video-jav.net

Ruszyła 307. Warszawska Pielgrzymka Piesza

Jedna z najstarszych pielgrzymek w Polsce wyruszyła dziś na Jasną Górę. W tym roku wędrują pod hasłem "Z Maryją wolni".

Polub nas na Facebooku!

– Człowiek wolny ma odwagę dawać świadectwo prawdzie. Do tego jesteśmy zaproszeni – podkreślił Kazimierz kardynał Nycz zwracając się do pątników, udających się na Jasną Górę. Po uroczystej Mszy św. odprawionej pod kościołem Świętego Ducha na Starym Mieście wyszła 307. Warszawska Piesza Pielgrzymka (WPP) zwana również „paulińską”. Liturgii przewodniczył metropolita warszawski.
Whomilii kard. Nycz zwrócił uwagę na znaczenie wolności na płaszczyźnie duchowej i politycznej. Podkreślił, że jest to dar i zadanie. Nawiązując do zmiany nauczania Kościoła na temat kary śmierci powiedział, że wolność jest jednym z największych atrybutów ludzkiej godności, której nikt nie może człowieka pozbawić, nawet on sam. – Posiadają ją również osoby skrajnie złe – zauważył kardynał, podkreślając, że człowiek powinien bronić wolności, zarówno kiedy jest mu zabierana z zewnątrz, ale również kiedy niejako sam sobie ją odbiera poprzez słabość, grzech, czy tchórzostwo. Ubolewał jednocześnie, że wielu dziś nie mówi i nie czyni tego, co powinni czynić jako wolni ludzie.

– W roku, w którym wspominamy odzyskanie niepodległości po 123 latach niewoli i 40. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża Jana Pawła II, który tyle uczynił dla wolności w świeci i w Polsce, w życiu każdego z nas, trzeba nam zatem do tego tematu wracać zwłaszcza w czasie tej pielgrzymki na Jasną Górę, gdzie, jak mówił papież „Zawsze byliśmy wolni” – powiedział kaznodzieja.

Kardynał Nycz przestrzegł przed coraz powszechniejszym konformizmem. – Wielu nie ma dziś odwagi mówić prawdę, ponieważ czasem trzeba później ponosić tego konsekwencje. – Ile razy nie mówmy prawdy i nie mówimy tego, co myślimy żyjąc w schizofrenii, bo zabrania nam tzw. poprawność, która wszechwładnie obowiązuje wokół nas – zauważył.

Podkreślił, że nikt nie może zabronić człowiekowi mówić tego, co myśli i do czego jest głęboko przekonany jeżeli będzie mądry, odważny. – Obowiązkiem chrześcijanina jest dawanie świadectwa prawdzie. Złem jest bowiem nie tylko kłamstwo, ale również przemilczanie prawdy – oświadczył duchowny.

Jako przykład człowieka wolnego wskazał postać Najświętszej Maryi Panny. – Jest Ona dla nas wzorem każdej wolnej odpowiedzi człowieka na Bożą wolę, która wyraża się na różny sposób przez różnych ludzi. Dlatego wpatrując się w Jej przykład idziecie uczyć się przeżywania wolności w swoim osobistym życiu – mówił do pątników metropolita warszawski.

Zachęcał, by w czasie pielgrzymki dali się Chrystusowi przemienić i odmienieni wrócili do swoich domów. – Jesteśmy świadkami nie tylko w czasie modlitwy, czy kiedy mówmy o Jezusie, ale przede wszystkim kiedy postępujemy, kiedy żyjemy Ewangelią, kiedy żyjmy w zjednoczeniu z Jezusem – podkreślił kardynał Nycz.

Na zakończenie poprosił pątników o modlitwę w intencji Kościoła w Polsce, by zawsze był wolny w głoszeniu Ewangelii, by głosił ją wszędzie i wszystkim nie ulegając żadnym poprawnościom. – Prośmy również o miłość, zgodę i jedność w rodzinach i w całej Ojczyźnie – zachęcał.

Nawiązując do zbliżającego się synodu o młodzieży wspomniał także o potrzebie modlitwy za młodzież by z odpowiedzialnością weszła w dorosłe życie. – Wielu z nich w tym czasie wakacji podejmuje ważne decyzje życiowe, by z odwagą odpowiedział na głos powołania. Wierzymy bowiem, że Bóg wciąż powołuje. Niestety, szumy tego świata sprawiają, że młodym coraz trudniej usłyszeć zaproszenie Pana i przyjąć powołanie – zwrócił uwagę kardynał Nycz.

W tym roku pątnicy idą pod hasłem „Z Maryją wolni”. Na Jasną Górę dojdą 14 sierpnia.


KAI

“Ta pielgrzymka będzie trwać do końca świata”

Przed cudownym obrazem Matki Bożej pielgrzymi ślubowali, że co roku z klasztoru ojców paulinów wyruszy na Jasną Górę pokutno-dziękczynna kompania. Był to początek tradycji, która nieprzerwanie trwa już ponad trzy stulecia. 6 sierpnia do Częstochowy wyruszyła Warszawska Pielgrzymka Piesza.

Polub nas na Facebooku!

W intencji ustania zarazy

Na początku XVIII w. straszliwa zaraza zdziesiątkowała ludność nie tylko Warszawy, ale całej Rzeczpospolitej. W ciągu czterech lat, od 1707 r., w stolicy zmarło na dżumę 30 tys. osób, przy życiu pozostało jedynie dwóch ławników i trzech rajców. Domy były pozamykane, bo wymierały całe rodziny, klasztor dominikanów opustoszał, bo nikt z zakonników nie przeżył.

W klasztorze ojców paulinów przy Długiej zostało tylko dwóch zakonników i oni też zmarli, ale przed śmiercią przyszedł do nich stolarz Wojciech i wyznał, że w kościele ukazał mu się patron zakonu paulinów św. Paweł Pustelnik i polecił, żeby odprawić czterdziestodniowe nabożeństwo ekspiacyjne i podjąć praktyki pokutne, a wtedy zaraza ustanie. Gdy do klasztoru wrócił przeor o. Innocenty Pokorski, który opuścił Warszawę, żeby schronić się przed zarazą, zaczął gorliwie to polecenie wypełniać. Zaraza ustała, a w 1711 r. na Jasną Górę po raz pierwszy udała się pielgrzymka dziękczynna, zorganizowana przez Bractwo Pięciu Ran Pana Jezusa. Dwudziestu pątników wyruszyło do Matki Bożej, żeby dziękować za cud. Byli przekonani, że epidemię powstrzymały post i modlitwa warszawian.

Materialną pamiątką z tamtej peregrynacji jest srebrna tablica wotywna, ukazująca Matkę Boską unoszącą się nad panoramą miasta i kościołem Świętego Ducha ojców paulinów wraz ze świętymi patronami. Klasztorny kronikarz zanotował, że „szlachetny pan Szymon Cichocki” oraz Bractwo Pięciu Ran Pana Jezusa w imieniu miasta Warszawy odbyli pielgrzymkę i procesję ze świecami. Arcybiskup Stanisław Szembek, prymas Polski, na widok procesji powiedział: „Chwalebny jest lud, co ślubuje, lecz nie mniej zakon paulinów, który do tego pobudza”.

Przed cudownym obrazem Matki Bożej pielgrzymi ślubowali, że co roku z klasztoru ojców paulinów wyruszy na Jasną Górę pokutno-dziękczynna kompania. Był to początek tradycji, która nieprzerwanie trwa już ponad trzy stulecia.

W trasie

Częstochowa leży 240 kilometrów od Warszawy. Trasę podzielono na dziewięć około 30-kilometrowych odcinków. Przeważnie pielgrzymowano w lecie, ale z czasem ustalił się zwyczaj wyruszania 6 sierpnia – w Przemienienie Pańskie. Grupa, zwana „kompanią” docierała na Jasną Górę 14 sierpnia, w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Pielgrzymi szli na Tarczyn i Grójec, przechodzili przez Mogielnicę, Nowe Miasto nad Pilicą i szli dalej na południe. Nie była to jedyna trasa, ale ta jest najstarsza. Od samego początku organizatorem pielgrzymki było Bractwo Pięciorańskie, do którego zapisywali się mieszczanie warszawscy, ale byli wśród nich także królowie i magnaci.

W drogę trzeba było zabrać pieniądze, jedzenie i przyodziewek, pątnicy zazwyczaj spali pod gołym niebem. Wynajęte furmanki wiozły ich tobołki z najbardziej niezbędnymi rzeczami.

– Wygodne buty to podstawa – mówią pielgrzymi. Najbardziej doświadczeni wśród nich znają sposoby, które pozwalają uniknąć bolesnych otarć i bąbli na stopach. Wielu pielgrzymujących „weteranów” twierdzi, że teraz to jest turystyka, nie pielgrzymka. Kiedyś było trudniej, spało się na wozie, w stodole, na gołej ziemi, nie było opieki medycznej.

Z czasem ukształtowały się na drodze do Częstochowy specyficzne zwyczaje. Pielgrzymi szli za krzyżem pod opieką przewodnika. Modlili się i śpiewali pobożne pieśni. Przechodząc obok kościołów i kaplic padali na kolana. Wielu z nich nawiedzało mijane po drodze świątynie i sanktuaria w Świętej Annie lub Gidlach.

W miejscowościach na trasie mieszkają rodziny, które przygotowują posiłki i napoje i przyjmują każdą grupę pielgrzymów z dziada pradziada. Pozwalają w ogrodach i na swoich łąkach rozkładać namioty. Zwykle od nikogo nie biorą pieniędzy.

Bardzo ważny moment tej drogi to pojednanie na Przeprośnej Górce tuż przed Częstochową. Pątnicy przepraszają towarzyszy i sami proszą o wybaczenie. Wejście na Jasną Górę było i jest momentem najbardziej doniosłym. Na tę okazję pątnicy ubierali się i robią to nadal w specjalnie przygotowane, świąteczne, ubrania. Warszawska pielgrzymka wchodziła od strony północnej. Pod figurą św. Prokopa lud padał na kolana. Kompanię witał przeor lub inny zakonnik, dziś metropolita lub warszawski biskup pomocniczy. Zakonnikowi, witającemu kompanię, towarzyszyła Jasnogórska Kapela, której muzycy skomponowali specjalne hymny powitalne. Chwilę potem klęczeli w kaplicy przed cudownym obrazem Matki Bożej.

Dotrzymana przysięga

Warszawianie dotrzymali złożonego ślubu. Mimo zaborów, powstań, wojen i totalitaryzmów, co roku z Warszawy wyruszała pielgrzymka. Mieszkańcy stolicy szli nawet w czasie okupacji, nawet gdy wybuchło Powstanie Warszawskie. Ponieważ zaborcy i okupanci zdawali sobie sprawę, że wiara Polaków jest „dynamitem”, a Matka Boska z Częstochowy to najgroźniejsza „rewolucjonistka”, zakazywali pielgrzymowania. Bezskutecznie, bo w czasie okupacji też szły na Jasną Górę małe grupy, tyle że wyruszały z Tarczyna i wcześniej wyprzedzali ich zwiadowcy, którzy informowali, czy na drodze jest bezpiecznie.

Do Częstochowy nie dotarła pielgrzymka, która wyruszyła w 1792 r. Wszyscy jej uczestnicy wraz z księdzem zostali wymordowani i do dziś nie wiadomo, czy zabójcami byli Prusacy, czy Kozacy. Tragedia rozegrała się na drodze z Woli Mokrzyckiej do Krasic. Dziś upamiętnia ją wielki kamień z krzyżem na szczycie, ufundowany w 1935 r. przez Kazimierę Stępniak z Warszawy „jako votum za uzdrowienie z ciężkiej choroby”.

Za czasów PRL, jeszcze kilka lat po wojnie, pielgrzymi wychodzili przez nikogo nie nękani. Ale towarzysz Gomułka uznał w pewnym momencie, że społeczeństwo komunistyczne nie może tolerować takich zabobonów, a może też zorientował się, jaki „dynamit” jest w tej peregrynacji. Prymas kard. Stefan Wyszyński był świadom, że trzeba wiernych wesprzeć i zaczął co roku uroczyście żegnać pielgrzymów. Ten zwyczaj stał się normalną praktyką i trwa do dziś – metropolici warszawscy odprawiają Mszę św. i żegnają pielgrzymów, wyruszających w trasę.

W czasach PRL zaczęła się wojna o rząd dusz. Władze dysponowały wszelkimi środkami administracyjnymi, pielgrzymi zaś mieli jedynie determinację i ufność, więc nic nie mogło ich zniechęcić do peregrynacji. Ani udzielanie pozwolenia na pielgrzymkę w ostatniej chwili, czyli w przeddzień święta Przemienienia, ani zamykanie sklepów spożywczych na trasie, legitymowanie i wlepianie mandatów.

Szykany wobec pielgrzymów były szczególnie dolegliwe w 1963 r., gdy władze pod pretekstem szerzącej się epidemii, nie wydały zgody na wyjście pielgrzymki. Wędrówka na Jasną Górę była więc nielegalna, a milicja cofnęła ciężarówki z bagażami do Warszawy. – Pątnicy zostali bez niczego, w sutannie szedł tylko ks. Władysław Petecki, którego spokój udzielał się towarzyszom drogi.

Milicja krążyła na trasie, legitymowała i spisywała pielgrzymów, sprawdzała też, czy ktoś z mieszkańców ich nie przyjmuje, a patrole przeczesywały dom po domu. Nie wolno było nikogo częstować posiłkiem. Choć było groźnie, a przed Nowym Miastem nad Pilicą była przygotowana obława milicyjna, ostatecznie wszyscy wrócili bezpiecznie. Dwaj ojcowie paulini z klasztoru na Długiej po powrocie musieli zapłacić mandaty.

Gdy powstała „Solidarność” i w stanie wojennym z Warszawy szło już pospolite ruszenie, dziesiątki tysięcy pielgrzymów, w rekordowym roku – 49 tysięcy. Na początku szła tylko Warszawa, potem wyruszały inne miasta, cała Polska. Do kompanii przyłączali się też cudzoziemcy – Węgrzy, Czesi, Słowacy, Francuzi.

Pielgrzymi z wieloletnim stażem mówią o zmianach, jakie zaszły na przestrzeni lat. Obecnie jest o wiele wygodniej, zapewniona jest opieka medyczna. Ludzie na trasie zaczęli brać pieniądze od pielgrzymów, ale trudno się dziwić, bo na co dzień cierpią wielką biedę. Czasem przejeżdżający obok kolumny samochód, należący do agnostyka lub ateisty zwalnia i puszcza na cały regulator jakąś muzykę dyskotekową, żeby zagłuszyć pieśni religijne i modlitwę. Albo wyzywają i ubliżają. Kiedyś tego nie było.

Do końca świata

„Liber mirabilium” (Księga cudów) zawiera skrzętnie opisane przez paulinów nadzwyczajne łaski, otrzymane za wstawiennictwem Matki Boskiej Częstochowskiej. Są wśród nich 33 przypadki powstania z martwych i niezliczone opisy uzdrowień lub cudownych ocaleń.

Dla pielgrzymów, którzy wędrują od lat, cudy to oczywistość. Jeden z ojców paulinów wspomina kobietę, która szła prosić o zdrowie dla śmiertelnie chorego dziecka. Po kilku latach spotkali się znowu, tym razem szła dziękować za cudowne uzdrowienie. Opowiadają o uzdrowieniu niemowy, odkryciu kapłańskiego powołania, poznania męża lub żony, uzyskania sił do przeżycia dramatycznych wydarzeń. Mówią o licznych uzdrowieniach wewnętrznych, wyjściu z nałogów, odzyskaniu lub pogłębieniu wiary.

– Ta pielgrzymka wciąż przynosi wielkie duchowe owoce. Dlatego będzie trwać do końca świata – mówi KAI o wędrowaniu z Warszawy na Jasną Górę kard. Kazimierz Nycz.


Alina Petrowa-Wasilewicz/KAI