video-jav.net

Bez pamięci nie da się żyć

Wśród wszelkich świąt polskich najbardziej rodzinne, plasujące się tuż za Bożym Narodzeniem, są uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Narodowy, wartki potok świętowania, porywa w te dni za sobą niemal wszystkich, nie tylko katolików, ale też wyznawców innych religii i zdeklarowanych ateistów.

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nawiedzić cmentarz, zapalić znicz, wrzucić do puszki datek na konserwację zabytkowych nagrobków to uświęcony rytuał, oczywistość, głęboka potrzeba. Spotkanie z rodziną, gdy znikają granice, przeszłość miesza się z teraźniejszością i wszyscy – zmarli i żyjący znowu są razem. A potem kupno cukrowej waty czy pańskiej skórki, których ścinająca z nóg słodycz uspakaja, są mocnym dowodem, że jeszcze jesteśmy po tej stronie.

Bez pamięci nie da się żyć

Jest coś niesamowitego w tych dwóch dniach jesiennych, które przyciągają cały naród, a cudzoziemców zadziwiają i fascynują. Pamiętam film węgierskiego dokumentalisty o obchodach Dnia Zmarłych, bo to jeszcze za komuny było, a zgodnie z ich inżynierią, próbowali oni koniecznie wprowadzić pojęciowy zamęt w narodzie – zmarłych wspominano, gdy Kościół cieszył się ze świętych. I mimo tych inżynierskich zabiegów, naród zawsze 1 listopada stawiał się na cmentarzach, modlił i zapalał znicze na rodzinnych grobach. Ten upór,  trwanie, zainspirowały filmowca, który wyczuł, że jest tu drugie dno i spróbował dotrzeć do warstwy, którą przykrywa popiół i zgrzebność. Jego film składał się z rozmów z ludźmi, przychodzącymi na groby, ich wspomnień, obrazów nagrobków, cmentarzy i świateł.

Artysta zauważył, że nie chodzi tu wyłącznie o tajemnicę wiary. One są fundamentem i pewnie trzeba wciąż powtarzać, że pierwszy dzień listopada to przypomnienie, w jakim kierunku idziemy i że są tacy, którzy już tam są, radują się i balują, ale nie są skupieni na sobie, bo kibicują nam wiernie, sami zanurzeni już w radości, chwale i złocie. Bezsilnym odblaskiem ich szczęścia są stare ikony, malowidła, przedstawiające Sąd Ostateczny w cerkwiach czy na tryptykach mistrzów niderlandzkich.

Bez pamięci nie da się żyć

Każdy z nas ma tam „swojego człowieka” – czy to ojca Pio, czy „małą” Teresę, Faustynę lub samą Maryję z Nazaretu, ale też osoby niemal anonimowe – starą sąsiadkę, która może trochę przynudzała, ale wciąż mówiła różaniec, potrąconą w wieku lat czterech przez samochód siostrzyczkę, uśmiechniętego kościelnego, który wszystkim pomagał i przed świętami zanosił paczki biednym rodzinom.

Możemy się z nimi cieszyć w oczekiwaniu na wielkie spotkanie i wysyp złotego pyłu, by następnego dnia zanurzyć się w odmienne klimaty, bliższe ziemskiej rzeczywistości, przypomnieć sobie i wyliczyć wszystkich zmarłych, dalekich i bliższych, za których wciąż się modlimy, bo nie są kanonizowani ani przez Kościół, ani przez nasze przeczucia i intuicję. Jedziemy więc na cmentarz, żeby modlić się, ustawić doniczki z chryzantemami, zapalić znicze, ponarzekać i poopowiadać.  A potem spacerować wśród bogatych i sławnych, otoczonych tłumem nawet wiele lat po odejściu i tych zapomnianych, pewnie ubogich, którymi sobie nikt nie zaprzątał głowy – ani wtedy, ani teraz.

Przejść się alejkami Powązek czy Cmentarza Rakowickiego, na Lipowej w Lublinie, wśród bogatych i sławnych. To tu wypadało leżeć, wśród wymyślnych nagrobków, szlachty i zamożnego mieszczaństwa. Tu również obowiązują hierarchia oraz klasowe różnice.

Bez pamięci nie da się żyć

W Warszawie biedotę chowano na Bródnie i musiało upłynąć sporo lat, aż pochowano Romana Dmowskiego czy abp Aleksandra Kakowskiego, by warszawska burżuazja uznała, że wypada spocząć także na wielkim cmentarzu na lewym brzegu Wisły. Na takie towarzystwo można już było ewentualnie się zgodzić.

Sporo lat trzeba było poczekać także na to, żeby obok katolika mógł być pochowany prawosławny. W Warszawie na Woli, członkowie obu Kościołów chodzą razem w procesji i modlą się na grobach „swoich” i „nie swoich”. I całe dziesięciolecia musiały upłynąć nim skończyła się ostra izolacja cmentarzy – prawosławnego, ewangelickiego i katolickiego przy ul. Lipowej w Lublinie i jest to mocne przypomnienie słów św. Pawła, że „tam” nie ma już przecież Polaka, Rosjanina, Ukraińca czy Niemca.

Skoro zwracamy się ku przeszłości, nie możemy przejść obojętnie i światełka nie zapalić obok grobów powstańców styczniowych, ofiar pierwszej i tej drugiej wojny, cywilnej ludności, wybijanej bestialsko na Woli w czasie Powstania Warszawskiego. Na symbolicznych grobach ofiar Katynia, zagłodzonych na Sybirze i w Kazachstanie, w niezliczonych obozach niemieckich… Lista jest zatrważająco długa, więc płoną znicze, tysiące zniczy płonie.

I tu dochodzimy do tego drugiego dna, które tak fascynuje przybyszy. Jerzy Waldorff, który założył Społeczny Komitet Ratowania Starych Powązek mawiał, że tylko tu zachowała się stara Warszawa. Paradoksalnie, miasto umarłych ocalało cudem, miasto żyjących zostało zamienione w kupę gruzu, tragiczne cmentarzysko. Tak więc poza obcowaniem świętych, modlitewną pomocą, udzielaną bliskim, jest w tym nawiedzaniu również ukryte pragnienie, żeby wobec tak strasznych tragedii i strat, wymordowania i rozproszenia bliskich, utraty majątku, książek, fotografii i porcelany, trzeba kurczowo uchwycić się tego, co pozostało, widzialnego ogniwa, łączącego z przeszłością.

Bez pamięci nie da się żyć

Bez pamięci, genealogii, ciągłości, zaczyna się zamęt i rozkład. I może dlatego coraz częściej grupy młodych ludzi przyjeżdżają na cmentarz po zmroku. Nie tylko, żeby zachwycić się łuną, złożoną z tysięcy świateł, igrających nad stuletnimi nagrobkami, a po coś jeszcze.

Słyszę nieraz oskarżenia, że Polacy lubują się w martyrologii i uprawiają kult śmierci, że jest coś chorobliwego w tej celebracji zmarłych i cmentarnych wędrówkach, że trzeba do przodu, nie oglądać się wstecz. I nie mogę się nadziwić, jak bardzo można być cudzoziemcem i niewiele rozumieć z własnego dziedzictwa. Tę zagadkę doskonale rozwikłał ów węgierski dokumentalista. Ostatnie kadry jego filmu kończą się obrazem kilkunastoletniego chłopca, który biegnie złożyć kwiaty na grobach. Jest w nim energia, siła, żywotność, pamięć i zrozumienie siebie. Dlatego przynajmniej raz do roku przychodzimy na cmentarze. Nie tylko po to, żeby boleć, wspominać i zwracać się ku przeszłości. Owszem, także dlatego, ale przede wszystkim – żeby naładować akumulatory na przyszłość.


Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Wielki tłum wszystkich świętych

Trzy powody, dla których świętujemy dzień Wszystkich Świętych

Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wszyscy święci?! Nie za duży tłum? Może lepiej zatrzymać się na tych kilku znanych i lubianych, w których towarzystwie czujemy się dobrze. Po co nam ta tłumna uroczystość, skoro wolimy chyba małe święta w znanym gronie?

 

Po pierwsze ta rzesza ma nam przypomnieć: twoje miejsce jest w niebie. Każdy ma tam dom przygotowany przez Zbawiciela. Czasem, przygnieceni ciężarem grzechów, możemy myśleć, że niebo jest dla wybranych. Popatrzmy uważnie na tych szczęśliwych Bogiem ludzi: są tam nie tylko papieże i święci pustelnicy, nie tylko okryci chwałą krwi męczennicy. Jest tam rzesza sprzątaczek i gospodyń, prostych rolników, nauczycieli, są bezrobotni i malutkie dzieci. Jest tak każdy, bo każdy ma być świętym – człowiekiem zatraconym w Bogu i zakochanym w ludziach.

 

Po drugie wszyscy święci nam mówią: chociaż jeszcze jesteś na ziemi, nie jesteś sam. My jesteśmy z tobą i chcemy ci pomóc przejść do domu ojca. Niczego za to nie chcemy. Jesteśmy bezinteresowni i pragniemy jedynie twojego szczęścia. Szczęścia na wieki.

 

Po trzecie wszyscy święci mówią: to życie przeminie, popatrz, co jest dla ciebie ważne, czemu się poświęcasz, za czym gonisz? Czy tak podejmujesz decyzje, aby one prowadziły ciebie i twoich bliskich do nieba? Co zostanie po tobie? Ile miłości pozostawisz po sobie, miłości do Boga i ludzi? Bo tylko ona ostatecznie się liczy.

 

Ten wielki tłum, anonimowy, rozmiłowany w Bogu i ludziach, kochający i walczący za nas. Nie jesteśmy sami. I sami nie pozostaniemy.

Szymon Hiżycki OSB

Szymon Hiżycki OSB

Benedyktyn, najmłodszy opat w powojennej historii Tyńca, doktor teologii, specjalista z zakresu starożytnego monastycyzmu. Miłośnik literatury klasycznej i Ojców Kościoła.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hiżycki OSB
Szymon
Hiżycki OSB
zobacz artykuly tego autora >