Święty Józef z Kupertynu: patron studentów

Nazywał siebie bratem-osłem. Nie nadawał się do wykonywania żadnych, nawet najprostszych czynności, ale posiadał niezwykły dar... potrafił unosić się nad ziemią. Dzisiaj wielu studentów na całym świecie prosi go przed egzaminami o pomoc. Dlaczego właśnie jego?

Magdalena
Wyżga
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Gdyby żył dzisiaj, nauczyciele zakwalifikowaliby go do programu Akademii Przyszłości (stworzonej kilka lat temu przez ks. Jacka Stryczka). Co więcej, mógłby też zagrać główną rolę w filmie promującym ich akcję, w którym nauczycielka karci na forum klasy niedouczonego ucznia głośnym: „Majewski! Nie rokujesz!”. Józef z Kupertynu – bo o nim mowa – urodził się w biednej rodzinie, był słabego zdrowia, miał ogromne problemy z nauką i z ledwością opanował umiejętność czytania oraz pisania. Na dodatek był wyśmiewany przez swoich rówieśników. W czasie zabawy albo zajęć w szkole zdarzało mu się wpadać w głębokie duchowe uniesienie, podczas którego zatrzymywał się w osłupieniu z „rozdziawioną gębą” (tak mówili o nim jego bliscy). I w przeciwieństwie do swoich kolegów, zamiast gry w piłkę, wolał spędzać czas na pogawędce z Panem Bogiem. Od dzieciństwa miał też szczególne nabożeństwo do Matki Bożej, to dzięki Jej wstawiennictwu został uzdrowiony z ciężkiej choroby.

Święty Józef z Kupertynu: patron studentów

Opiekun zwierząt

 

W wieku 17 lat wstąpił do klasztoru kapucynów. Jednak jego wrodzona nieporadność sprawiła, że po ośmiu miesiącach został z niego wyrzucony. Przełożeni stwierdzili, że nie nadaje się do prowadzenia życia duchowego, a nawet do służenia innym współbraciom. Tłukł talerze w czasie zmywania, nie potrafił przenieść wody z jednego miejsca na drugie, drobne czynności dnia codziennego sprawiały mu wiele trudności. Józef, niezrażony decyzją kapucynów, poszukiwał uparcie innego zgromadzenia. Zapukał do klasztoru oo. franciszkanów w Grotella, a tam przyjęli go z otwartymi ramionami, bo poszukiwali właśnie kogoś do opieki… nad zwierzętami. Nowe zajęcie przynosiło Józefowi wiele radości, bardzo lubił swoich podopiecznych. Sam zaczął nazywać się bratem-osłem. To określenie doskonale do niego pasowało: pospolity wygląd, powolny chód, spuszczona głowa, ale też cierpliwość, prostota, dobroduszność, ślepe posłuszeństwo i… upór, który starał się poskramiać wypełniając nakazy przełożonych.

Cudem zdane egzaminy

 

Józef marzył jednak o czymś więcej, niż tylko funkcji stajennego w zakonie franciszkanów. Chciał zostać kapłanem. Jedno z podań głosi, że nie potrafił wyjaśnić żadnej Ewangelii za wyjątkiem tej, w której znajdowały się słowa: „Błogosławione wnętrzności, które Cię nosiły” i właśnie ten fragment otrzymał do interpretacji podczas egzaminu na studia teologiczne. Komisja egzaminacyjna była zachwycona jego odpowiedzią i Józef został przyjęty. Chociaż nauka nadal sprawiała mu ogromne trudności, wszystkie egzaminy zdawał w równie nadzwyczajny sposób. Został kapłanem 4 marca 1628 roku.

Święty Józef z Kupertynu: patron studentów

Notoryczna lewitacja

 

W czasie odprawiania mszy świętej, słysząc dźwięk dzwonów albo imię Maryi czy świętych, Józef wpadał w zachwyt, wydawał okrzyk i unosił się nad ziemię, czasem nawet na kilka metrów. Jeśli przebywał akurat w ogrodzie, zdarzało się, że siadał na czubku drzewa. W takim stanie mógł trwać nawet kilkanaście minut, a potem jakby nigdy nic, wracał do przerwanego niespodziewanie zajęcia.  Ponieważ lewitacje zdarzały się bardzo często, poddano je pod ocenę Świętego Oficjum (ówczesna Kongregacja Nauki i Wiary), które orzekło, że źródło jego uniesień pochodzi od Boga. Wieść o niezwykłym zakonniku rozniosła się lotem błyskawicy i wkrótce do franciszkanów zaczęły pielgrzymować tłumy. Aby nie dezorganizować życia zakonników, Józefa przeniesiono do Asyżu, gdzie przebywał 14 lat. Pod wpływem ciągle rosnącej popularności, kazano mu się ukryć w klasztorze kapucynów. Józef z Kupertynu zmarł 17 września 1663 roku w klasztorze franciszkanów w Osimo.

Modlitwa studenta

 

Święty Józefie z Kupertynu, Przyjacielu studentów i Orędowniku zdających egzaminy, przychodzę, by błagać o Twoją pomoc w moich studiach (moich egzaminach).

Ty wiesz, z Twego osobistego doświadczenia, jak wielki niepokój towarzyszy trudowi studiów (zaangażowaniu w egzaminy) i jak łatwo popaść w niebezpieczeństwo zagubienia intelektualnego lub zniechęcenia.

Ty, który byłeś wspierany cudownie przez Boga w studiach i w egzaminach, aby zostać dopuszczonym do święceń kapłańskich, wyproś u Pana światło dla mojego umysłu i siłę dla mojej woli.

Ty, który w tak konkretny sposób doświadczyłeś matczynej pomocy Maryi, Matki Mądrości, proś Ją za mnie, żebym mógł przezwyciężyć szczęśliwie wszystkie trudności w studiach (w najbliższych egzaminach).

Łączę moją ufność w Twoją opiekę z mocnym postanowieniem, by żyć jak człowiek naprawdę wierzący. Amen.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas

Magdalena Wyżga

Zobacz inne artykuły tego autora >
Magdalena
Wyżga
zobacz artykuly tego autora >

Niedzielne rytuały

Co się stało z wyczekiwaniem niedzieli jako „innego” dnia? Dziś po prostu czekamy na weekend, aby odetchnąć po ciężkim tygodniu.

Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Pamiętam z dzieciństwa rodzaj pozytywnego napięcia, który towarzyszył nadejściu niedzieli. Pamiętam też rytuał tego dnia. Dziadka golącego się przed poranną Mszą, „niedzielne” ubrania wyciągane z szafy, kobiety przed wejściem do wiejskiego kościoła zmieniające buty, bo przecież w tych, w których wędrowały po zakurzonych bądź zabłoconych (w zależności od aury) ścieżkach, na Mszę wejść nie wypadało. Po Mszy był świąteczny obiad, po nim spotkania z rodziną lub znajomymi. Niedziela z wczesnego dzieciństwa kojarzy mi się ciepło, radośnie i odświętnie. Te czasy, rytuały, zapewne wyidealizowane dziecięcym spojrzeniem, nie wrócą i nie ma się co nad tym rozczulać. Zastanawiam się jednak co się stało z wyczekiwaniem niedzieli jako „innego” dnia. Dziś po prostu czekamy na weekend, aby odetchnąć po ciężkim tygodniu, ale też aby załatwić wszystkie sprawy, na które po pracy nie starcza czasu, nadrobić różne domowe czy zawodowe zaległości.

Tak się składa, że dużą część mojej zawodowej pracy wykonuję w domu. Ma to swoje zalety, ale i wady. Do tych ostatnich należy niebezpieczeństwo zawłaszczania przez pracę czasu dla bliskich. Zapewne zdarza się i wam (piszę to z nadzieją, że nie jestem jedyny) zostawić coś na później. Przecież jest jeszcze trochę czasu. W końcu jednak okazuje się, że nadchodzi niedzielne popołudnie lub wieczór, a rzeczy, które muszą być zrobione na poniedziałek, nadal zrobione nie są. Po kolejnej takiej niedzieli przed następną zamiast pozytywnego napięcia pojawia się zniechęcenie. Nie mówiąc już o trosce o religijny wymiar tego dnia. Niedziela staje się wtedy pierwszym dniem tygodnia pracy. Co prawda jest ona pierwszym dniem tygodnia, ale Kościołowi, kiedy na świętowanie tego dnia się decydował, raczej nie o taką interpretację chodziło. Moja żona, która pracuje w podobnym zawodzie, również przynosi do domu pracę. Jest jednak ode mnie zdecydowanie lepiej zorganizowaną osobą, a przy tym niedzielnej pracy nie uznaje. Co więcej, skutecznie torpeduje wszelkie moje próby wykonywania jej w ten dzień, przypominając zasłyszane od znajomego żartobliwe powiedzenie: „Pamiętaj, w niedzielę praca w g…o się obraca”. Pobożni Żydzi w szabat nie mogą wykonywać 39 czynności, m.in. rozpalać ognia, sprzątać, podróżować na duże odległości, zdobywać pożywienia. Jezus też zachowywał szabat. Tępił co prawda u faryzeuszy przywiązanie do litery Prawa, ale w ten dzień również odpoczywał i chodził do synagogi.

Niedziela szabatem nie jest, ale być może warto postanowić sobie, że w ten dzień pewne rzeczy sobie odpuścimy. Może łatwiej nam będzie wtedy odnaleźć prawdziwy sens tego dnia.

Niedziela to nie tylko „nie-działanie”. „Od uczniów Chrystusa oczekuje się – pisał Jan Paweł II – by nie mylili świętowania niedzieli, które powinno być prawdziwym uświęceniem dnia Pańskiego, z «zakończeniem tygodnia», rozumianym zasadniczo jako czas odpoczynku i rozrywki”.

Niedzielne rytuały

Chciałbym, aby moi kilkuletni synowie, tak jak ja w ich wieku, z niecierpliwością oczekiwali niedzieli, wspólnego wyjścia na Mszę, czasu spędzonego razem. W tygodniu trudno nieraz znaleźć czas na wspólne rodzinne wyjście, w niedzielę jest to możliwe. Staramy się więc z wszelkimi domowymi pracami, porządkami i zakupami uporać w sobotę, by uwolnić niedzielę od pośpiechu, od nerwów, od niepotrzebnego spinania się, żeby z czymś lub gdzieś zdążyć. Śpieszymy się przecież cały tydzień.

W niedzielę mamy dzięki temu więcej czasu na to, by znaleźć choć część odpowiedzi na pytania mojego pięciolatka typu: jakie auto jedzie szybciej na szutrze, a jakie na asfalcie, jak długa jest szczęka wieloryba i gdzie dokładnie przebiega granica między oceanami…

Jest czas na męskie zapasy na podłodze i na czytanie książek. Jest też czas, żeby bez pośpiechu wybrać się do kościoła. Żeby siąść kilka minut przed Mszą w ławce i pooglądać figurki aniołów czy świętych, żeby powiedzieć, o czym dziś ksiądz będzie czytał na Mszy. Nie zawsze wszystko wychodzi, ale wiem, że warto się starać.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Sławomir Rusin

Sławomir Rusin

Pochodzi z Podkarpacia, a mentalnie to nawet nadal w nim tkwi (choć bywa, że temu zaprzecza). Mąż, ojciec, redaktor, z wykształcenia historyk. Uważa, że o wszystkim da się mówić/pisać "po ludzku". Lubi pracować z ludźmi, ale najlepiej odpoczywa w dzikich, leśnych ostępach. Interesuje się Wschodem (szeroko pojętym), ale z tym nazwiskiem to chyba zrozumiałe.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Sławomir Rusin
Sławomir
Rusin
zobacz artykuly tego autora >