Nasze projekty
Szymon Hołownia

Dylematy katolickiego gadżeciarza

Okazuje się, że dla wariatów takich jak ja istnieje szeroka oferta również w dziedzinie stylizacji.

Reklama

Pisałem już tu o eschatologicznych dylematach katolickiego gadżeciarza, wszystko wskazuje na to, że niebawem dołożą się do nich poważne problemy finansowe. A może jakiś bank zauważy wreszcie (czy na pewno jednoosobową?) niszę na rynku i wypuści jakiś kredyt konsumpcyjny z możliwością spłaty odsetek w dobrych uczynkach (albo rozliczanych w tzw. walucie watykańskiej, czyli za „Bóg zapłać“)? W nabytym właśnie przeze mnie kolejnym fascynującym zbiorku zupełnie zbędnych informacji (uwielbiam takie zbiorki), „The Hodder Compendium of Christian Curiosities“ David’a Maloney’a znalazłem bowiem właśnie zestaw wskazówek dla tych, co nie chcą poprzestać na wypasionych świecznikach i frapujących różańcach.

Dylematy katolickiego gadżeciarza

Autor zaczyna od dzieci (zawsze wszystko dla tych dzieci, najfajniejsze gry, ubrania, wakacje, masakra) i proponuje im nawiązującą do fragmentu z Listu do Efezjan (6,10n – apostoł poleca by wyposażyć się w „pełną zbroję Bożą – tarczę wiary, hełm zbawienia i miecz Ducha, czyli Słowo Boże), piżamę wykonaną na kształt zbroi właśnie, mającej chronić nas przed zagrożeniami duchowym (IMHO najfajniejsza jest poduszkotarcza „Wiara“). Podana przez autora strona www.armorofgodpjs.com podaje jakieś interesujące treści po chińsku, ale wystarczy wpisać to co w adresie strony do Google’a i też zobaczymy, co trzeba. Mnie, zaciekłego amatora barwnych skarpet (ostatnio skręcam od pasków w stronę jednolitych kolorów biskupich i kardynalskich – nigdy nie wiadomo, gdy człowieka zaskoczy telefon z nuncjatury i informacja, że znalazł się w terno na przykład na pomocniczego do Pelplina), zafrapowała skromna angielska (szkocka w zasadzie) manufaktura www.holysocks.co.uk pozwalająca wypełnić religijnymi odniesieniami nawet szufladę w bieliźniarce. Dla tych zaś co chcieliby by mówiono o nich, że wydzielają odor sanctitatis – mamy perfumy według receptury stworzonej podobno przez papieża Piusa IX (a co, nie tylko J Lo potrafi) – www.thepopescologne.com. Papież mieszkał we Włoszech, więc nie miał pewnie potrzeby tworzenia cięższej wersji zapachu na zimę, ale – jak mawiają w pewnym byłym mieście wojewódzkim ładniejszym od pobliskiej Bydgoszczy – lepszy rydz, niż nic, nieprawdaż.

Reklama
Reklama

Dylematy katolickiego gadżeciarza

No i wreszcie rzecz dla mnie najciekawsza: www.crystal-bible.com. Całe Pismo Święte wyryte przy pomocy nanotechnologii na ozdobnym krysztale, który można nosić jako naszyjnik, wmontować w krzyżyk, przyczepić do bransoletki – mieć zawsze przy sobie (swoją drogą to ciekawe, że goście operujący kosmicznymi technologiami mają tak paździerzową stronę internetową). Jasne, żeby to przeczytać musiałbyś nosić ze sobą mikroskop, ale ja przyznają się do atawistycznej potrzeby posiadania zawsze przy sobie egzemplarza Pisma Świętego nie tylko po to by je czytać, po prostu lubię gdy jest obok, wiem bowiem (co bardzo ładnie zaznaczają „neoni“ kładąc Pismo Święte na tabernakulum), że Pismo jest miejscem obecności Boga. Nabyłem sobie nawet w tym celu w Australii specjalny podróżny pokrowiec i cieszę się, że jest ze mną. Słowo daję – nie wiem, czy nie zainwestowałbym w taką nanoBiblię (gdybym tylko mógł się dowiedzieć z tej koszmarnej witryny ile to kosztuje). Niedawno wróciłem do zwyczaju noszenia na szyi krzyżyka (najprostszego, ze sznurka, www.sklep.cerkiew.pl, import z Grecji), na ręku czasem zdarza nosić mi się czotki na których się modlę – pytanie tylko, czy noszenie na sobie Pisma Świętego, którego się nie czyta, które po prostu jest to wypaczenie sensu (którym jest wszak komunikacja), czy dopuszczalna realizacja potrzeby otaczania się tym, co zwraca naszą myśl ku Bogu?

Źródło: www.crystal-bible.com

Reklama
Reklama

W prawosławiu wśród elementów stroju liturgicznego występuje nabiedrennik albo palica – usztywnione kawałki materiału, które zakłada w okolicach biodra celebrujący nabożeństwo kapłan, a które symbolizują właśnie miecz duchowy, czyli Słowo Boże. Ani słowa się z tego nie przeczyta, bo to tylko symbol. Może taka nanoBiblia mogłaby posłużyć zwykłym świeckim jako taki właśnie nabiedrennik? A może w czasach gdy ludzie wieszają sobie na szyjach i rękach najprzeróżniejszego rodzaju debilizmy (widziałem nie tak dawno w Kanadzie wielki sklep dla hip hopowców i innych specjalistów od wypluwania – by nie powiedzieć nieco bardziej fizjologicznie – z siebie słów i bitów, w którym dział ozdób naręcznych, naszyjnych i pasków opierał się wyłącznie na wariacjach na punkcie krzyża czy podobizn Maryi, najczęściej z czaszkami, dopiskami, łańcuchami etc.), prawdziwa Biblia w takiej właśnie – nieużytecznej z praktycznego punktu widzenia, ale przypominającej, gdzie jest nasz skarb – postaci, jest czymś co warto polecić? A może, zaślepieni szlachetnymi pobudkami, przekroczyliśmy już granicę profanacji? Co Państwo na to? Usycham z ciekawości.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite