Pomagam, tak jak mnie pomagano – rozmowa dr Heleną Pyz

"Chciałabym móc pomagać i służyć ludziom jak najdłużej. Pomagać innym tak jak mnie pomagano" - mówi dr Heleną Pyz, polska lekarka i misjonarka świecką w rozmowie z KAI

Z dr Heleną Pyz, członkinią Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, lekarką pracującą w Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach o miejscu chrześcijaństwa w społeczeństwie indyjskim, sukcesach i porażkach w ponad 25 letniej pracy wśród trędowatych, swojej religijności i spojrzeniu na Polskę i Kościół rozmawia Krzysztof Tomasik (KAI)

 

Ma Pani Doktor za sobą ponad 25-letnie misjonarskie doświadczenie. Co to znaczy być misjonarzem w XXI w.?

Dr Helena Pyz: Jest to pytanie, które mnie onieśmiela, gdyż nigdy nie uważałam, że jestem misjonarką w takim sensie, w jakim zwykle pojmuje się misje. Bycie misjonarzem kojarzy się przede wszystkim z niesieniem orędzia Jezusa Chrystusa ludziom, którzy nigdy o Nim nie słyszeli. Czegoś takiego nie ma w Indiach, które są krajem „amisyjnym”, a zgodnie z konstytucją są nawet „areligijnym”, mimo że ok. 88 proc. liczącego ponad 1 mld indyjskiego społeczeństwa wyznaje hinduizm, a religia jest wszędzie obecna. W historii dochodziło do wielu krwawych konfliktów między hinduistami a muzułmanami i chrześcijanami.

 

foto 3

fot. Beata Zajączkowska

 

Jakie miejsce zajmuje chrześcijaństwo w społeczeństwie indyjskim?

– Jest nas zaledwie 2,2 proc., ale wyznawcy hinduizmu boją się wyznawców Jezusa. Na słowo „misja” reagują alergicznie. W ostatnich latach coraz częściej dochodzi do prześladowania chrześcijan. To, że zwalczają chrześcijan, ma jeszcze inny powód… Chrześcijaństwo zaniosło do Indii równość w myśl zasady, że wszyscy jesteśmy dziećmi Boga. Zresztą wielki twórca współczesnej indyjskiej państwowości Mahatma Gandhi członków najniższej kasty lub wykluczonych z kasty nazywał „haridżan”, co znaczy “dzieci Boga”. Przynależność do danej kasty rozpoznaje się m.in. po urodzie, nazwisku, ubiorze, ułożeniu rąk, postawie całego ciała itp. Myślę, że kastowość jest najbardziej bolesnym problemem indyjskiego społeczeństwa. Ponadto w Indiach mamy wiele ludów plemiennych nazywających się „adivasami”, nienależących do żadnej kasty. Według indyjskiego prawa nie można głosić nauki Chrystusa poza świątynią, publicznie. W Indiach nie ma wolności religijnej w sensie europejskim. Hinduistów się faworyzuje i mają wiele praw, których nie mają wyznawcy innych religii.

 

Zatem na czym polega Pani misja?

– Moją misją jako lekarza i misjonarki świeckiej jest leczenie ludzi, przynoszenie ulgi w cierpieniu. Jestem człowiekiem poświęconym Panu Bogu i w Jego imię pełnię swoją rolę. Od Boga czerpię siły, to On mnie tam posłał, abym służyła ludziom chorym, przede wszystkim trędowatym, których nikt nie kocha i nikt nie chce.

 

Gdy mówi się o trędowatych, to katolikowi zazwyczaj kojarzą się oni z Ewangelią, gdy uzdrawia ich Jezus…

– Trędowaty to znaczy nieczysty. Kojarzy się też z powieścią „Trędowata” Heleny Mniszkówny, co w przypadku bohaterki tej powieści znaczy „odrzucona”, „niechciana” w danym środowisku. „Nieczysty” w Indiach oznacza również „niedotykalny”. Nieczystego nie można się dotknąć, a nawet jego cień nie powinien paść na zdrowego człowieka. Gdy już do czegoś takiego dojdzie, koniecznie trzeba dokonać ablucji.

 

A czym jest trąd z punktu widzenia medycznego?

– Przez wieki sądzono, że jest to przekleństwo Boga, kara za zło dokonane przez chorego lub jego przodków. W hinduizmie mówi się nawet o karze za poprzednie wcielenie. Jednak trąd jest zwyczajną chorobą infekcyjną. Prątek trądu wykrył w drugiej połowie XIX w. norweski lekarz Armauer Hansen. Choroba przenosi się, podobnie jak gruźlica, drogą kropelkową. Leczymy ją podobnym lekiem jak gruźlicę. Różnica polega na tym, że gruźlica dotyczy organów ważnych dla życia, takich jak płuca, nerki czy jelita, natomiast trąd niszczy nerwy obwodowe. Najpierw degradacji ulegają nerwy czuciowe. Oznacza to, że trędowaty nie czuje bólu, gdy się zrani czy oparzy. Przychodzili do mnie pacjenci, którzy tracili palce, gdyż trzymając coś ostrego lub dotykając bardzo gorących przedmiotów, nic nie czuli. Jednej z pacjentek szczur wygryzł kawałek palca i tego nie czuła. Brak czucia bólu dla trędowatego jest przekleństwem. Ból jest przecież ostrzeżeniem, że trzeba iść do lekarza. Pierwsze objawy trądu to odbarwienie skóry, nawet jedna plama wskazuje na zarażenie. Kolejny etap choroby to nacieczenie nerwów, co prowadzi do utraty czucia. Istnieje też inna postać trądu, wysokobakteryjna, objawiająca się grudkami na całym ciele. Jedynym sposobem przeciwdziałania chorobie jest prowadzenie systematycznych badań profilaktycznych.

 

Foto 11

fot. Beata Zajączkowska

 

Nie wynaleziono szczepionki…

– Jak na razie na trąd nie wynaleziono żadnej szczepionki. Prątka trądu nie można wyhodować na żadnym zwierzęciu czy sztucznym podłożu. Czas jego wylęgania jest dość długi. Kiedy dochodzi do niszczenia osłonek nerwów, to dalej choroba bardzo szybko się rozwija. Po degradacji nerwów dochodzi do deformacji ciała. Izolujemy się od trędowatych nie tylko ze strachu, że się zarazimy, lecz także z poczucia obrzydzenia. Wygląd ich zdeformowanych chorobą kończyn czy twarzy jest często odstraszający.

 

Jak powszechne jest zjawisko trądu w Indiach?

– Szacuje się, że ok. 70 proc. wszystkich trędowatych na świecie mieszka w Indiach. Są obszary, na których osób zarażonych trądem jest dużo, są to głównie środkowe i północne stany, w tym stan Chhattisgarh, gdzie mieszkam i pracuję. Ale byłam też na południu kraju, gdzie wydawałoby się problem trądu w ostatnich dziesięcioleciach został zminimalizowany. Widziałam tam ośrodek leczniczy z dużą liczbą pacjentów.

 

Ilu pacjentów liczy Pani ośrodek?

– W Jeevodaya przebywa ok. 100 pacjentów, a w przychodniach pod opieką mam ok. 5000 chorych. Do naszego ośrodka docierają pacjenci z dużego obszaru. Istnieje on już od prawie 50 lat i zdobyliśmy sobie renomę. Niestety nadal wielkim problemem jest wczesna diagnostyka. Trafiają do nas pacjenci, u których nie rozpoznano trądu, mimo że bywali u lekarzy. Populacja chorych na trąd w Indiach jest nadal duża.

 

Po ponad 25 latach Pani pracy z trędowatymi zapytam o największe sukcesy i porażki…

– Każda wyleczona osoba to jest sukces. Oczywiście nie jest to tylko mój sukces. Wiele rzeczy się na niego składa. Przede wszystkim pacjent musi zrozumieć, że ma się leczyć, i systematycznie przyjmować leki. Aby to zrozumiał, musi mieć dobre przykłady i dlatego moi współpracownicy starają się mu to wytłumaczyć. Z jednej strony pacjenci rozumieją, co do nich mówię, ale czasem nie do końca do nich dociera, że leczenie jest konieczne. Wielokrotnie się zdarza, że z błahych powodów je przerywają. Tłumaczą się, że musieli pojechać na rodzinną uroczystość albo że padał deszcz i nie chciało się im wyjść z domu. Klęska polega przede wszystkim na tym, że gdy pacjent przerywa kurację, wytwarza się oporność na podawane leki. Nie mamy wielkiego wyboru co do metod leczenia, gdyż stosujemy w nim jedynie trzy podstawowe medykamenty. Stąd duże prawdopodobieństwo nabycia na nie oporności.

 

A sukcesy?

– Dzięki Panu Bogu udało mi się uratować kilkoro dzieci. Wielką moją radością są Patrycja i Jaintri – dziewczynki, które przybyły do nas zagłodzone z powodu śmierci matek. W Indiach naturalne karmienie niemowląt jest powszechne, a produkty mleczne, w szczególności mleko dobrej jakości dla dziecka jest bardzo drogie. Po śmierci matki zazwyczaj nie stać przeciętnego biednego rolnika, aby wykarmić dziecko. Niestety matki umierające przy porodzie to w Indiach częste zjawisko. Nie ma powszechnej opieki okołoporodowej. Nie wiem, jak zmarła matka Patrycji – mała trafiła do nas, gdy miała już cztery miesiące i była w stanie skrajnego wygłodzenia. Jej rodziny nie było stać na kupienie mleka. Jak policzyłam, 17 lat temu karmienie Patrycji kosztowało 1000 rupii miesięcznie. Dla porównania miesięczna pensja niewykwalifikowanego rolnika wynosiła też ok. 1000 rupii. Jeżeli w rodzinie jest dwoje, troje, czworo dzieci i matka umiera, to w pierwszej kolejności trzeba wykarmić starsze dzieci. Gdy przyniesiono mi Patrycję, to ważyła ona 1850 gramów. Jej ciałko mieściło się w mojej dłoni. Była tak wygłodniała, że trzeba było ją karmić co 2-3 godz. Jeśli przerwa w jedzeniu trwała trochę dłużej, to ryczała jak zarzynany bawół.

Wielką moją radością jest 8-letnia Sneha. Została ona przyniesiona z rozbitą główką i ogromnym krwiakiem. Ktoś zaraz po urodzeniu usiłował ją zabić. Udało się nam ją uratować. Krwiak się wchłonął, połamane kości zostały usunięte, ale ciągle ma w czaszce ubytek kości. Być może przeszczep kostny uda się zrobić w Polsce. Zbieramy na to fundusze Jak na razie dziecko rozwija się normalnie, miewa jednak napady padaczki.

 

Sięgnijmy do początków Pani misjonarskiej pracy. Dlaczego wybrała Pani Indie i ośrodek dla trędowatych Jeevodaya (Dżiwodaja, “świt życia”)?

– Niczego nie wybierałam. W drugiej połowie lat 80. XX w. dowiedziałam się o miejscu, którego założycielem w 1969 r. był polski misjonarz i lekarz ks. Adam Wiśniewski SAC. Podczas imienin znajomej ks. Stanisław Kuraciński opowiadał o pallotyńskich misjach na świecie i usłyszałam, że założyciel Jeevodaya jest ciężko chory na raka. Opowieść o ośrodku Jeevodaya była dłuższa. Niewiele z niej zapamiętałam, ale utkwiło mi jedno zdanie, że „tysiące trędowatych zostanie bez opieki”. Do dzisiaj brzmi ono w moich uszach. Następnego dnia zgłosiłam swoją gotowość do wyjazdu.

 

Foto 2 brama wjazdowa do osrodka za nia przychodnia

fot. Beata Zajączkowska

 

Pani Doktor wyjechała w 1989 r. – roku wielkich przemian. Wcześniej była Pani bardzo zaangażowana w “Solidarność”…

– Pracowałam jako lekarz rejonowy. Myślę, że pracowałabym dalej w Polsce, gdybym w pewnym momencie życia nie usłyszała o ośrodku Jeevodaya. Okazało się, że jestem im bardzo potrzebna, i zostałam do dziś. Gdy przyjechałam, warunki pracy były dużo cięższe niż teraz. Dzisiaj przyjeżdżam na trzy miesiące do Polski i jestem spokojna o to, co tam się dzieje. Personel jest dobrze wyszkolony, dlatego że pracując ze mną, bardzo dużo się nauczyli. Dotyczy to tak personelu medycznego, jak i szkoły. Gdy przyjechałam, w ośrodku było 220 osób, dziś jest ich ponad 500. W ciągu 25 lat wielu naszych wychowanków zdobyło wykształcenie, niektórzy wrócili do Jeevodaya, podejmując role wychowawców, pielęgniarek czy pracowników administracji. Trzon załogi, personelu to wyleczeni trędowaci.

 

Szkoła to również wielkie wyzwanie…

– Prowadzenie szkoły wiąże się z wielkim wysiłkiem. Chodzi o to, aby dzieci trędowatych, które do publicznej szkoły nie mogą pójść, u nas mogły zdobyć wykształcenie. W regionie jest to jedyna tego typu szkoła. Od 3 lat oprócz dzieci z rodzin osób trędowatych uczą się w niej dzieci z okolicy. Wybudowaliśmy duży budynek. Wyrobiliśmy sobie dobrą renomę. Prowadzimy edukację na wysokim poziomie, czego dowodem jest to, że spośród szkół w regionie nasze dzieci najlepiej zdają egzaminy. I wciąż ich przybywa. W pierwszym roku działalności mieliśmy ich ok. 50, w drugim już ok. 200, a w zeszłym roku przyjęliśmy 800 dzieci z zewnątrz przy 400 z naszego ośrodka. Myślę, że założyciel ośrodka ks. Adam teraz cieszy się w Niebie z tego, jak postępuje integracja dzieci osób trędowatych z ich rówieśnikami.

 

Jak sobie dajecie radę finansowo?

– W tej chwili najwięcej pomocy otrzymujemy z Polski. Początkowo ośrodek utrzymywała Polonia. Ks. Wiśniewski dostawał pieniądze od Polaków z Wielkiej Brytanii, Francji, USA, Kanady i innych krajów. Ja do Jeevodaya przyjechałam półtora roku po śmierci założyciela i wtedy panowała tam dość duża bieda, gdyż zamarła korespondencja z ofiarodawcami. Było kilkanaście budynków murowanych, w których mieszkało 220 osób. Musiałam poszukać innych źródeł finansowania. Ponieważ po 1989 r. otwarła się możliwość pomocy z ojczyzny, zaczęłam prosić rodaków o wsparcie. W Warszawie powstał Sekretariat Misyjny Jeevodaya pośredniczący w pomocy na rzecz naszego ośrodka. Obecnie w ośrodku tym mieszka 500 osób i nasz byt jest zabezpieczony na godziwym poziomie.

 

Ile kosztuje rocznie utrzymanie ośrodka?

– Ok. 70 laków (1 lac = 100 000 rupii), czyli 750 tys. zł.

 

Wspomaga was też fundacja…

– Otrzymujemy wsparcie organizowane przez Sekretariat Misyjny, który podlega Instytutowi Prymasa Wyszyńskiego. Została też powołana Fundacja Świt Życia nosząca moje imię, która ma charakter świecki i podejmuje działania nie tylko na rzecz Jeevodaya. Od lat prowadzimy też „Adopcję serca”.

 

Z jak dużym odzewem spotkała się „Adopcja serca”?

– Z bardzo dużym. Ludzie mają wielką satysfakcję z tego, że łożą na konkretne dzieci. Koszt utrzymania jednego dziecka to 25-30 euro miesięcznie, czyli 120 zł. Nie jest to duża suma. Pieniądze trafiają do wspólnej kasy ośrodka i są dzielone na każde dziecko. Na koniec roku robię bilans i oficjalnie informuję o stanie naszych finansów. Na inwestycje zbieramy w inny sposób. Mamy też fundusz służący życiowemu usamodzielnieniu się naszych wychowanków. Niektórzy kończą studia czy jakieś kursy zawodowe i często nie mają gdzie pójść. Powrót do ośrodka jest możliwy, ale nie dla wszystkich możemy znaleźć zatrudnienie. Dlatego mamy pieniądze wspomagające ich strat życiowy, szczególnie chłopców. Niedawno naszemu wychowankowi pomogliśmy założyć małą kawiarenkę internetową. Dostał od nas cztery komputery. Młodym małżeństwom dajemy pieniądze na założenie swojego gospodarstwa domowego, aby mieli gdzie mieszkać i jakoś się urządzić. W zeszłym roku dwóch moich wychowanków, którzy nie mieli nikogo z najbliższej rodziny, ożeniło się i już mają po jednym dziecku. Pomogliśmy im wybudować nieduży dom oraz udzieliliśmy wsparcia na zagospodarowanie. Dziewczynki staramy się kształcić w takich zawodach jak pielęgniarki, nauczycielki, aby mogły po wyjściu za mąż pogodzić pracę z życiem rodzinnym.

Adopcja dziecka to piękna idea, która łączy darczyńców z Polski z ich duchowo adoptowanymi podopiecznymi w Indiach. Dzieci i ich opiekunowie wzajemnie się za siebie modlą, czasem piszą listy. Także kilku ofiarodawców odwiedziło swoje dzieci w Jeevodaya, sprawiając im tym ogromną radość. Dla jednego z moich wolontariuszy, którego rodzice wspierali dziewczynkę z Jeevodaya, niesamowite było odkrycie, że za cenę odmówionego sobie batonu mógł pomóc swojej siostrze uniknąć żebrania i zbierania odpadków na śmietniku.

 

foto 1

 

Żebractwo to nadal zjawisko powszechne w Indiach…

– Różne grupy ludzi żyją z żebrania. Gdy w 1975 r. o. Marian Żelazek przybył do Puri, wszyscy mieszkańcy kolonii trędowatych chodzili żebrać pod miejscową świątynię, gdzie codziennie przyjeżdżały tysiące pielgrzymów hinduistycznych. Wśród tych ludzi o. Marian zaczął swoją posługę, pomógł przynajmniej niektórym podjąć pracę. Mówi się czasem, że w Indiach nie ma miłosierdzia. Miłosierdzie jest, lecz nie polega ono na tym, że spragnionemu podaje się szklankę wody. Rzuca się pieniądz i tak poprawia się samopoczucie. Los ubogiego tak naprawdę nikogo nie obchodzi, każdy ma swoją karmę i według tego ma żyć. W europejskim pojęciu zazwyczaj żebrak to jest człowiek odarty z godności. W Indiach jest inaczej. Są profesje, jak na przykład czyściciel uszu, latryn, oprawiacz zwierzęcego mięsa, które uważane są za nieczyste, ale z drugiej strony każdy, kto uprawia te zawody, ma swoją godność. Oczywiście zgodnie z zasadami kastowości. W indyjskim społeczeństwie każdy ma swoją rolę – żebrak też. To, że ktoś rzuci mu kilka rupii i czasem musi on je wydobyć ze śmierdzącego ścieku, w niczym nie uwłacza jego żebraczej godności. Długo nie mogłam się przyzwyczaić do takich obrazków. Z drugiej strony kiedy serdecznie rozmawiam z trędowatym na ulicy, a widzi to sklepikarz, u którego za ciężkie pieniądze kupuję mnóstwo rzeczy dla mojego ośrodka, to często wychodzi przed swój sklep, żeby ofiarować temu trędowatemu pieniądze. Robi to, jakby chciał się popisać przede mną, ale podaje pieniądze przez pracownika, bo sam się nie brata z niższymi od siebie.

 

Jak do trędowatych podchodzą ich rodziny? Też są dla nich nieczyści i odrzuceni?

– Zazwyczaj czują się całkowicie odrzuceni. Nie mogą mieszkać w rodzinie i nie mają nikogo bliskiego. To odrzucenie przez rodzinę jest straszne. Kiedy zostaną wyleczeni, to starają się wrócić do swoich rodzin, ale często to jest niemożliwe. Zakładają więc rodziny w gronie innych chorych i wspierają się wzajemnie. Podam przykład historii mojego chrzestnego syna, który popadł w alkoholizm przez upokorzenia, jakie spotkały go ze strony rodziny. Po śmierci rodziców został wyrzucony przez brata z rodzinnego domu. Włóczył się po świecie, pracował w wielu miejscach, m.in. w szpitalu. Trafił do naszego ośrodka i został aptekarzem. Mimo że ukończył tylko cztery klasy szkoły podstawowej, ma świetną pamięć, wszystko umie przeczytać, nawet moje bazgroły na receptach po angielsku. Zna wszystkie nazwy leków w różnych językach. Po kilku latach pobytu w Jeevodaya przyjął chrzest i się ożenił. Miał czterech synów (niestety najmłodszy zmarł w ubiegłe wakacje po nieszczęśliwym wypadku). Jego brat zaprosił go kiedyś do siebie i nawet obiecał, że da mu jakiś prezent. Mój chrześniak z radością pojechał do brata, u którego miał spędzić tydzień. Wrócił po trzech dniach i powiedział, że już nigdy tam się nie wybierze. Bratowa podała mu jedzenie, ale już nie sprzątnęła ze stołu talerza, z którego jadł. Nie wzięła tego talerza, ponieważ on „nieczysty” go dotykał. Takie rzeczy straszliwie bolą. Tym bardziej że w Indiach panuje kult wielkiej rodziny. Dziadkowie, rodzice, dzieci, wnukowie mieszkają razem. Cudowne jest to, jak oni się wzajemnie wspierają. Gdy jest się wyrzuconym z środowiska, to człowiek jest straszliwie okaleczony i pozbawiony najgłębszych korzeni.

 

Od lat porusza się Pani na wózku. Zapytam paradoksalnie, na ile niepełnosprawność pomaga w pracy?

– Gdy miałam 10 lat, zachorowałam na chorobę Heinego-Medina. Dzięki wielkiej pracy moich rodziców i intensywnym ćwiczeniom doszłam do jako takiej sprawności. Po kilku miesiącach choroby wróciłam do szkoły. W moim środowisku zawsze byłam traktowana normalnie i nie odczuwałam swojego kalectwa, aczkolwiek musiałam wyjść do szkoły dużo wcześniej niż moje rodzeństwo. Przez niepełnosprawność mogłam więcej czasu poświęcić na naukę i przez to pomagałam kolegom. Dzięki temu byłam chyba lubiana. Dobrze się uczyłam i chciałam pomagać, tak jak mnie pomagano.

 

Ale dlaczego akurat wybrała Pani zawód lekarza?

– To, że poradziłam sobie z kalectwem i mogłam normalnie funkcjonować, to była zasługa lekarzy. Wybór studiów medycznych był czymś bardzo naturalnym. Nie zniechęcało mnie to, że są to ciężkie studia. Tata radził mi, abym poszła na stomatologię, gdyż w zawodzie dentysty potrzebne są tylko ręce. Mnie jednak interesował cały człowiek, a nie tylko zęby. Bycie ortopedą było dla mnie za ciężkie. Myślałam też o radiologii, ale powiedziałam „nie”, gdyż dla mnie najważniejszy jest kontakt nie z maszyną, ale z człowiekiem. Internę wybrałam dopiero podczas stażu. Jest to chyba najpiękniejsza specjalizacja.

 

Kto Panią wspomaga w pracy?

– Mam dwóch paramedyków, którzy jeśli chodzi o praktykę, są na poziomie lekarzy. Często zawstydzam wolontariuszy – medyków, którzy przyjeżdżają do mnie na staż, że mój współpracownik lepiej rozpoznaje osłuchowo, co się dzieje w sercu, płucach pacjenta, albo trafniej odczytuje zdjęcie rentgenowskie. Mam kilku kolegów lekarzy innych specjalności, do których zawsze mogę wysłać moich pacjentów. Jeśli wiedzą, że są skierowani przeze mnie, to i mniej pieniędzy wezmą.

 

Foto 10 pobieranie wycinka z plamy tradowej

fot. Beata Zajączkowska

 

Na ile wiara pomaga w pracy? Skąd wyniosła Pani swoją religijność?

– Religijność zdecydowanie wyniosłam z domu, aczkolwiek każdy sam musi zdobyć swój własny kontakt z Panem Bogiem. Tata żył głęboką wiarą. Co roku, prawie aż do śmierci, chodził na pielgrzymki do Częstochowy. Był członkiem Archikonfraterni Literackiej przy katedrze św. Jana w Warszawie. Jeśli chodzi o wiarę, to on mnie dużo nauczył. Jako rodzina żyliśmy wiarą tradycyjną, razem modliliśmy się, chodziliśmy na Msze św., uczęszczaliśmy na przykościelną katechezę. Tak naprawdę Boga pokochałam na pierwszym roku studiów, gdy zetknęłam się z grupą pielgrzymkową. Prowadził ją wspaniały kapłan, który rzeczywiście mi uświadomił, kim jest Bóg. Fascynująco interpretował Nowy Testament, tak że człowiek zaczynał go rozumieć. Przypomnijmy, że były to czasy dopiero co zakończonego Soboru Watykańskiego II. Dzięki temu kapłanowi odbyłam pierwszą świadomą spowiedź i wiedziałam, o co w naszej wierze chodzi.

 

Czuje Pani, że Bóg wspomaga Panią w codziennej pracy?

– W całości. Wspiera mnie we wszystkim, jest to coś niesamowitego. Miewałam momenty, w których kompletnie nie wiedziałam, co zrobić. Odmawiałam krótką modlitwę i znajdowałam rozwiązanie. To są małe dowody na istnienie Pana Boga, codzienne, proste cuda, których jesteśmy świadkami. To dzięki Niemu mam też takie siły fizyczne. Oczywiście co jakiś czas przyjeżdżam do Polski, aby dzięki różnym zabiegom podreperować swoje zdrowie. Dzięki Bogu mam też – przy całym poczuciu realizmu życia – optymistyczne usposobienie. W mojej pracy w Indiach optymizm jest poddawany różnym próbom, ale nigdy nie popadam w depresję. Na pewno najtrudniejsze chwile przeżywam, gdy na moich rękach umierają dzieci.

 

To chyba klęska…

– Po ludzku patrząc, to klęska. Kiedyś przyjechała do naszego ośrodka matka z dzieckiem. Wcześniej jej czworo albo pięcioro dzieci zmarło w niemowlęctwie. Kobieta ta była tak obolała, że nawet nie potrafiła odpowiedzieć, jak to się stało. Urodziła bliźnięta, z których jedno, chłopczyk, zmarł, a przeżyła dziewczynka, która wymagała opieki. Rodzice wierzyli, że tym razem uda się ją uratować. Niestety po miesiącu i ona zmarła na moich rękach. Miałam wtedy poczucie klęski tym bardziej, że widziałam, jak dziecko się normalnie rozwija. Wyrzucałam sobie, że nie zrobiłam czegoś więcej. Dopiero spowiednik pomógł mi, mówiąc: „Nie patrz w ten sposób na tę sytuację. Spójrz na to w zupełnie inny sposób. Pan Bóg powierzył ci to dziecko na miesiąc czasu. Dziękuj Mu za ten miesiąc. On dokładnie wiedział, jakie są twoje umiejętności, wiedział, czego nie umiesz i mimo wszystko powierzył ci to dziecko”. Śmierć dorosłych jest bolesna, natomiast przeżycie śmierci dziecka, w szczególności nagle umierającego, jest czymś strasznym. Jednak trzeba oddać to Bogu, gdyż jeśli On do tego dopuścił, to trzeba to przyjąć. To On jest Dawcą życia i ma do niego prawo.

 

Dlaczego wybrała Pani Instytut Prymasowski?

– To też nie był mój wybór, lecz konsekwencja spotkania. Nigdy wcześniej nie myślałam o poświęceniu życia Panu Bogu. Kiedy miałam 20 lat, na wakacjach spotkałam członkinie instytutu i usłyszałam o tym, jak bardzo kochają Matkę Bożą Jasnogórską. Jedna z nich zaprosiła mnie na nocne czuwanie przed Jasnogórską Ikoną. Zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Byłam z Matką Bożą twarzą w twarz, blisko, długo i nikt mi nie przeszkadzał. Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że Ona mnie wtedy przyciągnęła i powołała. Ja sobie tego nie wymyśliłam. Nie szukałam żadnej wspólnoty, nie zastanawiałam się, jakie w instytucie panują prawa, obowiązki, jakie są możliwości rozwoju. Po prostu zobaczyłam, jak te kobiety żyją, i to mnie urzekło. Ważne było też to, że mogłam kontynuować studia, pracować w środowisku świeckim. Nie miałam zamiaru zakładać habitu, ale chciałam służyć Bogu. Poczułam się przez Niego powołana.

 

Jedną z głównych zasad Pani Doktor jest: „Nie tylko nieść pomoc chorym, ale być z nimi”. Co to znaczy?

– Życie i praca nauczyły mnie, że z odrzuconymi trzeba przede wszystkim być. Mówię to wolontariuszom, którzy mnie odwiedzają, gdyż czasem nie można już nic zrobić dla danej osoby, a tylko z nią być, uśmiechnąć się, porozmawiać, pójść na spacer itd. Jeżeli chodzi o trędowatych, to na ogół nie można uścisnąć im dłoni, gdyż swoje okaleczone ręce ze wstydem chowają. Z drugiej strony ci sami trędowaci nie wstydzą się swych wyciągniętych okaleczonych rąk podczas modlitwy, robi to niesamowite wrażenie. Niezwykłym przeżyciem jest, gdy słyszy się perykopę ewangeliczną o uzdrowieniu trędowatych przez Jezusa, siedząc pośród tych ludzi. Z naszymi trędowatymi nie chcą być ich bliscy, a my tak. Tego uczy nas nasz Mistrz. Pięknym przykładem jest św. o. Damian de Veuster, który na Molokai zamknął się z trędowatymi, poświęcając im całe życie. Podobnie działali o. Marian Żelazek i Wanda Błeńska.

 

Foto 7

fot. Beata Zajączkowska

 

Za to bycie z trędowatymi nazywają Panią „Mami” – Matka?

– Co ciekawe, tak nazywają mnie również dorośli. W ośrodku każdy jest członkiem wielkiej rodziny, nie używa się natomiast imion. Kiedy przyjeżdża do nas kierownik Sekretariatu Misyjnego Anna Sułkowska, to jest nazywana „didi”, czyli starsza siostra, albo „mosi”, czyli młodsza siostra matki. Jej poprzedniczka, pani Janina Michalska, z powodu wieku i siwych włosów była nazywana „nani” – czyli babcia ze strony matki.

 

Jak Pani postrzega współczesną Polskę z perspektywy Indii?

– Bardzo dużo się zmieniło na lepsze pod względem materialnym. Cieszę się z tego, bo doskonale pamiętam za czasów komuny puste półki sklepowe. Martwi mnie jednak społeczeństwo, gdyż widzę duże rozdrobnienie. Kiedyś chyba byliśmy sobie bliżsi i bardziej życzliwi. Teraz dostrzega się obojętność i niezwracanie „na wszelki wypadek” na siebie uwagi, a nuż ktoś będzie od nas czegoś chciał.

 

A Kościół w Polsce?

– Kościół też się zmienił. Nie mnie oceniać. Ale chciałoby się, aby było w nim jak najwięcej mądrych księży, prawdziwie związanych z Ewangelią. Myślę, że jest też sporo do zrobienia, aby świeccy w Kościele znaleźli swoje właściwe miejsce. To my musimy sobie uświadamiać, że jesteśmy Kościołem, a nie tylko w Kościele, ale potrzebujemy większego otwarcia ze strony duchowieństwa. Widzę również potrzebę większego zrozumienia prawdy, że Kościół jest misyjny, nie tylko w sensie wysyłania misjonarzy do odległych krajów, ale dzielenia się z radością i entuzjazmem swoją wiarą na co dzień.

 

Na koniec zapytam o marzenia Pani Doktor?

– Chyba nie mam już żadnych konkretnych marzeń. Do niedawna chciałam pojechać do Rwandy, zobaczyć ten piękny kraj, sanktuarium w Kibeho i spotkać pracujących tam misjonarzy. Ale spełniły się inne marzenia. Byłam w Barcelonie, gdzie zobaczyłam katedrę Sagrada Família, byłam w Rzymie na kanonizacjach św. Damiana de Veustera i św. Jana Pawła II, w Manoppello mogłam wpatrywać się w oblicze Jezusa na Jego grobowej chuście. Chciałabym móc pomagać i służyć ludziom jak najdłużej. Może zobaczyć, jak Patrycja założy rodzinę, a inny lekarz pomaga w Jeevodaya. Dziś cieszy mnie, że mogę pomóc nawet w takich sprawach, jak ta, gdy moja „córeczka” zadzwoniła do mnie do Polski z pytaniem, co ma zrobić, bo z lodówki cieknie woda…

 

“Mami”, dziękuję za tę rozmowę.


Rzmawiał Krzysztof Tomasik (KAI) / Warszawa

--> Show comments

Bp Ryś: To książka o Bogu, nie o miłosierdziu

Każdy z nas jest grzesznikiem. Każdy z nas odrzucił Boga po milion razy i cały urok Boga polega na tym, że to w Nim nic nie zmienia.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Rozmowa portalu Stacja7.pl z bpem Grzegorzem Rysiem o najnowszej książce papieża Franciszka “Miłosierdzie to imię Boga”.

 

Papież Franciszek w swojej książce pisze, że miłosierdzie jest pierwszym atrybutem Boga. Co to oznacza?

Więcej, papież pisze, że Miłosierdzie jest imieniem Boga, a to coś znacznie ważniejszego, bo imię w refleksji biblijnej i chrześcijańskiej jest tożsame z osobą. Imię było bardzo ważne dla biblijnego Żyda, bo imię go opisywało, mówiło, kim jest. Kiedy więc papież mówi, że Miłosierdzie jest imieniem Boga, to znaczy o wiele więcej, niż tylko że jest jednym z Jego przymiotów. Jest jakąś składową boskiej natury.

To jest swego rodzaju dopracowanie tego, co mówi Jan ewangelista, kiedy mówi, że imieniem Boga jest Miłość – Franciszek mówi, że imieniem Boga jest miłość, która jest miłosierna. Ostatecznie nie interesuje nas to, jakie Bóg ma cechy, ale kim jest sam w sobie, najgłębiej. Jak nasłuchujemy tego, co Kościół mówi przez ostatnie 50–60 lat, to odkrywamy, że to jest właśnie to – że Bóg jest miłością, która jest miłosierna, czyli przekracza granice sprawiedliwości czy granice wzajemności.

 

A co oznacza to doprecyzowanie? Dlaczego miłość miłosierna jest szczególna?

Miłość niejedno ma imię. Miłość miłosierna wyróżnia się tym, że wytrzymuje próbę odrzucenia.

 

Przez człowieka?

Tak, w wypadku miłości do człowieka – próbę odrzucenia przez człowieka. Kluczem tej miłości nie jest doświadczenie wzajemności. Franciszek to świetnie wyczuwa, podpowiadając nam, że to jest miłość ojcowska albo miłość macierzyńska. Miłość ojca czy matki to właśnie miłość, która nierzadko musi się zmierzyć z tym, że dziecko wybiera, postępuje inaczej. Każdy z duszpasterzy ma chyba dość dużo doświadczeń takich rozmów z rodzicami, kiedy się słyszy: „A ja się tak starałem, oddałem wszystko – i na co to było?”. To jest potężna próba, żeby nie zacząć żałować swojego dobra, miłości, tej całej życiowej inwestycji w następne pokolenie, tylko żeby wytrwać w tej miłości, nawet jeśli nie jest oczywista.

Miłość Boga do każdego z nas musi być taka, bo nie może być inna. Każdy z nas jest grzesznikiem. Każdy z nas odrzucił Boga po milion razy i cały urok Boga polega na tym, że to w Nim nic nie zmienia. Może rośnie w Nim jeszcze większa determinacja, by nas kochać.

 

mother-103311_1280

 

Papież Franciszek wspomina, że jako spowiednik, nawet gdy napotykał „zamknięte drzwi” w sercu człowieka, szukał zawsze szczeliny, przez którą mógłby te drzwi otworzyć, ofiarować przebaczenie i miłosierdzie. Rozmówca papieża Andrea Tornielli przytacza historię Bruce’a Marshalla o młodym żołnierzu, który umiera, ksiądz bardzo chce mu dać rozgrzeszenie, ale żołnierz nie do końca żałuje za swoje grzechy. Ksiądz pyta go, czy żałuje, że nie żałuje, i na tej podstawie udziela rozgrzeszenia. Czy jest jakaś granica szukania tej szczeliny, czy można gdzieś postawić granicę miłosierdzia?

Granica jest w człowieku, bo może się okazać, że nie ma nawet tego minimum. Ten żołnierz mógł powiedzieć, że nie żałuje, że nie żałuje, ale na szczęście powiedział inaczej. Pan Bóg nie stawia granicy – granicą jest wolność człowieka, wolność do odrzucenia miłości, jaką ma Pan Bóg, ale w Bogu nie ma granicy.

Granicą jest to, co Pismo Święte nazywa grzechem przeciw Duchowi Świętemu. Tego nie ma w książce, ale warto to przywołać: jesteśmy wzywani do nawrócenia przez Ducha Świętego, który w nas działa. Kiedy człowiek radykalnie zamyka się na doświadczenie nawrócenia, to nie tylko mocuje się sam ze sobą, ale – nawet gdy tego nie rozpoznaje – mocuje się z Duchem Świętym, który prowadzi ku nawróceniu. To zapowiadał też Pan Jezus: „Duch was przekona o grzechu”. Człowiek nie musi ulec Duchowi, może nie dać się przekonać o swoim grzechu i wtedy nie ma nawet tej szczeliny. Nie ma jednak takiego grzechu, który zamyka Boga. Konsekwentnie tak powinno być też po stronie Kościoła: jeśli w doświadczeniu spowiedzi cokolwiek przemawia na korzyść penitenta, to jest to argument za tym, by go rozgrzeszyć. Ale musi być szczelina.

 

W rozmowie z papieżem pojawia się też ciekawa zachęta dla spowiedników, którzy nie mogą udzielić rozgrzeszenia, żeby udzielili błogosławieństwa. Czy to coś nowego w Kościele?

To żadna nowość. W sytuacjach, kiedy spowiedź odbywa się publicznie, tak że penitenta widzą inni ludzie, jest nawet takie zalecenie, bo gest błogosławieństwa jest taki sam jak gest rozgrzeszenia. Unika się więc zdrady tajemnicy spowiedzi – nikt nie widzi tego, co się rozgrywa między spowiednikiem a penitentem, z zewnątrz to wygląda zupełnie tak samo. Ale nie chodzi tylko o to.

Człowiek, który nie może być rozgrzeszony, z różnych powodów, nie jest od razu ekskomunikowany, on nadal jest w Kościele. Owszem, teraz porządek sakramentalny nie jest dla niego dostępny, ale to nie znaczy, że Pan Bóg nie może działać w jego życiu inaczej. Nie może być rozgrzeszony, ale może się modlić. Ja go nie mogę rozgrzeszyć, ale mam prawo się za niego pomodlić, a błogosławieństwo jest formą modlitwy nad człowiekiem. Nie można pozostawić człowieka samego, a szczególnie nie można zostawić człowieka, który jest w tak dramatycznej sytuacji, że nie może być rozgrzeszony.

My nie jesteśmy wezwani do osądu człowieka. Jesteśmy wezwani do osądu nad całą sytuacją. Owszem, są momenty, gdy nie można udzielić rozgrzeszenia – nie są one znowu aż takie częste – i nieraz są to sytuacje oczywiste dla obu stron. Mnie się w ciągu 28 lat kapłaństwa zdarzyło dwa razy odmówić rozgrzeszenia i zapewniam, że jest to niebywały ból. To nie jest tak, że gdy ktoś przychodzi do spowiedzi i jest niedysponowany, to się mu mówi „wynocha”. Pierwszym obowiązkiem spowiednika jest doprowadzenie do dyspozycji. Dlatego też spowiedź jest miejscem na poważną rozmowę, na wzajemne posłuchanie się, żeby człowieka, który może z niedojrzałych powodów przyszedł do spowiedzi, doprowadzić do takiej dyspozycji, by mógł być spokojnie rozgrzeszony.

 

KONF-O

 

To jest wydarzenie. Nie tylko dwóch ludzi się tu spotyka, tu działa też Duch Święty, następuje otwarcie przestrzeni na działanie Pana Boga, tu się wszystko może zdarzyć. Ale nie jest to żadna nowość i dobrze, że papież o tym mówi, bo w ten sposób pokazuje jakieś formy odpowiedzialności za człowieka, dla którego porządek sakramentu nie istnieje w tym momencie – nikt nie mówi, że na zawsze. Ważne jest, by człowieka nie odrzucać i papieże zawsze o tym przypominali – człowiek odchodzi od konfesjonału nie rozgrzeszony, ale nie może odejść rozgoryczony. Ja nie mogę człowieka odesłać z konfesjonału, nie tłumacząc mu wyraźnie i jasno, dlaczego nie może dostać rozgrzeszenia, i nie pokazując, co jednak może czynić. To nie jest człowiek, który jest poza Kościołem, więc i jemu trzeba w Kościele towarzyszyć. I to też nie może być teoria, abstrakcja – „towarzyszę ci, ale z tobą nie porozmawiam”.

Są grzechy, które pociągają za sobą ekskomunikę, ale też nie ma ich milion, to są bardzo konkretne sytuacje.

 

Franciszek mówi też, że teraz Kościół powinien wychodzić do grzeszników, że powinien być jak szpital polowy. Jak to rozumieć i jakie to stawia zadania przed duchownymi i przed świeckimi?

Papież nie mówi tego jako pierwszy, bo to mówił już Pan Jezus. Ta książka jest fascynująca we fragmencie – dla mnie osobiście bardzo ważnym – gdy papież rozważa uzdrowienie trędowatego przez Jezusa. Jezus nie tylko go uzdrowił, ale go też dotknął, więc absolutnie przekroczył granice nieprzekraczalne. Nieprzekraczalne po pierwsze ze względu na to, co mówił zdrowy rozsądek – dotkniesz trędowatego, to się zarazisz, i to chorobą nieuleczalną – a po drugie, co mówiło prawo.

Franciszek jest dość bezlitosny dla tego prawa, bo mówi, że odpowiada ono logice uczonych w prawie, która nie ma nic wspólnego z logiką Bożą, a polega na tym, że wydziela się chorych ze społeczeństwa zdrowych. Są owce przy pasterzu – zdrowe, bezpieczne, tłuściutkie, fajne – i teraz chronimy przede wszystkim te owce, chronimy tych, którzy są w zasadzie pewni zbawienia i nawróceni. Ochrona polega na tym, że odcinamy się od wszystkich, którzy do tego grona nie należą. Mówi papież, że to jest logika uczonych w prawie i że nie ma ona nic wspólnego z logiką Bożą, bo logika Boża mówi, że zostawiasz te zdrowe owce, a idziesz do tych, które się pogubiły. I to się zaczyna już wtedy, kiedy masz jedną owcę poza stadem. To jest napisane w Ewangelii według św. Łukasza, w 15. rozdziale: masz 99 owiec, jedna się zgubiła, zostawiasz 99 i idziesz szukać tej jednej. To podkreśla papież Franciszek.

Co to oznacza dla Kościoła dzisiaj? Chociażby to, o czym mówiono na ostatnim synodzie – jest cała rzesza ludzi żyjących w sposób, który prawo kanoniczne określa mianem „nieregularnie”; nie są oni w tym gronie owiec zdrowych pod każdym względem, jeśli w ogóle takie istnieją. Jak wychodzić do tych, dla których porządek sakramentalny jest niedostępny? Na ten temat mówił właśnie synod, czekamy, co powie papież na temat końcowego dokumentu. Kluczem jest pojęcie towarzyszenia, z przełożeniem go na inne, czyli zaproszenie do współuczestnictwa. Nie towarzyszymy tylko na zasadzie: „jesteś tak naprawdę na zewnątrz, a my możemy ci posłać paczkę od czasu do czasu albo pomodlić się za ciebie” – choć modlitwy też bym nie lekceważył. Towarzyszymy komuś także w ten sposób: „jest tu część, którą możesz czynić, jesteś jednym z nas, potrzebujemy też twojego działania”. Oczywiście wymaga to poważnej refleksji – które z obszarów działania w Kościele można powierzyć komuś, kto żyje w sytuacji nieregularnej – ale do tego właśnie jesteśmy wezwani, by nad tym myśleć: nie jak się odciąć, ale jak zaprosić do środka.

 

milosierdzie_03

 

Chcielibyśmy jeszcze zapytać – nieco przewrotnie, ale i takie głosy mogą się pojawić – po co kolejna książka o miłosierdziu? Żyjemy w czasach, gdy coraz trudniej jest nam trwać w nauce Kościoła, coraz więcej ludzi od niej odchodzi – czy Kościół nie powinien mocniej akcentować swoich wymagań zamiast ciągle mówić o miłosierdziu? Myślę, że krytycy papieża mogliby zapytać: czy to nie jest otwieranie furtki do „rozmywania” nauki Kościoła, mówienia, że wszystko wolno?

To tak jakby zapytać, po co kolejna książka o Bogu. To pytanie jest niejako obok dyskursu, do którego zaprasza Franciszek, bo on nie zaprasza do dyskursu najpierw o Kościele i o tak zwanych racjach duszpasterskich – to pojęcie robi nieraz za łom. Nie. To jest książka o Bogu. Warto może przypomnieć, że jej oryginalny tytuł brzmi „Imieniem Boga jest Miłosierdzie”. To nie jest książka o miłosierdziu. Franciszek mówi: nie spierajmy się o miłosierdzie, pospierajmy się o Boga. Imieniem Boga jest Miłosierdzie.

Kim jest Bóg? Papież pisze o tym w bulli „Misericordiae vultus”. Ktoś może powie, że w kategoriach rangi teologicznej bulla nie jest najważniejsza, niemniej jednak mnie się zdaje, że to jeden z istotniejszych dokumentów napisanych przez Franciszka – z czasem będziemy to dostrzegać. To jest bulla, która zaprasza do refleksji nad Bogiem.

Tak jak napisał Jan Paweł II w „Dives in misericordia” – odkryjmy, kim jest Bóg. Wtedy się skończą te wszystkie debaty: co się opłaca, co się nie opłaca, co jest skuteczne, co jest nieskuteczne. To są sprawy wtórne. Pytaniem istotnym jest: Kim jest Bóg? – Bóg, który się objawia w judaizmie, w chrześcijaństwie, w historii zbawienia. Jeśli odkryjemy, kim jest Bóg, dowiemy się też, kim powinniśmy być my, każdy z nas z osobna – bo jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo – i kim mamy być jako Kościół także w swojej misji do człowieka. Czy my mamy poprawiać Pana Boga w Jego wyjściu do człowieka? Czy chcemy Mu powiedzieć, że my potrafimy lepiej? No, niepoważne by to było. Tego nie powie żaden z krytyków.

 

Spotkanie Jana Pawła II z wiernymi / fot. Gianni Giansanti

Spotkanie Jana Pawła II z wiernymi / fot. Gianni Giansanti

 

Papież zaprasza nas do istotnej refleksji nad Bogiem. Przepraszam, że mówię o tej zmianie tytułu, bo ja kocham Wydawnictwo Znak – ale jest ona dość istotna. Dobrze, by ludzie pamiętali, jaki jest oryginalny tytuł tej książki, bo to nie jest książka o miłosierdziu. Jeśliby uznać, że to książka o miłosierdziu, to łatwo będzie popaść w tony moralizatorskie – „bądźcie tacy i tacy, tamto, siamto” – albo w takie tony pseudopastoralne – ile miłosierdzia, a ile sprawiedliwości. Zaczynamy wtedy mówić o jakiejś abstrakcji, a to nie jest książka abstrakcyjna. To jest książka o Bogu, co Bóg o sobie mówi i jakim się pokazuje w działaniu. Jakim się Bóg pokazał w Jezusie Chrystusie, który uzdrowił trędowatego.

I teraz to już jest zupełnie inna rozmowa – czy ja chcę iść za tym obrazem Jezusa Chrystusa, poddając się temu, co Franciszek nazywa logiką Boga, czy może mam swoją logikę, którą papież nazywa logiką uczonych w prawie? Uczony w prawie może wiedzieć bardzo dużo o prawie i nie mieć żadnego doświadczenia Pana Boga. Może być skupiony tylko na swoich konstrukcjach, które nawet może i są zbudowane na Słowie Bożym, ale jednak używać tego Słowa Bożego do argumentowania własnych konstrukcji. A my nie mamy tworzyć na podstawie Słowa Bożego własnych konstrukcji, tylko poddać się temu, co Słowo mówi o Bogu.

 

Czy biorąc pod uwagę, że jedna z pierwszych homilii papieża Franciszka poświęcona była miłosierdziu, że papież zachował swoje zawołanie biskupie: „Spojrzał z miłosierdziem i wybrał”, że ogłosił teraz Rok Święty Miłosierdzia – można powiedzieć, że miłosierdzie jest niejako dewizą jego powołania, jego posługi na stolicy Piotrowej?

Co do tego nie ma wątpliwości, myślę tylko, że warto powiedzieć (co sam papież też pokazuje), że to nie jest jego prywatne odkrycie. To jest jego osobiste doświadczenie tego, kim jest Pan Bóg, ale też jego osobiste doświadczenie Kościoła, które Kościół pokazuje przynajmniej już od czasów Jana XXIII i od II Soboru Watykańskiego. Proszę zobaczyć, jak papież przedefiniował otwartość Kościoła. My, a już szczególnie my w środowisku Znaku, jak mówimy o otwartości, to od razu wpadamy w takie kalki: tu są progresiści, tu konserwatyści, i tak dalej – to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością! Franciszek opisał otwartość tak, jak Paweł VI, zamykając sobór – że otwartość soboru to logika starej opowieści o miłosiernym samarytaninie. Św. Jan XXIII, bł. Paweł VI, św. Jan Paweł II – papież Franciszek jest ich kontynuatorem; odnalazł się w Kościele, który prowadzony przez Ducha Świętego coraz więcej rozumie z tego, jakim się Bóg objawił w całej swojej historii zbawienia, od pierwszej strony Biblii, i jakim się ciągle objawia do dzisiaj. A co do tego, że to jest dominanta pontyfikatu Franciszka, nikt nie ma wątpliwości.

 

Dziękujemy bardzo, księże biskupie.

Proszę uprzejmie.

 

franciszek_Milosierdzie_500pcxPremiera książki “Miłosierdzie to imię Boga”
już 12 stycznia

Papież Franciszek w prostych i bezpośrednich słowach zwraca się do każdego człowieka, budując z nim osobisty, braterski dialog. Na każdej stronie książki wyczuwalne jest jego pragnienie dotarcia do osób, które szukają sensu życia, uleczenia ran. Do niespokojnych i cierpiących, do tych, którzy proszą o przyjęcie, do biednych i wykluczonych, do więźniów i prostytutek, lecz również do zdezorientowanych i dalekich od wiary.

W rozmowie z watykanistą Andreą Torniellim Franciszek wyjaśnia – poprzez wspomnienia młodości i poruszające historie ze swojego doświadczenia duszpasterskiego – powody ogłoszenia Nadzwyczajnego Roku Świętego Miłosierdzia, którego tak pragnął.

 

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >