Jak na nowo odnaleźć sens niedzieli? Wróćmy do korzeni

W starożytności była czasem zbierania się wspólnoty i łamania chleba, w średniowieczu okresem jarmarków, odpustów i wolnego od pracy na roli. Dziś gdy wpisujemy w przeglądarkę internetową hasło "niedziela" - większość artykułów nie odsyła do aktualnych czytań liturgicznych, ale kalendarzy pokazujących, która z nich będzie handlowa.

Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jak na nowo odnaleźć sens niedzieli? Wróćmy do korzeni
W starożytności była czasem zbierania się wspólnoty i łamania chleba, w średniowieczu okresem jarmarków, odpustów i wolnego od pracy na roli. Dziś gdy wpisujemy w przeglądarkę internetową hasło "niedziela" - większość artykułów nie odsyła do aktualnych czytań liturgicznych, ale kalendarzy pokazujących, która z nich będzie handlowa.

Niedziela, jak przypominają papieże i (dosyć regularnie) polski episkopat, to dzień, który nie jest po prostu “weekendem”. To istota życia chrześcijanina – pamiątka stworzenia i Zmartwychwstania. W starożytności była czasem zbierania się wspólnoty i łamania chleba, w średniowieczu okresem jarmarków, odpustów i wolnego od pracy na roli. Dzisiaj wpisując w przeglądarkę internetową hasło “niedziela” – większość artykułów nie odsyła do aktualnych czytań liturgicznych, ale kalendarzy pokazujących, która z nich będzie handlowa. Czy zagubiliśmy w Polsce sens i głębszy wymiar świętowania? Jak do niego powrócić? 

Z perspektywy historycznej, bo od niej warto zacząć poszukiwanie sensu świętowania, niedziela od zawsze stanowiła centrum tygodnia chrześcijan. Jej istotę wywodzono bezpośrednio ze Starego Testamentu, tradycji szabatu oraz Dnia Siódmego, w którym Bóg wraz z bydłem odpoczął, podziwiając piękno stworzenia. Pierwsi wyznawcy Chrystusa poświęcali ten czas na – początkowo tajne, a później jawne – gromadzenie się lokalnych wspólnot, gdzie na polecenie Mistrza (Łk 22, 19 “To czyńcie na moją pamiątkę”), dzielono się chlebem i winem, nawiązując do uczty eucharystycznej odprawionej z Apostołami.

Odbywały się one o poranku, a nieco światła na ich dokładny przebieg rzuca jeden z najstarszych apokryfów – Didache. W dziele traktującym o życiu pierwszych uczniów Jezusa widnieje taki oto opis celebracji: “W dniu Pana, w niedzielę, gromadźcie się razem, by łamać chleb i składać dziękczynienie, a wyznawajcie ponadto wasze grzechy, aby ofiara wasza była czysta. Niechaj nikt, kto ma jakiś spór ze swoim bratem, dopóki się nie pogodzą, nie bierze udziału w tym zgromadzeniu, aby nie została skalana wasza ofiara” (Didache 14:1-3).

Rzeczą sporną jest odpowiedź na pytanie, czy dzień ten był początkowo również wolny od pracy, ale nie ulega wątpliwości (pisze o tym m.in. Ignacy Antiocheński), że celebrowana przez Żydów sobota, została zastąpiona niedzielą, której pogańską nazwę odnoszącą się do “dnia słońca”, interpretowano jako zwycięstwo życia nad śmiercią, którego dokonał Chrystus podczas Wielkanocy. Od strony formalnej, niedziela (i tutaj ponownie, nazwana “czcigodnym dniem słońca”) została uznana w Cesarstwie Rzymskim jako dzień wolny od pracy za sprawą edyktu cesarza Konstantyna Wielkiego z 7 marca 321 roku. Ponieważ odstępstwa od tej reguły mogli dokonać jedynie chrześcijanie, którzy zajmowali się rolnictwem, zwyczaj odpoczynku, wspólnej modlitwy i posiłku, na trwale wpisał się w DNA kultury chrześcijańskiej. 

Stopniowo, zwłaszcza w średniowieczu, niedziele zyskiwały coraz precyzyjniejsze opisy w prawie powszechnym Kościoła, które wyszczególniało obowiązki gorliwego katolika. Powinien on tym czasie poświęcać się lekturze Pisma Świętego (jeśli umiał czytać), uczestniczyć we Mszy Świętej, powstrzymać się od zbędnych prac, prowadzenia procesów sądowych i bitew, oraz oddawać uczynkom miłosierdzia wobec słabszych.

Od XIII w. nieuzasadnione nieobecności podczas Eucharystii  karano okazjonalnie grzywnami, ponieważ uważano, że stanowią odstępstwo od Dekalogu oraz prawa naturalnego. W XVI w. dodatkowo podkreślono wagę niedzielnej Mszy rozpowszechniając przykazania kościelne oraz przypominając, że sam Jezus odpoczywał tego dnia, udając się na pustynię i modląc (Łk 4:31, 38, 42, Mk 1:21, 35).

Co oczywiste, również w Rzeczpospolitej, średniowieczne tradycje niedzielne nie były oparte jedynie na nakazach i zakazach, ale także dosyć wyrazistych zachętach. Dobry przykład ludowego charakteru niedziel stanowi jarmark dominikański w Gdańsku, powołany do życia bullą papieża Aleksandra IV w 1260 r. na wniosek zakonu dominikanów. Bracia chcieli w ten sposób popularyzować Mszę odpustową, odprawianą w dzień św. Dominika (4 sierpnia), za uczestnictwo w której można było otrzymać aż “100 dni zwolnienia z czyśćca”.

W tym celu od godziny 12 na placu św. Dominika biciem dzwonów rozpoczynano charakterystyczną dla tamtych czasów mieszkankę sacrum i profanum, w postaci organizowania występów lokalnych grajków, aktorów i kuglarzy, połączonych z modlitwą i Eucharystią. Popularność święta okazała się z czasem tak duża, że zamieniło się ono w znany w Europie dzień targowy, wokół którego rozwijało się całe miasto. W szczytowym okresie do gdańskiego portu zawijało kilkaset statków, handlowano również przysłowiowym “mydłem i powidłem”, od cygar i bursztynów, po toruńskie pierniki i czeskie szkło.

Tradycja niedzielnych festynów parafialnych, podczas których w sensie wspólnotowym buduje się żywy Kościół, obecna jest również dzisiaj, i cieszy się coraz większą popularnością. Jak przypomniał św. Jan Paweł II w liście apostolskim “Dies Domini” z 1998 r., w całości poświęconemu świętowaniu niedzieli: “Człowiek wierzący, jeśli nie chce ulec naciskowi środowiska, musi znajdować oparcie w chrześcijańskiej wspólnocie. Jest zatem konieczne, aby sobie uświadomił, jak kluczowe znaczenie dla jego życia wiary ma zgromadzenie niedzielne”.

Niedziela nie może się jednak skończyć jedynie na Mszy i oglądaniu telewizora przez resztę dnia. Kluczem do jej pełnego przeżycia jest również to, co zrobimy z czasem wolnym.

Począwszy od czasów pierwszych chrześcijan, Eucharystia miała być i była wydarzeniem wspólnotowym, wpisanym w słowa Jezusa “gdzie dwóch lub trzech jest zebranych w moje imię, tam jestem wśród nich” (Mt, 18, 20). Również dzisiaj, aby nie zaraziła swojej istoty, właśnie w angażowaniu się w życie parafii i poczuciu bliskości z ludźmi, którzy są w kościele obok nas, powinniśmy szukać siły do lepszego przeżywania tego dnia. 

Niedziela nie może się jednak skończyć jedynie na Mszy i oglądaniu telewizora przez resztę dnia. Kluczem do jej pełnego przeżycia jest również to, co zrobimy z czasem wolnym. A ten, o czym również przypomniał papież, “musi być źródłem duchowego wzbogacenia, zapewnić większą wolność, umożliwiać kontemplację i sprzyjać braterskiej wspólnocie”. Katolik spędza niedzielę pomagając innym, czytając, rozmyślając o Bogu i tworząc – na jego wzór i podobieństwo.

“W ten sposób dzień Pański staje się także dniem człowieka” – czytamy znowu w liście “Dies Domini”, i ten cytat, moim zdaniem, jest najpiękniejszym oddaniem sensu Dnia Siódmego. Poprzez bliskość ze wspólnotą, włączanie się w działalność Kościoła, kontemplację i aktywność pozazawodową, również w Polsce, będziemy mogli uczynić z tego dnia nie ostatni, ale pierwszy dzień tygodnia. I od niego rozpoczynać wszystko, co następuje później, a co nazywamy prozą życia.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >
WIARA

Polska pamięć japońskich chrześcijan

Polscy duchowni zapisali piękną kartę w historii Japonii. Pamiętają o tym Japończycy, nie tylko katolicy, których jest w końcu w Japonii niewielu.

Michał Kłosowski
Michał
Kłosowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Polska pamięć japońskich chrześcijan
Polscy duchowni zapisali piękną kartę w historii Japonii. Pamiętają o tym Japończycy, nie tylko katolicy, których jest w końcu w Japonii niewielu.

– Moja żona, która jest protestantką, bardzo ceni postać św. Maksymiliana Kolbe – mówi mi Akihiko Watanbe, wykładowca na tokijskim uniwersytecie Otusuma. Sam będąc katolikiem zna oczywiście postać o. Kolbe, słyszał także o innych polskich duchownych, którzy zasłużyli się dla japońskiego chrześcijaństwa. Ale to o. Kolbe jest tu dla najważniejszy. Japończycy nazywają go nawet „japońskim świętym”. – W kościele Toma, w zachodniej części miasta, blisko stacji Nagayama mamy nawet jego relikwie – dodaje Watanbe, wyraźnie dumny.

W Japonii katolicy stanowią od 0,04 do 0,06% społeczeństwa, ok. 500 tysięcy osób. Nie wiadomo dokładnie ilu, bo wielu katolików jest imigrantami z innych części Azji, Korei, Filipin czy Wietnamu. Ci ostatni to często diakoni i seminarzyści, którzy budują tu Kościół. – W Japonii pracuje kilku Polaków, a byli też tacy, którzy przybyli tu z pierwszymi misjonarzami z Portugalii – tłumaczy mi siostra Aneta Płonecka, polska misjonarka zgromadzenia Sług Ewangelii Miłosierdzia Bożego, pracująca w Tokio. Siedzimy, popijając kawę w turystycznej części miasta. Siostra Aneta ma na myśli o. Wojciecha Męcińskiego, zwanego też Alberto Polacco. Historia jego życia i gorliwość ewangelizacyjna nadaje się na scenariusz filmowy. Wstąpił do Towarzystwa Jezusowego niecałe pół wieku po jego powołaniu. Studiował na Akademii Krakowskiej. Odziedziczył 17 wsi i miasteczko Nowodwór, które pomimo protestów rodziny zapisał na wyposażenie kolegium św. Piotra w Krakowie. Po wyjeździe do Portugalii na studia teologiczne, wypłynął do Indii, jednak musiał zawrócić z powodu niesprzyjającej pogody. Ostatecznie do Indii dotarł w 1633 roku, wylądował w Goa, gdzie poświęcił się pracy charytatywnej. Rok później przybył na ziemie dzisiejszego Wietnamu, skąd popłynął do Malakki, by leczyć chorych żołnierzy, a stamtąd do Makau. Statek, którym później próbował przedostać się z Makau do Japonii został porwany, ale Męciński uciekł, trafił do Kambodży tam został przełożonym tamtejszej misji i zyskał poważanie króla. Kilka lat później odpłynął do Manili na Filipinach, skąd w przebraniu Chińczyka w końcu przedostał się do Japonii. Był tam krótko, wraz z towarzyszami został odkryty przez ludzi szoguna, zmarł po torturach. Uznawany jest dziś za męczennika. – To żar wiary porównywalny do tego, który miał w sobie ulubiony misjonarz Ojca Świętego, jezuita Franciszek Ksawery – twierdzi Tatsuo Shirahama, prezes Fundacji Yumenosya, zajmującej się badaniem oraz kultywowaniem japońskiej kultury i sztuki. – Warto aby tę historię poznał cały świat – dodaje.

Wielu spotkanych Japończyków poznało chrześcijaństwo dzięki papieżowi z Polski.

 

 

Japończycy pamiętają także wizytę Papieża-Polaka w 1981 roku. – Jan Paweł II wpisuje się w grupę kilku Polaków, o których pamiętają Japończycy. – Jest to Skłodowska-Curie, Kopernik, Wałęsa, Chopin i właśnie Jan Paweł II – mówi ambasador Polski w Tokio, Paweł Milewski. Wielu spotkanych Japończyków poznało chrześcijaństwo dzięki papieżowi z Polski. Papież-Polak spotkał się również z japońską młodzieżą, wśród której było wielu niechrześcijan, a którzy po jego wizycie w Azji ochrzcili się. – To była ostatnia silna iskra ewangelizacyjna w Japonii – mówi o. Paweł Janociński OP, pracujący w Japonii od ponad 40 lat. Podczas swojej podróży do Azji, Jan Paweł II odwiedził ponadto brata Zenona Żebrowskiego, 90-letniego polskiego franciszkanina-misjonarza który przybył do Japonii z ojcem Maksymilianem Kolbe w latach 30-tych i który był opiekunem ofiar bomby atomowej. „Brat Zeno”, jak nazywają go Japończycy, to postać niezwykle tutaj znana. Do dziś można znaleźć tu ludzi, którzy go spotkali i którym służył pomocą. Opiekował się bowiem tymi, którzy podczas wybuchów bomb atomowych ucierpieli, opiekował się także japońskimi sierotami. – Mamy wspaniałą historię o. Maksymiliana Kolbe i br. Zenona Żebrowskiego także salezjanina, ks.  Michała Moskwy – mówi Ambasador Polski w Tokio, Paweł Milewski. I dodaje. – Chcielibyśmy przypominać o tym, że Karol Wojtyła był nie tylko pierwszym Polakiem na Stolicy Piotrowej. Chcielibyśmy pomóc zintegrować polskie środowisko duchowieństwa w Japonii jeszcze mocniej, nie dlatego że kapłani tu potrzebują jakiejś specjalnej pomocy – twierdzi i nadmienia – Pracowałem jako Ambasador na Papui-Nowej Gwinei, gdzie jest 75 polskich misjonarzy i tam to zdecydowanie oni potrzebują pomocy. W Japonii natomiast tworzą oni szansę na wyjątkową promocję polskiej historii, kultury i wyjątkowych działań, które zasługują na docenienie. Rok Ojca Świętego będzie do tego okazją.

 

Jest więc na czym budować, zwłaszcza że wystawa o św. Maksymilianie Kolbe, która została przetłumaczona na język japoński dziś już przemierza Japonię. Wyruszyła z Nagasaki, kolebki japońskiego chrześcijaństwa gdzie pracował męczennik z Auschwitz. Japończycy, również ci niewierzący, doceniają cnoty polskich duchownych, a także ich rolę w otwieraniu Japonii na świat. A krajów takich, gdzie jak w Japonii, polscy duchowni zapisali się złotymi zgłoskami, jest więcej, zwłaszcza w Afryce i Ameryce Południowej. Warto wziąć to pod uwagę i spróbować odkryć to dziedzictwo.

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Michał Kłosowski

Michał Kłosowski

Dziennikarz, sekretarz redakcji „Wszystko Co Najważniejsze”, twórca programu „Studio Raban” w Telewizji Polskiej, współpracownik „Stacji 7”. Współtworzył strategię komunikacji m.in. Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016 i Panama 2019.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Michał Kłosowski
Michał
Kłosowski
zobacz artykuly tego autora >