fot. domena publiczna/wikipedia.org

Jan Nowak-Jeziorański – Kurier z Warszawy. Łańcuch cudownych ocaleń

Życie jak scenariusz filmowy i to najbardziej wymyślnego dreszczowca. Dokonywał rzeczy niemożliwych. Żył na krawędzi. Dobrze zaplanowana brawura mieszała się z prozą życia. Co wiemy o naszym bohaterskim Kurierze z Warszawy?

Reklama

Miał historyczne nazwisko, ale gdy musiał wybrać konspiracyjny pseudonim długo się nie zastanawiał – nazwał się Janem Nowakiem, bo nie lubił pretensjonalnych, herbowych pseudonimów, więc stał się jednym z dziesiątek tysięcy osób o tak popularnym nazwisku. Jakby chciał wtopić się w anonimowość. A stało się całkiem inaczej, bo jego odwaga i determinacja i całe życie były wyjątkowe, był przecież legendarnym Kurierem z Warszawy.

Życie bogatsze niż jakikolwiek film

„Życie jest bogatsze i przynosi więcej niespodzianek niż najbardziej wymyślny dreszczowiec” – twierdził Zdzisław Jeziorański. Jego „przypadki życia” mogłyby posłużyć za kanwę nie filmu, ale wieloodcinkowego serialu sensacyjno – szpiegowskiego, a także thrillera, bo składały się na nie konspiracja, przebieranie w mundur niemieckiego kolejarza i szwedzkiego marynarza, podróże statkiem pod zwałami węgla, skoki spadochronowe, walka zbrojna w Powstaniu Warszawskim, kontakty i rozmowy z najbardziej wpływowymi decydentami epoki – polskimi i zagranicznymi. Powiedzielibyśmy dziś, że to było życie na pełnej petardzie, bo był gotów poświęcić wszystko dla Polski. Mimo tej ekstremalnej ofiarności przeżył gorycz i tragedię całego pokolenia, które po nadludzkim wysiłku musiało przyjąć do wiadomości, że, jak to sformułował inny legendarny kurier, Jan Karski, Polska przegrała wojnę w Teheranie.

Wybory życiowe Zdzisława Jeziorańskiego były oczywiste. „Ledwo nauczyłem się czytać, gdy jedna z ciotek zaprowadziła mnie pod Krzyż na stokach Cytadeli, gdzie z dumą pokazano mi nazwisko Jana Jeziorańskiego, wyryte obok nazwisk członków Rządu Narodowego z Trauguttem na czele…” – pisał w kultowych wspomnieniach – „Kurierze z Warszawy”.

Reklama
Reklama

Początkowo wszystko układało się normalnie mimo osierocenia przez ojca, który zmarł, gdy Zdzisław miał cztery lata. Rodzina pielęgnowała patriotyczne tradycje i mimo ubóstwa, gdyż zarządzanie majątkiem nie było mocną stroną pani Jeziorańskiej, uczył się w elitarnym gimnazjum Batorego, później w mniej snobistycznym, ale równie znakomitym „Mickiewiczu”, udało mu się też ukończyć studia ekonomiczne w Poznaniu, gdzie dostrzeżono jego wybitne zdolności…

Przyszłość rysowała się optymistycznie, aż nadszedł dzień 1 września 1939, który podzielił los wszystkich Polaków na „przed” i „po”. Miał wówczas dwadzieścia pięć lat. W trakcie wojny obronnej dostał się do niemieckiej niewoli, ale udało mu się zbiec z transportu, wiozącego jeńców do jakiegoś obozu dla polskich oficerów na terenie Rzeszy, był bowiem po podchorążówce artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim.

Życie na krawędzi

Ten skok w ciemną noc był pierwszym z długiej serii skrajnie ryzykownych wyczynów. Gdy po szczęśliwej ucieczce (było to pierwsze cudowne ocalenie) wrócił do Warszawy, włączył się w konspirację, bo wzrastając w takiej rodzinie nie ma się wątpliwości, jak trzeba się zachować, przecież „od dziecka wbijano nam w głowę (miał dwóch braci), że we wszystkich bez wyjątku powstańczych zrywach brali udział jacyś Jeziorańscy”. Jednak tym razem zadania były skrajnie ryzykowne, a dobrze zaplanowana brawura mieszała się z prozą życia, z handlem naftą, wódką, masłem, papierosami, do czego zresztą też trzeba było mieć odwagę i zachowywać zimną krew. Najpierw były więc  kontakty z podziemiem, od 1941  Akcja N, czyli wielka akcja dezinformacyjna i rozwożenie, w przebraniu niemieckiego kolejarza ulotek i druków, rozprowadzanych wśród niemieckich żołnierzy, by osłabić ich morale. „Bibułę” wydawaną rzekomo przez podziemną organizację socjaldemokratów niemieckich, a tak naprawdę przez polskie podziemie. Akcja była pomysłem samego generała Stefana Grota Roweckiego. Młody konspirator jeździł także po całym Rzeszy, wyrabiając sobie przy tym sieć niezbędnych kontaktów.

Reklama
Reklama

Legendarne wyprawy i spotkania

Później nastąpiły legendarne dziś wyprawy do Szwecji, przewożenie meldunków i instrukcji dla Rządu Londyńskiego, wreszcie dotarcie do Londynu („dostać się do Londynu, to tak jak gdyby dostać się do nieba i oglądać Pana Boga”) oraz spotkania z najbardziej znaczącymi osobistościami rządu na uchodźstwie – gen. Kazimierzem Sosnkowskim, Stanisławem Mikołajczykiem, Władysławem Raczkiewiczem. Spotkał się także z angielskimi politykami i decydentami najwyższego szczebla – z Winstonem Churchillem i Antony Edenem. 

Był pierwszym emisariuszem z okupowanej Polski po tragicznej śmierci gen. Władysława Sikorskiego i aresztowaniu Stefana Grota-Roweckiego. Bardziej wnikliwi polscy politycy i dowództwo Armii Krajowej przewidywali, jakie będą skutki wkroczenia Armii Czerwonej na tereny Rzeczpospolitej, dlatego następca Grota, Bór Komorowski, zobowiązał Kuriera z Warszawy do wpływania na angielskich polityków i przekonania ich, że wspieranie wysiłku wojennego Polaków leży także w ich interesie. Nowak zrobił wszystko, co mógł, ale były to wysiłki daremne. „Jako emisariusz Armii Krajowej nie wywarłem w czasie ostatniej wojny żadnego wpływu na decyzje polityczne i wojskowe, byłem natomiast naocznym świadkiem…” – pisał po latach. Szybko zdał sobie sprawę, że Polska i kraje bloku wschodniego zostały przehandlowane przez aliantów, były trybutem wojennym dla Stalina za jego militarne zaangażowanie w pokonanie Niemców. Najłatwiej płaci się przecież cudzą krwią.

Bez Powstania Warszawskiego nie przetrwalibyśmy

Gdy przybył do Polski pod koniec lipca 1944 (operacja Most, skok ze spadochronem), było już za późno. Z dowództwem Powstania skontaktował się dwa dni przed jego wybuchem – 29 lipca. Walka oraz organizowanie powstańczego radia „Błyskawica”, ale też przedzieranie się kanałami, były oczywistością, choć zdawał sobie sprawę z tragizmu sytuacji, w której znalazła się Polska. Po latach ocenił, że Powstanie dało siłę jego rodakom, by przetrwać sowietyzację i terror komunistyczny kilku dziesięcioleci.

Reklama

Przerwanie działań wojennych po sześćdziesięciu trzech dniach walki nastąpiło 2 października, w trzydzieste urodziny Kuriera z Warszawy.

„Bez kolejarzy bibuła Akcji N nigdy nie przedostałaby się poza granice Generalnej Guberni. Bez pomocy stoczniowców w Gdyni nie przedostałbym się na zachód. Odbiór skoczków (spadochroniarzy), broni, amunicji, osłona ‘Mostu’ lotniczego, którym powróciłem z Londynu przed Powstaniem – były w rękach chłopów. Kolejarze, robotnicy, chłopi stanowili trzon całego ruchu podziemnego” – pisał po latach. Ten gigantyczny wysiłek wojenny Polaków został zaprzepaszczony, ofiarny kraj przegrał wojnę w Teheranie, stracił niemal połowę terytorium,  nad Polską zapadła kolejna noc.

Wraz z żoną otrzymał ostatnie zadanie – przewiezienia do Londynu najważniejszych materiałów Komendy Głównej AK.

Przegrana bitwa nie oznaczała dla niego przegranej wojny

Przez kilkanaście lat kierował polską sekcją Radia Wolna Europa. „Będziemy mówili wam prawdę, którą sowiecki reżim chce przed wami ukryć, by zabić w was resztki nadziei. Będziemy walczyć z fałszowaniem naszej historii. Będziemy głośno mówili to, czego społeczeństwo polskie wypowiedzieć głośno nie może, bo ma knebel w ustach” – zapewniał, inaugurując działalność stacji 3 maja 1952 roku. Tylko osoby, pamiętające komunistyczną opresję PRL, mogą zaświadczyć, czym był ów charakterystyczny głos, przełamujący izolację reżimu, dający dostęp do wolnego świata oraz nadzieję. Po zakończeniu pracy w RWE pracował w Stanach Zjednoczonych. Wrócił do Polski trzy lata przed śmiercią, która nastąpiła w 2005 roku.

„Całe moje życie wojenne to łańcuch cudownych ocaleń” – pisał we wspomnieniach. W tej unikatowej biografii rzeczywiście jest nieprawdopodobna wręcz liczba ocaleń. Mimo tego mało kto, opisując to życie, wypełnione cudami, zwraca uwagę na głęboką wiarę Kuriera z Warszawy.

„Przez całe życie byłem człowiekiem głęboko wierzącym. Nie pamiętam jednak, abym kiedykolwiek przedtem czy potem modlił się tak żarliwie. W chwili, gdy ogarniały mnie czarne myśli, a ocalenie z opresji wydawało się niemożliwe, ufność i nadzieję przywracały proste słowa modlitwy św. Bernarda: Pomnij, o najlitościwsza Panno Mario, iż nigdy nie słyszano, by ktokolwiek wzywający Twojej pomocy, wołający do Ciebie o ratunek został przez Ciebie kiedykolwiek opuszczony…”

„Odmawiając dziękczynną modlitwę ominąłem znanym sobie sposobem przejście przez zaciemniony dworzec w Gdyni…”

„Po raz ostatni modliłem się wtedy przed Cudownym Obrazem prosząc Częstochowską Panią, aby ta poczta za Jej przyczyną dotarła do swojego przeznaczenia”.

Poczta docierała do celu, okupanci nie trafiali na ślady „wywrotowca”, kolejne akcje były realizowane. Bez wiary Jana Nowaka taka biografia byłaby niemożliwa. 

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę