STYL ŻYCIA

Samotność przy świątecznym stole

Można siedzieć przy jednym stole i nie być widzianym. Najedzeni po czubek nosa, ludzie nadal mogą być głodni relacji. I pragnąć prawdziwej wymiany, która wydarza się wtedy, gdy spadają maski.

Małgorzata Rybak
Małgorzata
Rybak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dom, spotkanie, bliskość – czyli Boże Narodzenie. W wymarzone święta nikt nie jest sam. Jednak gdyby sprawdzić, co jest największym cierpieniem właśnie w tym czasie, mogłoby się okazać, że samotność. Przeżywana na różne sposoby, ale podobnie dotkliwa.

Osamotnienie dotyka fundamentalnej potrzeby więzi z drugim człowiekiem. I to nie jednym. By żyć szczęśliwie, potrzebujemy wielu karmiących nas, dobrych więzi. Choćby życie niosło rozczarowania i dramaty, bliskość prawdziwie nas ratuje. Chroni, wspiera, dodaje sił. Dzięki niej czujemy się widziani i słyszani. Ludzie, których nikt nie dostrzega, gasną. Stają się przezroczyści. Nie da się być ważnym dla siebie, nie mając doświadczenia bycia ważnym dla innych. Dla chociaż jednego drugiego.

Nawet jeśli spędzamy święta w towarzystwie krewnych, niekoniecznie będzie to znaczyło doświadczenie bliskości. Można siedzieć przy jednym stole i nie być widzianym. Ze swoimi potrzebami, lękami, pięknem i bólem. W grudniu w sieci krążą dowcipy rysunkowe z naruszającymi granice pytaniami ciotek: „a co ty jeszcze męża nie masz?” lub „a kiedy dzieci?” i komiksy z powierzchownymi rozmowami nad zastawionym stołem: „jeszcze serniczka?”. Najedzeni po czubek nosa, ludzie nadal mogą być głodni relacji. I pragnąć prawdziwej wymiany, która wydarza się wtedy, gdy spadają maski. Można być bezbronnym – nie wiedzieć, nie umieć, nie dawać rady i zostać w tym przyjętym. Otoczonym empatią jak serdecznymi ramionami. To coś, co może wydarzyć się przy barszczyku z kartonu i jednym pierogu z garmażerki.

Trudno jest też świętować, gdy obok mamy puste miejsce przy stole po kimś, kogo kochaliśmy. Kogo chciałoby się uściskać i przytulić. Jak wiele potrzeba okazać sobie samemu życzliwości i szacunku, by pozwolić, by ten smutek nad stratą nas otulił i pokazał, jak ważna i droga była dla nas ta osoba. Jak wiele wniosła do naszego życia. Nawet jeśli była nienarodzonym dzieckiem, którego twarzą w twarz nie spotkaliśmy. Dobrze jest pamiętać, że w święta brak i żałoba odezwą się mocniej – i tak zaplanować ten czas, by znalazło się w nim to, czego potrzebujemy naprawdę – ludzi i relacji.

Jest też świąteczny smutek samotności osób porzuconych i opuszczonych. Unoszący się razem z obłokiem wstydu i tym większego poczucia pomniejszonej wartości osobistej, im bardziej dramatyczne były okoliczności rozstania. Dobrze i tu zdecydować, gdzie poczujemy się bezpieczni z naszym bólem. Gdzie znajdziemy pełną szacunku obecność bliskich, bez komentarzy, ale i bez przymusu udawania, że nic się nie stało.

I wreszcie świątecznym doświadczeniem może być fizyczna samotność, gdy z nikim się nie spotkamy. I może być tak, że wigilijna wieczerza to naprawdę tylko jedna osoba przy stole. Z obolałym sercem, nieważna dla świata.

W jakikolwiek sposób by nie brać samotności do rąk, ma ona swoje bardzo złożone powody i o ile nie jest wyborem („na święta chcę odpocząć od wszystkich”), oznacza ogromne cierpienie. Najczęściej także cierpienie jest jej punktem wyjścia. Obojętnie, czy są to tragiczne wydarzenia w wyniku których ukochani ludzie odeszli, czy przeżycia, które spowodowały lęk przed bliskością i zamknięcie w sobie.

Dlatego zamiast podawać receptę, napiszę tylko o dwóch prośbach. Pierwsza – to prośba do osób doświadczających bólu osamotnienia. Spróbuj ochronić siebie przed powiększaniem swojego cierpienia. Przed samooskarżeniem, że to twoja wina, że użalasz się nad sobą, albo że jesteś kimś niewystarczającym. Otul siebie życzliwością. W tę bożonarodzeniową noc cudów, gdy na świat przychodzi Ten, który zachwycił się tobą zanim zaczęło się twoje życie – pomyśl o sobie: „jestem cudem”. On chce cicho przyjść do ciebie i wysłuchać twojego bólu. I zaopiekować się nim z delikatnością i współczuciem. A jeśli poczujesz odwagę, by uchylić drzwi swojego serca i wpuścić tam kogoś – sprawdź, czy nie da się znaleźć choćby jednej osoby, dzięki której ten czas będzie mniej samotny. Może się zdarzyć, że gdy podejmiesz ryzyko odsłonięcia siebie, doświadczysz wspólnoty z drugim człowiekiem. Może okaże się, że obdarowałeś sobą kogoś, gdy sam także najbardziej potrzebowałeś towarzystwa. Bo może bywa tak, że gdy odważamy się prosić o obecność i potrzebować – wzbogacają się obie strony.

Druga prośba – do tych, którzy miewają się dobrze i pragną się dobrem dzielić. Miejcie czujne spojrzenie, które znajdzie tych niewidzianych z bólem swojej samotności. Czasem to będzie ktoś przy drugim końcu stołu, do kogo można podejść i zapytać: „co u ciebie?” albo razem popatrzeć przez okno. Czasami sąsiad albo sąsiadka, któremu można zanieść miskę pierniczków. Może zechcecie kogoś samotnego zaprosić do stołu. Odwiedzić w szpitalu. Każdy gest może być jak gwiazda betlejemska, która rozbłyśnie w ciemnej nocy samotności. Dowód na istnienie Boga, który nie zapomina o nikim.

 

Małgorzata Rybak

Małgorzata Rybak

Od 2002 żona Andrzeja, mama trójki dzieci. Anglistka, certyfikowany trener pracy z grupą. Autorka książek: “Raz się żyje. Przewodnik po work-life balance” oraz “Wygrane małżeństwo. Jak ochronić miłość?”. Prowadzi warsztaty rozwojowe oraz własnego bloga na stronie malgorzata-rybak.pl.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Małgorzata Rybak
Małgorzata
Rybak
zobacz artykuly tego autora >

„O nie, znów niedziela!”

Moimi największymi wrogami dobrze przeżytej niedzieli są: lenistwo w miejsce odpoczynku i nadrabiania całego tygodnia. Walkę trzeba stoczyć zazwyczaj 52 razy w roku.

Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Świętowanie niedzieli od zawsze było dla mnie problemem. Może poza wczesnym dzieciństwem, gdy zaraz po Mszy, mama zabierała mnie na lody, potem spacer po lesie. Jeśli to była wczesna jesień, po obiedzie ruszałyśmy na kasztany. Nie wiem czy to dozwolone, ale wielkim drągiem rzucałyśmy we wcześniej upatrzonego kasztana i uciekałyśmy, by nic z tego co spadnie, nie poleciało na nasze głowy. Potem jednak, z tym świętowaniem, było tylko gorzej. W czasach szkolnych niedzielne popołudnia przypominały długie oczekiwania na to, co nieuniknione, czyli kolejny tydzień szkoły. Na studiach, gdy co chwilę przyjeżdżałam stęskniona do rodzinnego domu, niedziela była dniem powrotu do strasznej, zimnej Warszawy. Budziłam się z myślą „o nie, to znów niedziela” i realizowałam ustalony wcześniej plan: kościół, obiad, 5 godzin w pociągu, Dworzec Centralny, akademik. I chociaż sytuacja psychologiczno-życiowa uległa w końcu znacznej poprawie, ze świętowaniem niedzieli było wciąż źle. Bo gdy student w końcu zadomowi się w nowym mieście, zaczyna się zabawa. Po hucznie spędzonym weekendzie, Dzień Pański staje się nie tyle czasem odpoczynku, co próbą powrotu do rzeczywistości. W całej tej zabawie, Mszy świętej nie zdarzało mi się opuszczać, ale niestety stała się ona ostatnim punktem na liście obowiązków, na który trzeba było wykrzesać siły.

Pamiętam tez niezadowolenie mojej mamy, gdy okazało się że w weekendy będę pracować przez 10 godzin w kawiarni. Tłumaczyła mi, że pieniądze nie są najważniejsze, a niedziela jest dniem, który warto poświęcić, ale Bogu, a nie zarobieniu na nową parę spodni. Jej słowami byłam oburzona do czasu, gdy do kościoła wbiegłam tuż przed pierwszym czytaniem, ale to nie było najgorsze. Moje stopy po całym dniu truchtania między stolikami odmawiały już posłuszeństwa. Skulona na schodkach jednego w konfesjonałów próbowałam je rozmasować i przekonać, żeby jeszcze przez godzinę dały radę. Gdyby moja sytuacja finansowa była naprawdę ciężka, myślę że ten trud miałby sens. Było jednak inaczej. Ja po prostu nie traktowałam niedzieli jako dnia dla Boga. Mszy świętej trzymałam się kurczowo, bo tak zostałam wychowana. Niewiele jednak co się na Ołtarzu działo, docierało do moich uszu i mojej świadomości. Na szczęście dzięki słynnym „piętnastkom” w parafii św. Anny, powstała kropla drążąca skałę. Kazań ks. Piotra Pawlukiewicza, tak jak pękający w szwach kościół, słuchałam z zapartym tchem. Zawsze odnosiły się do Ewangelii i do życia – i to w dodatku do mojego! Po kilku latach, gdy zaczęłam dorastać do tego, by coś z robić z moją niedzielą, okazało się, że ta kropla poczyniła już spore zmiany w przysłowiowej skale.

 

 

Staramy się z mężem zapoznać z tym, co dziś w kościele usłyszmy. Słowo nie tylko w nas zaczyna wtedy pracować. To daje poczucie, że ani kiepski głośnik, ani ksiądz, który na kazaniu popłynie z interpretacją, nie są w stanie już tej pracy w nas przerwać.

Oczywiście chciałabym napisać, że teraz świętowanie niedzieli zaczynam już w sobotę wieczorem. Czytamy rodzinnie odpowiedni fragment Ewangelii, by żyć nim od samego rana w ten najważniejszy dzień tygodnia. Piękne ubrani pojawiamy się w kościele na kilka-kilkanaście minut przed Mszą św., potem w domu prawdziwa rodzinna agapa i świąteczny nastrój do wieczora. Może kiedyś, nie łamiąc zasad prawdomówności, dane mi będzie tak napisać. Dziś wciąż – już jako rodzina – walczymy o świętowanie niedzieli. Co trzeba jednak odnotować, z coraz lepszym skutkiem! I wcale nie przeszkadza fakt, że to właśnie w ten pierwszy dzień tygodnia spotkam się z radiowymi słuchaczami. Moimi największymi wrogami dobrze przeżytej niedzieli są: lenistwo w miejsce odpoczynku i nadrabiania całego tygodnia. Walkę trzeba stoczyć zazwyczaj 52 razy w roku. W praktyce wygląda to tak, że jeszcze przed pracą, staramy się z mężem zapoznać z tym, co dziś w kościele usłyszmy. Wyszukujemy też najbardziej wartościowe komentarze na YouTube. Słowo nie tylko w nas zaczyna wtedy pracować. To daje poczucie, że ani kiepski głośnik, ani dziecko które postanowi w tym momencie zbyt bardzo dokazywać, ani ksiądz, który na kazaniu popłynie z interpretacją, nie są w stanie już tej pracy w nas przerwać. Z ludźmi, których tego dnia spotkamy, staramy się nie rozmawiać o polityce. I nawet nie o możliwe kłótnie i spory tu chodzi, a o to, że tego dnia próbujemy się nauczyć widzieć człowieka. Dowiedzieć, co u niego słuchać, poznać jego historię. Czy nam to wychodzi? Próbujemy…

I choć nie o promocję fast foodów tu chodzi, to w świętowaniu niedzieli pomaga nam dobra pizza. Po pierwsze jemy to, za czym przepadamy! Po drugie od stołu po pizzy wstajemy i spędzamy miło resztę dnia, podczas gdy doświadczenia dwudaniowych obiadów z nieodłącznym deserem, wywołują w nas opcję wytaczania się od stołu i uruchomienie trybu lenistwa. I jest jeszcze po trzecie – pizza nie od nas wymaga przygotowania i sprzątania. Teraz chciałabym  jeszcze dopisać, że u nas niedziela (po skończonej audycji) jest bez telefonu, a dokładniej jest offline. Ale prace nad tym wciąż trwają, a my uczymy się planować ten dzień wcześniej, bo chociaż pojawia się co siedem dni i wydaje się szarą codziennością, to nawet Bóg zrobił sobie niedzielę zgodnie z planem. W mojej sferze marzeń wciąż pozostaje stan, w którym po niedzielnej Eucharystii, wszystko we mnie krzyczy – jak w wielkanocny poranek – prawdziwie Zmartwychwstał! A reszta dnia jest już tylko tego konsekwencją.

Weronika Kostrzewa

Weronika Kostrzewa

Zobacz inne artykuły tego autora >

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Weronika Kostrzewa
Weronika
Kostrzewa
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap