video-jav.net

Krótki kurs światowości

Już kilka miesięcy minęło, odkąd Dariusz Michalczewski wyewoluował z pięściarskiego mistrza wagi półciężkiej w "sojuszniczkę" LGBT równie słusznego kalibru. Kolejnym etapem przekształcania się sportowca w aktywistę jest uczenie Polaków przystawalności do świata zachodniego

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Swoją drogą to zastanawiające, jak wielką ekstazę wśród mediów wywołuje znalezienie jakiegoś – oględnie mówiąc – celebryty, który szczerze wyznaje politycznie poprawne poglądy. Zazwyczaj dostrzegałem podobny mechanizm raczej po swojej stronie barykady – Robert Lewandowski, Krzysztof Ziemiec, Michał Lorenc czy Irek Dudek publicznie pokazują, że nie wstydzą się Jezusa i wszyscy oddychamy z ulgą: ufff, czyli to nieprawda, że tylko nieudacznicy wierzą, jak my. Okazuje się, że podobnego wsparcia w walce o słuszną, tolerancyjną sprawę potrzebują przede wszystkim postępowcy.

Człowiek, który nie ma nic wspólnego ze światem naukowym, kompletnie nie zna się na podejmowanym temacie, jedynie korzystając z wywalczonej między linami sławy z miejsca staje się idolem lewicy. Co ciekawe, bokserska przeszłość jedynie w tym konkretnym przypadku jest wspaniałym atutem – wszak człowiek światowy, rozpoznawalny i na pewno ma coś do powiedzenia.

Tymczasem inni bokserzy o poglądach kompletnie przeciwnych (vide Artur Szpilka czy Tomasz Adamek) za każdą swoją wypowiedź w podobnych tematach, są obśmiewani jako ci, którzy za dużo razów już przyjęli na głowę, więc nie mają prawa logicznie myśleć. Cóż, rola nauczyciela, który będzie Polaków uczył światowości jest najwyraźniej reglamentowana.

Tymczasem pierwsze, co w tej światowości uderza jest ego byłego mistrza. Wywiad przeprowadzony na kolanach mocno zachęca do rozwijania pawiego ogona, ale przykro się czyta, jak Michalczewski mówi o sobie, że jako Polak był praktycznie królem w Niemczech, możni politycy ówczesnego świata klepali go po plecach, a gwiazdy rocka ocierały się o niego, by poprawić sobie samoocenę. Jeśli taka jest światowość – dzięki, postoję.

Niestety. Jest gorsza.

Dla niej inność jest wartością samą w sobie – wyróżnienie się ze wszelką cenę to jednocześnie zasługa i nagroda. Tego, że cała ta wysławiana przez Michalczewskiego różność wybijana jest z tej samej pieczątki, dzięki czemu wszyscy tzw. inni są z gruntu tacy sami, że ta upragniona buntownicza nieprzystawalność i wyjątkowość zapisana jest tą samą standardową czcionką; tego pięściarz nie dostrzega. A szkoda.

Może wtedy ta komiczna niekonsekwencja stałaby się na tyle wyraźna, że sam by ją dostrzegł? Bo świat wartości Michalczewskiego paradoksami stoi.

Należy być innym i odważnym, ale jeśli Polska chce być wyjątkowa i nie podążać drogą tolerancyjnie mdłego Zachodu – jest zaściankowa. Nie należy zaglądać nikomu pod kołdrę, ale chwalić się homoseksualnymi przyjaciółmi – można i trzeba. Każdy, kto nie kiwnął palcem, aby dzieci z patologicznych rodzin miały lepiej, jest katolickim obłudnikiem, bo przed wiarą katolicką należy stawiać dobro dzieci. Jednak kilka wypowiedzi wcześniej świeżo upieczony gejowski aktywista mówi o tym, że absolutnie nie zajmował się nawet własnymi dziećmi, bo zajęty był karierą (czy to nie rodzaj patologii?). No i oczywiście dla bliźniego trzeba być dobrym, choć piętnowanie obłudą przychodzi Michalczewskiemu nader łatwo.

Im więcej takich wypowiedzi czytam, tym bardziej mam wrażenie, że wraz z pomieszaniem tęczowych kolorów wikłają się też wartości i fakty. Oba te zbiory w swoich wywodach Michalczewski skrzętnie pomija. Albo świadomie karmi nas dezinformacją albo rzeczywiście nie wie, co mówi. Obawiam się, że trzeba postawić na drugą opcję.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Niechciane czekanie

W wielu życiowych sytuacjach, nawet tak banalnych jak przedłużające się oczekiwanie na przystanku autobusowym w mroźny dzień, przekonujemy się, że czekanie może być cierpieniem. Jednocześnie rzadko pamiętamy o tym, że każde cierpienie jest oczekiwaniem

Marcin
Leśniak
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Psalm 13

Jak długo, Panie, całkiem o mnie nie będziesz pamiętał?

Dokąd kryć będziesz przede mną oblicze?

Dokąd w mej duszy będę przeżywał wahania,

a w moim sercu codzienną zgryzotę?

Jak długo mój wróg nade mnie będzie się wynosił?

[01]

Mogłoby się wydawać, że cierpienie nie powinno mącić adwentowego „czasu radosnego oczekiwania”. Będące synonimami cierpienia: ból, odrzucenie, choroby i śmierć, to przed Bożym Narodzeniem, tematy znikające niejako z pola widzenia. Czas refleksji powróci dopiero z nadejściem Wielkiego Postu. Przed nami Adwent, Święta i karnawał. Tymczasem, może to właśnie zachęcający do zatrzymania się w ciszy Adwent, pozwoli nam szerzej otworzyć oczy na wypierane pytania. Cierpienie – rzeczywistość bez łatwych wyjaśnień, pocieszeń, zwane czasem „skałą ateizmu” domaga się odrzucenia lub poszukiwania jego sensu.

Cierpienie fizyczne i duchowe trwa w czasie, a ciało i duch domagają się zmiany tu i teraz. Pojawia się niepokój, wypatrywanie przemiany zaczyna nużyć. Kiedy to się skończy? Czy doczekam się…? W pełnym zgryzoty Psalmie 13 słyszymy niecierpliwe wołanie: „Jak długo, Panie?” Cierpienie jest więc czasem oczekiwania: na wyzdrowienie, rozwiązanie dręczących spraw, uwolnienie z nałogu, powrót tych, którzy odeszli, przyjście tych, którzy jeszcze nie przyszli, czy nawet śmierć, która uwolni od bólu. W perspektywie wiary, cierpienie częstokroć staje się czasem trudnego oczekiwania na zbawienie i wieczność.

 Nawet jeśli wołanie do Boga jest wyrzutem, cierpienie, mimo że pozostaje bolesnym oczekiwaniem, zaczyna jawić się w innym świetle. Bóg nie daje prostej odpowiedzi na dręczące pytanie „dlaczego?”, ale tylko błagalne spojrzenie w jego kierunku może przynieść nadzieję. Kardynał Gianfranco Ravasi, komentując Psalm 13, w książce „Jak długo, Panie?” (G. Ravasi, Jak długo, Panie?, Kielce, 2004 r) zauważa, że „Wszystkie zakończenia błagań są zawsze otwarte na jakiś przebłysk światła, oczekują przyszłości, w której prośba zostanie wysłuchana i stanie się nadzieja”. Tym samym modlitwa ma moc przekształcania odrzucenia, buntu i bólu w nadzieję.

Niechciane czekanie

Powierzając Bogu porażający skandal cierpienia – pisze Ravasi – możliwe jest przemienienie spontanicznego i naturalnego odrzucenia w błaganie oparte na nadziei. Ten sam autor, opisując sugestywnie podróż Hioba przez mroki cierpienia podkreśla, że jego wołanie jest „dramatycznym i ciągłym protestem, który staje się głosem każdego człowieka niewinnie cierpiącego, dochodzącego niemal do granic rozpaczliwego i bezsilnego bluźnierstwa”. Jednak i Hiob nie nie otrzymuje wyjaśnienia swojego cierpienia, znajdując ukojenie dopiero w spotkaniu prawdziwego Boga „ujrzanego oczami”, a nie „znanego ze słyszenia” – zaznacza Ravasi. Jego oczekiwanie na spotkanie Boga i znalezienie odpowiedzi jest przepełnione bólem.

Odwiedzając w Adwent 2009 roku rzymskie hospicjum, papież Benedykt XVI mówił: “w świetle wiary w chorobie i cierpieniu dopatrzyć możemy się szczególnego przeżycia Adwentu, odwiedzin Boga, który w tajemniczy sposób przybywa, aby wyzwolić od samotności i nonsensu i przemienić ból w czas spotkania z Nim, nadziei i zbawienia“.  W tym samym roku, podczas Nieszporów I niedzieli Adwentu Benedykt XVI przypomniał, że „obecność Boga w naszym życiu realizuje się przez słowa Pisma Świętego, w roku liturgicznym, poprzez świętych, w wydarzeniach życia codziennego, w całym stworzeniu”. Papież podkreślił wtedy, że my ze swej strony możemy kierować do Boga swoje słowa, ukazać swoje cierpienia, niecierpliwość, rodzące się w sercu pytania i możemy być pewni, że On zawsze nas słucha. „A jeśli Jezus jest obecny, nie ma już czasu pustego, pozbawionego sensu. Jeśli jest On obecny, możemy nadal żyć nadzieją, nawet wówczas, gdy inni nie mogą nam pomóc, czy wtedy, gdy chwila obecna staje się uciążliwa” – mówił Ojciec Święty.

Cierpienie, bez zwrócenia się ku Bogu staje się nieznośne. Cierpienie, z dłońmi złożonymi do modlitwy przeradza się w nadzieję na uniesienie ich w geście triumfu.

Dla chrześcijanina cierpienie jako niechciane, „nieradosne oczekiwanie”, nie przestaje być dramatem, ale skierowane ku nadziei nie jest już czasem oczekiwania w pustce.

Marcin Leśniak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin
Leśniak
zobacz artykuly tego autora >