka. Kazał otworzyć im bramę domu. 

– Ci panowie chcieli strzelać – mówi biskup Baraniak.

– Szkoda. Wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu – mówi Prymas.

W pewnym momencie pies Baca, zamieszkujący w Domu Arcybiskupów, rzuca się na jednego z funkcjonariuszy i rani go w nogę. – Jest zdrowy! – zapewnia rannego Prymas i jednocześnie prosi posługującą siostrę o jodynę do opatrzenia rany. 

 

Czytałem, ale nie przyjmuję do wiadomości

Wszyscy przechodzą do Sali Papieży. “Jeden z przybyłych wystąpił oficjalnie z wymówką, że Władzy państwowej nie otwiera się drzwi. Wyjaśniłem – pisze prymas – że dotąd jeszcze nie wiem, czy mam przed sobą przedstawicieli władzy, czy napad. Żyjemy tu na pustkowiu, wśród ruin i gruzów, i dlatego w nocy nikogo nie wpuszczamy. Tym bardziej, że ci panowie „w bramie” zaczęli od kłamstwa. Wreszcie wszystko się wyjaśniło. Jeden z panów zdjął palto, wyjął z teki list i otworzywszy – podał papier, zawierający decyzję Rządu z dnia wczorajszego. Mocą tej decyzji mam natychmiast być usunięty z miasta. (…) Prosił, bym to przyjął do wiadomości i podpisał. Oświadczyłem, że do wiadomości tego przyjąć nie mogę, gdyż w decyzji nie widzę podstaw prawnych”. Prymas jednak zgadza się napisać na dokumencie, że go czytał, ale zaznacza, że domu dobrowolnie nie opuści. 

Funkcjonariusze wydają polecenie, aby spakował osobiste rzeczy. Kardynał odmawia. Funkcjonariusze zaczynają się denerwować. Namawiają posługującą tu siostrę, by ona przekonała Prymasa do spakowania. Ten jej odpowiada: Siostro, nic nie zabieram. Ubogi przyszedłem do tego domu i ubogi stąd wyjdę. Siostra składała ślub ubóstwa i wie, co on znaczy.

 

Ostatnie spojrzenie na Matkę

Zamiast się pakować Prymas idzie do pracowni, gdzie porządkuje książki. Wreszcie jeden z panów proponuje, by przeszli do gabinetu przyjęć. Przechodzą na drugą stronę domu. Tam kardynał porządkuje dokumenty, podpisuje nowe, które mu wcześniej zostawiono. Po skończeniu pracy bierze różaniec i brewiarz i – meldując to pilnującym go osobnikom – przechodzi do kaplicy, by “spojrzeć na tabernakulum i moją Matkę Bożą w witrażu”.

Podają mu kapelusz i płaszcz. Ponownie protestując przeciwko uprowadzeniu go – kardynał schodzi z funkcjonariuszami do samochodu. 

Pomimo późnej pory Prymas dokładnie śledzi trasę przejazdu samochodów wiozących go w nieznanym kierunku. Zwraca uwagę, jakim mostem przejeżdżają przez Wisłę, jakie po wyjeździe z Warszawy mijają miejscowości. Czuwa. 

“Widniało, gdy zatrzymaliśmy się na północnym przedmieściu Grudziądza – notuje Prymas. Po krótkim postoju zawróciliśmy w kierunku Jabłonowa. Ludzie dążyli do pracy. Przyjechaliśmy z powrotem do Rywałdu. Było to miejsce mojego przeznaczenia. Wjechaliśmy w puste podwórze gospodarcze klasztoru Ojców Kapucynów. Dość długo czekałem w wozie, zanim „pan w ceracie” zaprosił mnie do wnętrza brzydkiego budynku. Wprowadzono mnie do pokoju na pierwszym piętrze. Oświadczono mi, że to jest miejsce mego pobytu, że nie należy wyglądać oknem. 

Właśnie wtedy, na ręce rozmawiającego z nim funkcjonariusza, kard. Wyszyński, składa ostatni tego dnia protest.

 

Protestuję!

“Protestuję – mówi funkcjonariuszowi kardynał – przeciwko gwałtowi, przeciwko sposobom postępowania z obywatelem, którego państwo mogło dosięgnąć w inny sposób, zgodny z Konstytucją. Protestuję przeciwko uniemożliwieniu mi sprawowania rządów nad diecezjami gnieźnieńską i warszawską. Protestuję przeciwko pogwałceniu jurysdykcji Stolicy świętej, którą wykonywałem na mocy uprawnień specjalnych. Oświadczam, że czyn dokonany przez Rząd jest bardzo szkodliwy dla Rządu, gdyż spowoduje ataki radia i prasy zagranicznej. Protestuję przeciwko zakazowi spoglądania przez okno.”

Gdy trafia do wyznaczonej mu celi spostrzega “pierwszy przyjazny głos” – obrazek z Matką Bożą i napisem “Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych”. 

 

Dzieje się coś właściwego

W tym momencie w swoich notatkach kardynał przestaje relacjonować bieżące zdarzenia, wymiany zdań, atmosferę. Zanurza się w duchowej refleksji nad swoją sytuacją. Notuje:

“Przecież stało się to, czym tyle razy mi grożono: cierpieć zniewagę dla Imienia Jezusa. Lękałem się, że już nie będę miał udziału w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia. Większość z nich oddała tam swe życie; kilku wróciło w stanie inwalidztwa, jeden umarł po odbyciu więzienia polskiego. Byłoby coś niedojrzałego w tym, gdybym ja nie zaznał więzienia. Dzieje się więc coś bardzo właściwego; nie mogę mieć żalu do nikogo. Chrystus nazwał Judasza „przyjacielem”. Nie mogę mieć żalu do tych panów, którzy mnie otaczają i byli dla mnie dość grzeczni. Oni mi przecież pomagają do dzieła, którego nieuchronność od dawna była oczywista dla wszystkich. Muszę doceniać to, co mnie od tych ludzi spotyka” – tymi słowami Prymas kończy swoje notatki z dnia uwięzienia. 

 

Nie wyrzekłbym się tych lat

W internowaniu spędził 3 lata pomiędzy 25 września 1953 – 28 października 1956, najpierw przebywając 2 tygodnie w Rywałdzie, potem rok w Stoczku Klasztornym, rok w Prudniku i rok w Komańczy. W tym czasie przygotował Jasnogórskie Śluby Narodu oraz dziewięcioletni program Wielkiej Nowenny przed obchodami Milenium Chrztu Polski.

Na miesiąc przed uwolnieniem, gdy wiedział już że jego uwolnienie jest już tylko kwestią czasu, Prymas zanotował w swoim dzienniku „Pro memoria”: „Nigdy nie wyrzekłbym się tych trzech lat i takich trzech lat z curiculum mego życia. Jednak lepiej, że upłynęły one w więzieniu, niżby miały upłynąć na Miodowej. Lepiej dla chwały Bożej, dla pozycji Kościoła Powszechnego w świecie – jako stróża prawdy i wolności sumień; lepiej dla Kościoła w Polsce i lepiej dla pozycji mojego Narodu; lepiej dla moich diecezji i dla wzmocnienia postawy duchowieństwa. A już na pewno lepiej dla dobra mej duszy. Ten wniosek zamykam dziś, w godzinie mego aresztowania, swoim Te Deum i Magnificat”.

***

Na podstawie materiałów prasowych Archidiecezji Warszawskiej oraz “Zapisków Więziennych”, wyd. Apostolicum 1995. 

 


Pierwsza data publikacji artykułu: 25.09.2019

 

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor, w latach 2018-20 odpowiedzialna za sekcję news w Stacji7. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
KARD. STEFAN WYSZYŃSKI

Oczami Prymasa Wyszyńskiego. Torebka i lusterko Steni

Jak powinno wyglądać wnętrze damskiej torebki? Makijaż - tak czy nie? Włosy - naturalne czy farbowane? Kobieta ładna, czyli jaka? Okazuje się, że Prymas Wyszyński doskonale znał odpowiedzi na każde z tych pytań, o czym dowiadujemy się ze wspomnień Stanisławy Nowickiej z Instytutu Prymasa Wyszyńskiego.

Polub nas na Facebooku!


Stanisława Nowicka – jedna z córek duchowych Prymasa Stefana Wyszyńskiego, kobiet, które wzrastały w jego bliskości i tworzyły tzw. “Ósemki”, dzisiejszy Instytut Prymasa Wyszyńskiego.


 

Moje spotkanie z Księdzem Prymasem wypadło w bardzo ważnym okresie mojego życia, bo był to okres dorastania. Ja miałam siedemnaście lat, właściwie wszystko było dla mnie nowe, bo po prostu zaczął się nowy etap mojego życia. Kiedy znalazłam się w „Ósemce”, zaczęła się moja formacja. Niewątpliwie była to formacja duchowa, bo zastanawiałam się czy Pan Bóg w moim życiu zaistniał i kiedy poznałam księdza Prymasa i „Ósemkę”, to wiedziałam, że Pan Bóg istnieje, ale ja muszę Go zaprosić. Zaprosiłam więc Pana Boga w moje życie, i przyglądałam się jak to moje życie ma wyglądać. 

 

Prymas-esteta

Właściwie to życie ustawicznie pokazywał mi Ksiądz Prymas. Był wielkim estetą i bardzo mu zależało, żebyśmy były skromnymi kobietami, ale żebyśmy były zawsze eleganckie, więc zachęcał byśmy dbały o uczesanie, ubranie, wygląd. To nie było tak, że coś nam dyktował, ale widać było w różnych wypowiedziach, a nawet w różnych wierszykach, które też pisał, że zwracał uwagę na to jak siedzimy przy stole, jakie przyjmujemy postawy. W pierwszym domu naszej wspólnoty musiały być bardzo porządne nakrycia, musiał być obrus, wszystko na pewnym, określonym poziomie. Żeby to było środowisko, w którym panuje przede wszystkim wielki ład. Prymas zaglądał zwykle do kuchni po obiedzie, żeby powiedzieć „dziękuję, obiad był dobry”. Zaglądając tak zauważył, że siostry na Miodowej, po skończonym obiedzie miały w kuchni idealny porządek, a u nas tego nie było. Czytając więc wierszyki lub słuchając kazań wiedziałyśmy dokładnie co mamy robić − że dobrze jest dbać o idealny porządek cały czas.

 

Harmonia, czyli porządek w torebce

Pamiętam kazanie o damskiej torebce. Ojciec mówił, że trzeba co jakiś czas zrobić tam porządek, wyrzucić bilety z całego miesiąca, albo może i z całego roku. Zobaczyć co jeszcze niepotrzebnego zostało, może jakieś śmieci przerzucone, stare zapiski, które nikomu do niczego nie służą.

Ja akurat miałam w swojej torebce porządek, bo lubiłam torebki z przegródkami, więc miałam wszystko uporządkowane, biletów nie przechowywałam, więc nie czułam się dotknięta tą informacją o torebce. Było mi z tym dobrze. Ale nauka o porządku była bardzo ważna dla naszego życia. 

 

 

Włosy. Naturalne, czy farbowane?

Prymas dawał nam często bardzo konkretne rady i wskazówki na temat naszego wyglądu, a my bardzo liczyłyśmy się z jego zdaniem. Miałam jedno bardzo wzruszające spotkanie z Księdzem Prymasem. Jako dorosła osoba zaczęłam siwieć bardzo wcześnie, już w wieku dwudziestu lat, więc mówiono mi: „trzeba farbować”. Wtedy już różne farby wprowadzono u nas i były dostępne. Ksiądz Prymas nie lubił, gdy kobiety farbowały włosy, pamiętałam jak opowiadał nam jakąś historyjkę o rudych – farbowanych włosach, widziałam, że trochę prześmiewa te farbowane włosy. A ja właśnie namówiona przez różne osoby, poszłam do fryzjera je zafarbować. Kiedy ten nałożył mi farbę, zobaczyłam w lustrze, że z jasnej blondynki moje włosy zrobiły się zupełnie czarne. W ogóle swojej twarzy nie mogłam znaleźć, więc bardzo zdenerwowana, mówię do fryzjera: „Co pan mi zrobił?”. On mówi: „To farba, ja nie wiedziałem, włosy różnie przyjmują tą farbę, zaraz poprawimy to jakoś.” Zdenerwowana stwierdziłam wtedy, że dziękuję, wychodzę stąd. Wyszłam od fryzjera kompletnie sfrustrowana.

Nagle sobie przypomniałam, że mam przy sobie dziesięć dolarów. Pomyślałam, że pójdę do Pewexu i kupię sobie perukę. Dziesięć dolarów podarował mi ks. Okoński, ponieważ z nim współpracowałam z młodzieżą. On przyjeżdżał z Londynu z grupą młodzieży i ofiarował mi dziesięć dolarów. Poszłam więc do Pewexu kupić perukę. Wybierałam, wybierałam… były różne: za półtora dolara, za dwa dolary, ale moją uwagę zwróciła peruka na głowie pewnej pani, która ją przymierzała. Zobaczyłam, że to jest mój kolor włosów i też mój fason fryzury, więc bym chciała tę perukę. Ta pani ją przymierzała, jednak gdy dowiedziała, że kosztuje dziesięć dolarów podziękowała, a ja właśnie miałam dokładnie dziesięć dolarów. Wzięłam więc szybko perukę, mimo, że była wtedy naprawdę droga. Pracowałam, ale nie miałam dużo pieniędzy. 

W szkole uczennice powiedziały: „nasza stara ma ładną fryzurę”, nie zauważyły, że to jest peruka. Pomyślałam więc: nie jest źle. Przyszłam na spotkanie naszej wspólnoty. Był akurat dzień skupienia. Wszystkie dziewczyny też zauważyły: ojej tak się zmieniłaś, jakoś ładniej wyglądasz. Po tych słowach zrobiło mi się strasznie głupio, więc najpierw powiedziałam o tym Marysi, że mam perukę. Ona mówi: „Aaa, wiesz, nie przejmuj się tym”. 

Czułam się jednak nie w porządku wobec Ojca, zapytałam więc: czy mogę do Ojca na chwilę? Mam taką pilną sprawę. Ojciec mnie zaprosił. Przychodzę. Ojciec oczywiście zawsze wstawał, siedział w fotelu więc wstał na moje wejście i tak czeka, z czym ja przychodzę? Ja mówię: „Ojcze, chciałam powiedzieć, tak mi jest głupio strasznie, ale chcę być w prawdzie… ja mam perukę”. Ojciec wstrzymał śmiech, ale czułam, że pęka od śmiechu, podszedł do mnie, wziął za grzywkę (bo ta peruka miała grzywkę) i tak delikatnie odsunął, zobaczył tą czerń pod spodem, naciągnął szybko i mówi: „Noś to”. Ja mówię „No, ale to jest peruka, a Ojciec o tych perukach tak mówił…”. Ojciec mówi: „Noś, bo ładnie wygląda”. Chociaż peruki prześmiewał.

 

Strój w każdym człowieku coś wywołuje

Ojciec nie zwracał nam nigdy uwagi, tylko posługiwał się przykładami. Nie komentował, tylko się dziwił. Był wrażliwy na dobór kolorów. Bardzo lubił kolor zielony. Lubił też, kiedy kolory były dobrze dobrane, pasujące do siebie, czasem, gdy zauważył jakąś ładną kompozycję, to zwracał uwagę jak to wszystko się dopasowało. Widać było, że jest z tego zadowolony.

Dla Ojca bardzo ważna była estetyka. Myślę, że także cechą kobiecości jest estetyka. Ojciec podkreślał, że kobieta jest odpowiedzialna za to, jak jej wygląd jest odbierany przez innych. Kiedy wchodziła taka “skąpa” moda, dla Ojca było to bardzo trudne. Obserwował to i podkreślał: „Czy te kobiety nie zdają sobie z tego sprawy jak to jest niebezpieczne dla nich samych? Że budzą takim strojem pożądanie w mężczyznach”. Podkreślał, że kobieta powinna brać odpowiedzialność za to, co budzi w drugim człowieku. Ta moda mini, była dla niego po prostu zasmucająca. Bardzo się tym martwił, że dziewczęta nie zwracają na to uwagi, że już dorosłe kobiety także przyjmują taką modę, było to dla niego przykre.

 

fot. Archiwum Instytut Prymasa Wyszyńskiego

 

Piękno naturalne kontra makijaż

Ojciec zwracał uwagę, że nawet jeśli kobieta chce podkreślić swoje rysy makijażem, to musi mieć w tym jakąś harmonię i umiar. Nie może być tych jaskrawych barw, które odrzucają. Kobieta ma w siebie wpisane piękno. To piękno wynika z jej powołania, które otrzymała od Pana Boga. Ja np. obserwowałam kobiety brzemienne, bo pracowałam w Poradni Życia Rodzinnego, więc miałam trochę do czynienia z małżeństwami, z rodzinami, i potrafiłam rozpoznać po wyglądzie kobiety, że jest brzemienna. Kobieta posiada wtedy charakterystyczne rysy. Jakieś takie niezwykłe piękno. Kobieta emanuje wtedy tym pięknem. Jeżeli ona naprawdę wsłucha się w swoje macierzyństwo, od samego początku otacza dziecko tym, co w niej jest najpiękniejsze. Od strony przeżywania miłości do dziecka, troski o dziecko, takiego ciepła, które chce dziecku dawać. To służy też w relacjach małżeńskich – mężczyzna może nieustannie odkrywać jej piękno. Ona ma zniekształconą np. figurę, ale to mu nie przeszkadza.

 

Ładna dziewczyna, czyli jaka?

Ksiądz Prymas widział to przede wszystkim w zachowaniu, w panowaniu nad emocjami, w reagowaniu na świat, w przekazie siebie − niektóre kobiety bardzo negatywnie przekazują siebie. Zwracał uwagę, że w kobietę jest wpisane piękno, które ciągle musi zwracać uwagę otoczenia, w sensie pozytywnym – aby budować, a nie niszczyć.

Kiedyś wytłumaczył nam to na podstawie słowa “ładna”. W tym słowie jest rdzeń, który oznacza ład. Ład w sposobie bycia, w zachowaniu, w wyglądzie, w ubraniu, w ruchach. We wszystkim co się składa na jej osobę. W harmonii wewnętrznej, która przejawia się w tym, że kobieta wnosi pokój, że jest ciepła, serdeczna, miła. To wszystko jest w kobietę wpisane, każdą. Tylko nie wszystkie kobiety na to zwracają uwagę. W pewnym sensie może nawet podkreśla to duchowość kobiety. Jeżeli jest taki ład w sposobie bycia, w zachowaniu, we wprowadzaniu pokoju i ładu wszędzie wokół siebie, to na pewno to jest przyjemnie przyjmowane przez innych.

 

fot. Archiwum Instytutu Prymasa Wyszyńskiego

 

Kiedy do twojego pokoju wchodzi kobieta – wstań

Ksiądz Prymas miał wielki szacunek dla każdego człowieka. Szczególnie dla kobiety. Poza tym, rzeczywiście był niezwykle wrażliwy na taką elegancję wobec kobiet. Powtarzał ciągle, że jak do pomieszczenia wchodzi kobieta, należy wstać. Ja doświadczałam tego przy każdej okazji – zawsze na wejście potrafił wstawać. Myślę, że on to wyniósł z domu, bo w tamtych czasach był wielki szacunek dla kobiet. Ten szacunek wyrażał się np. przy powitaniach. Był zwyczaj całowania w rękę, z takim pewnym dystansem. I też widział w kobiecie taką mądrość, potrafił ją w kobiecie odczytywać. Bardzo podobały mu się kobiety myślące, twórcze. I nawet kiedy mówił o tym, że kobieta powinna być w domu bardziej, to jednak podkreślał, że są też kobiety, które mają inne zadania, że są potrzebne takie, które mogą tworzyć niezwykłe dzieła, których nie tworzą mężczyźni.

 

Idź i kochaj

Ksiądz Prymas zwrócił uwagę na jedną rzecz w moim powołaniu. Kiedy skończyłam edukację i zaczynałam pracę w szkole i poradni rodzinnej, do jednej i drugiej pracy nie czułam się przygotowana. Poprosiłam Ojca o błogosławieństwo. Wtedy Ojciec powiedział mi: „Po prostu idź i kochaj” i to był cały program, który mi dał.

Ta jego troska była obecna w każdej sytuacji w moim życiu. Ksiądz Prymas dowiedział się o tym, że przebywam w szpitalu po operacji, napisał mi liścik – taki ciepły serdeczny, pobłogosławił mnie. I przysłał mi paczuszkę. W tej paczuszce były słodycze, była kopertka z jakimś groszem i lusterko. Ja byłam już po operacji, leżąca. Rozpakowuję tę paczuszkę na sali i wyciągam to lusterko – małe, okrągłe lustereczko z kiosku. Oglądałam je, a sąsiadka, która obok mnie była, mówi: „Ojej, ale co to za lusterko?”. Po drugiej stronie przeczytała napis… tam było napisane: „Kocham Cię”. Cała sala się śmiała, że to jakiś luby mi przysłał. Ja nie powiedziałam oczywiście od kogo mam to lusterko, ale wszyscy bardzo się tym ubawili, że do szpitala w takim momencie, kiedy leży człowiek taki schorowany, dostaje lusterko, a po drugiej stronie jest taka treść. 

To lusterko było dla mnie wezwaniem: popatrz w lusterko jak wyglądasz, no i teraz stań w nowej sytuacji. Dlatego, że jestem potrzebna. To było dla mnie wezwanie “zbieraj się kobieto!”. Czeka na ciebie praca, a ty tam leżysz i tracisz czas. A ktoś mnie potrzebuje, bo mnie kocha. To było dla mnie bardzo takie wzruszające, że dostałam taki prezent od Ojca.

Kobieta naprawdę ma zdolność kochania i to jest w nią wpisane, bo to wynika z jej macierzyńskiej misji macierzyńskiej. Miłość wyzwala w kobiecie piękno, ale miłość jest wymagająca i prawdziwa miłość musi być naprawdę darem dla drugiej osoby. Tylko wtedy to człowieka mobilizuje, żeby to swoje piękno wydobywać.

 

Na podstawie rozmowy Stanisławy Nowickiej z Małgorzatą Bartas-Witan

 

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Copy link
Powered by Social Snap