Dlaczego należy przebaczać nie 7, a 77 razy?

W małżeństwie każdego dnia mamy wiele okazji, żeby powiedzieć żonie czy mężowi „kocham", wiele okazji, żeby powiedzieć „dziękuję" i nie mniej sposobności, żeby przeprosić i prosić o wybaczenie. To nie muszą być wielkie, spektakularne „dramaty", ale codzienne zranienia poprzez słowo, czy postawę, którą sprawiamy ból swojemu współmałżonkowi.

Iwona
Jabłońska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dlaczego należy przebaczać nie 7, a 77 razy?
W małżeństwie każdego dnia mamy wiele okazji, żeby powiedzieć żonie czy mężowi „kocham", wiele okazji, żeby powiedzieć „dziękuję" i nie mniej sposobności, żeby przeprosić i prosić o wybaczenie. To nie muszą być wielkie, spektakularne „dramaty", ale codzienne zranienia poprzez słowo, czy postawę, którą sprawiamy ból swojemu współmałżonkowi.

To nie jest łatwe zadanie, ale bez niego nasza jedność małżeńska może bardzo ucierpieć.

„Doskonałe” rozwiązanie!

W Biblii znajdziemy wiele odpowiedzi na pytanie jak postąpić, kiedy ktoś nas zrani, kiedy doświadczymy cierpienia ze strony współmałżonka, czy brata. Najbardziej znany jest chyba fragment, który mówi o tym, żeby wybaczać nie 7, ale 77 razy:

Wtedy Piotr zbliżył się do Niego i zapytał:
»Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?«.
Jezus mu odrzekł:
»Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy«”
(Mt 18,21-22)

W starożytności, we wszystkich kulturach liczba 7 miała wyjątkowe znaczenie, była traktowana jako liczba święta. W Starym Testamencie pojęcie „siedem” i „pełnia” traktowane są zamiennie. Pełnia to coś doskonałego, zatem wybaczyć 7 razy to wybaczyć doskonale, całkowicie i nie oglądać się za siebie. Można powiedzieć, że w tym znaczeniu należy wybaczać ciągle, codziennie, nieustannie i w taki sposób, żeby nie wracać do tych krzywd i nie rozpamiętywać zranień. W teorii brzmi to pięknie i właśnie doskonale, ale z praktyką bywa różnie. Przyjrzyjmy się zatem co regularne przebaczanie wnosi do naszej małżeńskiej relacji…

 

Tlen dla relacji

Kiedy nie gromadzimy w sobie urazów przeciwko ukochanej osobie, możemy oddychać spokojnie i głęboko w tej relacji. Jeśli jednak nosimy żal, ciągle rozpamiętujemy winy ukochanego, zakrada się nieszczerość i zaczynamy „dusić się” w tej relacji… Może pojawić się podejrzliwość i patrzenie na kogoś, kto jest nam najbliższy, jak na wroga zakładając jego złe intencje nawet, jeśli takich nie ma. Znam takie małżeństwo, które nie jednało się na bieżąco i dziś jak rozmawiam z którymś z nich czuję, że z perspektywy czasu do końca sami nie wiedzą o co chodzi, a jednocześnie są w stanie jak z rękawa sypać przykłady podejrzanego zachowania swojego współmałżonka. Z jednej strony widać ten żal, a z drugiej pragnienie miłości, bo ostatecznie wszyscy pragniemy miłości, ale czasem szukamy jej tam, gdzie wydaje nam się, że ją znajdziemy, a nie tam, gdzie ona faktycznie jest. A miłość naprawdę jest mocno związana z miłosierdziem. Kiedy idziemy do spowiedzi, to czujemy pewien dyskomfort, przyznajemy się do swoich słabości i grzechów, ale wychodzimy z przekonaniem bezwarunkowej miłości Boga, który przebacza, zatem kocha… Kiedy zaś współmałżonek przychodzi prosić o przebaczenie, ciężko nam czasem wybaczyć z serca, ale musimy pamiętać o tym, że nie robiąc tego pozbawiamy naszą relację “tlenu” i zaczynamy się w niej dusić.

 

Źródło radości

Trudno się prawdziwie radować, kiedy żyjemy z kimś w niezgodzie. Małżeństwo, które przebacza sobie urazy jest wolne – ta wolność przekuwa się na poziom szczęścia w relacji. Pamiętam wiele takich sytuacji, kiedy dochodziliśmy szybko do porozumienia z mężem na skutek wcześniejszego pojednania. Niestety pamiętam też takie, gdzie jedno z nas (najczęściej ja) uparcie próbowało postawić na swoim, zamykając drogę pojednania. Jak trudno było wtedy cieszyć się ze wspólnego czasu, z obecności małżonka i jak łatwo pielęgnować wtedy falę osądów, która zalewa relację. Nie można być wtedy prawdziwie szczęśliwym.

 

Gniewajcie się, ale…

W Liście do Efezjan czytamy: „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce” (4, 26).
Przekładając to na relacje małżeńskie trudno mi podać choć jeden przykład takiej pary, która nie doświadczyła zranienia czy kłótni w swojej małżeńskiej relacji. Jest to coś naturalnego, ponieważ nasza natura jest grzeszna i oczywiście pożądane jest, żeby dążyć do tego, aby możliwie jak najmniej ranić siebie nawzajem, ale z racji na grzech pierworodny, który nosimy w sobie często ulegamy pokusom, które sprawiają przykrość żonie, czy mężowi.

Jaki więc jest sens tego czytania? Myślę, że Bóg zna naszą naturę i wie, że w naszych relacjach będą trudności, grzech, gniew… dlatego też podaje nam gotową receptę i wskazówkę jak sobie z tym radzić – godzić się przed zachodem słońca. Zawsze starać się kłaść pojednanym. To piękne móc kłaść się i budzić spokojnie obok ukochanej osoby. Bez urazy w sercu.

My osobiście staramy się tego pilnować, ale zdarzyło się kilka razy nie pojednać przed snem… Najtrudniejsze noce i poranki w życiu… nie polecam.

 

Diabeł tkwi w szczegółach

Tak się mówi potocznie. Jednak coś w tym jest… Czasem wydaje się, że pojednanie i przebaczenie jest konieczne kiedy doświadczamy poważnych i namacalnych trudności w relacji – w przypadku zdrad, kłamstw, uzależnienia… Jednak to właśnie te małe codzienne zranienia, które są codzienna lekcja przebaczenia pomagają nam przechodzić poważne kryzysy.

Sami doświadczyliśmy dużego kryzysu w małżeństwie i dzięki temu, że na bieżąco prosiliśmy się o przebaczenie i nie odkładaliśmy tego w czasie, już od narzeczeństwa, kiedy przyszedł większy kryzys, wiedzieliśmy, że jest to pierwszy krok do uzdrowienia naszej relacji… Pojednanie i przebaczenie. Nie 7, ale 77 razy.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

Iwona Jabłońska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Iwona
Jabłońska
zobacz artykuly tego autora >

Zanim powiesz cokolwiek

Zanim myśl stanie się wypowiedzią, warto jej posłuchać.

ks. Wojciech Węgrzyniak
ks. Wojciech
Węgrzyniak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Zanim powiesz cokolwiek
Zanim myśl stanie się wypowiedzią, warto jej posłuchać.

Zanim myśl człowieka stanie się wypowiedzią, mózg powinien poddać ją przynajmniej czterem testom:

 

1. Test zgodności z prawdą

Mózg zadaje myśli pytanie: „Czy to jest prawda?”

Przykład: „Papież powiedział, że trójka dzieci to optymalna liczba” (relacja z wypowiedzi papieża Franciszka, 19.01.2015)

Jeśli nie mam pewności, muszę sprawdzić, bo inaczej wystawiam się na ośmieszenie, krytykę, albo w najlepszym razie jestem odpowiedzialny za szerzenie kłamstwa.

Staram się nie ufać nikomu.

 

2. Test z kontrargumentu

Mózg zadaje myśli pytanie: „Czy jest możliwe znalezienie kontrargumentu?”

Przykład: „W pałacu Heroda mędrcy znaleźli pokusy a nie światło” (Franciszek, 6.01.2015)

W praktyce próbuję obalić swoją wypowiedź. Stoję w roli przeciwnika, który może się doczepić do wszystkiego. Wiem, że w reakcji na tę myśl, ktoś może odpowiedzieć „W pałacu Heroda mędrcy znaleźli światło, bo kiedy zniknęła gwiazda, właśnie dzięki Herodowi i jego osobistemu zaangażowaniu zarówno usłyszeli, co mówią arcykapłani i uczeni w Piśmie jak i zostali zachęceni do pójścia do Betlejem. Pismo nie mówi o pokusach w pałacu, wręcz przeciwnie, mówi, że nawet zły człowiek może być pomocą mądremu do Boga.”

Staram się być pierwszym przeciwnikiem samego siebie. Z zasady nie ufam sobie.

 

3. Test ze skutków ubocznych

Mózg zadaje myśli pytanie: „Jakie skutki uboczne może pociągać za sobą ta wypowiedź?”

Przykład: „Niektórzy sądzą, że musimy być jak króliki, żeby być dobrymi katolikami” (Franciszek, 6.01.2015)

Chociaż intencje mam dobrą, zastanawiam się, czy przytaczanie cudzych opinii zestawiających ewentualną nieodpowiedzialność rodzin wielodzietnych do rozmnażających królików, jest dobrym pomysłem. Im bardziej potrafię wczuć się w drugiego, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś przypisze mi złe intencje.

Myśląc o tym, co i jak chcę powiedzieć, staram się myśleć także o innych.

 

4. Test ze skutków pożądanych

Mózg zadaje myśli pytanie: „Po co to chcesz powiedzieć?”

Przykład: „Papież idiota. Straszne” (Ziemkiewicz, 20.01.2015)

Wiem, że mogę mówić bez sensu, ale jeśli nie chcę, by tak o mnie mówiono, zadaję sobie pytanie o cel wypowiedzi, po co ja chcę coś powiedzieć? Każda wypowiedź zachowuje się jak wystrzelona kula. I może się okazać, że nie trafiłem, gdzie chciałem, bo nie miałem celu na muszce. Nie chodzi o huk strzału ani zapach prochu, chodzi o to, żeby strzelać celując.

Staram się nie wypuszczać słowa bez ustalenia celu.

 

Odległość między myślą a wypowiedzią jest nieraz liczona ułamkami sekund. Wydaje się jednak, że warto nie wypuszczać żadnego słowa bez poddania tym czterem testom. W przeciwnym razie, jest mało prawdopodobne, że słowa powiedzą to, co chcieliśmy wyrazić. A jeżeli słowa nie wyrażają naszych myśli, to ich istnienie nie ma racji bytu.

Generalnie zanim myśl stanie się wypowiedzią, warto jej posłuchać. To również znaczy pierwsze przykazanie „Słuchaj!” (Mk 12,19)

 

Fragment pochodzi z książki ks. Wojciecha Węgrzyniaka „O co właściwie nam chodzi?”

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7




 

 

ks. Wojciech Węgrzyniak

ks. Wojciech Węgrzyniak

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Wojciech Węgrzyniak
ks. Wojciech
Węgrzyniak
zobacz artykuly tego autora >