video-jav.net

Byłem po prostu bandytą

Wolna wola to dar, z którego trzeba nauczyć się korzystać.

Alicja Samolewicz-Jeglicka
Alicja
Samolewicz-Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >
Grzegorz
Gryniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kiedyś: szybkie życie, duże pieniądze, brak refleksji. Bóg? Gdzieś zapewne był….

Potem: 12 lat w zamkniętym zakładzie karnym, dowodzenie buntem w więzieniu, szefowanie grypsującym. Bóg? Pojawił się z dnia na dzień.

Dziś: życie sakramentalne, codzienna Eucharystia, pielgrzymki. Bóg? Jest co dnia obok.

Nie jest łatwo, ale słuchając Bożych wskazówek można dobrze żyć.

Z Grzegorzem Gryniewiczem, nawróconym więźniem, rozmawia Alicja Samolewicz-Jeglicka

Alicja Samolewicz-Jeglicka: Czy człowiek może mieć wolną wolę w więzieniu?

Grzegorz Gryniewicz: W więzieniu nie traci się wolnej wolni. Traci się ją wtedy, kiedy człowiek dużo nagrzeszy.

Czyli ta nasza wola nie jest już do końca taka wolna…

Dokładnie. Niby wybór podejmuje człowiek, ale grzech, który w nim siedzi ciągnie go w drugą, złą stronę. Zło przyciąga, jak magnez. Nie musimy od razu popełniać wielkich grzechów. Jedno kłamstwo rodzi drugie, a każde następne sprawia, że coraz dalej wkraczamy na terytorium wroga.  Małe kłamstwa. Niby nic takiego, a jednak wciągają. Pokazują, jak można przekraczać kolejne granice.

A te granice wydają się być bardzo cienkie.

Niestety tak jest. Człowiek brnie w zło, w grzech. Bez opamiętania. Do momentu refleksji. Do momentu, aż coś się stanie w życiu. Człowiek zaczyna wtedy w tej swojej wolnej woli wołać do Boga, bo czuje, że nie może już złapać powietrza – jest tak osaczony przez zło. Wtedy powoli w naszym życiu zaczyna „coś” się dziać.

Byłem po prostu bandytą

To moment, kiedy człowiek zaczyna zauważać, że musi walczyć o to, by ta wola była do końca wolna?

Człowiek żyjący ciągle w grzechu nie odróżnia już dobra od zła. Przynajmniej tak było u mnie. W pewnym momencie, czy człowiek chce czy nie chce, grzech go ciągnie w swoją stronę i przypomina o sobie…. W tym momencie przychodzi zniewolenie.

Od czego to się zaczyna?

Wszystko zaczyna się od małych rzeczy. Banalnych wręcz. Może to być małe kłamstewko. Niby nic. U mnie to właśnie były takie kłamstwa żartobliwe. Niestety, w końcu zapominałem, że kłamałem sobie dla żartu i z tych moich kłamstw zaczęły wychodzić wielkie nieporozumienia. Przyszedł moment, w którym zacząłem tak kłamać, że już nie wiedziałem co się dzieje. Sam wpadłem we własną pułapkę. Tak jest właśnie z grzechem. Człowiek wpada w sidła.

Żyłem w związkach niesakramentalnych, zdradzałem. Widziałem jedną ładną kobietę, potem inną. Wzrok sam za nimi wodził. Nie panowałem nad tym… Tak samo jest z kradzieżą czy z jakimkolwiek innym złem. Zło jest realne, żywe.

Kiedy na swojej drodze zetknął się Pan z Bogiem?

To było w więzieniu. Było mi źle, ale nie wiedziałem, że można żyć inaczej. Tęskniłem za czymś lepszym, ale nie wiedziałem za czym. Po śmierci mojej mamy miałem sen, który zaważył na tym kim dzisiaj jestem. Usłyszałem w nim takie słowa: „Twoje prośby zostaną wysłuchane”… Nie umiem tego wytłumaczyć. Zdarzyło się wtedy coś nadprzyrodzonego, coś wielkiego. Będąc w więzieniu chciałem iść do poprawczaka. Chciałem młodym ludziom opowiedzieć o swoim życiu, by nie szli tą drogą, co ja. I tak się stało. Pojechałem do poprawczaka, spotkałem się z tymi ludźmi.

Potem zacząłem się modlić. Odmawiałem różaniec. Brałem udział w modlitwach o uwolnienie. I stało się coś niezwykłego. Zacząłem przebaczać. Przebaczyłem osobie, o której cały czas myślałem w więzieniu. Cały swój wyrok zastanawiałem się jak ją skrzywdzę, kiedy już z niego wyjdę. A tu nagle ja temu człowiekowi przebaczam! To było dla mnie samego niepojęte. A co się działo w tym czasie ze mną? Czułem się o wiele lżejszy… Taki spokojny. Nie umiem tego wytłumaczyć. Stałem się innym człowiekiem. Poczułem miłość Boga. Bóg pokazywał, stawiał znaki, budował wiarę.

A co się stało po wyjściu z więzienia? Ciężko chyba było zacząć wszystko od nowa…

Dopadła mnie rzeczywistość. Brak pracy, mieszkania, perspektyw. Czułem, że znowu mogę wpaść w to od czego uciekam. Chciałem zmienić swoje życie, ale nie umiałem normalnie funkcjonować. Chciałem iść do pracy. Ale praca za 1.500 złotych? Jak przeżyć za taką kwotę? To nie dla mnie – myślałem. To co potrafiłem robić to kraść, oszukiwać, kombinować. Nie wierzyłem, że mogę normalnie zarabiać pieniądze… Coraz bardziej mnie to zło, ten grzech ciągnął w swoją stronę.

Byłem po prostu bandytą

Aż do pewnego momentu…

Pamiętam jak odmawiałem koronkę do Bożego Miłosierdzia o godzinie 15.00 i zerwała się wielka wichura. To było dla mnie bardzo ważne… Modliłem się o to, by Bóg mi nie pozwolił ponownie wejść w bagno. I tak też się stało. Mimo wszelkich trudności, propozycji, tego co było wkoło mnie. Przebijałem się. Prostowałem swoją drogę. Wiedziałem, że Bóg jest ze mną, że mi pomaga. Po tej długiej, męczącej walce zaczęło się wszystko zmieniać.

Jak jest dziś?

Dziś podejmuje decyzje w wolności. Staram się dostrzegać nawet to najmniejsze zło. Przykład? Jestem w pracy i dostaję zadanie, które wykonuję o 2 godziny szybciej. Idę więc do swojego szefa i się zwalniam z pracy. Bo wiem, że te dwie godziny będę siedział i nic nie robił. Dlaczego ma mi on za to płacić? Przecież to jest nieuczciwe.

Ten najcięższy moment już za Panem?

Tak. Sądzę, że to był początek – podjęcie decyzji, że chce zmienić swoje życie. Im bliżej Boga, tym bardziej człowiek chce być uczciwy. Maksymalnie unikać tego, co złe. Wzrastać. Nie łapać się najmniejszego zła. Od małego zła zawsze się zaczynało i od wymówek typu „a bo to nic nie szkodzi… a co to takiego…”. Oj, mylne to. Małego grzechu trzeba unikać, jak ognia.

Jeśli nazbiera się tych małych grzechów, to człowiek zapomina o modlitwie, spowiedzi. Zaczyna się robić niebezpiecznie. Granica jest śliska. Ważne jest, by żyć w łasce świętej, by korzystać ze spowiedzi.

Jest Pan przykładem, że można wyrwać się ze zniewolenia i grzechu…

Ważne, by zwracać uwagę  na to, co Bóg pokazuje. Bo myśli, które do nas powracają, albo sytuacje które coś przypominają – to nasze sumienie, które chce coś nam powiedzieć. Jest czymś obciążone. Wystarczy się pomodlić w tej intencji, skorzystać z pomocy księży, sakramentu pokuty. Nie bagatelizować tego. W życiu nie ma przypadków. By człowiek był wolny, trzeba korzystać z tego, co Pan Jezus dla nas zrobił – a On przecież odkupił nasze winy. Moje winy.

Alicja Samolewicz-Jeglicka

Alicja Samolewicz-Jeglicka

Dziennikarz ZWWZ - z Zawodu, Wyboru, Wykształcenia i Zamiłowania. Udowadnia, że jest możliwe wstawać o świcie z uśmiechem co dnia i łączyć pracę z pasją. Reporter, z-ca szefa informacji Radia Plus w Gdańsku. Wieloletni korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej. Prowadzi warsztaty dla młodzieży i studentów z zakresu dziennikarstwa radiowego. Publikuje w prasie i internecie.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Grzegorz Gryniewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alicja Samolewicz-Jeglicka
Alicja
Samolewicz-Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >
Grzegorz
Gryniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Ciemność widzę, ciemność!

Bóg nie jest naszym partnerem, Jego drogi nie są naszymi drogami, zawsze będziemy więc skazani na pewną nieprzewidywalność, błądzenie po omacku i bezradny krzyk przypominający wołanie Jerzego Stuhra z „Seksmisji”: „Ciemność, widzę ciemność!”.

Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Od jakiegoś czasu mam nieśmiałe przeczucie, że wiara w Pana Boga jest rodzajem mistycznej gry w chowanego. Pragniemy uchwycić Go na gorącym uczynku, złapać za nogi, ale On nie pozwala na to. Wymyka się, ukrywa i woła: „Szukaj!”. To, przyznajmy bez bicia, nie ułatwia podejmowania przez nas wyborów. Trudno. Trzeba zaryzykować. Ruszyć w ciemno.

Sam zrobię resztę

Czy to, że zostałem dziennikarzem, było zapisane w Jego odwiecznych planach? Znał mnie przecież, jak sam zapewnia, przed założeniem świata. A może dostosował się do mojego wyboru? Skąd wiadomo, że to, co robimy, podoba się Najwyższemu? Że nie wybiegamy przed szereg nucąc pod nosem hymn szczerzącego ząbki neofity: „Brunetki, blondynki ja wszystkie was dziewczynki nawracać chcę”?… Czy, aby zweryfikować trafność naszych wyborów musimy czekać na owoce? Jeżeli tak właśnie byłoby, Karol de Foucauld miałby, delikatnie mówiąc, przechlapane, bo nie doczekał się ani jednego współbrata w zgromadzeniu, które założył. Umierał samotny jak palec…

Gdy przed dwoma laty zmęczony i przygnieciony ciężarem obowiązków domowych i redakcyjnych powiedziałem sobie: „Basta! Stop! Nie będę już jeździł wzdłuż i wszerz po Polsce, by mówić świadectwa”, automatycznie na moją skrzynkę przestały spływać zaproszenia. Telefon też milczał. Czułem, że „góra” uszanowała mój wybór i pozwoliła mi odsapnąć. Gdy jednak po jakimś czasie postanowiłem znów ruszyć w trasę, okazało się, że jak tylko kończyłem mówić jakąś konferencję i zaczynałem powoli wycofywać się do domu, w ciągu kilkunastu minut z drugiego końca Polski przychodził SMS lub mail z… propozycją nowego spotkania. Byłem zdumiony, gdy zauważyłem, że mechanizm się powtarzał. Tak jakby Bóg szeptał: Uchyl mi jedynie furtkę, ja zrobię resztę.

Ciemność widzę, ciemność!

Rusz się!

Do złudzenia przypomina to biblijną scenę rozmnożenie chleba. Być może prościej byłoby, gdyby Jezus pstryknął palcami i wyczarował na oczach głodnej i ciekawej gawiedzi kilka ton zdrowej żywności, a następnie szepnął do apostołów: „No chłopcy, zajmijcie się dystrybucją”. Ale nie… Wysłał ich do pięciu tysięcy wygłodniałych mężczyzn (średnia frekwencja ligowego meczu na Górnym Śląsku) z kawałkiem chleba i rybą. Granie na uczuciach pięciu tysięcy wygłodniałych jak wilki facetów groziło śmiercią lub trwałym kalectwem (chłop – wiadomo – jak głodny, to zły). Poza tym apostołowie mogli się solidnie wygłupić. A jednak zaryzykowali. Podjęli działanie, ruszyli się z miejsca.

To był ich wolny wybór, autonomiczna decyzja. Mogli przecież zwiać albo cichaczem wycofać się na bezpieczne, z góry upatrzone pozycje.

Jakże wymowna jest kolejna scena, gdy dwunastu zadowolonych z siebie facetów zbiera… 12 koszów ułomków. Ci, którzy skrupulatnie podnosili z ziemi resztki, pozostałości, śmieci wiedzieli już, kto tu rozdaje karty.

– Skąd wiesz, że pomysł, by 60 tysięcy Polaków wielbiło Boga na Stadionie Narodowym podobał się Bogu? Że wypływał z Jego inicjatywy i intuicji? – pytam wprost księdza Rafała Jarosiewicza, organizatora ubiegłorocznej imprezy. – Jasne, mogę mieć mylne rozeznanie. Dopóki nie będziemy zanurzeni w wiecznej szczęśliwości, musimy zawsze mieć świadomość, że mamy pewność moralną. Pamiętaj: tu na ziemi, nigdy nie będziemy mieli stuprocentowej pewności. Nigdy. Realizując nasze przedsięwzięcia muszę mieć pewność moralną. Niewiele mówi się o tym w Kościele.

Człowiek nie musi mieć siedemdziesięciu, osiemdziesięciu, czy dziewięćdziesięciu procent pewności, by podjąć decyzję. Według pewności moralnej wystarczy, że ma 51 procent. 51 procent pewności tego, że realizujesz Boży plan wystarczy, by zrobić mały gest, wyjść na ewangelizację, podjąć działanie. Jeżeli jesteś wewnętrznie przekonany jedynie na te 51 procent, to warto zaryzykować. Bóg jest niezmienny i ma zawsze „sto procent” rozeznania. My nigdy nie będziemy mieli całkowitej pewności.

To znakomicie koresponduje ze stwierdzeniem z listu św. Jakuba, że jeśli ktoś nie postępuje w zgodzie z własnym sumieniem, grzeszy. Więc muszę postępować w zgodzie z tym, do czego jestem przekonany. Nawet jeśli to jest mylne, nietrafione, chybione.

Ciemność widzę, ciemność!

Pani już tu nie pracuje

Wielokrotnie przekonywałem się, że Bóg szanuje nasze wybory. Moja znajoma doświadczyła w pracy różnych form manipulacji. Siedziała w domu i zamartwiała się: „Odejść? Dać sobie spokój i nie ruszać się z miejsca?”. Straszliwie trudna decyzja… Izrael w niewoli egipskiej przekonał się na własnej skórze, jak trudno zostawić michę pełną soczewicy. Po chwili walki zdecydowała się napisać CV do nowej firmy. Napisała, podpisała. Pięć minut później okazało się, że ze względu na splot różnych wydarzeń, oskarżeń i pomówień, nie ma czego szukać w dotychczasowej robocie. Pan Bóg czekał na jej decyzję, nie chciał jej zdeptać, wejść brutalnie z butami w przestrzeń wolnego wyboru.

On naprawdę taki jest.

Nasza wolność jest równoznaczna z wycofaniem się Najwyższego. Nie chce nas stłamsić. Maszeruje po falach wzburzonego jeziora, a widząc przerażonych, umierających ze strachu uczniów… „chce ich minąć”. Czeka na nasz krzyk, na jakikolwiek gest ze strony człowieka. – Nie narzuca się.

Bardzo za nami tęskni, ale szanuje naszą wolną wolę – dopowiada ks. Michał Olszewski, egzorcysta – Sam założył sobie kajdanki – naszą wolną wolę. Nie zrobi nic, co naruszyłoby naszą prywatność, intymność. Ale gdy tylko zobaczy drobny gest z naszej strony biegnie do nas jak szalony!

Gdy dziesięć lat temu ks. Marek Gancarczyk dwukrotnie proponował mi pracę w „Gościu Niedzielnym”, za każdym razem odmawiałem: „To nie dla mnie. Jestem zbyt nerwowy, rozedrgany, emocjonalny, żyję na Titanicu”.

To był wtorek – pamiętam do dziś. Dokładnie w chwili, gdy na skutek różnych zawirowań i lokalnych trzęsień ziemi, podjąłem decyzję, że odejdę z firmy, w której dotychczas pracowałem… zadzwonił telefon. Było to dokładnie w chwili, gdy postanowiłem, że pakuję manatki. Ponownie zadzwonił szef „Gościa”. Tym razem nie odmówiłem. Mój wybór? Z jednej strony tak. A jednak mam świadomość, że ktoś inny układał te puzzle.

Ciemność widzę, ciemność!

Wieczny żebrak

– Bóg podchodzi do ciebie bardzo wrażliwy, bardzo łagodny, delikatny. To jest twój Bóg – przypomina Michał Zioło, trapista – Dlaczego się Go boimy? Dlaczego chrześcijanin boi się Boga? To jest straszne! To jest jakaś choroba. Często niestety ugruntowywana przez praktykę kościelną. Przecież nieludzko oceniany przez nas Dekalog zaczyna się od słów: „Jam jest Pan Bóg twój”. Jam jest Twój! Zobaczcie, jak bardzo Bóg oddaje się w nasze ręce. Jaka pobrzmiewa w tym sformułowaniu tęsknota. To jest twój Bóg: Bóg słaby, Bóg nie mocny, ale bardzo słaby. Tyle banałów opowiadamy o wolności. Ale przecież wolność człowieka jest równoznaczna ze słabością Boga. Bóg jest słaby. Bóg cię nie może zgwałcić. Bo jest zbyt pokorny.

Bóg to jest „wieczny żebrak” – tak Go określiła Simone Weil. To jest Ktoś, kto wyciąga do ciebie rękę i ta ręka często pozostaje pusta, nie napełniona.

Moja wolność jest równoznaczna z wycofaniem się Boga. Wejdzie (wielokrotnie tego doświadczyłem!) w moje życie na tyle, na ile Mu pozwolę. Na łopatki rozkładają mnie słowa: Apokalipsy „Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszy mój głos i otworzy…”. Przecież brzmi to tak, jakby Bóg z góry zakładał, że większość go nie usłyszy. A „jeśli ktoś” – jakimś cudem – usłyszy, zasiądzie do kolacji z Najwyższym. To prawdziwe trzęsienie ziemi. Bóg pytający o zgodę swe stworzenie. Najwyższy za drzwiami. Skandal!

Jesteśmy mistrzami świata w odcinaniu kuponów od tego, co sami zrobiliśmy. W czasie pracy nad książką Radykalni (pierwsze zderzenie z dziennikarstwem), aż dwukrotnie umawiałem się z Warszawie z Darkiem Malejonkiem. Przyjeżdżałem z Katowic i drałowałem na ulicę Długą. Był listopad. Paskudnie zimno, wilgotno, na niebie wszelkie odmiany szaroburości. Czekałem pięć, dziesięć, dwadzieścia minut i… Malejonka nie było. Zapomniał, wypadł mu jakiś koncert. Gdy „pięć po dwunastej” zrezygnowany, rozżalony jak dzieciak, postanowiłem: „To jakiś poroniony pomysł z tą książką. Wracam!” i odwróciłem się na pięcie, by pomaszerować na Dworzec Centralny, na ulicy spotkałem…mieszkającego na co dzień w Poznaniu Tomka Budzyńskiego. Z nim też chciałem zrobić wywiad, ale w zupełnie innym czasie. Rzucił: „to zrób dziś ze mną rozmowę”. Przegadaliśmy pół nocy. Gdy po raz drugi ruszyłem do Warszawy sytuacja się powtórzyła. Darek nie przyszedł na spotkanie. Gdy dałem za wygraną i zrezygnowany odwróciłem się na pięcie, otwarły się drzwi kościoła paulinów i ujrzałem w nich uśmiechniętą twarz Dzikiego, który wypalił: „To zrób ze mną wywiad”. Zrobiłem. Jak mógłbym się gniewać na Darka Malejonka? Przecież to wszystko było idealnie poukładane! Dzisiaj Pan Bóg słuchając zapowiedzi: „Przyjechał do nas Marcin Jakimowicz autor bestsellera Radykalni” zwija się pewnie ze śmiechu…

Marcin Jakimowicz

Marcin Jakimowicz

Dziennikarz „Gościa Niedzielnego”, od ponad dwudziestu lat modli się we wspólnocie Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Jakimowicz
Marcin
Jakimowicz
zobacz artykuly tego autora >