Przez soczewki św. Jana

Jan to mistrz słowa, który potrafi obok opisywanych zdarzeń pokazywać sposób patrzenia na nie przez świadków. Jak każdy z nich znakomicie opisuje wydarzenia, ale patrząc na to samo – widzi coś innego. Ale to nie wszystko: w końcu przybliża czytelnikowi tę perspektywę, która jest najlepsza, Jezusowa.

ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Przez soczewki św. Jana
Jan to mistrz słowa, który potrafi obok opisywanych zdarzeń pokazywać sposób patrzenia na nie przez świadków. Jak każdy z nich znakomicie opisuje wydarzenia, ale patrząc na to samo – widzi coś innego. Ale to nie wszystko: w końcu przybliża czytelnikowi tę perspektywę, która jest najlepsza, Jezusowa.

Nazajutrz wielki tłum, który przybył na święto, usłyszawszy, że Jezus przybywa do Jerozolimy, wziął gałązki palmowe i wybiegł Mu naprzeciw. Wołali: Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie oraz «Król izraelski!» […] Wielki tłum wybiegł Mu naprzeciw, ponieważ usłyszano o dokonanym przez Niego znaku. Faryzeusze zaś mówili między sobą: „Zobaczcie: nic nie zyskujecie. Oto świat poszedł za Nim”. (J 12, 19)

Inna miara sukcesu

Szkoda, że święty Jan, który jako jedyny z ewangelistów opisał ten szczegół, nie zawarł dalszej części dyskusji pomiędzy faryzeuszami. Ale i ten strzęp dialogu jest znaczący. Pokazuje wewnętrzny spór wśród samych faryzeuszów odnośnie przyjętej wobec Jezusa strategii. Ujawnia zresztą coś jeszcze: faryzeusze „walczą” z Jezusem o to, za kim pójdzie świat: On albo my! Wkrótce okaże się, iż strategia tylko chwilowo okazała się nieskuteczna. Cztery dni później świat zmieni zdanie i odwróci się od Jezusa.

Z zupełnie innej perspektywy patrzyli na wjazd Jezusa do Jerozolimy Jego uczniowie. Oni – jak pisze Jan – nie rozumieli nic z tego, co widzieli. Byli tak samo zdumieni tłumami, poparciem, uwielbieniem, obwieszczeniem królem, jak faryzeusze. Ale oni, w przeciwieństwie do faryzeuszów, powinni się z tego cieszyć. Ale nie, Mistrz nauczył ich przecież zupełnie innej „miary sukcesu”. Święty Jan dobitnie opisał to wcześniej, w szóstym rozdziale swojej ewangelii. Wtedy, na pustyni, nastąpiło apogeum popularności Jezusa. Był tak znany, tak wiarygodny – i to właśnie z tego powodu wywoływał wściekłość faryzeuszów – że tłumy były gotowe iść za Nim wszędzie, nawet na pustynię, pomimo braku jedzenia, w ciemno. A tam? Mistrz dokonał niemożliwego: wszystkich ich nakarmił. Rozanielony tłum chciał Go obwołać królem. I wtedy, właśnie wtedy, Jezus zrobił coś, czego żaden człowiek nie odważyłby się zrobić (chyba, że kompletny ignorant): zraził do siebie wszystkich:

– Jeśli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego, nie będziecie mieli życia w sobie – powiedział.
Odeszli wówczas od Niego wszyscy, te tysiące, które wcześniej chciało Go obwołać królem. Zostało dwunastu.
– Czy i wy chcecie odejść?
– Panie, do kogóż pójdziemy?

Uczniowie, którzy nauczyli się wtedy tej Jezusowej perspektywy, gdzie nie chodzi o liczby, nie chodzi o popularność, nie chodzi o „zdobywanie świata”, byli autentycznie zdumieni tym, co zobaczyli w Jerozolimie, gdy Jezus wjeżdżał do miasta. Cztery dni później okaże się, że była to swoista powtórka tego, co wcześniej stało się na pustyni. Wszyscy znowu odejdą. Zostanie jeden.

W końcu – tłum. Setki, może tysiące tych, którzy wybiegli Mistrzowi na spotkanie. Uczniów zdumieli a faryzeuszów przekonali, iż ci przegrali z Jezusem walkę o rząd dusz. Kim oni są? Tłumem, masą, statystyką, której siła jest w stanie określić zwycięzcę? Masą anonimowych osób, reagujących jak chorągiewki na bardziej znaczące wydarzenia, choć chwilę późnej są w stanie odwrócić poglądy, a co najgorsze, odwrócić się od człowieka? Święty Jan odpowiedział na pytanie, dlaczego tłum wyszedł Jezusowi na spotkanie. Napisał, że nie był to do końca tłum przypadkowych osób. To ci sami ludzie, którzy wcześnie razem z Jezusem byli w innym miejscu: w Betanii. Byli oni świadkami wskrzeszenia Łazarza, a teraz dali o Nim świadectwo – wyszli Mu na spotkanie, na powitanie, by oddać cześć i chwałę.

Jan to mistrz słowa, który potrafi obok opisywanych zdarzeń pokazywać sposób patrzenia na to świadków. Znakomicie opisuje jak każdy z nich, ale patrząc na to samo – widzi coś innego. Ale to nie wszystko: w końcu przybliża czytelnikowi tę postawę, tę perspektywę, która jest najlepsza, Jezusowa. Trochę jak okulista w gabinecie, który pokazując coraz bardziej niewyraźne rzędy coraz mniejszych liter nagle zmienia soczewkę i mówi: a teraz widzisz?

Oto przykład. We wspomnianym już szóstym rozdziale, w opisie rozmnożenia chleba, Jan umieszcza pominięty przez pozostałych ewangelistów dialog z uczniami, Andrzejem i Filipem:

Kiedy więc Jezus… ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa:
– Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli? – a mówił to wystawiając go na próbę.
Odpowiedział Filip:
– Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać.

Ciekawe, że Filip, któremu Jezus daje swoisty problem do rozwiązania, patrzy nań w kategoriach ekonomicznych. Prawdopodobnie uczniowie mieli do dyspozycji właśnie 200 denarów i w oczach Filipa tylko zakup jedzenia dawał szansę rozwiązać problem głodu. Perspektywa finansowa zatrzymała Filipa. Nie wiedział dalej, co zrobić. Drugi z uczniów – Andrzej – miał nieco inną perspektywę: “Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?”

Blisko. Nie trzeba niczego kupować, jest „cokolwiek” do dyspozycji, wystarczy się tym tylko podzielić. Niestety, zniechęcenie zatrzymało Andrzeja w działaniu. Tak właśnie Jan przeciwstawia, w jaki sposób na to samo wydarzenie patrzą różne osoby. W końcu zmienia soczewki. Pokazuje perspektywę Jezusa. A Jezus? Po prostu każe wszystkim usiąść i po prostu rozdaje to niewiele tym wielu nie zatrzymując się w działaniu. Wystarczyło.

 

Kim jesteś?

Ewangeliści opisując ten sam wjazd Jezusa do Jerozolimy, tylko z pozoru przedstawiają podobną relację. W rzeczywistości każdy z nich ma inne zadania, inny cel stawia sobie i czytelnikowi. Marka, Mateusza i Łukasza łączy to, iż pokazują niezwykłą zbieżność wjazdu do Jerozolimy z proroctwami, które w często w najdrobniejszych szczegółach zapowiedziały to wydarzenie, a Jezusa ukazują jako tego, który proroctwa wypełnia. Jan pomija proroctwa. Prezentuje trzy spojrzenia świadków tego wydarzenia: perspektywę faryzeusza, perspektywę ucznia i perspektywę „kogoś z tłumu”. Zmienia soczewki. W ten sposób konfrontuje spojrzenia na to samo wydarzenie. Co najbardziej zdumiewające, ta konfrontacja tylko z pozoru dotyczy bohaterów przedstawionych w ewangelii. Przede wszystkim, dotyczy tego, który czyta, Ciebie.

Jezus na osiołku wjeżdża do Jerozolimy. Co widzisz? Kim jesteś? Jesteś człowiekiem, który ocenia rzeczywistość na podstawie oscylującego tam i z powrotem poparcia opinii społecznej? Albo jeszcze precyzyjniej: to poparcie społeczne, wsparcie większości jest dla ciebie kryterium wyboru, celem działań, wyznacznikiem sensu?

A może jesteś jednym z tych, którzy widzieli już cud, zaznali miłosierdzia, spotkali Jezusa. I wtedy, gdy wkracza do Jerozolimy, świadczysz o Nim, oddajesz Mu hołd, pamiętasz. Jan włącza wtedy retrospekcję, a zaraz potem ucieka w przyszłość, by pokazać niestałość postawy “kogoś z tłumu”: ta wierność nie potrwa długo. Jeśli jesteś “kimś z tłumu”, w obliczu zagrożenia, samotności, zmiany koniunktury pójdziesz tam, gdzie pójdzie tłum.

A może jesteś zdumionym wciąż uczniem, który ciągle patrzy od nowa i za każdym razem dostrzega coś nowego, zgłębia tajemnicę i wciąż nie rozumie. Ale co najważniejsze – idzie za Jezusem, czy w tłumie Kościoła triumfującego, czy w samotności Kościoła postawionego w stan oskarżenia za grzechy Judasza.

Jan, który teraz jako jeden z uczniów patrzy i towarzyszy Jezusowi, a potem w swojej Ewangelii opisze, co widział, dziś widzi pełen triumfu przyjazd Króla do swojej Jerozolimy, potem Jego drogę do swego pałacu, na swój Tron na Golgocie, gdzie zasiądzie jako Pan wszechświata. Na głowie korona, oto Pan zaczyna królować, wszak sam Piłat każe umieścić nad Tronem napis: “Jezus Nazarejczyk, Król Żydowski”. Tak właśnie Jan opisze Mękę Pańską, drogę Krzyża, choć w perspektywie innych będzie to egzekucja winnego bądź niewinnego skazańca. A w grobie, gdzie jedni zobaczą oszustwo, inni po prostu śmierć niepospolitego człowieka, a jeszcze inni z tej okazji pogratulują sobie sukcesu, święty Jan zobaczy Zmartwychwstałego.

Jezus wjeżdża do Jerozolimy na osiołku. Faryzeusze widzą jedno, ludzie z tłumu coś innego, jeszcze coś innego widzą Jego uczniowie. Mistrzostwo narracji świętego Jana dopiero przed nami. Jan, jak okulista w gabinecie, pokazując coraz bardziej niewyraźne rzędy coraz mniejszych liter, coraz mniej zrozumiałe tajemnice życia Jezusa, nagle zmienia soczewkę i mówi: “A teraz widzisz?”.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



ks. Przemysław Śliwiński

ks. Przemysław Śliwiński

Kapłan Archidiecezji Warszawskiej. Pochodzi z Lubawy. Ukończył studia specjalistyczne na Wydziale Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Santa Croce w Rzymie. Jesienią 2013 roku, objął stanowisko rzecznika prasowego Archidiecezji Warszawskiej oraz dyrektora Archidiecezjalnego Centrum Informacji. Wykłada edukację medialną w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Na Stacji7.pl jest autorem wielu artykułów oraz popularnego cyklu Jutro Niedziela.

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Przemysław Śliwiński
ks. Przemysław
Śliwiński
zobacz artykuly tego autora >

Po(d)stawy modlitwy

Tak jak miłość potrzebuje gestów, tak nie wyobrażamy sobie wiary bez uczynków, czy też wyrażanych postaw.

Marek Krzyżkowski CSsR
Marek
Krzyżkowski CSsR
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Po(d)stawy modlitwy
Tak jak miłość potrzebuje gestów, tak nie wyobrażamy sobie wiary bez uczynków, czy też wyrażanych postaw.

Bardzo lubię myśleć o wierze w kontekście miłości. Wiara to nie tylko system prawno–moralny, ale przede wszystkim spotkanie z Osobą Jezusa. Wiara to relacja. Tej relacji uczymy się od samego Boga w Trójcy Jedynego – Ojca, Syna i Ducha Świętego. To, co charakteryzuje tę miłość, to właśnie więź i relacja tych Osób względem siebie. I tak jak miłość potrzebuje gestów, tak nie wyobrażamy sobie wiary bez uczynków, czy też wyrażanych postaw.

Mamy z tym trochę problem, bo skupiając się zbytnio na duchu, zapominamy o ciele. Nie wiemy jak się zachować na modlitwie, co robić i jak angażować nasze człowieczeństwo w kontakcie ze sferą sacrum. Każdy z nas otrzymał ciało jako narzędzie do komunikowania się z Bogiem, do wyrażania swojej wiary. Tak jak komunikujemy się z ludźmi poprzez wyrażanie naszej radości czy smutku, zmęczenia i ospałości wykorzystując naszą mimikę twarzy, wzruszanie ramionami czy przybieraniem przeróżnych postaw, tak samo naszym ciałem komunikujemy się z Bogiem.

To, o czym chcę napisać, ma być niejakim savoir-vivre w mojej relacji do Boga. To nie ma być prawne czy wyłącznie rytualne (bez serca) wykonywanie czynności, ale okazywanie czy może lepiej powiedzieć – wyrażanie mojej wiary. Postawa w modlitwie nie ma mnie ograniczać czy zamykać, ale otwierać i zbliżać do Tego, z Którym się spotykam. Ona wyraża moją relację z Bogiem i zaangażowanie w tej więzi.

Ważne jest, by każda postawa w której znajduję się na modlitwie, nie była na zasadzie: “bo tak trzeba”, “tak wypada”, ale żeby wypływała z mojej potrzeby serca. Za każdą postawą idzie konkretna symbolika, która jeszcze bardziej pomaga mi zaangażować się na modlitwie, a jednocześnie jeszcze szczerzej otworzyć swoje serce. No właśnie – tu przede wszystkim chodzi o serce. Bez serca, czyli bez miłości każda postawa – nawet po ludzku najbardziej pobożna, stanie się wyłącznie wojskową musztrą, która może da mi satysfakcję, ale nie zbliży mnie do dobrego Boga. Jego gesty też coś znaczą. To tak jak w miłości: człowiek nie zastanawia się co może albo co musi w danej chwili zrobić – to wypływa z serca.

Bez serca, czyli bez miłości każda postawa – nawet po ludzku najbardziej pobożna, stanie się wyłącznie wojskową musztrą.

Stosowanie postaw i wyrażanie ich ma służyć budowaniu wspólnoty. Pisze o tym Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego: jednakowa postawa ciała, którą powinni zachować wszyscy uczestnicy liturgii, jest znakiem wspólnoty i jedności zgromadzenia, wyraża bowiem, a zarazem wywiera wpływ na myśli i uczucia uczestników (nr 20).

Jakie są główne postawy? Piszę główne, bo miłość wyraża się w nieskończonych gestach, które w każdej relacji wyglądają zupełnie inaczej. Najważniejsze jest też to, że nie ma ważniejszej lub mniej ważnej postawy, bardziej godnej czy pobożnej, ale każda coś wyraża i każda ma znaczenie, gdy jest wyrażona z serca, a jeszcze bardziej – gdy jest odpowiedzią na tchnienie Bożego Ducha, który sam nas zaprasza na spotkanie. To On jest prawdziwym źródłem i podmuchem wszelkiego ruchu w naszym ciele.

 

Postawa siedząca

Jest ona charakterystyczna dla ucznia, który słucha chcąc się czegoś nauczyć. Pomaga nam ona w skupieniu się na słowach, gdy wsłuchujemy się w głos Słowa Bożego. Siedząc wyrażam mój szacunek do Słowa. Pomocą w tej postawie jest też niewątpliwie wygodne miejsce, by nie skupiać się na bólu nóg czy kolan jak w postawie stojącej czy klęczącej. Nie ma tu tak zwanych „przeszkadzajek”. Siedząc wyrażam też równość i też sam mogę odczuwać ją od Tego, Który do mnie przemawia, z Którym rozmawiam. Oprócz słuchania postawa ta wyraża gest, gdy wszyscy zasiadamy do stołu, by kosztować co na nim jest i wspólnie rozmawiać w przestrzeni przyjacielskiej. On zastawia dla mnie suto Stół Słowa i zaprasza mnie do kosztowania. Siedząc nie spieszę się nigdzie i wyrażam sobą, że mam czas dla tego, kto mnie zaprasza. Siedząc pozwalam odpocząć ciału, aby wytężyć umysł.

 

Postawa leżąca

Mam wrażenie, że postawa ta kojarzona jest z formą słabości. Leżymy, bo jesteśmy zmęczeni całym dniem lub skuleni bólem, chorobą lub sytuacją, która nas dotknęła – to sytuacje, w których Bóg jakby zupełnie nas nie słuchał. A to przecież Ezechiel pisał, że Bóg jako pasterz będzie nas brał na kolana i tulił do siebie, a następnie kładł na legowiska i to co pokaleczone i poobijane uzdrowi i tchnie życie. Ta postawa jest jedną z trudniejszych, bo niektórym może się też kojarzyć się z lenistwem i pobłażliwym traktowaniem samego Boga. I znowu nam się kłania nasze serce i to, co w nim jest. Najważniejsze w tej postawie jest to, że chcemy z Bogiem się spotkać i porozmawiać. Otuleni ciepłą kołderką trzymając w ręku ciepłą herbatę też możemy spotkać się z Bogiem. Może się też okazać spotkaniem, które otworzy nas na Boga, tak bardzo bliskiego każdemu z nas. Postawa ta pomaga nam jeszcze bardziej być sobą przed Bogiem, a przecież o to nam chodzi.

 

Postawa stojąca

To postawa człowieka wolnego, który powstał z grzechu. Upadłem, ale Pan mnie podniósł – to piękne odniesienie także do zmartwychwstania. Stanie na modlitwie to trwanie w nadziei zmartwychwstania. Stoję w wolności przed Bogiem i wyrażam moją gotowość wobec tego, do czego On mnie wzywa. To postawa, za którą kryją się słowa wypowiedziane przez Izajasza: oto ja, poślij mnie. Wysłuchałem słowa, nakarmiłem się, a teraz chcę iść i opowiedzieć o tym całemu światu. Już nie jestem niewolnikiem, ale dzieckiem, dziedzicem Królestwa Bożego. Jako wolne dziecko w Chrystusie jestem gotowy do służby na wzór Mistrza. To postawa oczekiwania i tęsknoty za Bogiem. Ojcowie Kościoła widzieli w tej postawie obraz człowieka – pielgrzyma, który wznosi się ku górze, ku Niebu.

 

Leżenie krzyżem

Postawa ta znana jest w Kościele w ważnych dla niego wydarzeniach jak przy udzielaniu sakramentu święceń czy składaniu ślubów zakonnych oraz w liturgii Wielkiego Piątku. Ta postawa wyraża moją małość i słabość przed Bogiem. Leżąc krzyżem odkrywam, że wszystko co mam, zawdzięczam wyłącznie Panu Bogu. To moje umniejszenie ma prowadzić do tego, bym potrafił odkryć to kim jestem i ma mi dać możliwość, by On mógł we mnie wzrastać. Postawa ta uczy prawdziwej pokory.

 

Postawa klęcząca

W Kościele uznajemy tę postawę jako wyraz pokuty i odkrycie potrzeby oczyszczenia. Sens tej postawy wyraża się jednak bardziej w potrzebie adoracji i uwielbienia. Symbolizuje ona również intensywną modlitwę. Klękam, przyklękam przed kimś, kogo kocham i kto jest dla mnie ważny, najważniejszy. Klęcząc przed kimś wyznaję mu miłość i oddaję się do jego dyspozycji. Jest to również wyrażenie szacunku wobec tej osoby.

 

Skłony, pokłony

Ta postawa jest też wyrazem pokory i uniżenia. Wyraża ona świadomość, że zależę wyłącznie od łaski Bożej, a jednocześnie jestem jej niegodny. Kościół widzi w tej postawie również oddanie czci i hołdu Trójcy Świętej. Skłaniając prosimy o odpuszczenie naszych grzechów i wychwalamy Boże Miłosierdzie, które zostało nam okazane. Moment wyprostowania, szczególnie gdy ukłon jest głęboki, jest wyrazem doświadczenia nowego życia, do którego wzywa mnie Stwórca.

 

To oczywiście tylko niektóre, najczęściej stosowane postawy. Lecz przed Bogiem mniej używajmy savoir-vivre’u, a więcej otwierajmy serca na Niego, a On nas poprowadzi tak, jak sam tego będzie chciał. Nie musi być idealnie, nie musi być tak, jak to robi sąsiad z ławki czy lider we wspólnocie. Niech to jednak będzie tak, byś chciał się spotkać z Bogiem. Tak, jak On chce. Niech to cię przemienia i umacnia. Wszystko, co się dzieje na modlitwie, niech się dzieje na Bożą chwałę.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Marek Krzyżkowski CSsR

Marek Krzyżkowski CSsR

Redemptorysta od 2006, ksiądz od 2011, od września katecheta w IV LO i ZSM 2 w Krakowie, od lipca duszpasterz młodzieży i akademicki DA Na Górce przy parafii pw. MB Nieustającej Pomocy na Podgórzu. Pasjonat liturgii i kolei - zwiedzający świat pociągami lub na stopa. W wolnym czasie bloguje i vloguje. Jego wierni towarzysze to legwan czerwony i agama błotna.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marek Krzyżkowski CSsR
Marek
Krzyżkowski CSsR
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap