Syracydes nauczyciel, podróżnik, bywalec uczt

Z dr Andrzejem Mrozkiem, badaczem kultur starożytnego Bliskiego Wschodu, rozmawiają Anna Dąbrowska i Sławomir Rusin

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >
Anna Dąbrowska
Anna
Dąbrowska
zobacz artykuly tego autora >

Najczęściej analizuje się wątki teologiczne Księgi Syracydesa, np. dotyczące mądrości czy bojaźni Bożej, tymczasem zawiera ona wiele pouczeń odnoszących się do codzien­nego życia. Na ile słowa tej księgi opisują świat, w którym żył autor?

Sprawa jest o tyle skomplikowana, że dziś trudno jest oddzielić to, co znajdowało się w oryginalnym tekście napisanym przez Jeszuę ben Syracha po hebrajsku, od póź­niejszych uzupełnień i redakcji. Pierwszych poważnych zmian dokonał już wnuk au­tora podczas tłumaczenia księgi na język grecki. Już w Prologu wspomina o trudnoś­ciach ze znalezieniem właściwych słów dla hebrajskich wyrażeń i terminów. Diaspora żydowska w Aleksandrii, dla której tworzył to tłumaczenie, nie znała już ani języka he­brajskiego, ani wielu żydowskich obyczajów. Starał się więc przekazać tekst odwołując się do rzeczywistości, w której ta wspólnota żyła, i wprowadzał elementy typowe dla kultury greckiej.

Na podstawie pozabiblijnych źródeł mo­żemy sobie wyobrazić świat, w którym żył Syracydes. Czy kiedy pisze: wiele widziałem podczas mych podróży, więcej niż mogą objąć moje słowa (34,11), jesteśmy w stanie okre­ślić, jakie podróże wspomina? Czy podró­żowało się wtedy tylko po to, żeby zdobywać wiedzę o świecie?

Najczęściej podróżowali kupcy, posłańcy kró­lewscy i ludzie wolnych zawodów. Ci ostatni są chyba grupą najbliższą temu, o czym pi­sze Syracydes: ktoś zajmował się pisaniem, przepisywaniem tekstów albo był nauczycie­lem i wędrował od miasta do miasta, oferując swoje usługi. Jednocześnie czynił pewne ob­serwacje, może nawet zapiski. Posłańcy i kup­cy byli dużo mniej swobodni w swoich po­dróżach, bo podlegali rozkazom swego kró­la, przy czym termin „król" należy rozumieć szeroko, greckie słowo basileus oznacza „pan". Wystarczyło więc, by ktoś miał jedną wioskę i swoich ludzi, i już nazywano go basileus.

W Asyrii czy Babilonii handel był domeną państwa. Władca miał kilka takich placówek — coś w rodzaju faktorii — na obrzeżach kraju, aby prowadzić wymianę handlową z sąsied­nimi ludami, i tam wysyłał swoich kupców. Byli oni w pewnym sensie pracownikami czy urzędnikami na jego usługach. W Izraelu na­tomiast handlowcy wydawali się dużo bar­dziej niezależni, podobni do późniejszych rzymskich kupców, którzy mieli tyle pieniędzy, że mogli pożyczać władcy, gdy musiał zbroić się na wojnę.

Jakimi trasami podróżowano na terenach Palestyny?

Jedna droga prowadziła wzdłuż Morza Śród­ziemnego, mniej więcej od Gazy do Karmelu, potem na wschód, w kierunku Galilei, a stam­tąd do Syrii. Druga biegła wzdłuż Jordanu.

Dlaczego właśnie tamtędy?

Chodziło głównie o bezpieczeństwo, na tych trasach było najwięcej terenów otwartych, co utrudniało rozmaitym bandytom przygoto­wanie zasadzki.

Podróżowano głównie w dzień. Po pierw­sze dlatego, żeby nie wpaść w ręce rzezi­mieszków. Po drugie, w ciemności łatwiej o nieostrożny krok człowieka lub zwierzęcia, a wtedy o wypadek nie trudno. Pokonywano dziennie 25-30 km, potem znajdowano jakiś nocleg. Przy każdym mieście czy miasteczku znajdowały się miejsca, gdzie wędrowcy mo­gli za niewielką opłatę lub za darmo zatrzy­mać się, najeść i przespać.

Podróżowano głównie na piechotę?

Bardzo często się przedstawia w ikonografii, że mężczyźni idą na nogach, a kobiety jadą na wozach lub jakichś wózeczkach ciągnię­tych przez osły. Nie jeździło się raczej na osłach czy mułach, one służyły do tego, by nieść towary albo ciągnąć coś za sobą. Były na tyle powolne, że mężczyzna spokojnie mógł iść obok nich. Kobiety, jak np. Maryja, cza­sem jechały na osiołkach. Konno też raczej się nie podróżowało, koń był używany głów­nie w wojsku. Nie należy jednak zapominać o wielbłądach, które w Biblii rzadko się poja­wiają, ale były wykorzystywane, zwłaszcza na długich trasach, np. do Egiptu. Wielbłądów oczywiście nie prowadzono tak, jak osiołki, bo były za szybkie, na nich się jeździło.

Syracydes nauczyciel, podróżnik, bywalec uczt

Do Egiptu wiodła też droga morska. Żydzi z niej nie korzystali?

W wielu opracowaniach pojawia się teza, że Żydzi nie lubili morza, nie mieli rozbudowa­nej floty, nie organizowali zamorskich wy­praw. Trudno jednak sobie wyobrazić, żeby w ogóle nie korzystali ze statków. Im bliżej czasów Chrystusa, tym więcej pojawia się żydowskich portów, np. JafTa czy Cezarea Nadmorska. Św. Paweł sporo podróżuje stat­kiem. Podobno Żydzi docierali nawet do In­dii, może nie na własnych statkach, ale jako uczestnicy organizowanych wypraw. Niewy­kluczone więc, że do Egiptu też podróżowali drogą morską, choć niekoniecznie mieli włas­ną flotę.

Wydaje się, że Syracydes, wspominając swoje podróże, ma na myśli właśnie morskie wyprawy. Pisze np.: Często popadałem w nie­bezpieczeństwa śmierci, lecz dzięki doświadcze­niu zostałem wybawiony (34,12). Gdyby ten werset dotyczył drogi lądowej, to najwięk­szym zagrożeniem dla życia, jakie wchodziło w grę, byli bandyci. Trudno sobie wyobrazić, jakiego rodzaju „doświadczenie" mogłoby go ocalić w takiej sytuacji. Co innego na mo­rzu, tutaj doświadczenie bardzo się przydaje. Umiejętność nawigacji, znajomość technik żeglowania w zależności od uderzeń wiatru mogły być ratunkiem w czasie niejednej bu­rzy.

Bardzo ważna była też znajomość tras, wie­dza, którędy należało płynąć zimą, a którędy latem. Pływano zawsze wzdłuż wybrzeży, aby w razie burzy móc schronić się w jakiejś za­toce. Trzeba było jednak wiedzieć, że żeglu­ga wzdłuż lądu też gdzieniegdzie była nie­bezpieczna, bo groziła np. rozbiciem o skały. Na otwarte morze nie należało wypływać na jesieni ani wczesną wiosną, a gdy już była konieczność żeglugi po otwartych wodach, to niezbędna była wiedza. Możemy przy­puszczać, że autor księgi często podróżował statkami, dzięki czemu nabył umiejętności i doświadczenia, które mogły mu w różnych sytuacjach uratować życie.

Syracydes nauczyciel, podróżnik, bywalec uczt

Syracydes sporo uwagi poświęca ucztom. Najczęściej wyobrażamy sobie biesiady na wzór tych, które odbywały się w starożytnej Grecji i Rzymie. Czy żydowskie uczty też były takie wystawne?

Opisy uczt to jeden z przykładów zmian, których dokonano na hebrajskim tekście w późniejszych redakcjach. Spotkanie opisa­ne w rozdziale 32 bardziej przypomina grecki sympozjon niż żydowską biesiadę. Ze wskazó­wek zawartych w tym fragmencie wynika, że nie chodzi o jakąś zwyczajną ucztę, na której się po prostu je i prowadzi towarzyskie roz­mowy. Jest to obraz spotkania, które zwołano w celu przedyskutowania jakiejś ważnej kwe­stii, a przy okazji spożywa się posiłek. Świad­czą o tym chociażby te wersety, w których wyznaczany jest porządek przemawiania, np.: Przemawiaj, jeśli jesteś starszy (….); Przema­wiaj, młodzieńcze, jeśli to konieczne (32,3.7). Niewiele   wiemy   o   tym,  jak   wyglądały uczty żydowskie wcześniej, jeszcze przed perską ekspansją i greckimi wpływa­mi, np. za czasów Dawida czy Salomona. Z pewnością jednak możemy powiedzieć — i to też pojawia się w Księdze Syracydesa -że obowiązywała na nich zasada gościnności, każdego przybysza zapraszano do stołu, przy którym zbierali się domownicy. Wynikało to z nakazu Prawa, mówiącego, że szukającego gościny należy przyjąć (Cudzoziemiec, który się u was zatrzymał lub wśród was stale zamiesz­kuje, Lb 15,14; Gdy w waszym kraju osiedli się cudzoziemiec..będziecie go traktować jak każdego mieszkającego tu Izraelitę, Kpł 19,33-34), jak też ze zwykłej ciekawości, jakież to nowiny o świecie przynosi ów wędrowiec. Co ciekawe, zasada gościnności dotyczyła także przestępców, którzy ze względu na przewi­nienia zostali np. wyrzuceni z ojczyzny. Jednakże o zwyczaju ucztowania dużo więcej wiemy od okresu perskiego, poznajemy uczty zbliżone do tradycji greckiej.

Kto w nich uczestniczył?

Prości ludzie takich bankietów na pewno nie urządzali. Te opisane w Księdze Syracydesa niekoniecznie musiały się odbywać u jakie­goś władcy, ale z pewnością u ludzi w miarę zamożnych, wykształconych, obytych kultu­ralnie, którzy stanowili coś w rodzaju klasy średniej. Kogo zapraszali? Najczęściej osoby z podobnej sfery, czasem jakichś dygnitarzy, których obecność była wyróżnieniem dla go­spodarzy, nierzadko goszczono też wędrow­ców.

W Grecji czy w Rzymie posiłki spożywano w pozycji półleżącej. Czy u Żydów też był taki zwyczaj?

Na początku nie. W okresie kultury noma-dycznej czy półnomadycznej Żydzi siedzieli na ziemi, na dywanikach. Na późniejszych płaskorzeźbach widzimy, że podczas uczty władcy i biesiadnicy siedzą na niskich krze­sełkach, zydelkach, przy czym władca nieco wyżej, a wszyscy pozostali niżej, wokół nie­go. W pewnym momencie pojawił się jednak obyczaj spożywania posiłków w pozycji pół­leżącej. Chodziło o wygodę, aby opierając się łokciem na sofie, można było położyć na niej także nogi. Przykłady tego sposobu ucztowa­nia przez Żydów znajdujemy np. w księgach, które są zawarte tylko w Septuagincie (por. Mdr 2,6-9; Syr 31,12 – 32,13).

Zmiana tego obyczaju nastąpiła pod wpły­wem perskim czy greckim?

Raczej greckim, Persowie siedzieli przy po­siłkach, nie znam świadectw, które mówiły­by o tym, że ucztowali na leżąco. Tymcza­sem Grecy — jak najbardziej. Wiązało się to z zupełnie innym niż znanym wcześniej na Bliskim Wschodzie podejściem do bie­siady. Grecka uczta wymagała dużo czasu i przestrzeni. O tym, jak długotrwałe były to bankiety, świadczyć może niezbyt przyjem­ny fragment z Księgi Syracydesa: Jeśli jesteś przymuszany do jedzenia, idź zwymiotować, a odczujesz ulgę (31,21). Biorąc pod uwagę, że zaledwie w poprzednim zdaniu autor księgi zaleca umiarkowanie w jedzeniu, przytoczony werset świadczy raczej o długości posiłku niż konieczności objadania się do granic możli­wości (co często zdarzało się w starożytnym Rzymie). Tutaj wyraźnie chodzi o to, że uczta trwa długo, ktoś dawno się już najadł, a ponieważ spotkanie się nie kończy i wciąż ser­wowane są nowe dania, może w ten sposób ulżyć swojemu żołądkowi…..

Jest to wyraźny wpływ kultury greckiej, gdzie takie zachowania były dopuszczalne. Przywołane zdanie nie mogłoby się poja­wić w tekstach biblijnych pisanych np. w V w. przed Chr. Jeśli nawet spotkamy w Biblii Hebrajskiej wątek zwracania pokarmu (Jak pies wraca do swoich wymiocin, tak głupiec wciąż powtarza swe głupstwa, Prz 26,11), to zawsze jest to oceniane negatywnie.

Jakie potrawy spożywano na ucztach?

Przede wszystkim wino i mięso. Na co dzień nie jadało się mięsa, ono było zarezerwowane na wyjątkowe okazje, takie jak uczta, i było najważniejsze w biesiadnym menu. Czytamy co prawda w Biblii, że Abraham częstował gości m.in. serem, ale to był jakiś nomadyczny zwyczaj. Zarówno w późniejszych tekstach, jak i we wcześniejszych źródłach mięso poja­wia się zawsze jako wyznacznik, że mamy do czynienia z wyjątkową biesiadą.

Wino było nieodłącznym elementem uczty, ale chyba też mocno problematycznym. Syracydes daje wiele przestróg jak, kiedy i ile można go wypić, aby nie wpaść w tarapaty?

Ten motyw często pojawia się w Biblii: wino jest czymś dobrym, co należy spożywać, a na­wet ofiarowywać Bogu, ale też trzeba pamię­tać, że może spowodować przykre skutki. Pierwszą postacią, która pojawia się w tym kontekście, jest Noe. Uprawia winorośl, pro­dukuje wino i upija się. Nie ma więc wątpli­wości, że pijaństwo było dla Żydów czymś nagannym.

Syracydes uważa, że człowiekiem targają różne namiętności, trzeba więc pracować nad tym, by ograniczyć pożądliwość. Aby to osiąg­nąć, należy nauczyć się korzystać ze wszyst­kich dóbr z umiarkowaniem. Nawoływanie do powściągliwości często pojawia się w na­uczaniu tego nauczyciela. Wino jest tego przykładem: samo w sobie jest dobre, ale na­leży zachować ostrożność, by nie przesadzić z jego używaniem.

Przestrogi te miały tym głębsze uzasadnie­nie, że wino na Bliskim Wschodzie było bar­dzo mocne i szybko gęstniało, dlatego przed podaniem należało je rozcieńczyć wodą. Były nawet specjalne naczynia, które służyły do mieszania wina z wodą (w kulturze greckiej nazywano je kraterami). Innym znanym na­pojem alkoholowym było piwo, ale używano go wyłącznie w wojsku. Za oddziałami woj­ska asyryjskiego czy potem babilońskego je­chały specjalne wozy wypełnione beczkami z piwem. Przed podaniem też rozcieńczano je wodą. Niektórzy uważają, że piwo piło się przez rurki, ze specjalnych naczyń, w których znajdowały się „fusy" piwne. Taki obraz spo­żywania tego napoju znajduje się na niektó­rych płaskorzeźbach z Mezopotamii.

Piwo nie było jednak na tyle szlachetnym napojem, by częstować nim gości na ucztach, ono miało zaspokajać pragnienie żołnierza. Wino zaś wymagało pewnej celebracji, atmo­sfery biesiadowania. Podobnie nie znajdzie­my żadnej wzmianki o tym, że na ucztach podawano wodę do picia. Piło się ją w czasie podróży, przy pracy, wysiłku, ale nigdy na uro­czystej wieczerzy. Alkoholem znanym w cza­sach biblijnych była również sycera1, której też nie podawano na ucztach.

Co jeszcze pojawiało się na stołach?

Na pewno owoce, widać to na różnych pła­skorzeźbach z Bliskiego Wschodu. Był też chleb.

Podobno służył nie tylko do jedzenia, ale żeby w niego wycierać ręce...

Nie wiem, czy jest w Biblii jakiś tekst, który by to potwierdzał, ale rzeczywiście w kulturze bliskowschodniej jest zwyczaj wycierania rąk w resztki chleba. Powstają z tego kulki, które albo samemu się zjada, albo daje zwierzętom. Czasem oczyszcza się w ten sposób naczynia z tłuszczu. Zwyczaj ten narodził się ze wzglę­dów higienicznych, bo nie zawsze wystarcza­ło na to wody. Równocześnie nie marnowano wartościowego i cennego tłuszczu.

Czy był jakiś społeczny przymus organizo­wania uczt?

Nie wiem, czy można mówić o przymusie, ale pewne oczekiwania na pewno były. Trze­ba przy tym rozróżnić dwie sprawy. Z jed­nej strony, organizowanie uczt było dobrze widziane, był to wyraz uczestnictwa w życiu społecznym. Wypadało po prostu przygo­towywać biesiady dla ludzi swojego statusu majątkowego i brać udział w tych, na które było się zaproszonym. Z drugiej strony, ist­niał zwyczaj, który znamy bardziej z Ewan­gelii niż Księgi Syracydesa, urządzania uczt dla swoich pracowników i podwładnych. Wy­daje się, że organizowano je po to, by nieja­ko zaskarbić sobie robotników, dać im dzień troszkę inny od tego powszedniego. Uczty dla robotników wkomponowały się z czasem w cykl roku, w którym czas pracy rozdziela­ny był dniami świątecznymi. Zdarzało się, że jednym z elementów świętowania było to, że ktoś bogaty organizował biesiady dla ludu.

W Ewangeliach znajdziemy sporo obrazów, w których król zaprasza na ucztę podwład­nych. Jedni przyjmują zaproszenie, inni je lekceważą, jedni są przygotowani na ucztę, inni-nie…

Tak, ale to są obrazy wyraźnie eschatologicz­ne. O tym, że rzeczywiście były takie święta, kiedy nie było różnicy między panem i jego sługą, dowiadujemy się więcej ze źródeł pozabiblijnych. Potem w kulturze grecko–rzymskiej był to znany obyczaj, były nawet takie święta, kiedy pan ze sługą zamieniali się rolami2. W Biblii ten motyw jest słabiej obec­ny, ale są pewne sygnały świadczące o tym, że w kulturze żydowskiej taki sposób świętowa­nia też był znany.

Syracydes nauczyciel, podróżnik, bywalec uczt

Jezus i Zacheusz, Jacopo Palma

Jezus nie należał do ówczesnej elity, a jed­nak zapraszano Go na uczty do znamieni­tych domów.

Nawet mówili o Nim, że jest żarłokiem i pija­kiem, bo ciągle u kogoś biesiadował…. Jednak Jezus nie był podejmowany w tych domach ze względu na jakieś święta, których elemen­tem było zapraszanie ubogich, ale był trakto­wany jak ów wędrowiec, którego się przyjmu­je, aby usłyszeć, co ma do powiedzenia. Jeśli ktoś przygotowywał ucztę np. dla piętnastu przyjaciół, to zaproszenie szesnastej osoby z czystej ciekawości, czyli Jezusa, nie stwarzało problemu.

Czy uczniowie Jezusa byli zapraszani na te uczty?

To pewnie zależało od zasobności gospoda­rza, czasami Ewangelie wspominają o obec­ności któregoś z nich, a czasami milczą. Naj­częściej pewnie siadali gdzieś na boku wraz ze służbą albo rozchodzili się po innych domach.

Co z motywów uczty zawartych w Księdze Syracydesa przeszło do Nowego Testamen­tu, gdzie uczta stała się ważnym symbo­lem?

Od pewnego czasu zastanawiam się nad tym, jak odczytywać Ostatnią Wieczerzę. Dotych­czas interpretowano ją w nawiązaniu do ży­dowskiej Paschy. Ewangeliści Mateusz, Łukasz i Marek sugerują, że miała ona charakter trady­cyjnej wieczerzy paschalnej. Dlatego przeżywają jako coś bolesnego – Pascha, czyli Przejście, wiąże się z wyzwaniem, niebezpieczeństwem, strachem. Ewangelista Jan twierdzi, że Ostatnia Wieczerza odbyła się na dzień przed Świętem Paschy. Skoro tak, to Eucharystia jest przed­smakiem uczty niebiańskiej, a więc i Ostatnią Wieczerzę należałoby interpretować jako ucztę niebiańską czy mesjańską, o której prorocy pisa­li, że będzie to uczta z najpożywniejszego mięsa i najwyborniejszym winem (por. Iz 25,6). A jeśli tak, to obrazy z Księgi Syracydesa doskonale się w tę wizję wkomponowują.

Syracydes nauczyciel, podróżnik, bywalec uczt


Wywiad pochodzi z najnowszego numeru Biblii Krok po kroku

Zamówienia – [email protected] / tel. 12 423 11 99


dr Andrzej Mrozek, biblista, badacz literatury i kul­tury starożytnego Bliskiego Wschodu, pracownik na­ukowy Katedry Porównawczych Studiów Cywilizacji UJ.

1  Sycera — termin wywodzący się z języka akkadyjskie-go (szakinu), gdzie oznacza napój alkoholowy używany w lecznictwie, w pewnych rytuałach, a powodujący stany upojenia lub odurzenia.

2 Np. w czasie Saturnaliów, czyli święta obchodzonego w starożytnym Rzymie od 17 do 23 grudnia ku czci boga rolnictwa Saturna. Zawieszano wówczas prowa­dzenie wszelkiej działalności gospodarczej, a niewol­nicy świętowali na równi z wolnymi. Bóstwu składano ofiary, bawiono się i ucztowano.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Dąbrowska

Anna Dąbrowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >
Anna Dąbrowska
Anna
Dąbrowska
zobacz artykuly tego autora >

Bóg i Ciało

„Nie możecie z tym swoim Bogiem siedzieć w kościele, tylko musicie łazić po ulicach i ruch blokować?”

ks. Artur Stopka
ks. Artur
Stopka
zobacz artykuly tego autora >

To było kilka lat temu. W sporej wielkości mieście kierowca w średnim wieku miotał słowa przez otwarte okno samochodu: „Nie możecie z tym swoim Bogiem siedzieć w kościele, tylko musicie łazić po ulicach i ruch blokować?”. Zatrzymała go policja, bo jezdnią szła procesja Bożego Ciała. Jej uczestnicy akurat w tym momencie śpiewali pieśń do słów Franciszka Karpińskiego, jednego z najlepszych teologów wśród polskich poetów:

„Zróbcie mu miejsce, Pan idzie z nieba,

Pod przymiotami ukryty chleba!

Zagrody nasze widzieć wychodzi

I jak się dzieciom Jego powodzi”.

Poirytowany kierowca nie wyglądał na przekonanego tą argumentacją. O ile w ogóle zwrócił na nią uwagę.

O co chodzi z tymi procesjami w Boże Ciało? Czy to faktycznie połączenie ostentacyjnej manifestacji z czymś w rodzaju inspekcji (jeśli literanie traktować początkowe słowa wiesza Karpińskiego)? A może to tylko, jak ktoś powiedział, „spacerek paraliturgiczny”? Jaki jest powód tego święta o długiej nazwie Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa? Przecież do XIII stulecia Kościół całkiem dobrze sobie radził bez niego.

Znakomity polski liturgista, ks. prof. Bogusław Nadolski TChr, zwrócił uwagę, że procesja Bożego Ciała nie jest najważniejszym tego rodzaju aktem liturgicznym w Kościele katolickim. „Pierwsze miejsce w hierarchii liturgicznej zajmuje procesja rezurekcyjna” – przypomniał.

Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa ściśle łączy się z Triduum Paschalnym. Pamiątkę ustanowienia Najświętszego Sakramentu Kościół obchodzi w Wielki Czwartek. Uroczystość zwana potocznie Bożym Ciałem go nie zastępuje. Raczej dopełnia.

Inicjatorką ustanowienia tego święta była św. Julianna z Cornillon (1193-1258), przeorysza tamtejszego klasztoru augustianek. Miała ona objawienia, w czasie których Jezus mówił o potrzebie ustanowienia osobnego święta ku czci Najświętszego Sakramentu i jako jego termin wskazał czwartek po niedzieli Trójcy Świętej.

Pomysł nie spotkał się od razu z powszechnym aplauzem. Co prawda biskup Liège w roku 1246 zorganizował pierwszą procesję eucharystyczną, ale gdy wkrótce umarł, wyższe duchowieństwo miasta pod wpływem niektórych teologów uznało wprowadzenie święta za krok błędny. Pojawili się nawet tacy, którzy Juliannę oskarżyli o herezję i doprowadzili do jej karnego przeniesienia z Mont Cornillon na prowincję. Na szczęście w sprawę zaangażował się kard. Hugo z Saint-Cher, późniejszy papież Urban IV, który rzecz ponownie zbadał i doprowadził do tego, że w 1251 roku ulicami Liège znów przeszła procesja, w której niesiono Najświętszy Sakrament, a w Rzymie uroczystość wprowadzona została trzynaście lat później. Dzięki bulli Jana XXII z 1317 roku święto przyjęło się na całym świecie. Statuty biskupa Nankera z roku 1320 zaświadczają, że jako pierwsze w Polsce obchodziła je diecezja krakowska. Warto wspomnieć, że pierwsze teksty liturgiczne uroczystości Bożego Ciała opracował na prośbę Urbana IV św. Tomasz z Akwinu.

Według ks. prof. Nadolskiego procesja Bożego Ciała to wyraz aktualnego odczytywania Eucharystii w Kościele. „Współcześnie przeżywana jest nie tyle jako publiczna zewnętrzna manifestacja potwierdzająca tożsamość chrześcijanina. Towarzyszenie obecnemu w Eucharystii Zmartwychwstałemu jest przedłużeniem adoracji – uwielbienia z jakim sprawujemy i uczestniczymy w Ofierze Eucharystycznej” – wyjaśnił w jednym ze swych tekstów.

Aktualny sens uroczystości Bożego Ciała biskup Rzymu Franciszek tak przedstawiał w zeszłym roku: „Jesteśmy zgromadzeni wokół stołu Pańskiego, stołu Ofiary Eucharystycznej, przy którym po raz kolejny daje On nam swoje ciało, uobecnia jedyną ofiarę Krzyża. I w słuchaniu Jego Słowa, karmieniu się Jego Ciałem i Krwią, pozwala On nam przejść od bycia rzeszą do bycia wspólnotą, od anonimowości do komunii.

Eucharystia jest sakramentem jedności, sprawiającym, że wychodzimy z indywidualizmu, aby żyć razem naśladowaniem Jezusa, wiarą w Niego. Tak więc wszyscy musimy sobie przed Panem postawić pytanie: jak żyję Eucharystią? Czy przeżywam ją anonimowo czy też jako wydarzenie prawdziwej komunii z Panem, ale również z wielu braćmi i siostrami, którzy dzielą ten sam stół? Jakie są nasze celebracje eucharystyczne?”.

Trudno uniknąć skojarzenia, że procesja Bożego Ciała jest praktykowanym od stuleci elementem tego, o czym tak często mówi Franciszek w kontekście otwierania drzwi Kościoła i kościołów. Otwierania nie tylko po to, aby ludzie mogli wejść, lecz także po to, aby katolicy wychodzili z Jezusem Chrystusem na ulice, na peryferie, tam gdzie są ludzie, którzy być może bardzo się oddalili, zagubili. Którym Dobra Nowina o zbawieniu, o bliskości Boga, jest naprawdę potrzebna. Procesja nie jest działaniem tylko indywidualnym, nie jest też bezwolnym tłumem, który nie zdaje sobie sprawy ze swej siły i nie bierze odpowiedzialności za swe działania. Procesja jest wyjściem wspólnoty. Wspólnoty, w której nikt nie jest anonimowy.

Pewien ksiądz opowiadał, że z procesji Bożego Ciała, w których uczestniczył, szczególnie zapadły mu w pamięć te obywające się nie tylko głównymi drogami miejscowości, ale schodzące między domy, między opłotki, tuż pod oknami mieszkań. „Myślałem wtedy, że właściwie należałoby zrobić następny krok i po prostu wchodzić z Panem Jezusem w monstrancji do domów. Tam odbywać kolejne stacje procesji, tak, żeby ludzie doświadczyli, że Jezus ze swym Ciałem przychodzi do nich, żeby doświadczyli Jego obecności we własnym mieszkaniu, wśród swoich mebli” – mówił.

Bóg i Ciało

Coś podobnego powiedział ks. Grzegorz Kramer SJ, który od ubiegłorocznego Bożego Narodzenia już cztery razy poza Uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa wychodził z Panem Jezusem w Eucharystii na ulice Krakowa. Wyjaśniając pierwsze wyjście, właśnie z okazji Bożego Narodzenia, stwierdził: „Chcieliśmy pokazać, że Bóg ma Ciało. A teraz myśl jest zawsze ta sama: idziemy z Nim do ludzi, w ciszy, nic nie robiąc, wierząc, że On to jakoś wykorzysta, by ktoś Go spotkał. Zawsze też mówię ludziom, że to czas modlitwy za Kraków i wszystkich, których spotkamy. Symboliczne jest też to, że Najświętszy jest pierwszy – wszyscy idą za Nim”.

Ciało Chrystusa. Jego realna obecność wśród ludzi. Adoracja. Uwielbienie. Wspólnotowe pójście za Nim.

I to, o czym w trzeciej zwrotce swego wiersza napisał Karpiński (niestety, w wielu śpiewnikach i skarbcach ktoś „poprawił” jedno słowo czwartej linijki, niepotrzebnie):

Nie dosyć było to dla człowieka,

Że na ołtarzu codzień go czeka;

Sam ludu swego odwiedza ściany,

Bo nawykł bawić między ziemiany.

1/2
fot. Anna Sater
fot. Anna Sater
2/2
fot. Anna Sater
fot. Anna Sater
poprzednie
następne

Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
ks. Artur Stopka

ks. Artur Stopka

Ks. Artur Stopka, dziennikarz, który został księdzem i... pozostał dziennikarzem. Od września 1992 do 30 października 2008 był redaktorem "Gościa Niedzielnego", w którym pełnił funkcje kierownika działu religijnego oraz szefa edycji katowickiej. W 2001 stworzył portal Wiara.pl, którego był szefem do roku 2008. Pracował też w Katolickiej Agencji Informacyjnej. Publicysta, współpracujący z różnymi pismami. W latach 2009 - 2011 pełnił funkcję rzecznika archidiecezji katowickiej. Od 2007 wspólnie z Piotrem Czakańskim prowadzi w radiu eM program "Siedem dni w internecie". Ma tam również cotygodniowy felieton oraz poranne autorskie przeglądy prasy.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Artur Stopka
ks. Artur
Stopka
zobacz artykuly tego autora >