Misyjne czary mary

Są ludzie, którzy mówią, że aby siedzieć tam w Afryce, trzeba być głupim. Każdy ma swą logikę.

Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Byłem kiedyś z wizytą u jednego z licznych moich wujków. Nie widzieliśmy się dobre parę lat. Człowiek, jak wielu tego typu w Polsce, Bogu się nie naprzykrza – do Kościoła nic nie ma. Przegadaliśmy ze dwie godziny o rzeczach na tyle nieistotnych, że nic z tego nie utkwiło mi specjalnie w pamięci. W końcu rozmowa skręciła na temat mojego pobytu w Afryce – ostatecznie, to dość egzotyczna sprawa, jak na naszą szerokość geograficzną. Zachęcony przez otoczenie spiąłem się, by spróbować im nieco przybliżyć to, czym żyję. Nie zdołałem się nawet rozkręcić, gdy mój wuj pozbierał się i poszedł do pokoju obok, mrucząc coś, że to sprawy trudne i… za chwilę doszedł mnie głos telewizora.

Tak, misje to inny świat. Wuja ścięła moja nieudolna próba przybliżenia problemów, jakie ma statystyczny Afrykańczyk w przejściu od tradycyjnej religijności zanurzonej po uszy w magii, do novum Ewangelii głoszącej oparcie się na Jezusie, Bogu który zbawia.

– Oni z tych czarów nigdy nie wyjdą – słyszę niejednokrotnie zniechęcone głosy. Ale gwoli sprawiedliwości, dajmy im czas. To dopiero początki. A u nas, w Polsce z tysiącletnią tradycją chrześcijańską, znajdziesz kilka prosperujących kanałów z wróżkami i horoskopami…

Misyjne czary mary

Siostra jednego z moich współbraci wróciła kiedyś do domu nieco skonfundowana. Podzieliła się ze swymi rewelacją, jaką pragnął oświecić ją pewien kolega (z miasta i wykształcony).

Ten twój brat misjonarz – dzieli się swym odkryciem to siedzi w Afryce, bo musi mieć w tym dobry interes. Tam są diamenty!

Owszem, są, tyle, że o dobre dwieście kilometrów na południe. U nas jeśli co, to do jednej jedynej wioski całkiem niedawno dotarła moda na szukanie złota, ale do gorączki, to nam jeszcze daleko. Udaje się ludziom wypłukać nieco świecącego pyłu, za co zgarnie do kieszeni może z pięć euro za dzień. Dobre i to…

Ale lepiej w tej dziedzinie posłuchać pana Giuliani, sfrancuziałego Włocha, który od lat robi interesy w Centralnej Afryce. (Polecam niszowy film „Ambasador”, gdzie to jest udokumentowane). Stary wyjadacz na kwestię w co można tu włożyć ręce, radzi:

W RCA nie tykaj się tylko trzech rzeczy: broni, diamentów i cudzej żony. Wszystko inne jest dla obcokrajowca jest dozwolone. To na odpowiedź owemu oświeconemu koledze.

My, misjonarze, bardzo surowo trzymamy się tej praktycznej porady pana G., co nie znaczy, że nie ma tu pod słonecznym równikiem Polaków robiących ciemne interesy. Bywałem czasami w Bangui, w cukierni, gdzie powtarzano mi, że jej współwłaścicielem jest Polak. Jest nas w RCA jedynie kilkudziesięciu rodaków i siłą rzeczy się znamy. Ta owiana misterium postać była nieuchwytna. Przyjechał tu serwować Afrykańczykom ciasteczka? Bez wciskania kitu…

Inny spośrod braci znany we wspólnocie z wysublimowanej inteligencji, ale i ciętego poczucia humoru, na widok dwóch nowo upieczonych misjonarzy szykujących się na wyjazd, syknął:

Ach, bracia misjonarzeTanim kosztem po świecie sobie pojeździć

Ale i w samym zakonie nie wszyscy mają zrozumienie dla sprawy misji. Owszem, jeździmy – raz na dwa lata… na co ze współczuciem kiwają głowami spotykani tu i ówdzie zagraniczni funkcjonariusze agend ONZ-owskich, czy czynnych organizmów międzynarodowych. Dla nich to niewyobrażalne – tak rzadko? Owszem, jeździmy, ale mój kuzyn z Ameryki kiedyś mi mówi, że on mieszka dwa razy dalej od domu, niż ja. Za te moje dwadzieścia lat misjonowania nigdy nie wychyliłem się poza naszą europejską strefę czasową… Owszem, jeździmy, ale safari kończy się po miesiącu. Potem pozostaje kurz i wertepy, albo deszcz i błoto, wkuwanie kolejnego języka i co raz to nowe zderzenie z innymi realiami, malaria i pasożyty, czasami zniechęcenie i samotność, a w końcu, tak jak teraz, wojna domowa dla rozrywki. Może komuś odstąpić mój bilet?

Misyjne czary mary

Rozmawia kiedyś ze mną o misjach pani dziennikarka. Miała z góry utrwaloną wizję, do której powracała raz po raz jak bumerang, spodziewając się potwierdzenia z mej strony.

No to wy, misjonarze, budujecie szkoły i mosty, naprawiacie drogi

Musiało w końcu dojść do spięcia.

Albo Pani zechce przysłuchać się temu co mam do powiedzenia, albo będziemy się musieli rozstać

Bo owszem, zajmujemy się budowami – sam o tym często mówię i świadczę na piśmie – ale to jest tylko drugorzędny aspekt pracy misji katolickiej.

Tu i ówdzie propaguje pod adresem misji zarzut: kolonializm religijny. Hola! Każdy ma prawo do wyboru religii, czyli też usłyszenia prawdy o Jezusie, by następnie, jeśli chce, pójść jego śladem. Nikt go do tego nie zmusza. Ma wolny wybór. Przesłanie Nazarejczyka jest jasne: Jeśli chcesz…

A kolonializm? Gdy mi ktoś czasem (w praktyce bardzo rzadko) startuje z takim hasłem, to ucinam krótko:

Mój kraj sam był kolonią, gdy wy byliście kolonizowani. Nie jestem Francuzem…

Może już wystarczy tych definicji negatywnych. Po co więc ktoś jedzie na misje?

Tak, Afryka jest piękna i ma swój nieodparty urok – nie  do zapomnienia. Ale można się też przyzwyczaić i nie zwracać już na to uwagi.

Ludzie, jak ludzie, z tej samej krwi i kości, co i my – wszyscy potomkowie Adama. Mają swe przywary, co wyraźnie wyłazi, przy quasi stałym szoku naszych rożnych kultur, ale w sumie więcej nas łączy. Natomiast, podkreślam, bardzo wiele dobrego może się od nich nauczyć Europejczyk. Prymitywne społeczeństwo afrykańskie zdecydowanie wygrywa porównanie z naszą postmodernistyczną jałowością. Tu chce się żyć!

Bycie z tymi ludźmi, to jedna z podstawowych motywacji. Z nimi i dla ich dobra. Oni to czują i umieją wyrazić wdzięczność. Nie ma sensu próba opisywania codziennego życia na misji, bo jego charakter się zmienia w zależności od miejsca i posługi. A choć zewnętrze warunki są różne od europejskich, robimy tu normalną robotę kapłana na parafii tyle, że w afrykańskiej diecezji. To umacnianie fundamentów Kościoła założonego tu przed 2-3 pokoleniami przez naszych braci z Francji i Włoch dobiegających teraz pośród nas kresu ich życia. Udzielanie sakramentów i formowanie na miejscu młodych Afrykańczyków, którzy stopniowo przejmują po nas pieczę nad tym Kościołem lokalnym.

Misyjne czary mary

Być z tymi ludźmi, to Pawłowe cieszyć się z tymi, co się cieszą, płakać z tymi którzy płaczą…A jako franciszkańscy zakonnicy mamy do tego jeszcze naszą opcję preferencyjną dla ubogich i solidarność z uciśnionymi tego świata. To dlatego tu trwamy mimo, że wojna w kraju.

No tak – ktoś powie – wy macie co do roboty. Ale po co w Afryce klaryski? Kontemplacyjne mniszki w Bouar, nie prowadzą szpitala ani szkoły, nie pracują w duszpasterstwie – jaki z nich pożytek. One tylko się modlą… No właśnie! Tu docieramy do sedna sprawy. Wcale nie tylko, ale  się modlą.

Kto śledził nieco relacje różnych misjonarzy z przebiegu konfliktu w RCA, ten mógł wyczytać, że ostatecznie, wobec ludzkiej bezsilności, jedynie modlitwa się liczy. Oto ostateczny sens naszej obecności w kraju misyjnym – modlić się za tych ludzi. To nie to samo, co być gdzieś daleko i solidaryzować się duchowo z odległymi miejscami, gdzie ludzie cierpią. Być fizycznie na miejscu, współcierpieć i modlić się o wytrwanie w ucisku, jak i o nawrócenie dla złoczyńców, których twarze i imiona często się zna osobiście – to zdecydowanie inna kategoria.

Takie głębokie przekonanie do słuszności obranej drogi w Kościele nazywa się powołaniem. By zdecydować się na misje i zostać tu na stałe, trzeba mieć to coś specjalnego.

Kto je otrzymał, ten zrozumie o czym mówię. Kto nie, trudna sprawa, bo brak narzędzi komunikacji. Moje plany życiowe do siedemnastego roku życia były jasne: zostać weterynarzem, ożenić się z Polką i mieszkać tylko w Polsce. Powołanie misyjne wywróciło we mnie wszystko do góry nogami. Inaczej jak wytłumaczyć, że ja choć przywiązany do Polski jak wilk do lasu, mimo to utknąłem od dwu dekad w Afryce i nie mam zamiaru wracać?

Są ludzie, którzy mówią, że aby siedzieć tam w Afryce, trzeba być głupim. Każdy ma swą logikę. Ostatecznie liczę na to, że gdy kiedyś będę odchodził z tego świata, towarzyszyć mi będzie poczucie spełnionego obowiązku. O, jak tu powiało staroświeckością…

Robert Wieczorek OFMCap

Robert Wieczorek OFMCap

Zobacz inne artykuły tego autora >
Robert Wieczorek OFMCap
Robert
Wieczorek OFMCap
zobacz artykuly tego autora >

Wystarczy, abyście byli młodzi

Misjonarz zwykle kojarzy się z habitem, konkretnym zgromadzeniem zakonnym i poświęceniem całego życia ludziom z dalekich krajów. Jednak coraz częściej misjonarzami stają się też ludzie świeccy, którzy odkrywając to powołanie, wcale nie zamierzają rezygnować z założenia rodziny, nie dążą też do konsekracji życia.

Martyna
Słowik
zobacz artykuly tego autora >
Agnieszka Mazur
Agnieszka
Mazur
zobacz artykuly tego autora >

O pracy świeckich misjonarzy, niebezpieczeństwach, trudnościach, formacji i radościach z życia na misjach z Agnieszką Mazur z Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego „Młodzi Światu” rozmawia Martyna Słowik.

Martyna Słowik: Jak trafiłaś do wolontariatu misyjnego i czym zajmowałaś się jako wolontariuszka?

Agnieszka Mazur: Związałam się z misjami salezjańskimi już w pierwszych dniach studiowania w Krakowie. Kiedy przyjechałam do tego miasta już wiedziałam, że jest coś takiego jak Salezjański Wolontariat Misyjny „Młodzi Światu” (SWM) i miałam w głowie myśl, że jeżeli dostanę się tutaj na studia, to na pewno tam zajrzę. Tak się stało.

W pierwszym tygodniu października było spotkanie wprowadzające dla nowych wolontariuszy, na którym się pojawiłam. Od tego czasu minęło sześć lat. I do tej pory działam na rzecz misji właśnie w SWM.

Wystarczy, abyście byli młodzi

Historia prosta. Dzisiaj za pomocą różnych środków docierają do ludzi informacje, czy to przez znajomych, czy przez strony internetowe. Ja – tak w cudzysłowie, ale i dosłownie – zostałam zaprowadzona do SWM-u za rękę. Przez cały okres studiów starałam się aktywnie angażować w działalność organizacji. Co robiłam? Jako, że studiowałam dziennikarstwo, to bardzo szybko zaproponowano mi współpracę przy grupie redakcyjnej, prowadzenie strony internetowej czy pisanie tekstów. Po roku formacji wyjechałam na misje. To był wyjazd krótkoterminowy do Zambii. Tam na dobre rozwinęła się we mnie myśl, taka potrzeba, realizacji powołania misyjnego. Bo tak to nazywam. I wierzę, że tak rzeczywiście jest, że to tak do końca nie ja decyduję o tym, gdzie i kiedy chcę jechać, tylko że to jest wola Pana Boga. Mocno w to wierzę. Po powrocie z Zambii zajęłam się redagowaniem, PR-em, pomagałam przy redakcji książek, artykułów. Dzisiaj się to nieco zmieniło, bo moja działalność w SWM-ie skupiona jest bardzo na edukacji globalnej – prowadzę warsztaty dla dzieci i młodzieży; tworzę i redaguję różne materiały edukacyjne. Po to właśnie, żeby to doświadczenie i tą wiedzę, którą zdobyłam na misjach dzielić z innymi. To też jest jakaś druga część mojej misji. Bardzo ważna zresztą.

Powiedziałaś, że pierwszy wyjazd do Zambii był krótkoterminowy. Jak długo trwają wyjazdy krótkoterminowe?

Od jednego do trzech, czterech miesięcy. W Zambii byłam miesiąc. Niedawno byłam też w Nigerii na trzy miesiące. To również był wyjazd krótkoterminowy. Długoterminowe misje trwają rok albo nieco więcej. To zależy od czasowych możliwości wolontariusza, ale przede wszystkim od potrzeby danej placówki. Na rocznym wyjeździe byłam w Ghanie. Tam pracowałam w domu dla chłopców ulicy.

Wystarczy, abyście byli młodzi

Jak przebiegają przygotowania do takiego wyjazdu? Jakie umiejętności trzeba posiadać, jakie języki znać?

W Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym „Młodzi Światu” podstawą jest minimum roczna formacja. Polega ona przede wszystkim na uczestnictwie w cotygodniowych spotkaniach i comiesięcznych zjazdach ogólnopolskich. Równie ważna jest aktywność i angażowanie się w różne przedsięwzięcia w SWM-ie, na przykład pisanie tekstów, prowadzenie warsztatów, wysyłanie życzeń na święta dla darczyńców, organizacja festynów, zbiórek. Tych działań jest wiele, bardzo różnych. Dla samego wolontariusza są one pomocą w sprawdzeniu, co mi najlepiej wychodzi, czym powinienem się zająć. Czasami jest tak, że ktoś, kto ukończył politechnikę, wyjeżdża na wolontariat edukacyjny, pracuje z dziećmi i świetnie sobie z tym radzi! To znaczy, że odkrywanie swoich umiejętności trwa cały czas i nierzadko jest zaskakujące. Niektórzy wolontariusze wyjeżdżają na misje po roku, a niektórzy po dwóch, trzech latach. To nie jest tak, że jak mija pierwszy rok przygotowań, to stawia się ultimatum „albo wyjeżdżasz, albo odchodzisz z naszej organizacji”. Liczy się świadome odkrywanie powołania, do którego każdy dojrzewa w różnym czasie.

Są jakieś wymagania kompetencyjne, jeżeli chodzi na przykład o języki obce? Wiadomo, że z ludźmi z krajów misyjnych trzeba się jakoś porozumiewać…

Na pewno wymogiem jest znajomość języka, który obowiązuje w danym kraju. Jeżeli chodzi o kraje Ameryki Południowej, do której wyjeżdżają wolontariusze, to trzeba znać hiszpański. Co do krajów afrykańskich – są takie, w których jednym z języków urzędowych jest francuski, natomiast zazwyczaj nasi wolontariusze wyjeżdżają do krajów anglojęzycznych. Na miejscu wolontariusze uczą się też jakichś języków lokalnych, ale bardziej chodzi o takie grzecznościowe zwroty, żeby poradzić sobie tam w codziennym funkcjonowaniu.

Wolontariusze przed wyjazdem na misje mają egzamin językowy, z podstawowej znajomości języka obcego. Trzeba go zdać.

Wystarczy, abyście byli młodzi

Jak wygląda wyjazd wolontariusza na misje od strony finansowej? Bilety lotnicze, codzienne utrzymanie – to wszystko kosztuje…

Są dwie drogi finansowania: jedną z nich jest składanie wniosków o dofinansowanie w ośrodkach grantowych, czy to w naszym MSZ, czy w Komisji Europejskiej. Drugi sposób to poszukiwanie prywatnych darczyńców, albo firm, sponsorów, którzy mogliby takie wyjazdy choćby w części sfinansować. Jeśli się zbiera cegłę do cegły, to można wybudować dom o dobrych fundamentach.

Jak zareagowała Twoja rodzina, rodzice, kiedy dowiedzieli się, że chcesz wyjechać na misje?

Pamiętam, co mi powiedzieli rodzice, kiedy wsadzali mnie do pociągu do Warszawy, żebym stamtąd mogła odlecieć do Zambii. Powiedzieli mi, że bardzo mi dziękują za to, że dzięki mnie, przez to, że jestem ich dzieckiem, oni też mogą być częścią tej misji. Te słowa w stu procentach oddają to, jakie mają podejście do tej sprawy i czym dla nich są moje wyjazdy. Nie jest to dla nich przeszkoda, jest to dla nich wyzwanie. Oni zostają w Polsce, ja wyjeżdżam do krajów, do których oni nie wyjeżdżali i które są dla nich niewiadomą. Ale pokładają w tym wielką ufność. I bardzo mnie w tym wspierają.

Jesteś szczęściarą. Z opowieści wiem, że zdarzają się odwrotne sytuacje: niezgoda rodziny, protesty, zakazy. Wtedy wolontariusz musi zmierzyć się nie tylko z trudnymi przygotowaniami do wyjazdu, ale też z postawą rodziny.

Są takie przypadki. Znam je z bezpośrednich kontaktów z wolontariuszami. Myślę, że bardzo ważne jest, żeby nie mówić rodzinie o wyjeździe w ostatniej chwili. Często o wiele łatwiej rozmawia się o tym ze znajomymi, z przyjaciółmi, a trudniej z rodziną, która ma bardziej racjonalne podejście, a przede wszystkim ma jakieś marzenia, wizje i plany związane z dziećmi. Warto jak najwcześniej rozmawiać z rodzicami o wyjeździe na misje. Tak normalnie, zwyczajnie. Mówić o tym przy stole, przy śniadaniu czy przy obiedzie. Przede wszystkim żeby oswajać ich z tym, przyzwyczajać do myśli, że to jest to, co nas pociąga, interesuje. Dzięki temu rodzina ma czas na zadawanie pytań, poznanie ludzi, z którymi wyjedziemy, albo którzy już wyjechali i wrócili. Jednak czasami i to nie pomaga. Jeśli tak rzeczywiście się dzieje, to być może jest to potrzebne doświadczenie. Żeby wolontariusz mógł jeszcze bardziej zweryfikować, czy ten wyjazd, to rzeczywiście jest to, czego Pan Bóg od niego chce. Każda rzecz ma swój czas. Jeżeli wyjazd ma dojść do skutku, to dojdzie. I rodzina zrozumie to i przyjmie, prędzej czy później.

Wystarczy, abyście byli młodzi

Znam też takie przypadki, że rodzice na początku niekoniecznie rozumieli taką decyzję dziecka. I dopiero w czasie, kiedy ono było w jakimś kraju misyjnym, z czasem zaczynali rozumieć i doceniać to, co ich dziecko zrobiło, na co się zdecydowało.

Myślę, że każdy rodzic jest dumny z dziecka, które wyjeżdża na misje. Bo to w jakiś sposób jest odważny krok.  A że są obawy – to naturalne.

W jakich krajach byłaś na misjach i co było w tych wyjazdach najtrudniejsze?

Pierwszym problemem, który przychodzi mi na myśl jest kwestia języka obcego. I nie chodzi o język lokalny, tylko o angielski. Uczyłam się go od szkoły podstawowej, więc byłam przekonana, że jednak całkiem nieźle sobie z nim radzę. Ale kiedy przychodzi posługiwać się tym językiem w takim kraju jak Zambia, pojawia się pewna trudność związana ze specyficznym akcentowaniem tamtejszych ludzi, z wymową. Pojawia się stres związany z niezrozumieniem tego, co inni do mnie mówią, ale też tego, że inni mnie nie rozumieją, bo są to różne dźwięki, inne melodie językowe. To powodowało we mnie kumulowanie się szoku kulturowego. Pojawiała się myśl: „co ja mam tu zrobić, przyjechałam i nie umiem porozumieć się z ludźmi”. To minęło po jakimś czasie. I to dość krótkim.

Przy moim pierwszym wyjeździe pojawiła się też oczywiście kwestia niedoświadczenia. Zupełnie nowa rzeczywistość…

Dwa lata później wyjechałam do Ghany. Co prawda to kraj w zupełnie innej części Afryki, bo to Afryka Zachodnia, ale już mnie nie dziwiło tak wiele rzeczy. Skupiłam się już bardziej na ludziach. Żeby ich poznać, z nimi być. Chodzić do piekarni po chleb – piekarni, czyli dwóch pieców ustawionych pod daszkiem i kobiet, które te chleby od rana piekły, czy do warzywniaka pod parasolem, czy do szewca, który zawsze z otwartymi rękoma nas witał.

Jeśli chodzi o Ghanę i tamtejsze trudności, to myślę, że było nią moje podstawowe zadanie – praca jako wychowawca w domu dla chłopców ulicy. To była taka długoterminowa trudność, choć ja wolę o tym mówić, że to było moje zadanie. Czasami ono powodowało, że nasuwało mi się pytanie, czy aby na pewno to jest moje miejsce. Chłopcy czasami się buntowali, metody, które próbowałyśmy stosować z drugą wolontariuszką, nie zawsze się sprawdzały, nasze wysiłki tak po ludzku szły czasami na marne. Ale dzięki Bogu wiadomo, że jeden sieje, drugi zbiera.

Jeśli chodzi o Nigerię: największym problemem był fakt, że Nigeria jest krajem zagrożonym wojną. Jest to kraj, w którym chrześcijanie są intensywnie prześladowani (szczególnie na północy kraju). Ilość obowiązków, które tam miałam, była dla mnie sprawdzeniem się. Było tych obowiązków dosyć sporo. Byłam między innymi opiekunem grupy wolontariuszy z Polski, którzy tam pojechali. Wszystkie trudności starałam się traktować bardziej jako wyzwania.

Co do moich obowiązków, to  był moment, w którym miałam wątpliwości czy fizycznie podołam postawionym mi zadaniom. Jednak wstając każdego poranka przypominałam sobie, co jest u fundamentów mojej decyzji wyjazdu – Bóg, a z nim wszystko jest możliwe.

Wystarczy, abyście byli młodzi

Czy wolontariusze na wyjeździe misyjnym mogą czuć się bezpieczni?

Wyjeżdżamy do krajów ryzyka. W Ghanie, w porównaniu do Nigerii, ryzyko jest praktycznie znikome. Takie samo jak w Polsce na ulicach. My decydujemy się na to świadomie. Jesteśmy poinformowani o stopniu ryzyka, które istnieje w danym kraju.

Czy wolontariusz może czuć się bezpiecznie? Myślę, że tak. Nasze placówki cały czas sprawdzają, na ile sytuacja jest bezpieczna i na ile rzeczywiście wolontariusz może tam pojechać. To nie jest tak, że wrzucamy kogoś na głęboką wodę z karabinem w ręku. Karabinem wolontariusza może być najwyżej – albo raczej, aż – różaniec, wiedza i wiara, którą ma.

Misje mogłyby być rodzajem wyjazdów wakacyjnych. Taką oryginalną odmianą. Egzotyczne kraje, trudno dostępne przeciętnym turystom… Czy można zacząć swoją przygodę z misjami właśnie takim postanowieniem: „Kurczę, chcę zobaczyć Afrykę”?

Jest taka możliwość. Ile jest ludzi, tyle jest motywacji. One mogą się mieszać, zamieniać, przenikać.  Czasami ludzie podejmują wolontariat z nudów. I mówią: „a, chcę wyjechać, bo właściwie nie wiem, co ze sobą zrobić”. Różne są motywacje i ja uważam, że na tym pierwszym etapie, czyli samej decyzji przyjścia do wolontariatu, to chyba każda motywacja jest dobra. Bo te motywacje człowiek sam weryfikuje w czasie formacji. Po to jest ten rok przygotowania, żeby te motywacje sprawdzać. Myślę też, że każdy wolontariusz ma taki okres transformacji tych motywacji. Wydaje mi się jednak, że jeśli motywacją jest tylko chęć zobaczenia krajów, to taki wolontariusz nie będzie miał w sobie tyle siły, żeby na przykład co tydzień przychodzić na spotkania, żeby angażować się w inne działania organizacji w Polsce, itd. Sam zmieni zdanie po jakimś czasie. I albo zrezygnuje, albo odnajdzie w sobie też inne motywacje. Chęć podróżowania, dusza odkrywcy – to oczywiście wszystko też jest potrzebne. Bo gdybym ja była domatorem, to nie wyjechałabym do dalekich krajów. Dusza odkrywcy pomaga. I na początku samo to może wystarczyć, ale na dalszym etapie potrzeba czegoś jeszcze – trzeba słuchać Boga.

Wystarczy, abyście byli młodzi

Czy do SWM-u może przyjść każdy? Nawet ktoś, kto nie ma pojęcia, kim są salezjanie?

Oczywiście. Drzwi dla każdego są otwarte. To nie jest tak, że jak ktoś przychodzi, to my robimy egzamin kim jest ksiądz Bosko i co to jest oratorium. Zdobywanie takiej wiedzy jest późniejszym elementem formacji. Są ludzie, którzy dowiedzieli się o salezjanach wpisując w wyszukiwarkę „misje” i wyskoczył im swm.pl.

Zdarzało się, że ktoś nie wytrzymał psychicznie zmiany kultury, klimatu i wrócił z misji?

Do tej pory nie zdarzyło się, żeby wolontariusz wrócił z misji przed jej zakończeniem. Najważniejszą cechą wolontariusza jest cierpliwość. I ufność w to co robi, dlaczego robi, nawet jeśli nie widać od razu efektów tej pracy.

Wystarczy, abyście byli młodzi

Podziwiam.

Nie uważam, ze zrobiłam coś wielkiego. Dobra, wyjechałam do trzech krajów, pracowałam w trzech różnych miejscach i w różnych warunkach, pracowałam też z różnymi ludźmi. Ale to, co robiłam, np. w Ghanie – wstawałam rano, przygotowywałam lekcje, prowadziłam zajęcia dla chłopców, znosiłam czasem ich humory, przyklejałam plaster do zranionego palca, albo wstawałam o 6 rano, żeby przyszyć guzik do mundurka, to chyba nic wielkiego. Nic, czego nie robi na przykład każda matka, która zajmuje się swoimi dziećmi, czy wolontariusze, którzy pracują w Polsce w jakichś domach dziecka.

To jest ta moja odpowiedzialność, na którą się zdecydowałam. Swój czas, swoje siły, swoją energię, oddaję tym, których nie znam. To jest niesamowite bogactwo dla mnie, że jestem dla nich. Że każdego dnia wstając, odnawiam w sobie tę motywację, że to dla nich tutaj jestem.

Mottem mojej pracy są dla mnie słowa księdza Bosko: „Wystarczy, abyście byli młodzi, żebym was kochał”. Robię to dla nich, dla najmłodszych, którzy są przyszłością tych krajów – dla najuboższych dzieci i młodzieży.

Martyna Słowik

W szkole podstawowej poczuła, że rzeźbienie w modelinie to nie jest jej powołanie. Zaczęła więc rzeźbić w dźwięku i słowie. Szybko okazało się, że nie może bez tego żyć. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Dzienniku Polskim”, „Magazynie Spectrum”, „Wiadomościach Uniwersytetu Jagiellońskiego”. Prowadziła poranne pasmo na antenie Radiofonii. Współpracowała z Uniwersytetem Dzieci. Niespokojna dusza, zafascynowana dźwiękiem, słowem, obrazem, ruchem, a zwłaszcza drugim człowiekiem. W wolnych chwilach jeździ na rowerze, tańczy, chodzi po górach, planuje podróże - małe i duże. Od powrotu z Gruzji zakochana w tamtejszym klimacie i kulturze.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Mazur

Agnieszka Mazur

Zobacz inne artykuły tego autora >
Martyna
Słowik
zobacz artykuly tego autora >
Agnieszka Mazur
Agnieszka
Mazur
zobacz artykuly tego autora >