Nasze projekty
Robert Wieczorek OFMCap

Misyjne czary mary

Są ludzie, którzy mówią, że aby siedzieć tam w Afryce, trzeba być głupim. Każdy ma swą logikę.

Reklama

Byłem kiedyś z wizytą u jednego z licznych moich wujków. Nie widzieliśmy się dobre parę lat. Człowiek, jak wielu tego typu w Polsce, Bogu się nie naprzykrza – do Kościoła nic nie ma. Przegadaliśmy ze dwie godziny o rzeczach na tyle nieistotnych, że nic z tego nie utkwiło mi specjalnie w pamięci. W końcu rozmowa skręciła na temat mojego pobytu w Afryce – ostatecznie, to dość egzotyczna sprawa, jak na naszą szerokość geograficzną. Zachęcony przez otoczenie spiąłem się, by spróbować im nieco przybliżyć to, czym żyję. Nie zdołałem się nawet rozkręcić, gdy mój wuj pozbierał się i poszedł do pokoju obok, mrucząc coś, że to sprawy trudne i… za chwilę doszedł mnie głos telewizora.

 

Tak, misje to inny świat. Wuja ścięła moja nieudolna próba przybliżenia problemów, jakie ma statystyczny Afrykańczyk w przejściu od tradycyjnej religijności zanurzonej po uszy w magii, do novum Ewangelii głoszącej oparcie się na Jezusie, Bogu który zbawia.

Reklama
Reklama

 

– Oni z tych czarów nigdy nie wyjdą – słyszę niejednokrotnie zniechęcone głosy. Ale gwoli sprawiedliwości, dajmy im czas. To dopiero początki. A u nas, w Polsce z tysiącletnią tradycją chrześcijańską, znajdziesz kilka prosperujących kanałów z wróżkami i horoskopami…

 

Reklama
Reklama

Misyjne czary mary

Siostra jednego z moich współbraci wróciła kiedyś do domu nieco skonfundowana. Podzieliła się ze swymi rewelacją, jaką pragnął oświecić ją pewien kolega (z miasta i wykształcony).

Ten twój brat misjonarz – dzieli się swym odkryciem to siedzi w Afryce, bo musi mieć w tym dobry interes. Tam są diamenty!

Reklama

 

Owszem, są, tyle, że o dobre dwieście kilometrów na południe. U nas jeśli co, to do jednej jedynej wioski całkiem niedawno dotarła moda na szukanie złota, ale do gorączki, to nam jeszcze daleko. Udaje się ludziom wypłukać nieco świecącego pyłu, za co zgarnie do kieszeni może z pięć euro za dzień. Dobre i to…

 

Ale lepiej w tej dziedzinie posłuchać pana Giuliani, sfrancuziałego Włocha, który od lat robi interesy w Centralnej Afryce. (Polecam niszowy film „Ambasador”, gdzie to jest udokumentowane). Stary wyjadacz na kwestię w co można tu włożyć ręce, radzi:

W RCA nie tykaj się tylko trzech rzeczy: broni, diamentów i cudzej żony. Wszystko inne jest dla obcokrajowca jest dozwolone. To na odpowiedź owemu oświeconemu koledze.

 

My, misjonarze, bardzo surowo trzymamy się tej praktycznej porady pana G., co nie znaczy, że nie ma tu pod słonecznym równikiem Polaków robiących ciemne interesy. Bywałem czasami w Bangui, w cukierni, gdzie powtarzano mi, że jej współwłaścicielem jest Polak. Jest nas w RCA jedynie kilkudziesięciu rodaków i siłą rzeczy się znamy. Ta owiana misterium postać była nieuchwytna. Przyjechał tu serwować Afrykańczykom ciasteczka? Bez wciskania kitu…

 

Inny spośrod braci znany we wspólnocie z wysublimowanej inteligencji, ale i ciętego poczucia humoru, na widok dwóch nowo upieczonych misjonarzy szykujących się na wyjazd, syknął:

Ach, bracia misjonarzeTanim kosztem po świecie sobie pojeździć

 

Ale i w samym zakonie nie wszyscy mają zrozumienie dla sprawy misji. Owszem, jeździmy – raz na dwa lata… na co ze współczuciem kiwają głowami spotykani tu i ówdzie zagraniczni funkcjonariusze agend ONZ-owskich, czy czynnych organizmów międzynarodowych. Dla nich to niewyobrażalne – tak rzadko? Owszem, jeździmy, ale mój kuzyn z Ameryki kiedyś mi mówi, że on mieszka dwa razy dalej od domu, niż ja. Za te moje dwadzieścia lat misjonowania nigdy nie wychyliłem się poza naszą europejską strefę czasową… Owszem, jeździmy, ale safari kończy się po miesiącu. Potem pozostaje kurz i wertepy, albo deszcz i błoto, wkuwanie kolejnego języka i co raz to nowe zderzenie z innymi realiami, malaria i pasożyty, czasami zniechęcenie i samotność, a w końcu, tak jak teraz, wojna domowa dla rozrywki. Może komuś odstąpić mój bilet?

 

Misyjne czary mary

Rozmawia kiedyś ze mną o misjach pani dziennikarka. Miała z góry utrwaloną wizję, do której powracała raz po raz jak bumerang, spodziewając się potwierdzenia z mej strony.

No to wy, misjonarze, budujecie szkoły i mosty, naprawiacie drogi

 

Musiało w końcu dojść do spięcia.

Albo Pani zechce przysłuchać się temu co mam do powiedzenia, albo będziemy się musieli rozstać

 

Bo owszem, zajmujemy się budowami – sam o tym często mówię i świadczę na piśmie – ale to jest tylko drugorzędny aspekt pracy misji katolickiej.

 

Tu i ówdzie propaguje pod adresem misji zarzut: kolonializm religijny. Hola! Każdy ma prawo do wyboru religii, czyli też usłyszenia prawdy o Jezusie, by następnie, jeśli chce, pójść jego śladem. Nikt go do tego nie zmusza. Ma wolny wybór. Przesłanie Nazarejczyka jest jasne: Jeśli chcesz…

 

A kolonializm? Gdy mi ktoś czasem (w praktyce bardzo rzadko) startuje z takim hasłem, to ucinam krótko:

Mój kraj sam był kolonią, gdy wy byliście kolonizowani. Nie jestem Francuzem…

 

Może już wystarczy tych definicji negatywnych. Po co więc ktoś jedzie na misje?

 

Tak, Afryka jest piękna i ma swój nieodparty urok – nie  do zapomnienia. Ale można się też przyzwyczaić i nie zwracać już na to uwagi.

 

Ludzie, jak ludzie, z tej samej krwi i kości, co i my – wszyscy potomkowie Adama. Mają swe przywary, co wyraźnie wyłazi, przy quasi stałym szoku naszych rożnych kultur, ale w sumie więcej nas łączy. Natomiast, podkreślam, bardzo wiele dobrego może się od nich nauczyć Europejczyk. Prymitywne społeczeństwo afrykańskie zdecydowanie wygrywa porównanie z naszą postmodernistyczną jałowością. Tu chce się żyć!

 

Bycie z tymi ludźmi, to jedna z podstawowych motywacji. Z nimi i dla ich dobra. Oni to czują i umieją wyrazić wdzięczność. Nie ma sensu próba opisywania codziennego życia na misji, bo jego charakter się zmienia w zależności od miejsca i posługi. A choć zewnętrze warunki są różne od europejskich, robimy tu normalną robotę kapłana na parafii tyle, że w afrykańskiej diecezji. To umacnianie fundamentów Kościoła założonego tu przed 2-3 pokoleniami przez naszych braci z Francji i Włoch dobiegających teraz pośród nas kresu ich życia. Udzielanie sakramentów i formowanie na miejscu młodych Afrykańczyków, którzy stopniowo przejmują po nas pieczę nad tym Kościołem lokalnym.

 

Misyjne czary mary

Być z tymi ludźmi, to Pawłowe cieszyć się z tymi, co się cieszą, płakać z tymi którzy płaczą…A jako franciszkańscy zakonnicy mamy do tego jeszcze naszą opcję preferencyjną dla ubogich i solidarność z uciśnionymi tego świata. To dlatego tu trwamy mimo, że wojna w kraju.

 

No tak – ktoś powie – wy macie co do roboty. Ale po co w Afryce klaryski? Kontemplacyjne mniszki w Bouar, nie prowadzą szpitala ani szkoły, nie pracują w duszpasterstwie – jaki z nich pożytek. One tylko się modlą… No właśnie! Tu docieramy do sedna sprawy. Wcale nie tylko, ale się modlą.

 

Kto śledził nieco relacje różnych misjonarzy z przebiegu konfliktu w RCA, ten mógł wyczytać, że ostatecznie, wobec ludzkiej bezsilności, jedynie modlitwa się liczy. Oto ostateczny sens naszej obecności w kraju misyjnym – modlić się za tych ludzi. To nie to samo, co być gdzieś daleko i solidaryzować się duchowo z odległymi miejscami, gdzie ludzie cierpią. Być fizycznie na miejscu, współcierpieć i modlić się o wytrwanie w ucisku, jak i o nawrócenie dla złoczyńców, których twarze i imiona często się zna osobiście – to zdecydowanie inna kategoria.

 

Takie głębokie przekonanie do słuszności obranej drogi w Kościele nazywa się powołaniem. By zdecydować się na misje i zostać tu na stałe, trzeba mieć to coś specjalnego.

 

Kto je otrzymał, ten zrozumie o czym mówię. Kto nie, trudna sprawa, bo brak narzędzi komunikacji. Moje plany życiowe do siedemnastego roku życia były jasne: zostać weterynarzem, ożenić się z Polką i mieszkać tylko w Polsce. Powołanie misyjne wywróciło we mnie wszystko do góry nogami. Inaczej jak wytłumaczyć, że ja choć przywiązany do Polski jak wilk do lasu, mimo to utknąłem od dwu dekad w Afryce i nie mam zamiaru wracać?

 

Są ludzie, którzy mówią, że aby siedzieć tam w Afryce, trzeba być głupim. Każdy ma swą logikę. Ostatecznie liczę na to, że gdy kiedyś będę odchodził z tego świata, towarzyszyć mi będzie poczucie spełnionego obowiązku. O, jak tu powiało staroświeckością…

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite