кредиты онлайн в Казахстане кредит на карту онлайн кредит наличными

My – katolicy. Jesteśmy inni

Zawsze nieprzychylnie reagowałem na działania ewangelizacyjne, których priorytetem jest pokazanie, że oto my, katolicy, jesteśmy tacy sami jak Wy, niewierzący! Bo to nieprawda. Nie jesteśmy.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Takie ocieplanie wizerunku jest o tyle niedorzeczne, że przecież nikt nie ma wątpliwości, że też jesteśmy ludźmi. Medialne zdziczenie jeszcze nie opanowało naszej kultury do tego stopnia, byśmy byli powszechnie traktowani jak baba z brodą – dziwna atrakcja w cyrku. Może i jesteśmy czasem obywatelami drugiej kategorii, ale usilne udowadnianie wszystkim wokół, że też się śmiejemy, że mamy te same potrzeby itp. to strzał kulą w płot. Ot, źle celujemy.

Bo nie tak samo działamy, nie z tego samego się śmiejemy, nie mamy tylko takich samych potrzeb. Mamy też inne – wyższe, lepsze. Bo jesteśmy wyjątkowi. Nie jak przysłowiowa baba z brodą, ale jak czterolistna koniczyna.

Katolik nie jest posłany po to, by wtapiać się w tłum, ale by wyrastać ponad. Co to za ewangelizacja, która pokazuje, że niczym się nie różnimy od niewierzących? Trzeba pokazać to, co wyższe i tym pociągać do wiary resztę ludzi, a nie swoją normalnością. Przecież i poganie tak czynią – pomyślą inni i pójdą swoją drogą. Niestety wielu z nas tę misyjną świadomość zatraciła. Ja też biję się w pierś.

Podróż autobusem, w którym niemiłosiernie śmierdzi od bezdomnego człowieka, nie może stanowić dla katolika szansy na synchroniczne odwracanie głowy wraz z resztą współpasażerów. To nie konkurs, kto dłużej wstrzyma oddech. To trudne, wiem, ale gdyby Jezus wsiadł do tego samego autobusu, najprędzej podbiegłby do właśnie tego znienawidzonego współpasażera i przytulił. Nie jesteśmy jego dobrymi uczniami, gdy nie bierzemy przykładu z niego, ale razem z innymi odwracamy wzrok. Kto z nas o tym pamięta?

My - katolicy. Jesteśmy inni

Wiara rodzi się z przykładu, z ludzkiego zachwytu i tęsknoty do bycia kimś lepszym, do doświadczania czegoś lepszego.

W firmie wszyscy kradną poza jednym. Uczciwy do przesady, nawet ołówka do domu nie weźmie! Co to za dziwny etos pracownika? – cytuję z pamięci pewnego człowieka. Co za etos? Dekalog. Mało tego, że dekalog, ale jeszcze spełniany z radością! Skąd ten gość to bierze? – z tej refleksji nad przykładem narodziło się sporo dobra.

fragment obrazu Henryka Siemiradzkiego

Gdy faceci w swoim gronie opowiadają sobie wszelakie zbereźności, naginają fakty, by lepiej wyglądać i konfabulują, jak to się z dziewczynami nie posprawdzali, czego to nie robili, a w ich grupce pojawia się ten, który tematu nie podejmuje, bo nie ma o czym opowiadać – staje się pośmiewiskiem. To chore, smutne i prawdziwe. Ale przykład głębi relacji, dostrzegania piękna, których zadyszani kowboje nigdy nie byli w stanie doświadczyć, obraz miłości uczciwej i otwartej nie takich samców alfa już pociągał.

Zachowując pewne proporcje, to trochę jak chrześcijanie, którzy szli odważnie na śmierć za panowania Nerona lub innych psychopatów. Budził się dla nich szacunek, który zastępował współczucie. Byli w stanie oddać życie za coś, a mówili przy tym, że raczej za Kogoś. I nagle wszyscy chcieli tego Kogoś poznać.

Nie jesteśmy tacy jak inni – jesteśmy uzdolnieni do lepszych rzeczy niż zgnuśnienie i przykładanie się do normy statystycznego Kowalskiego. Ewangelizacja, która tego nie pokazuje jest

tylko słabą odmianą apologetyki. Słabą i nieskuteczną.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Seminarium. Lot nad kukułczym gniazdem?

Pisałem niedawno o medialnych ekspertach od Kościoła, co to nie odróżniają suspensy od dyspensy, a standardowe działanie Watykanu odczytują jako wyraz rewolucji. Jak się okazuje, nie tylko głośne działania Stolicy Apostolskiej są przez nich tak nieudolnie monitorowane, ale również te najcichsze.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Konrad skończył seminarium i jest księdzem. Dawid nie skończył seminarium i jest ojcem. Gdyby pisali dzienniki, wyglądałyby one tak – takim wstępem został opatrzony tekst pt. Intymny dziennik kleryka, który znalazłem w internetowym wydaniu Gazety Wyborczej. Po lekturze tekstu nawet nie wiem jak reagować.

fot.  MaZzuk

Już samo określenie gdyby pisali dzienniki pokazuje, jak wielkie jest pole do manipulacji wypowiedziami – autentycznymi bądź nie – byłych kleryków. Wyborcza chciała nam pokazać ich intymny dziennik, a zafundowała lot nad kukułczym gniazdem, wspomnienia z psychuszki, nową Sodomę i Gomorę. Stężenie niedorzeczności jest tutaj śmiertelne. Albo raczej: śmiertelnie śmieszne.

W skrócie: seminaria – bo przecież wniosek jest ogólny – prowadzone są przez duchownych, nie potrafiących wytłumaczyć celowości całej litanii wprowadzonych zakazów, a sami klerycy to albo ludzie inteligentni, którzy prędzej czy później stamtąd uciekają albo łamagi i skrajni fideiści, dla których kolor swetra ubranego przez kolegę jest znakiem problemów duchowych, a Bóg przemawia do nich przez wrzody. Oczywiście księżmi zostają tylko ci drudzy.

Można mieć różne poglądy na temat kształcenia seminaryjnego, może trudno być bezkrytycznym, ale jaki stopień naiwności trzeba prezentować, by nakreślić taki obraz?

Oto i kilka przygód kleryckich.

Za sześciominutowe spóźnienie ze spaceru należy streścić pisemnie encyklikę Evangelium Vitae – bodaj najdłuższą z dorobku Jana Pawła II. Gdy jeden z kleryków zbyt mocno przejął się swoją rolą posługującego kard. Macharskiemu podczas mszy św., pomylił się przy wręczaniu ampułek. W odpowiedzi Książę Kościoła rzucił mu w twarz ręczniczkiem. Oczywiście pozostało to ich słodką tajemnicą, o którą nikt nie robił afery. Również media. Dalej: wyrzucono kleryka za oglądanie Kilera na laptopie, a podczas ciszy nocnej (Święta Cisza) można współlokatora zapytać o pożyczenie pasty do zębów tylko pisemnie. Nie można wtedy nawet szeptać. Za odezwanie się do dziewczyny pracującej na terenie seminarium trafia się na rozmowę wychowawczą do rektora. Jeśli z inicjatywą wyjdzie dziewczyna – traci pracę. Oczywiście wszyscy klerycy muszą znać nuty, nie wystarczą neumy wykorzystane w mszale. Modlitwy to forma zapełniania czasu, by nie wystarczyło go na naukę, co pozwala wyeliminować najsłabszych. Aha, i wszyscy się masturbują!

fot. fot. David Goehring

Jeśli ten naprawdę skromny wybór bzdur nie generuje jeszcze wrażenia skrajnej niedorzeczności, zapewniam, że nie wypisałem tu nawet połowy. Tekst podesłałem znajomemu klerykowi (zaznaczam, że odczytał go na laptopie i nie bał się wyrzucenia z seminarium!). Nie wytrzymał do końca.

Artykuł wskazuje albo na radykalną głupotę albo skrajnie złą wolę piszącego. Stawiam na to drugie i jest mi autentycznie przykro, że nie dostrzegam innej diagnozy. Inna sprawa, że przestałem się dziwić paru rzeczom, w tym medialnej kanonizacji ks. Lemańskiego. Jeśli wg tych środowisk każdy, kto ma inne zdanie musi przechodzić bosymi stopami po piekielnej lawie tak jak Tomek – jeden z bohaterów tekstu, który miał wiele pytań, ale każde kończyło się sugestią opiekuna, że brak mu powołania, wtedy nie mam więcej pytań. Dziw, że aureola się nie świeci.

Jestem zdania, że tekst jest celową próbą dezinformacji. Autor świadomy, że prawie żaden z czytelników nigdy żadnego kleryka nie spotkał, a jedyny jego kontakt z Kościołem to wielkosobotnie święcenie koszyków i lektura Wyborczej, postanowił to wykorzystać. A że zdradził się z kompletnym brakiem wyczucia w kompilowaniu i naraził się na śmieszność? Cóż, to zauważą tylko klerycy, o ile rektor pozwoli im to przeczytać.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >