Prymas Wyszyński jakiego (jeszcze) nie znamy

Prymas Stefan Wyszyński, wbrew wielu uczestnikom soboru watykańskiego II, dawał ludziom prawo do wyboru Religii i prawo do błędu. Dziś mija rocznica śmierci prymasa Stefana Wyszyńskiego, który jak się okazuje wciąż jest postacią nie do końca odkrytą.

Ewa K. Czaczkowska
Ewa K.
Czaczkowska
zobacz artykuly tego autora >

Prymas Wyszyński jakiego (jeszcze) nie znamy

Nie chcę powiedzieć, że są jakieś białe plamy w życiorysie – nie. Jego życie i dzieło opisane i udokumentowane w pełni poznali prowadzący proces beatyfikacyjny. Chcę tylko podkreślić, że do tej pory nie znamy – nawet historycy – pełnych wystąpień prymasa na Soborze Watykańskim II. Kiedy więc, a ma się to stać niebawem, ukażą się one wszystkie wysiłkiem Instytutu Prymasowskiego Stefana Kardynała Wyszyńskiego oraz KUL, będą na pewno dla wielu zaskoczeniem.

Na przykład to, że prymas przed soborem był zwolennikiem wprowadzenia do mszy św. języków narodowych, modyfikując w tej kwestii zdanie w czasie soboru i po jego zakończeniu, ale może przede wszystkim – tak jest w moim wypadku – stanowisko w sprawie projektu dokumentu o wolności religijnej, który był dyskutowany na trzeciej i czwartej sesji soboru ( jesienią 1964 i 1965 roku).

Prymas na soborze występował dziesięć razy – były to mowy krótkie, ograniczone regulaminem do 8 minut. Poza tym złożył do prezydium soboru dwie pisemne uwagi, w tym jedną na temat wolności religijnej. I właśnie ten tekst, z 1964 roku, kłóci się mocno z obrazem konserwatywnego prymasa, który przez komunistyczną propagandę był przedstawiany jako "jako uwsteczniony prymas zapóźnionego Episkopatu".

Tekst pokazuje szerokość myślenia kard. Wyszyńskiego, jego szacunek dla wyznawców innych wyznań i religii.

Głos prymasa dotyczył dwóch kwestii. Po pierwsze tego, że "schemat odnosi się do wolności religijnej katolików, a za mało do wszystkich ludzi", a po drugie, brakuje w nim  psychologiczno-filozoficznego przeanalizowania pojęcia wolności religijnej.

Prymas zwrócił uwagę, że za mało mówi się o znaczeniu wewnętrznych aktów religijnych człowieka.

"O istnieniu wolności religijnej dopiero wtedy można mówić, gdy wszyscy ludzie jako jednostki, czyli osoby i obywatele, każdemu człowiekowi przyznają prawo wierzenia i wyznawania wiary według własnej woli każdego. Dzięki bowiem intymnej, wewnętrznej religijnej więzi z bóstwem (lub z osobowym Bogiem), wolno wnioskować, że każda religia pod pewnym względem jest prawdziwa. Wyraża bowiem własną prawdę poszczególnego religijnego człowieka. Z tego powodu schemat deklaracji powinien stwierdzić, że każdej  religii – wyłączając jedynie jej postać patologiczną – przysługuje godność i szacunek".  Prymas zauważył, że sobór może, a nawet powinien stwierdzić, że "w pełnym znaczeniu, prawdziwą religią jest jedynie ta, którą Chrystus Pan objawił i swojemu Kościołowi przekazał, by jej strzegł", co zresztą sobór uczynił.

Kardynał postulował też, by wyznawców innych religii traktować jak owce błąkające się bez dobrego Pasterza. Nawet gdyby one tak bardzo zbłądziły, że będą zabijać, sądząc, że oddają cześć Bogu, "nie należy z góry potępiać takich prześladowców", jak pokazuje przykład życia św. Pawła, wcześniej Szawła.

"Dlatego trzeba przestrzegać wolności błądzenia w sprawach religijnych, ponieważ korzeń jej tkwi w naturze ludzkiej".

Prymas Wyszyński jakiego (jeszcze) nie znamy

Prymas zauważył też w krótkim tekście, że określenia "błędny" i "prawdziwy" są abstrakcyjne i teoretyczne, gdyż każdy człowiek czyni je podmiotowo swoimi, przyswajając z nich to, "co uważa za prawdziwe, dobre i godne w swoim sumieniu. Błędne jest zatem zdanie, że wolność religijna, przysługująca wszystkim ludziom, oznacza utożsamianie błędu z prawdą. Każdy poważny człowiek uważa, że jego własna religia jest prawdziwa, a wyznających inną za błądzących. Człowiek bowiem powinien postępować zgodnie z własnym sumieniem – nawet wtedy, gdy ono błądzi".

Ciekawa jest także konkluzja prymasa:

"Jeśli katolicy szczerze uznają wolność religijną dla wszystkich ludzi, wtedy dopiero będą mogli żądać tej wolności dla siebie samych – tak ze strony wszystkich inaczej wierzących, jak również od wszelkiej władzy publicznej".

Poglądy prymasa wyrażone w krótkim tekście są na pewno dyskusyjne tak samo jak były 50 lat temu. Wówczas wielu biskupów, z grupą zwolenników abp Marcela Lefebvre’a, było przeciwnych przyznaniu ludziom prawa do wyboru religii. Ciekawe, że gdy doszło do głosowania dokumentu na  czwartej sesji, w 1965 roku, prymas przekonywał innych biskupów do głosowania za jego przyjęciem. Jego głos w auli soborowej podziałał uspokajająco na umysły niezdecydowanych, ale – jak pisze o. John W. O’Malley, obserwator soboru w książce "Co się zdarzyło podczas Soboru Watykańskiego II", stało się to bardziej dzięki "autorytetowi katolickiego bojownika przeciwko komunistycznemu reżimowi niż z powodu elokwencji".

Warto podkreślić, że prymas apelował o przyjęcie dokumentu mimo, iż sam miał do niego zastrzeżenia, ale innej natury, o czym mówił w auli soboru jesienią 1964 roku. Uważał, że  aby tekst deklaracji o wolności religijnej był właściwie rozumiany, aby po jego publikacji nie nastąpiło zamieszanie godzące w wiernych, należy poprzedzić go wstępem wyjaśniającym takie pojęcia jak prawo, państwo i wolność, które zupełnie co innego znaczą w demokracjach zachodnich, co innego w krajach socjalistycznych. Niestety, postulat kard. Wyszyńskiego nie został przez sobór uwzględniony.

Pisemna uwaga prymasa do projektu deklaracji pokazuje wyraźnie, że wyłamywał się schematom, a jego opinie rozciągały się od konserwatywnych po liberalne, w zależności od kwestii, jakie podejmował.

Ewa K.Czaczkowska, portal Areopag21.pl

Ewa K. Czaczkowska

Ewa K. Czaczkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ewa K. Czaczkowska
Ewa K.
Czaczkowska
zobacz artykuly tego autora >

Ksiądz Giuseppe Puglisi: beatyfikacja ofiary sycylijskiej mafii

Sycylijska mafia nazywa siebie „matką” i głosi, że „tylko z jej ręki można żyć”. Ks. Giuseppe (Pino) Puglisi pokazywał, że prawdziwe życie daje Chrystus. Tym wydał na siebie wyrok.

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Ksiądz Giuseppe Puglisi: beatyfikacja ofiary sycylijskiej mafii

Nie jest pierwszym księdzem zabitym przez sycylijską mafię, jest jednak pierwszym, który został ogłoszony błogosławionym. Ukazywany jest jako antymafijny ksiądz. Stawiany obok słynących ze swej bezkompromisowości w walce z cosa nostrą sędziów Giovanniego Falcone i Paolo Borsellino, którzy kilka miesięcy przed nim zostali zamordowani przez sycylijską mafię.

Na ołtarze trafił jednak nie dlatego, że próbował pokonać mafię, która jest rakiem powoli toczącym południe Italii. Ks. Puglisi nie jest ani społecznikiem, ani politykiem. Jest męczennikiem.

Zginął ponieważ mafia nie mogła znieść głoszonego przez niego przesłania Ewangelii. Nie mogła patrzeć jak młodzież, która dzięki niemu spotkała Chrystusa, powoli wymyka się z jej macek. Nie mogła też pogodzić się z tym, że grzech i zło nazywał po imieniu jasno głosząc, że nie ma czegoś takiego jak… mafijna pobożność.  

Ksiądz Pino urodził się w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy Palermo jaką jest Brancaccio. Osobiście znał wielu mafiosów, wiedział jak działają struktury mafii i znał jej język. Do Brancaccio wrócił w 1990 r. gdy został zamianowany proboszczem, leżącej w centrum tej mafijnej dzielnicy, parafii św. Kajetana. Już na swych wcześniejszych placówkach starał się przesłaniem Ewangelii przemieniać mafijną mentalność.

W świecie gdzie królowało kłamstwo, przykrywająca zbrodnie zmowa milczenia oraz para-religijne ceremonie głosił Chrystusa. Mówił o prawdzie, która czyni wolnymi, pozwala chodzić z podniesionym czołem. A to w mentalności cosa nostry zarezerwowane jest tylko dla pnących się po szczeblach mafijnej struktury „ludzi honoru”.

Z własnego doświadczenia wiedział, że wielu chłopaków staje się mafiosami z nudów. Nie chodząc do szkoły, nie mając żadnych zajęć, ani nawet porządnego boiska trafiają na mafijne szkolenia w strzelaniu czy rozbojach. Bieda sprawia, że stają się kurierami rozprowadzającymi narkotyki.

Zaczął od zorganizowania boiska z prawdziwego zdarzenia. Między jednym a drugim meczem gadał z chłopakami o życiu.

 – Kiedy myśmy myśleli tylko o tym jak coś ukraść on pytał nas o nasze marzenia, o to kim chcemy zostać – opowiada jeden z wychowanków ks. Pino.

Potem przyszedł czas na działające po dziś dzień Centrum Pomocy „Ojcze Nasz” –  regularnie zresztą padające ofiarą mafijnych ataków.

Nie był wolnym strzelcem. Gromadził wokół siebie współpracowników ze świadomością, że kiedyś oni pociągną rozpoczęte dzieło. Mawiał: „Mogą zabić moje ciało, ale nie duszę moją, moich wiernych, nie moją wolność i pragnienie budowania dobra, nie zabiją mojej nadziei dla tej dzielnicy”.

Ksiądz Giuseppe Puglisi: beatyfikacja ofiary sycylijskiej mafii

Gdyby ks. Pino ograniczył się do pracy z młodzieżą mafia może i przymknęłaby oko na jego działalność. On jednak wyraźnie wskazywał, że między „pobożny” a „mafioso” nie można stawiać znaku równości. Uderzyło to mocno we wrażliwość mafiosów, którzy posiadali przecież nawet swój… dekalog. Mówi on, że dobry mafioso nie może pożądać żony innego mafiosa; chodzić po knajpach, pić i grać w karty; swojemu bossowi zawsze musi mówić prawdę; powinien rygorystycznie przestrzegać umówionych spotkań; zawsze musi być do dyspozycji, nawet w sytuacji gdy żona rodzi; nie wolno mu wchodzić w konszachty z policją; nie może przywłaszczać sobie pieniędzy przyjaciół oraz innych klanów. Ostatnie z „przykazań” jednoznacznie stanowi, że do cosa nostry nie ma wstępu osoba: posiadająca w rodzinie członka organów ścigania, zdradzająca żonę lub ta, która sama jest zdradzana przez żonę, a także ten kto zachowuje się fatalnie i nie przestrzega wartości moralnych.

Światowe media niejednokrotnie obiegały zdjęcia odnalezionych przez policję mafijnych kaplic czy zarekwirowanych przy najkrwawszych oprawcach Biblii, świętych obrazów i całych pęczków różańców. Kandydat na mafiosa swą inicjację zaczyna od przysięgi na święty obrazek, który plami krwi z palca wskazującego, czyli tego którym kiedyś pociągnie za spust. Zabity przez mafię sycylijski sędzia Giovanni Falcone mówił wprost: „Zostać mafiosem to przyjąć nowe wyznanie, rodzaj paralelnej religii”.

Ks. Puglisi żył i pracował w czasie kiedy Kościół zaczął głośno piętnować mafię. Wcześniej był w tym o wiele bardziej ostrożny widząc w niej sprzymierzeńca w walce z komunizmem.

Do historii przeszły słowa Jana Pawła II, kiedy waląc pastorałem o ziemię wołał na Sycylii gromkim głosem: „Bóg powiedział – nie zabijaj! Żadna mafia nie może tego prawa zmienić. Nawróćcie się!". Ksiądz Pino miał wówczas wykrzyknąć: „Nareszcie!”.

Kilka miesięcy później został zabity na schodach swego kościoła. Był to dokładnie dzień jego 56 urodzin. Kiedy oprawcy do niego podeszli powiedział: „Czekałem na was”.

Zginął bo Ewangelią zmieniał świat i dając ludziom Chrystusa przywracał im nadzieję.

W specjalnym telegramie z okazji beatyfikacji ks. Puglisiego prezydent Włoch napisał, że jego męczeństwo stanowi wspaniały przykład świadectwa chrześcijańskiego i zaangażowania społecznego na ziemi, gdzie mafia stara się przejąć panowanie.

Niedawne badania pokazały, że wśród marzeń sycylijskiej młodzieży wciąż jest to, by zostać mafiosem, bo to oznacza dobre i godne życie. Krew ks. Pino woła dziś o odważnych świadków, którzy z Ewangelią będą przemierzać Sycylię. Droga została już wytyczona.

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >