video-jav.net

Brzydzę się donosem

W samej instytucji donosu ukrywa się realna przemoc. Wchodzę na zastrzeżony przez Boga obszar wolności drugiego człowieka. Czy do końca moich dni nie będę miał dość pracy z samym sobą, za którego ponoszę odpowiedzialność w pierwszym rzędzie?

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Brzydzę się donosem

Czytałem wiele donosów pisanych na mnie do różnych kościelnych instytucji. Autorką tego jest moja sąsiadka, osoba obyta w świecie. Zareagowała tak na jeden z moich felietonów, w których wyśmiewałem absurdalne pomysły radykalnych feministek. Feministki (i Wojciech Orliński z "GW") nieźle mnie po tym tekście zglanowały, sąsiadka, dołożyła z drugiej strony. Oczekuje od Kościoła, że podda mnie anihilacji, wymaże z ziemi i nieba na zawsze. Nie brudzi się kontaktem z grzesznikiem, pisze do zakładu oczyszczania, żeby usunął sprzed jej drzwi duchowe fekalia.

 

Za każdym razem, gdy do moich rąk trafia taki list zastanawiam się jaką rolę w jego powstaniu odegrał passus z Ewangelii Mateusza:

 

"Gdy brat twój zgrzeszy przeciwko tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha weź ze sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech opierała się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha – donieś Kościołowi".

Jasne, sąsiadka pominęła w swoim postępowaniu dwa pierwsze nakazy. Gdyby przyszła do mnie, z pewnością wszystko byśmy sobie wyjaśnili.

 

Pytanie jednak, po co Jezus w ogóle zostawia nam furtkę, przez którą możemy na siebie donosić?

Czy w innym miejscu nie apeluje, żebyśmy zanim zaczniemy dłubać w bliźnich, nie usunęli najpierw belki ze swojego oka?

 

W samej instytucji donosu ukrywa się realna przemoc. Wchodzę na zastrzeżony przez Boga obszar wolności drugiego człowieka. Czy do końca moich dni nie będę miał dość pracy z samym sobą, za którego ponoszą odpowiedzialność w pierwszym rzędzie? Po co sycić się myślą: "ten grzesznik robi rzeczy, których ja nigdy bym nie zrobił, to że się nimi oburzam jest dowodem na to, że ja zachowuję jeszcze zdrowy ogląd spraw"? Rzeczywiście chcę gasić pożar, a może chodzi tu bardziej o możliwość wykazania się bohaterstwem przez strażaka?

Brzydzę się donosem

Rozumiem – czasem trzeba jasno opisać rzeczywistość. Powiedzieć: komuś wydaje się tylko, że jest z nami, bo przez swoje czyny dawno już sam się ze wspólnoty wykluczył. Niby służba prawdzie, ale tu jest haczyk. Bo nie można służyć prawdzie abstrahując od człowieka.

 

Zanim napiszesz taki list, musisz wziąć odpowiedzialność za opisywanego, zaangażować się w jego historię. Trzymając się analogii ratowniczej – wtargnąłeś już na jego terytorium, więc odtąd wszystko co zrobisz przybliża go do śmierci lub od niej oddala, a wszystko pójdzie na twoje własne konto. Donos to nie umycie rąk z brudu, to zanurzenie ich w człowieku i jego słabościach po uszy.

 

Staram się nie donosić. Ze strachu, że zrobię sobie większą krzywdę. Że później znów miesiącami będę wyzwalał się z błyskawicznie wrastającej w człowieka pokusy zastępowania Boga w byciu sędzią. Czytając słowa Jezusa o donosie zatrzymuję się na dwóch pierwszych wskazaniach w przekonaniu, że jeśli potraktuję je poważnie, nigdy nie dojdę do trzeciego. Widzę w nich zachętę do rozmowy. Niech okaże się w niej, że mamy kompletnie różne drogi. Że ktoś jest poza granicą wspólnoty. Niech to się jednak stanie bez kablowania, uprzejmego donoszenia, zatroskania, które – powtarzam – chyba tylko u świętych nie jest podbite cieniem samozadowolenia tego, kto grzech u bliźniego wykrył.

Troska o prawdę pomylona z pychą to początek duchowej pląsawicy. Następnym splątanym krokiem będzie zemsta pomylona ze sprawiedliwością.

 

Podobno Straż Miejska w Warszawie nie nadąża z obsługiwaniem donosów od ludzi, którzy dostali mandat za złe parkowanie, a teraz informują, że sąsiad też źle stoi. Dzwonią po kilka razy, żeby sprawdzić czy bliźni na pewno też już dostali po kieszeni.

Reklama

 

Boję się takich ludzi.

 

Podobnie jak szwadronów ds. kościelnej czystości, które sprawdzają metody przyjmowania komunii, długość kiecek, temperaturę apologii w publicystyce. Wnioskami dzieląc się z kościelną władzą. Przepełnieni dobrymi intencjami, wyrywając fragment o donosie z kontekstu. Z opowieści o poganach i celnikach, którzy wchodzą przed nami do Królestwa, o Samarytance, o Dobrym Łotrze, o Panu, który nawet gdy rozwalał stoły w świątyni nie walczył o rytualną czystość, a o to by ludzie wreszcie zrozumieli, że wiara to relacja z Bogiem, bo jeśli od tego się nie zacznie, zmieni się w sklep z łaskami albo posterunek policji.

Chrześcijanin powinien brzydzić się donosem. Kto widząc donos nie wpada w smutek, nie zrozumiał, że to człowiek jest drogą Kościoła. Gdy przeczytasz donos, ratuj człowieka. Tego na którego doniesiono.  I tego, który donos przyniósł.

Reklama
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Niedziela zaczyna się w środę

Co to w ogóle znaczy - święto? Bo to jednak coś więcej niż totalny chillout po masakrycznym tygodniu. Nie będzie dobrego święta bez odpoczynku, ale święto to jednak też wyjście ze swojego barłogu, to otwarcie się na innych, na coś więcej, to włączenie się w tajemnicę, wystawienie się na nie nasze Światło.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

To zaprawdę niezwyczajne uczucie pisać, że list pasterski polskiego Episkopatu był dobry, ale cóż począć – ostatni list polskiego Episkopatu był dobry. Traktował o tym, jak powinno się przeżywać niedzielę, żeby nie była wyłącznie weekendem i dlaczego warto zauważyć coś, co umknęło nam w pędzie z komunistycznego Egiptu do kapitalistycznej Ziemi Obiecanej. Czas pracy, czas wolny i czas święta to trzy zupełnie różne rzeczy. Niektórzy z nas może i umieją odpoczywać, ale czy umiemy świętować?

Niedziela zaczyna się w środę

I co to w ogóle znaczy – święto? Bo to jednak coś więcej niż totalny chillout po masakrycznym tygodniu. Nie będzie dobrego święta bez odpoczynku, ale święto to jednak też wyjście ze swojego barłogu, to otwarcie się na innych, na coś więcej, to włączenie się w tajemnicę, wystawienie się na nie nasze Światło. Ile razy słyszałem zarzuty, że katolicka niedziela to kolejna gimnastyka artystyczna, którą trzeba wykonać przed Panem Bogiem żeby udzielił nam łaski stosownie do objętości wylanego przez nas potu, północnokoreański balet, jaki wyznawcy muszą co tydzień wykonać przed swoim przywódcą, żeby nasycić jego oczy i żeby jednak ich za coś nie ukarał.

Biskupi tłumaczą wyraźnie: święto to nie tyle wysiłek, co postawa. Weźmy niedzielny obiad. Przecież tu nie ma jakiegoś ekstra zmagania – obiad i tak trzeba przygotować. Chodzi o to z jakim nastawieniem się w ten specjalny dzień, w niedzielę do niego siądzie.

Czy będzie tylko prostym “zapodaniem” składników odżywczych w wolniejszym tempie niż w czwartek, czy stanie się okazją do zanurzenia się w tym wszystkim co poza ekonomią, bieżącymi sporami, przypomni nam, że głowę powinniśmy jednak mieć w górze.

Dlatego jestem skłonny zweryfikować swój sąd odnośnie otwartych w niedzielę galerii, wspólnych rodzinnych zakupów. Do tej pory byłem zdania, że nie ma w tym nic strasznego, bo skoro ludzie w ten właśnie sposób chcą spędzić ze sobą czas, którego nie mają w tygodniu – dobre i to. Dziś myślę, że jeśli tak robią, tragedii wprawdzie nie ma, ale można by chyba pokusić się o coś więcej. Nie chodzi o to by ludzi wyganiać ze sklepów i pędzić do kościołów. Ale żeby raz w tygodniu nie popłynęli z prądem, trochę na siłę wyrwali się z kontekstu załatwiania spraw. Biskupi nie byliby biskupami, gdyby nie podali uprzejmie jako wzorca przykładu z dzieciństwa papieża Benedykta: wieczorne czytanie Biblii w sobotę, w niedzielę kościół, obiad, wspólne śpiewy i wypoczynek na powietrzu. Kopiowanie jeden do jednego zachowań niemieckiego mieszczaństwa sprzed kilkudziesięciu lat nie ma sensu, warto jednak zejść głębiej, na poziom motywacji i zobaczyć – o czym biskupi też mówią – że rytualne spełnienie religijnych obowiązków to też nie wszystko, o co chodzi.

Niedziela, święto, ma być czasem otwarcia się na prawdę o tym, że człowiek spełnia się tylko i wyłącznie w relacji. Z Bogiem i z ludźmi, w których Bóg też się objawia. Gdy nauczysz się tego w niedzielę, będziesz “zasilał” się z dwóch źródeł przez całą resztę życia.

Niedziela zaczyna się w środę

Ten mechanizm działa też jednak w drugą stronę. Dobre przeżywanie niedzieli zaczyna się w sobotę. Oraz w piątek. I w czwartek. Nie będzie dobrej niedzieli bez dobrego poniedziałku, wtorku, środy. To dokładnie tak samo jak z modlitwą.

Ludzie mówią: modlę się, żeby życie było dobre. Ale jest też dokładnie odwrotnie – nie będzie modlitwy, jeśli nie będziesz żyć tak, żebyś był w stanie się modlić. Nie jesteś w stanie sześć dni słuchać gangsta rapu, by siódmego płynnie zanurzyć się w operę.

Nie możesz oczekiwać, że gdy przez sześć dni biegasz w wywieszonym jęzorem, siódmego będziesz świeży i zdolny do twórczego spotkania. Niedziela to nie listek figowy, to proces. Może żeby dobrze ją przeżyć, trzeba spróbować wysypiać się jednak dobrze przez cały tydzień, zakupy zrobić w piątek, osobisty chillout w sobotę? Sporo zachodu?

Ale tak przygotowana niedziela jest chyba w stanie dać dużo więcej. Zmienić wszystkie siedem dni tygodnia z pogoni za własnym ogonem, w życie.

Reklama
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >
Share via