Last minute – wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

Co by szkodziło, gdyby zamiast na egzotycznych wakacjach sączyć drinki z różową palemką, założyć, że każdego roku owszem, wybieramy się w egzotyczne miejsce, ale łączymy to ze spotkaniem naszych braci?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Poniższe fragmenty pochodzą z książki "Last minute. 24h chrześcijaństwa na świecie".

[Wielka Brytania]

Na jednym z największych lotnisk na świecie, londyńskim Heathrow, oddano niedawno do użytku supernowoczesny terminal T5. To ekskluzywna galeria handlowa, do której doczepiono wyjścia do samolotów. Swoje sklepy mają tu między innymi Tiffany i Prada, to tu znajduje się też jeden z najbardziej wypasionych lotniczych saloników na świecie –Concorde Room, gdzie jedzenie jest o niebo lepsze niż w wielu zepsutych przez nadmiar turystów londyńskich restauracjach.

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

Skoro więc lotnisko bywa szczególnym miejscem objawiania się miłości, a Bóg jest miłością, czy zatem lotniska za chwilę nie będą jednymi z niewielu kaplic, jakie jeszcze będziemy mieć? Czy patrząc na to, co dzieje się na lotniskach, patrzę na Europę za sto lat? Czy żeby ją zrozumieć, nie powinienem już teraz – nie naruszając granic tożsamości, pamiętając, "że jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić" – oddać się bez opamiętania soleniu, a nie wyłącznie pilnowaniu solniczki? W kolejce do zepsutego sprawdzacza paszportów, wymieniając uśmiechy i żarty w zawiązanym ad hoc kolejkowym środowisku, po kwadransie uświadamiam sobie dobitnie jak nigdy przedtem, że Kościół to nie private party dla krewnych i znajomych Królika. Bez sakramentów i Kościoła na pewno nie damy rady, ale też świat na pewno nie da sobie rady bez nas.

[Szkocja]

Widok mam panoramiczny, siedzę na miejscu dla gości, przy wyjściu, na samym końcu stołu. Wczoraj miedzy kuchnia a salonem uwijał sie skrzętnie na oko sześćdziesięcioletni ojciec Martin. W niegdyś białym habicie, przewiązany poplamionym fartuchem, z wielkim skupieniem delikatnie dźwiga z wózka i podaje na stół wazę z zupą.

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

W tym fartuchu wygląda jak skrzyżowanie Mary Poppins z bratem Tuckiem z legend o Robin Hoodzie. Przyglądając się większości mieszkańców opactwa, nie mogę uwolnić się od myśli, że twórcy filmu Imie Róży wyłapali to bezbłędnie – na twarzach ich bohaterów, średniowiecznych mnichów, też brakowało skali mikro, niuansów, delikatności, wszystkie były jak wyciosane w granicie, każda zmarszczka, rysa biła po oczach, zapadała w pamięć. Może to kwestia zakonnej fryzury (a właściwie jej braku – większość braci tutaj po prostu praktycznie strzyże się maszynką na prawie zero)? Może swoje dodaje tu ascetyczne tło refektarza wyglądającego jak nawa wyjęta z gotyckiego kościółka – jest wąski, wzbijający się ku niebu, o ścianach z przybrudzonych różowo-białych cegieł? A może po prostu ojciec Martin ma na twarzy to, jak żyje – może ta twarz stale zwrócona jest do wewnątrz, to, co ja widzę, to negatyw, pozytyw ogląda w tej chwili Ktoś, komu został on ofiarowany?

[Honduras]

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

Pod hotel podjeżdża Juan, kierowca kardynała. Angielski zna tak jak ja hiszpański, komunikujemy się więc (skutecznie) przy pomocy pięciu słów, gestykulacji i mimiki. Juan informuje, że jedziemy przy witać się z „El Jefe”, szefem, czyli kardynałem. Pierwsze wrażenie z Tegucigalpy – Meksyk, tyle że biedniejszy. Charakterystyczne dla Ameryki Łacińskiej mury domów wymalowane w szyldy, hasła i reklamy, hałas, chaos, odrapane budynki, kontrast pomarańcz owej ziemi z ciemną zielenią przyrody. Rezydencja kardynała wygląda jak miniwięzienie: lity, wysoki żółty mur zwieńczony drutem kolczastym. Kilkaset metrów wcześniej Juan rzucił coś do krótkofalówki, zza muru na ulicę wysypuje się kilku uzbrojonych po zęby policyjnych komandosów, za nimi wychodzi kardynał. Poznaję też księdza Waltera, sekretarza kardynała Maradiagi, typ dyplomaty skrytego za aksamitnym uśmiechem. El Jefe w ujmujący sposób łączy serdeczność z konkretem, pyta, jak podróż i proponuje, byśmy od razu wzięli się do pracy.

[Turkmenistan]

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

Do Turkmenistanu ściągnęła mnie jedna z moich ulubionych lektur, „Annuario Pontificio”, watykański rocznik statystyczny. Wyczytałem w nim, że w całym Turkmenistanie mam wszystkiego ponad stu współwyznawców. Czy nie warto już teraz przekonać się, jak może wyglądać Europa za lat kilkadziesiąt? Jak głosić Jezusa na duchowej pustyni? Stawiać wymagania czy najpierw tulić bezwarunkowo do serca? Jak mówić do ludzi, którzy – jak w przygodzie świętego Pawła zapisanej w Dziejach Apostolskich – odpowiadają: „Chętnie posłuchamy o tym innym razem?

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

Parkujemy za miastem, podziwiamy panoramę stolicy, prowadzącą do Iranu drogę. Ojca Andrzeja już jednak z nami nie ma, widzę go, jak w osobliwym modlitewnym transie chodzi w górę i w dół, nagle przykłada ręce do ust i krzyczy ile pary w krtani: „Christos woskries!, „Christos anesti!, „Chrystus zmartwychwstał!. Głosi prawdę wiary górom na skraju pustyni. To samo będzie robił na wielkim chrześcijańsko-islamskim pustynnym cmentarzu za miastem. W Aszchabadzie jest sporo polskich grobów, pół wieku temu wędrowało tędy wojsko Andersa, wielu rodaków tu już zostało. Cmentarz, na który jedziemy, jest inny od zachwaszczonych nekropolii w środku miasta, na których krzyżom towarzyszą czerwone gwiazdy. Tu prawosławni ateiści i muzułmanie tworzą wielkie wykute w kamieniu galerie portretu. Zmarli wracają z dyskoteki, piją szampana, polerują spodniami samochody, wyglądają jedni zza drugich, zaciekawieni, zdziwieni, czekający, że coś jeszcze w ich życiu się stanie. Chodzę między nimi jak na jakimś eschatologicznym koktajlu, po foyer, przed wejściem na scenę. Słońce praży, wiatr wieje w twarz podniesionym z ziemi i grobów piaskiem, mimo zamkniętych ust za chwilę czuję, jak chrzęści mi w zębach. Komunia ze zmarłymi. Ojciec Andrzej krzyczy: „Christos woskries!. Wita się z pilnującym bram cmentarza muzułmańskim odźwiernym.

[Portugalia / Azory]

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

Jestem na Terceirze, trzeciej co do wielkości wyspie archipelagu. Kilka dni wcześniej, podczas kolejnego pobytu w Lizbonie wybrałem się na Cabo da Roca, najdalej wysunięty na Zachód punkt Europy, nieziemskiej urody skaliste urwisko z latarnią morską, sklepikiem z pamiątkami, okolicznościową tablicą, opadające wprost do oceanu, z którego cierpliwy obserwator może podglądać bawiące się kilkaset metrów od brzegu delfiny. Byłem tu wiele razy, za każdym razem to miejsce mnie hipnotyzuje. Czuję się tu jak dziecko stojące na progu domu, z ostrożnym zachwytem chłonące myśl, że Bóg daje mu nie tylko jego dziecinny pokój, ale cały, wielki, inny świat. Uwielbiam zachód słońca na Cabo, niemal doskonale zgodny z tym, co zanotował na środku Atlantyku, a później zawarł w swoim Smutku tropików.

płynący z Europy do Brazylii Claude Lévi-Strauss (to najbardziej precyzyjny i poruszający opis zachodu słońca, jaki znam). Tym razem na skałach, „gdzie ląd się z morzem miejscami zamienia” wypatrywałem za horyzontem celu mojej podróży, wysp, które odkąd Europejczycy zaczęli kursować w stronę Nowego Świata, były – ba, dla pływających dookoła świata żeglarzy nadal są – synonimem nadziei, miejscem, gdzie można było odpocząć, uzupełnić zapasy, schronić się przed żywiołem.

[Zambia]

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

„Jednak pewnie każdy, kto jechał tu po raz pierwszy, wiózł z sobą strach. Wiadomo – Afryka. Inny świat, bieda, spuchnięte z głodu dzieci, zabójcze słońce, malaria. Na miejscu swoją cegiełkę dokładają siostry, które z niewinnym uśmiechem proszą, żebyś może posiedział przez kilka nocy na oddziale niemowlaków i popilnował, by nie zjadły ich natarczywe węże. W Kasisi telewizji raczej się nie ogląda, wieczorne godziny wypełniają więc straszne opowieści o wypadkach, topielcach, napadach, lwach, słoniach oraz wściekłych małpach. W odwiedziny wpada siostra – weteranka misji, żyjąca na północy kraju, gdzie do katalogu zagrożeń dochodzi jeszcze mucha tse-tse. Z detalami opowiada, jak rozwaliwszy sobie głowę o zrobiony ze starej ciężarówki most, najpierw przez sześć godzin próbowała opanować drgawki, miejscowi przykładali jej do rany gorące kamienie, a potem podała sobie dożylnie diazepam (przeterminowany dwa lata, ale jeszcze bez fusów), poprosiła o lusterko i zaczęła ranę szyć. Doskonale pamiętam moment, gdy po wylądowaniu w Lusace patrzyłem na odległy o kilkanaście metrów od samolotu budynek terminala jak na drugą krawędź przepaści, przekonany, że komary od tygodnia zachowują post ścisły, wiedząc, że pojawię się w okolicy. Pół wieczoru spędziłem na mocowaniu moskitiery dodatkową taśmą, a ilość repelentu, którą wtłoczyłem w pościel, wystarczyłaby do zaczadzenia batalionu wojska. Po kilku dniach, śmiertelnie zmęczony walką o życie, zrozumiałem, że nie wytrzymasz w Afryce, jeśli nie otworzysz się na myśl, że tu niewiele zależy od ciebie. Tu kolejny dzień nie jest oczywistością, którą co rano ma wypłacić ci los, jest darem, dziękuj, że przeżyłeś noc. Noc to powód, żeby się ucieszyć, że udało ci się w jednym kawałku przeżyć dzień. Tutejsza przyroda ma w nosie twój status zarządcy planety – hieny, zielone mamby czy monstrualne podróżujące milionami w kilometrowych czarnych procesjach mrówki, postrach śpiących po rowach pijaków, nie będą się z tobą patyczkować. Afryka to zbyt wiele zmiennych, tej intensywności świata nie da się już kontrolować. Bodźców są tu miliardy. I albo zdecydujesz się wypuścić wszystkie sznurki i iść przed siebie po wodzie, albo umrzesz na nerwicę. Lub czmychniesz.”

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

„Tu przestaje się myśleć w kategoriach inwestycji. Znika czas przeszły i czas przyszły. Łatwiej zrozumieć Boga, który kocha człowieka w wiecznym teraz. Młoda, wyniszczona przez AIDS dziewczyna przynosi do Kasisi miesięczne dziecko. Chłopczyk ma białą skórę, ojcem prawdopodobnie jest klient kobiety, za trzydzieści dolarów sprzedała mu wirusa, z którym wrócił do RPA. Urodziła dziecko na dworcu autobusowym, tam z nim mieszkała, nie da dłużej rady. Chce zostawić małego. Nikt jej nie pyta, czy dziecko było już badane, czy też ma HIV. Nikt nie sprawdza, dokąd idzie, dostaje na drogę trochę pieniędzy, jakieś ubrania. Sierżant Sakala z posterunku policji przystawia na protokole przekazania dziecka urzędowe pieczęcie. Proponuję, że zrobię im pamiątkowe zdjęcie, na wypadek gdyby mały Joseph chciał kiedyś wiedzieć, jak się tu znalazł, jak wyglądała mama. Wiele razy pytałem siostrę Mariolę, czy nie rozsądniej byłoby nie przyjmować każdego, nie ryzykować, że w końcu biedy podzielonej na zbyt małe kęsy nie wystarczy dla wszystkich. Twardo mówi, że przyjmie wszystkie dzieci, nawet jeśli siostry miałyby spać na podłodze. Coś, co w Europie, w świecie, w którym ostatecznym punktem odniesienia jest człowiek, a nie Bóg, nazwane byłoby nieroztropnością, tu jest zaufaniem, pewnie nie raz w kaplicy przypominano Mu, że to są przecież w końcu Jego dzieci.”

Bardzo polecamy fanpage Fundacji Kasisi.

[Filipiny]

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

Czy w miejscu, w którym nadzieja wydaje się niedostępnym luksusem, a polityka, historia, ekonomia i religia splątały się w kołtun, do którego swoje trzy grosze dorzuca oczekująca za swe piękno wysokiej ceny przyroda (tajfuny, wulkany, trzęsienia ziemi), jest jakakolwiek przestrzeń dla Kościoła, Ewangelii? W Cotabato mieszka ojciec Eliseo Mercado, znany szerzej jako Jun, z uwagi na dodawane do nazwiska określenie Junior, zakonnik ze zgromadzenia Oblatów Maryi Niepokalanej, postać zasłużona podobno dla dialogu chrześcijańsko-muzułmańskiego i prominentna nie tylko w prowincji (gdy zachorował na serce, kilka godzin później w szpitalu odwiedzał go prezydent).  

Nie udaje nam się umówić w Manili, gdzie ojciec Jun często wpada w interesach, lecę więc do Cotabato. I znów okazuje się, że choć wydawało mi się, że w dziedzinie lotnictwa cywilnego doświadczyłem sporo, byłem w błędzie. Podejście do lądowania w tutejszym porcie lotniczym (który też przeżył swoją porcję zamachów) to zniżanie się nad palmowym gajem do tego stopnia, że prawie słyszy się szuranie liści o podwozie. Pas startowy przypomina standardową drogę w warszawskich Siekierkach, ułożono go z nierównych płyt lotniskowych, nowiutki airbus pędzący po takiej nawierzchni z prędkością około dwustu kilometrów na godzinę ledwo wytrzymuje to starcie.

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

W hali przylotów czekał na mnie ojciec Jun – jowialny, na oko pięćdziesięciolatek, o wyraźnie azjatyckich rysach, z mandaryńską brodą, w białej rozwianej koszuli i w towarzystwie trójki młodszych od siebie mężczyzn, przedstawionych mi jako współpracownicy, choć zdaje się, że pełnią też funkcję ochrony. Do minimum ograniczamy ceregiele, rozkład lotów zrządził, że w Cotabato będę tylko kilka godzin. Gdy ojciec Jun proponował, bym został na dłużej, że załatwi nocleg, jedzenie, nastawiony negatywnie przez manilskich taksówkarzy nie wykazywałem entuzjazmu. Mówię, że boję się porwań i zamachów bombowych. Zniecierpliwiony kapłan macha ręką: „Jakie zamachy, no tak, w zeszłym tygodniu mieliśmy jeden, ale co – ktoś zginął? A tu taka piękna przyroda, rzeka, morze, góry, zapraszam na wakacje!”. Idziemy do kameralnej, wymalowanej na żółto knajpki przy placu vis-a-vis lotniska. Czeka na nas stolik, kelner od razu serwuje miseczki z ugniecionym ryżem, do tego gotowany kurczak. Nie jestem głodny, więc ojciec Jun z zanotowaną już przeze mnie bezpośredniością wzrusza ramionami i sam przystępuje do głośnego pałaszowania mojej porcji, dzieląc ją ze swoimi asystentami. Dwóch z nich po chwili znika. „Dziś jest piątek, muszą iść do meczetu, ale wrócą”.Zaczynamy rozmowę, kątem oka widzę, że towarzystwo w lokalu z zainteresowaniem zaczyna słuchać. Ojciec Jun wręcza mi swoją wizytówkę – szefa Institute for Autonomy and Governance, lokalnego NGO realizującego dziesiątki programów edukacyjnych, społecznych i gospodarczych.

[USA]

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

Pytam ludzi ze wspólnoty (bo chyba ciężko nazwać ich organizacją) The Simple Way, która żyjąc tu, próbuje zmienić okolicę, czy nie mają stracha, gdy idąc Avegheny Avenue, główną arterią Kensington, widzą obrazki, które ja do tej pory znałem wyłącznie z raperskich teledysków. Ulicą, pokrytą szczelną kołdrą wszelkiej maści śmieci, przejeżdża czarny sedan na kołach od monster trucka. Srebrne felgi, pół dzielnicy słyszy dobiegający z otwartych okien gangsta rap. W pobliżu trzech czarnoskórych obywateli szarpie się z jakimś Latynosem. Na sygnale pędzą gdzieś dwa policyjne radiowozy. Z sąsiedniej ulicy dobiega głośny ni to lament, ni wycie. Jest środek słonecznego wiosennego dnia.

[Hongkong]

Last minute - wspomnienia z wakacji Szymona Hołowni

Na twarzach ludzi w Klubie Marynarza, w większości Hindusów i Chińczyków, otwartość miesza się z powagą. Jest w nich coś, co można dostrzec czasem u robotników czy rolników w rozwijającym się we frenetycznym rytmie dzikiego kapitalizmu świecie. Oni mają świadomość, że otaczające ich szklane wieżowce to obce środowisko, ale nie zachowują się jak chłopcy z biednej dzielnicy, sfrustrowani widokiem nieosiągalnych kobiet wychodzących z wybudowanego w okolicy luksusowego biurowca, nie brakuje im niczego, znają Prawdę i znają swoją godność. Singapur, Kuala Lumpur, Hongkong – pogranicze chińskiej i anglosaskiej dominacji, chrześcijaństwa, islamu i buddyzmu, wrota Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego – to dziś absolutne centrum globu. Tu ważą się militarne, polityczne, biznesowe losy naszego świata, zjeżdżają tłumy ekspatriantów, to tu tworzy się najnowsze technologie, buduje najpiękniejsze hotele, tu studiuje się na przykład przyszłość globalnej bankowości islamic banking, sztukę umożliwiającą udzielanie pożyczek na procent tak, by wciąż pozostawało to w zgodzie z restrykcyjnymi wobec lichwiarzy przepisami Koranu.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Goło i wesoło

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, że jest sezon ogórkowy, niech zerknie na debatę, która wybuchła na wieść o tym, że Agnieszka Radwańska (z grupą sportowców) pokazała się nago w piśmie promującym zdrowy tryb życia.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

To naprawdę jest zabawne, obserwować jak z takiej dupereli robi się dramat w trzech aktach i wyciąga wnioski odnośnie nie tylko zbawienia tenisistki, co i kondycji polskiego katolicyzmu. Ba, łączy się to zgrabnie nawet ze sprawą księdza Lemańskiego (konstatując, że Kościół jest tak zacofany, że nie dość że tępi proboszcza z Jasienicy to jeszcze lęka się Radwańskiej bez majtek).

Cały ten cyrk zawdzięczamy w znacznej mierze dyżurnym stróżom naszej moralności, budującym swoją popularność na tym, że w ciągu dziesięciu minut są w stanie precyzyjnie ocenić do kamery każdą drzazgę w oku bliźniego (skromnie pomijając przy tym zawsze wątek zmagań z belkami zalegającymi ich własne oczodoły). Czytając wszystkie te jeremiady o „osobistym upadku Radwańskiej”, lamenty brzmiące tak, jakby tenisistka zdecydowała się co najmniej zostać prostytutką, mam wrażenie, że komuś chrześcijaństwo pomyliło się z islamem, skromność z pruderią, a apostolska żarliwość – z pychą. Bo trzeba jej mieć w sobie sporą dawkę, by z takim zacięciem i swadą walić w grzesznika jak popadnie, zamiast (jeśli już) skupić się na rozmowie o grzechu.

Pytanie, czy on tam w ogóle był?

Niech pani Radwańska rozstrzyga to ze swoim spowiednikiem. Ja mogę powiedzieć co nieco o moim odbiorze tego co zrobiła, a jest on zasadniczo taki, że ani mnie to ziębi, ani grzeje. Gdyby była okazja, pewnie chętnie pogadałbym ze sportsmenką co dla niej, kobiety, żyjącej w XXI wieku i przyznającej się do wiary, oznacza skromność, jak ją definiuje, gdzie i dlaczego kreśli jej granice. Jestem autentycznie ciekaw, jak o tym myśli. Docierają do mnie argumenty tych, którzy mówią: to nie był „Playboy“, to pismo sportowe, przesłanie jest proste: będziesz ćwiczył, możesz mieć tak zgrabne ciało. Ktoś inny powie: tani chwyt, wiadomo wszak, że nagość zawsze przyciąga nie tyle bezinteresownych miłośników piękna Bożego stworzenia, ale takich, którzy na widok nagiej pupy z miejsca odczuwają chuć. Cóż, to chyba jednak nie problem Radwańskiej, a takich ludzi. Oni powinni się leczyć.

Goło i wesoło

My tej terapii im nie ułatwiamy. Stawiam tezę, że wszyscy ci, którzy dziś krzyczą, że Radwańska swoją sesją „rozerotyzowuje” rzeczywistość, „rozerotyzowują” ją jeszcze bardziej. Zamiast uczyć, że nagość nie równa się rozpusta (gdyby była, to po każdym powrocie z Papui, gdzie większość ludzi biega nago nie wychodziłbym z konfesjonału), że do każdego takiego przypadku trzeba podejść indywidualnie, spokojnie, zbadać intencje i kontekst (bo co innego gdy rozbiera się tenisistka, co innego kiedy zakonnica). Niby pomstują, że z seksu zrobiono dziś synonim oddychania i fundament relacji (bo zrobiono i to absurd), że o seksie mówią dziś wszyscy, nakręcają jednak ten sam mechanizm, tylko że z drugiej strony. Z takimi samymi wypiekami też wciąż gadają o seksie, tyle że o „tym właściwym”.

Czy tylko ja znam świeckich i księży, którym Dekalog zredukował się do szóstego przykazania? Którzy nawet, gdy mówią (albo piszą) o pięknie miłości, zmieniają to w monograficzne wykłady o seksualnych „rób tak” i „tak nie rób”? Którzy próbując je uwznioślać, redukują jednak ludzkie relacje do wygranego moralnego meczu? Znam kapłana, który postanowił uczyć młodych ludzi przedmałżeńskiej czystości poprzez budowanie mitologii nocy poślubnej. A ja się zastanawiam: dlaczego on upadla swoich podopiecznych, robiąc z nich napalonych obłąkańców, których należy tresować komunikatem: „teraz abstynencja, ale później – stary – bania taka, że ci kapcie spadną”?! Dlaczego nie poświęci tyle czasu ubóstwu i posłuszeństwie, co czystości? Wolę, gdy ksiądz jest wybitnym specjalistą od Jezusa a nie od teologii poślubnych nocy. Naiwnie wierzę, że najpewniejsza droga do moralności wiedzie przez zakochanie się w Jezusie. Bo uczenie ludzi najpierw moralności, owszem, ma głęboki sens, ale zbawić wcale ich nie musi (faryzeusze wkładali wiele wysiłku w moralność, ale w wyścigu do nieba przegoniła ich niemoralna kobieta, która opamiętała się bo bardzo umiłowała Pana).

Goło i wesoło

Wracając do pani Radwańskiej. Mówią mi dziś: oziębły starzec, jak ty, się nie zgorszysz, ale zgorszy się niewinne pacholę. Niewinne pacholę nie wiedziałoby nawet, że może się panią Radwańską w basenie zgorszyć, gdybyś – drogi bracie i siostro – z takim ogniem w swych zdrowych moralnie oczach nie tłumaczył mu, że takie zagrożenie istnieje. Nie robił z tej sesji owocu zakazanego, który tym bardziej smakuje im gwałtowniej jest z rąk wyrywany. To po pierwsze.

Po drugie: gdy słyszę potępienia, że „po chrześcijańsku nie zachowała swojej nagości dla swojego męża”, myślę że to ciekawa implementacja do chrześcijaństwa islamskiej mentalności. W chrześcijaństwie bowiem nie samo patrzenie na nagą kobietę jest grzechem, co POŻĄDLIWE PATRZENIE na nią. Naga kobieta nie jest złem, złem jest to co dzieje się na ten widok w mojej chorej głowie. Czy moi znajomi w Papui, niewinnie i od wieków biegający nago lub półnago, przez całe życie kąpią się w moralnym brudzie?

Podsumowując: rozumiem, że ktoś może mieć z roznegliżowaniem kłopot obyczajowy, ma taką wrażliwość, nagość narusza jego granice, sprawa jasna – ma prawo, nie ma o czym dyskutować. Zadaniem chrześcijanina nie jest chyba jednak automatyczne ubranie wszystkich, czy tego chcą czy nie chcą. On musi uważać, by nie pakować się tam, gdzie jego słabe punkty łatwo wyprodukują grzech, ale musi też umieć wyjść z pruderii ponad kreskę, nie poprzestać na unikaniu zła, musi robić dobro! W tym przypadku: nauczyć się wreszcie patrzeć na drugiego człowieka (nawet jeśli jest nagi) tak jak patrzy na niego Pan Bóg. A nie jak napaleniec (robienie z człowieka „napaleńca ukierunkowanego słusznie” to też nie jest to o co chodzi, mam wrażenie). I tyle.

Goło i wesoło

I jeszcze last but not least – nie wolno też łamać trzciny nadłamanej. Wysyłanie teraz pani Radwańskiej do piekła, odmawianie jej prawa do bycia katoliczką, lamentowanie nad „upadkiem“ jest dla mnie kolejnym przykładem na to jak infantylnie przeżywamy nasz świat. W którym najpierw delegujemy na kogoś jakieś cechy, oznaczamy go jako wzór, a później – gdy się potknie – próbujemy go wymazać i spalić, bo przecież tak zawiódł nasze oczekiwania, tak bardzo chcieliśmy by był lepszy od nas. Głoszenie Ewangelii to nie oblepianie krzyżykami celebrytów. Bezpiecznie jest uznać, że mamy jeden wzór: Jezusa Chrystusa, a wszyscy jesteśmy braćmi.

Zanim wykluczy się kogoś z akcji "Nie wstydzę się Jezusa", warto zadać sobie pytanie: czy Jezus wykluczyłby panią Radwańską ze swojej akcji, z głoszenia Ewangelii? Przyłączyłby się do kamienujących, czy zaleciłby im poświęcenie tej samej energii na rachunek własnego sumienia? O zdrowie moralne narodu zadbano, a kto zadba o duszę pani Radwańskiej? Która – wymłócona zdalnie i bezlitośnie przez miłujących ją współbraci w wierze – może nagle odnaleźć w sobie ochotę by trzymać się od nich, od Kościoła z daleka.

 

 
 

 

Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >