Nasze projekty
fot. Rebecca Peterson-Hall / Unsplash

Bez pamięci nie da się żyć

Wśród wszelkich świąt polskich najbardziej rodzinne, plasujące się tuż za Bożym Narodzeniem, są uroczystość Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Narodowy, wartki potok świętowania, porywa w te dni za sobą niemal wszystkich, nie tylko katolików, ale też wyznawców innych religii i zdeklarowanych ateistów.

Reklama

Nawiedzić cmentarz, zapalić znicz, wrzucić do puszki datek na konserwację zabytkowych nagrobków to uświęcony rytuał, oczywistość, głęboka potrzeba. Spotkanie z rodziną, gdy znikają granice, przeszłość miesza się z teraźniejszością i wszyscy – zmarli i żyjący znowu są razem. A potem kupno cukrowej waty czy pańskiej skórki, których ścinająca z nóg słodycz uspakaja, są mocnym dowodem, że jeszcze jesteśmy po tej stronie.

Jest coś niesamowitego w tych dwóch dniach jesiennych, które przyciągają cały naród, a cudzoziemców zadziwiają i fascynują. Pamiętam film węgierskiego dokumentalisty o obchodach Dnia Zmarłych, bo to jeszcze za komuny było, a zgodnie z ich inżynierią, próbowali oni koniecznie wprowadzić pojęciowy zamęt w narodzie – zmarłych wspominano, gdy Kościół cieszył się ze świętych. I mimo tych inżynierskich zabiegów, naród zawsze 1 listopada stawiał się na cmentarzach, modlił i zapalał znicze na rodzinnych grobach. Ten upór,  trwanie, zainspirowały filmowca, który wyczuł, że jest tu drugie dno i spróbował dotrzeć do warstwy, którą przykrywa popiół i zgrzebność. Jego film składał się z rozmów z ludźmi, przychodzącymi na groby, ich wspomnień, obrazów nagrobków, cmentarzy i świateł.

Artysta zauważył, że nie chodzi tu wyłącznie o tajemnicę wiary. One są fundamentem i pewnie trzeba wciąż powtarzać, że pierwszy dzień listopada to przypomnienie, w jakim kierunku idziemy i że są tacy, którzy już tam są, radują się i balują, ale nie są skupieni na sobie, bo kibicują nam wiernie, sami zanurzeni już w radości, chwale i złocie. Bezsilnym odblaskiem ich szczęścia są stare ikony, malowidła, przedstawiające Sąd Ostateczny w cerkwiach czy na tryptykach mistrzów niderlandzkich.

Reklama
Reklama

Każdy z nas ma tam „swojego człowieka” – czy to , czy ojca Pio, czy „małą Teresę”, Faustynę lub samą Maryję z Nazaretu, ale też osoby niemal anonimowe – starą sąsiadkę, która może trochę przynudzała, ale wciąż mówiła różaniec, potrąconą w wieku lat czterech przez samochód siostrzyczkę, uśmiechniętego kościelnego, który wszystkim pomagał i przed świętami zanosił paczki biednym rodzinom.

Możemy się z nimi cieszyć w oczekiwaniu na wielkie spotkanie i wysyp złotego pyłu, by następnego dnia zanurzyć się w odmienne klimaty, bliższe ziemskiej rzeczywistości, przypomnieć sobie i wyliczyć wszystkich zmarłych, dalekich i bliższych, za których wciąż się modlimy, bo nie są kanonizowani ani przez Kościół, ani przez nasze przeczucia i intuicję. Jedziemy więc na cmentarz, żeby modlić się, ustawić doniczki z chryzantemami, zapalić znicze, ponarzekać i poopowiadać.  A potem spacerować wśród bogatych i sławnych, otoczonych tłumem nawet wiele lat po odejściu i tych zapomnianych, pewnie ubogich, którymi sobie nikt nie zaprzątał głowy – ani wtedy, ani teraz.

Przejść się alejkami Powązek czy Cmentarza Rakowickiego, na Lipowej w Lublinie, wśród bogatych i sławnych. To tu wypadało leżeć, wśród wymyślnych nagrobków, szlachty i zamożnego mieszczaństwa. Tu również obowiązują hierarchia oraz klasowe różnice.

Reklama
Reklama

W Warszawie biedotę chowano na Bródnie i musiało upłynąć sporo lat, aż pochowano Romana Dmowskiego czy abp Aleksandra Kakowskiego, by warszawska burżuazja uznała, że wypada spocząć także na wielkim cmentarzu na lewym brzegu Wisły. Na takie towarzystwo można już było ewentualnie się zgodzić.

Sporo lat trzeba było poczekać także na to, żeby obok katolika mógł być pochowany prawosławny. W Warszawie na Woli, członkowie obu Kościołów chodzą razem w procesji i modlą się na grobach „swoich” i „nie swoich”. I całe dziesięciolecia musiały upłynąć nim skończyła się ostra izolacja cmentarzy – prawosławnego, ewangelickiego i katolickiego przy ul. Lipowej w Lublinie i jest to mocne przypomnienie słów św. Pawła, że „tam” nie ma już przecież Polaka, Rosjanina, Ukraińca czy Niemca.

Skoro zwracamy się ku przeszłości, nie możemy przejść obojętnie i światełka nie zapalić obok grobów powstańców styczniowych, ofiar pierwszej i tej drugiej wojny, cywilnej ludności, wybijanej bestialsko na Woli w czasie Powstania Warszawskiego. Na symbolicznych grobach ofiar Katynia, zagłodzonych na Sybirze i w Kazachstanie, w niezliczonych obozach niemieckich… Lista jest zatrważająco długa, więc płoną znicze, tysiące zniczy płonie.

Reklama

I tu dochodzimy do tego drugiego dna, które tak fascynuje przybyszy. Jerzy Waldorff, który założył Społeczny Komitet Ratowania Starych Powązek mawiał, że tylko tu zachowała się stara Warszawa. Paradoksalnie, miasto umarłych ocalało cudem, miasto żyjących zostało zamienione w kupę gruzu, tragiczne cmentarzysko. Tak więc poza obcowaniem świętych, modlitewną pomocą, udzielaną bliskim, jest w tym nawiedzaniu również ukryte pragnienie, żeby wobec tak strasznych tragedii i strat, wymordowania i rozproszenia bliskich, utraty majątku, książek, fotografii i porcelany, trzeba kurczowo uchwycić się tego, co pozostało, widzialnego ogniwa, łączącego z przeszłością.

Bez pamięci, genealogii, ciągłości, zaczyna się zamęt i rozkład. I może dlatego coraz częściej grupy młodych ludzi przyjeżdżają na cmentarz po zmroku. Nie tylko, żeby zachwycić się łuną, złożoną z tysięcy świateł, igrających nad stuletnimi nagrobkami, a po coś jeszcze.

Słyszę nieraz oskarżenia, że Polacy lubują się w martyrologii i uprawiają kult śmierci, że jest coś chorobliwego w tej celebracji zmarłych i cmentarnych wędrówkach, że trzeba do przodu, nie oglądać się wstecz. I nie mogę się nadziwić, jak bardzo można być cudzoziemcem i niewiele rozumieć z własnego dziedzictwa. Tę zagadkę doskonale rozwikłał ów węgierski dokumentalista. Ostatnie kadry jego filmu kończą się obrazem kilkunastoletniego chłopca, który biegnie złożyć kwiaty na grobach. Jest w nim energia, siła, żywotność, pamięć i zrozumienie siebie. Dlatego przynajmniej raz do roku przychodzimy na cmentarze. Nie tylko po to, żeby boleć, wspominać i zwracać się ku przeszłości. Owszem, także dlatego, ale przede wszystkim – żeby naładować akumulatory na przyszłość.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę