video-jav.net

Szczypta soli i ledwie promyk

Komentarz do niedzielnej Ewangelii (Mt 5,13-16) autorstwa ks. Piotra Brząkalika.

ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,13-16).

Szczypta soli i ledwie promyk

Dzisiejszy fragment mateuszowej Ewangelii pochodzi z piątego rozdziału, który cały nazywany jest Kazaniem na Górze. Zwykliśmy potocznie Kazaniem na Górze nazywać tylko owych osiem błogosławieństw, od których ten rozdział się rozpoczyna, trochę przy tym zawężając pojemność treści Jezusowego nauczania, jakie ten popularnie używany tytuł z sobą niesie.

I zaraz po tych ośmiu błogosławieństwach, takim jakby jednozdaniowo spisanym katalogiem warunków bycia błogosławionym – innymi słowy szczęśliwym – Pan Jezus mówi: Wy jesteście solą dla ziemi (…) Wy jesteście światłem świata. Nie sposób nie dostrzec i nie odczytać logicznego ciągu następstw. Inaczej mówiąc, sposobem, warunkiem bycia solą ziemi i światłością świata jest zastosowanie ośmiu błogosławieństw.

Sól niemal od zawsze w sposób codzienny i powszechnie oczywisty obdarza smakiem. Była jednak również symbolem czystość. Starożytni mówili ponoć, że jest najczystsza, bo pochodzi z morza i słońca.

Skoro mamy być solą ziemi, boWy” odnosi się i do nas, to warto pytać, czy tam, gdzie mieszkamy, żyjemy, pracujemy obdarzamy innych smakiem chrześcijaństwa? Czy wnosimy smak chrześcijaństwa? Czy nasze chrześcijaństwo jest już bez smaku, bo wyjałowiły je: zawsze układny kompromis, fałszywe zadowolenie z siebie i złudny święty spokój?

Może dobrze byłby zdanie Alessandro Pronzato przerobić na pytanie, stawiane sobie: Czy moja wiara jest wirusem, który zaraża, czy szczepionką, która uodparnia, zobojętnia?

Mamy też być światłem świata. A tam, gdzie jest światło, choćby nikłe, ledwie widoczne, jest bezpieczniej i cieplej. A jeśli tak, to znaczy, że wszędzie tam, gdzie jestem, gdzie wchodzę, choćby na chwilę tylko, razem z sobą mam wnosić choćby odrobinę bezpieczeństwa i ciepła.

Jeśli więc mamy być nie tyle jak sól i światło, ile samą solą i światłem, to znaczy, że smakowitość nie jałowość, ciepło nie chłód, i wnoszenie bezpieczeństwa nie niepokoju mają być naszą naturą, codziennie powszechną, a nie wyuczoną i przyklejoną okazjonalnie jak retuszujący zmarszczki puder.

A do tego, żeby być solą i światłem, potrzeba prostoty wnętrza, współsmucenia, cichości osobowości, dbałości o sprawiedliwość, miłosiernego współczucia, czystości myśli i intencji, pokojowego ducha i zgody na cierpienie w słusznej sprawie.

Jeśli moje życie nie smakuje Jezusem, i nie czuć w nim smaku Ewangelii, i jeśli nie wnoszę sobą ciepła i bezpieczeństwa, to znaczy, że moje chrześcijaństwo wywietrzało, jest jałowe, i bardziej dogasam niż świecę.  

Pytanie o sól i światło jest pytaniem o smak, ciepło i bezpieczeństwo. Moje chrześcijaństwo ma być solą i światłem, smakowite, ciepłe i dające bezpieczeństwo. Ciekawe, czy da się zasmakować w moim chrześcijaństwie, ogrzać nim i poczuć bezpiecznym?

Tak, aby w czasach rosnącej jałowości życia, powszechniejącego wzajemnego chłodu i różnostronnych niebezpieczeństw mogłoby moje chrześcijaństwo być jak światełko w tunelu. I nie ma się tu co oglądać na innych, trzeba samemu być solą, której wystarczy tylko szczypta, i światłem, którego wystarczy ledwie promyk.

ks. Piotr Brząkalik

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

Warto chcieć więcej

Hasło „nauki przedmałżeńskie” wywołuje zwykle skojarzenia z polskim filmem. Nuda. Nic się nie dzieje. I ta oldskulowa wizja katolickiej pary… Tymczasem stawką jest to, co najważniejsze: miłość. Dlatego warto zainwestować trochę czasu i wysiłku w poszukanie dobrego kursu, jak przekonują sami zainteresowani.

Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >
Dominik Kołodziej
Dominik
Kołodziej
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!


http://www.znak.com.pl/poczatek?utm_source=stacja7&utm_medium=pasek&utm_content=rabat-35&utm_campaign=Biblia%20Poczatek


Kasia i Łukasz szkolili się niedawno u krakowskich dominikanów, a Monika i Przemek pojechali do Wrocławia na kapucyński kurs weekendowy.

Otwórz umysł i serce

Dobry kurs dostarcza konkretnej wiedzy, bez lania wody. Duży nacisk na poziom nauk i kompetencje prelegentów kładą dominikanie (wiadomo: zakon kaznodziejski!). Jak mówi Marek Babik, prowadzący zajęcia z żoną Martą, zadanie jest podwójne: wyjaśnić narzeczonym, czym różni się związek sakramentalny od innych, i zapoznać ich z podstawową wiedzą o życiu małżeńskim. Pierwsze biorą na siebie ojcowie dominikanie, drugie – kwestie wartości, emocji, seksualności – przybliżają państwo Babikowie. – Zdecydowanie najlepsze było to – opowiadają Kasia i Łukasz – że prowadziła para mająca czworo dzieci i kilkunastoletni staż małżeński, czyli wiedzę praktyczną, oraz wykształcenie psychologiczno-pedagogiczne, a więc zaplecze teoretyczne.

Kapucyni wiedzą, że miłość to rzeczywistość dzielenia się (wiadomo: zakon żebraczy!). Nie ma lepszego startu we wspólne życie, niż od razu w punkcie wyjścia wyskoczyć z własnego egoizmu i podzielić się szczęściem z potrzebującymi. Uruchomili więc projekt pod hasłem „Zamiast kwiatów – szkoła w Czadzie!”. Pary proszą ślubnych gości o ofiary do puszki, które przekazują na misje w Afryce. Czadowych Par (taki honorowy tytuł im przysługuje) przybywa, bracia postanowili zatem zaproponować im coś ekstra. Od półtora roku organizują weekendowe „czadowe kursy przedmałżeńskie”. „Hołubimy ich, skoro chcą wspierać Afrykę” – uśmiecha się br. Tomasz Grabiec, prezes Fundacji Kapucyni i Misje. Jest to kurs „dla tych, którzy chcą czegoś więcej niż tylko poświadczenia o jego ukończeniu”.

Warto chcieć więcej

Wybierz formę dla siebie

Kurs dominikański ma formę wykładów. Cieszy się ogromną popularnością, czemu sprzyja duża otwartość prowadzących, przyciągająca osoby z różnych środowisk. Wygodne jest zminimalizowanie formalności i to, że można po prostu przyjść na pierwsze zajęcia (nauki odbywają się raz w tygodniu), nie zapisując się wcześniej. Dla zabieganych jest też forma weekendowa – wszystko skumulowane w piątkowe popołudnie i sobotę. To opcja dla wielu dogodniejsza niż formuła tradycyjna, rozłożona na miesiąc czy dłużej.

– Przez swoją zwięzłość „czadowy weekend” był bombą informacyjną – opowiada Przemek. – To dobrze, wiele rzeczy mogło do nas dobitniej dotrzeć. Mieliśmy pełne dwa dni przeznaczone tylko na to i mogliśmy długo dyskutować o tym, co było poruszane. – W założeniu jest to więc czas nie tylko zdobywania wiedzy, ale także doświadczania rzeczywistości, jaką jest bycie razem. Kapucyni stawiają na komfort, jaki daje kameralność. – Startowaliśmy z dwunastoma parami – relacjonuje Agnieszka Kempińska, koordynator kursu. – Teraz przyjmujemy więcej chętnych, ale górna granica to 24 pary.

Spotkaj się na nowo

Kluczowa wydaje się kategoria spotkania. Chodzi o to, by nawiązać przyjazne relacje, zapewnić warunki do „rozmów kuluarowych”, które nieraz okazują się najważniejsze. Weekend jest okazją do spotkania samych narzeczonych – na innym gruncie niż zazwyczaj, zachętą, by spojrzeli na siebie inaczej, przemyśleli i przedyskutowali to, na co w codziennym pędzie nie starcza czasu. – Poświęćcie ten czas dla siebie samych – radzi Przemek. – To są warsztaty pracy, nie mamy tam ładnie razem wyglądać, tylko podjąć refleksję: Czy naprawdę chcę być z tą osobą? Kurs każe popatrzeć na to jeszcze raz. – Ten kurs dużo „ruszył” między nami – dodaje Monika. Podobne doświadczenie mają Kasia i Łukasz: – Wspólna modlitwa czy kwestie planowania rodziny to tematy, których nigdy byśmy nie przegadali, gdyby nie kurs. Mieliśmy też warsztaty komunikacji – niby banał, ale te były inne; pokazały nam kilka metod dogadywania się z trudnymi charakterami, jakimi jesteśmy, tak by nie traktować się nawzajem jak klientów. Na kwestie komunikowania się Marta i Marek Babikowie zwracają szczególną uwagę, uznając, że w związku to podstawa.

Warto chcieć więcej

Posłuchaj świadków

To także okazja do spotkania z innymi parami – tymi narzeczeńskimi, borykającymi się z analogicznymi dylematami, ale też małżeńskimi, które ten etap mają już za sobą. – Nie było prawienia banałów – opowiadają Kasia i Łukasz. – Prowadzący odnosili się do własnych doświadczeń, a przy tym żartowali, pokazując, jak ważny jest dystans do problemów z dziećmi, teściami, pieniędzmi. Wśród prelegentów „czadowych kursów” znajdują się trzy małżeństwa z różnym stażem, każde z nich ma coś innego do powiedzenia. – Gdy pewne młode małżeństwo opowiadało swoją historię, dziwiłem się, jak to możliwe, że są nadal ze sobą – wspomina Przemek – a oni z miłością czekali na swoje trzecie dziecko, które miało się pojawić następnego dnia. Z kolei para z dłuższym stażem zwróciła naszą uwagę na moc samego sakramentu, z którego można czerpać. – Tym, co trafia do słuchaczy, jest konkretne świadectwo ludzi, którzy z jednej strony wyznają określone wartości, ale z drugiej mocno stąpają po ziemi, są po prostu normalni. – Te osoby znają się na rzeczy – podkreśla Monika. – Jednak nie było teoretyzowania, ale życiowe podejście: autentyczne problemy, poruszane bardziej w formie dialogu niż monologu.

Ciesz się tym czasem

Dobra atmosfera nie jest sprawą drugorzędną. Sprzyja jej afrykański entourage „czadowych kursów”. W przerwach kapucyni wyświetlają filmy o swojej działalności na Czarnym Lądzie, a co najważniejsze (wie o tym każdy rekolekcyjny wyjadacz!) – częstują świetną kawą, afrykańską Masają. Skoro przyszli małżonkowie decydują się dołożyć cegiełkę do tego dzieła, warto aby je lepiej poznali. Kurs zaś zyskuje egzotyczny klimacik, który okazuje się bardzo pomocny – bywa, że otwiera serca i umysły. Br. Tomasz jest przekonany, że Afryka przybliża do Kościoła.

Uczestnicy kursów dominikańskich cenią sobie panujący tam humor i swobodę, a także klimat zaufania, jaki dzięki temu powstaje. – Zawsze można podejść do prowadzących i dopytać o to, o co nie miało się odwagi zagadać na zajęciach – podkreślają Kasia i Łukasz. – Dobry kurs jest tak prowadzony, że odnajdą się na nim osoby różnie zaangażowane religijnie, a ci, którzy mają na bakier z Kościołem, nie zostaną wyklęci. Marek Babik też uważa, że prowadzący powinni się odznaczać wielkim szacunkiem dla słuchaczy, zrozumieniem dla ich różnych nastawień i poglądów.

Warto chcieć więcej

Zaproś Jezusa „na trzeciego”

Oczywiście można przeżyć kurs na płaszczyźnie wyłącznie „świeckiej” i niektórzy na tym poprzestają; niemniej propozycja Kościoła sięga dalej – by wejść w wymiar duchowy. „Czadowy weekend” jest w gruncie rzeczy pomyślany jako rekolekcje i także pod tym względem dopieszczony; nieprzypadkowo zapraszane małżeństwa należą zawsze do jakichś wspólnot. Trzecim rodzajem spotkania, do jakiego zachęca się narzeczonych, jest bowiem spotkanie z Bogiem, który sam jest Miłością. Dobrze, jeśli w programie znajduje się Eucharystia, czas na modlitwę, możliwość spowiedzi.

Kasia i Łukasz, zanim wybrali kurs u dominikanów, usłyszeli, że jest „dobry, bo dość dużo par się po nim rozstaje”. Dziwiło ich to, ale szybko przestało. – Dobrze, gdy padające pytania i opinie tak „kolą w duszę”, że ludzie decydują się odłożyć sakrament, bo zauważają, że to jeszcze nie czas lub nie ta osoba. Lepiej wcześniej niż po fakcie. – Potwierdza to świadectwo Moniki i Przemka. – Prowadzący zachęcali nas wręcz do powtórnego rozważenia decyzji o ślubie. Nie można się bać takich pytań. Pomocą była propozycja rozważenia, czy dostrzegamy momenty, w których Bóg przyszedł do nas, zadziałał przez tę osobę. My jesteśmy tuż po kryzysie, kiedy to zdecydowaliśmy się przełożyć termin ślubu, choć zaproszenia były już rozdane. Przetrwanie tej próby dobrze rokuje, ta sytuacja zbliżyła nas, wiele nam uświadomiła.

Podstawa to nie traktować nauk jako nudnej formalności do odbębnienia; chodzi przecież o to, aby wyciągnąć z niego maksymalnie dużo dla dobra własnego związku. Ostatecznie wszyscy podkreślają, że udane małżeństwo to ciągły wysiłek – jednym kursem sprawy nie załatwisz. – Jakkolwiek kurs by nie wyglądał, praca nad relacją wymaga czasu, własnego wkładu poza nim – twierdzi Monika. Dlatego dominikanie od razu zapraszają przyszłych małżonków do duszpasterstwa rodzin, a kapucyni – na „czadowe dialogi małżeńskie”.

Katarzyna Węglarczyk

Katarzyna Węglarczyk

Zapraszam na mój blog: https://www.stacja7.pl/author/Katarzyna+W%C4%99glarczyk

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dominik Kołodziej

Dominik Kołodziej

Szczęśliwy mąż i ojciec, specjalista ds. zarządzania stronami internetowymi w portalu Stacja7.pl. Były szef krakowskiego Dominikańskiego Duszpasterstwa Akademickiego "Beczka".

Zobacz inne artykuły tego autora >
Katarzyna Węglarczyk
Katarzyna
Węglarczyk
zobacz artykuly tego autora >
Dominik Kołodziej
Dominik
Kołodziej
zobacz artykuly tego autora >