Nasze projekty

Przeźroczyści

Jak być uczciwym, przyzwoitym, w trudnych warunkach - na misjach? Tam, gdzie grozi utrata całego dobytku, zdrowia a nawet życia. Czasem łatwiej iść na skróty, mrugnąć okiem... tyle, że wtedy pojawia się niebezpieczeństwo, że wejdziemy w jakiś układ...

Reklama
fot. Sławomir Dynek/CogitoMedia
Uczciwość to przezroczystość – mówi kapucyn, br. Tomasz Grabiec

O uczciwości i życiowej autentyczności w pracy misyjnej, o tym czy warto chodzić na skróty – z br. Tomaszem Grabcem, kapucynem, misjonarzem uhonorowanym przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odznaczeniem „BENE MERITO” rozmawia Sławomir Dynek.

 

Uczciwość w życiu misyjnym – jest potrzebna czy przeszkadza?

Reklama
Reklama

 

Jeżeli ktoś jedzie na misje, musi mieć kilka ważnych cech… Musi grać do jednej bramki z ludźmi, z którymi będzie. I dlatego też albo misjonarzem się jest, albo się staje. Albo też, po roku czy dwóch człowiek widzi, że to nie jego miejsce – i chociaż bardzo chciałby pomagać, musi wrócić. Przypomnijmy sobie sytuację z początku roku – podczas wojny domowej w Republice Środkowoafrykańskiej –  mieliśmy bardzo jasny przekaz, aby misjonarze wyjechali. To był wybór, musieliśmy określić się – być z tymi ludźmi w niebezpieczeństwie, czy chronić własną skórę i wrócić do Polski, do czego też mamy prawo. Bracia zostali i pokazali wtedy, że są autentyczni. Czy nazwiemy to kategorią uczciwości…?

 

Reklama
Reklama

 

A przyzwoitości?

 

Reklama

Przezroczystości! Tak bym to nazwał. Na misjach musimy być krystaliczni. Po prostu. Dla tamtejszej  ludności jesteśmy obcy, jesteśmy kimś z zewnątrz. I w sytuacjach trudnych, kryzysowych, dramatycznych – od tego co zrobimy zależy, jak ludzie będą patrzyli na nas, na Polaków, na Europę. I na to, co chcemy im przekazać. W teorii można dużo mówić o miłości, a kiedy w życiu pojawia się jakiś problem, np. rodzi się dziecko niepełnosprawne – to wtedy jest egzamin rodziców, czy kochają to dziecko, czy je porzucą. Możemy to oceniać także w kategorii ściśle rozumianej uczciwości, w takim w sensie, że człowiek musi być jednoznaczny wobec samego siebie. Jest to przede wszystkim uczciwość wobec samego siebie, wierność swoim przekonaniom, nawet jeżeli to czasem wydaje się głupie.

A jak być uczciwym, przyzwoitym, w trudnych warunkach – na misjach? Tam, gdzie grozi wam utrata zdrowia albo życia. Albo gdzie można stracić cały dobytek. Gdzie patrzycie na straszne cierpienia ludzi, na rozdarcie psychiczne, duchowe… Czasami łatwiej iść na skróty, mrugnąć okiem…

 

Trzeba zawsze patrzeć dalej. Dlatego cała formacja misjonarzy polega na tym, by nie oczekiwać od razu owoców. Jeżeli chcemy mieć owoce od razu, pojawia się niebezpieczeństwo, że pójdziemy na skróty, że wejdziemy w jakiś układ. Natomiast jeżeli człowiek chce być wierny swojej misji, musi być cierpliwy. Weźmy Biblię – Bóg wyprowadził Naród Wybrany z Egiptu i przez 40 lat ich prowadził. Nie dlatego, że nie wiedział jak. Oni potrzebowali tego procesu, żeby zobaczyć, na jakich zasadach to wyzwolenie jest możliwe. I analogicznie tutaj  – jeżeli misjonarz naprawdę chce być wierny swojej misji, swojemu pragnieniu, aby rzeczywiście pomagać tamtym ludziom – musi być autentyczny. I dopiero w tych zwykłych, prostych sytuacjach i czasem w tych dramatycznych, gdy grozi śmierć – dopiero wtedy może się sprawdzić, dopiero wtedy jest ten test – czy będzie wierny. 

 

 

Co by się stało, gdyby ludzie, do których idziecie z Ewangelią, którym pomagacie – niewierzący albo np. muzułmanie – złapali was na kłamstwie, na tym, że jesteście nielojalni, że mówicie co innego, a robicie co innego? Jakie owoce może to przynieść?

 

Owoce? Powiedziałbym, że to osobista tragedia człowieka. Musimy pamiętać, że misjonarz nie prowadzi swojej prywatnej działalności – ona jest wkomponowana w dłuższy cykl, w większe dzieło. Kolejni misjonarze realizują zadania jak w sztafecie, ale niebezpieczne jest to, że przez swoją głupotę, niefrasobliwość mogą je wynaturzyć. Dlatego trzeba być bardzo uczciwym wobec siebie i bardzo jednoznacznym wobec tamtych ludzi. Chciałbym jeszcze uściślić, że my nie jedziemy tam, żeby ich nawracać. Chcemy im pokazać prawdziwe oblicze Boga, w którego wierzymy. I nawet jeśli ktoś wierzy inaczej czy szuka po omacku, a będzie miał do nas dostęp, to będzie sobie stawiał pytania. Może te pytania będą bardzo proste  – jak małe dziecko pyta: „Tato, skąd się wziąłem?”. Wtedy właśnie rodzi się dialog. Możemy na te pytania odpowiadać, na miarę ich możliwości, bo czasem są to ludzie, którzy mają kulturę bardzo prostą, prymitywną – ale nie gorszą! Inną. My nie jesteśmy po to, by ich na siłę nawracać, na siłę europeizować, ale po prostu by z nimi być. Stąd nasza obecność, działania pomocowe i socjalne, edukacja – one są rzeczą wtórną, ale budują przestrzeń spotkania. Oni pytają dlaczego do nich przyjeżdżamy, skoro nie musimy i nie mamy w tym interesu… Trzeba być w tym wszystkim bezinteresownym. Nawet, jeśli się okaże, że można by coś bardzo szybko osiągnąć, „ugrać”, to musimy być wobec nich bezinteresowni. I wtedy będziemy uczciwi.

 

Przeźroczyści

Jak w ostatnich miesiącach zmieniła się sytuacja w misjach w Republice Środkowoafrykańskiej? Czy widać inne relacje między mieszkańcami a misjonarzami? Czy wojna domowa coś zmieniła?

 

Ludzie w RŚA są ludźmi prostymi i nie żyją po to, by pielęgnować jakieś zadry, nienawiści. Ale są spontaniczni i łatwo nimi manipulować. To, że bracia nie opuścili ich, kiedy było źle, zaowocowało tym, że ci ludzie widzą, że rzeczywiście z nimi jesteśmy. To nie jest jakiś kontrakt, pobyt na chwilę. Właśnie teraz rusza program pomocowy, jest wstępna deklaracja Stanów Zjednoczonych o przekazaniu 118 milionów dolarów, by pomóc w tym regionie. Trwająca rebelia wyniszcza ludzi i przychodzi moment, że obie strony zaczynają dostrzegać, że sprawy poszły za daleko. Kilka dni temu wydarzyła się tam kolejna tragedia, zginęło 17 muzułmanów… Naszym zadaniem jest chronić tych ludzi przed konsekwencjami ich działania, a więc bardzo często musimy mediować między nimi. Są już wstępne rozmowy w ramach procesu pokojowego – to też jest pewne przełamanie niektórych grup: widzą potrzebę zatrzymania tego kataklizmu w postaci wojny domowej. To już jest ziarenko nadziei. Nie wiemy, czy to będzie trwałe. Jeśli pojawi się pomoc z zewnątrz, to łatwiej będzie prowadzić misję stabilizacyjną, między innymi pod auspicjami Unii Europejskiej czy ONZ, także z udziałem polskiego wojska.         

 

 

Jak się Ojciec czuje z medalem na habicie?

 

Nie wiem jeszcze, to są moje pierwsze chwile…(śmiech).  Nasza praca przecież nie jest dla medali, ale jeśli gdzieś pojawiają się ludzkie gesty życzliwości, to na pewno daje satysfakcję. Ten medal nie jest dla mnie – chciałbym go dedykować wszystkim misjonarzom, którzy tam są, pracują, część z nich przyjechała na spotkanie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Warszawie. To im się należy ten medal, bo oni są na tym froncie. Na dzień dzisiejszy jestem w sztabie, a nie na głównym froncie.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę