video-jav.net

Pokusy, czyli skuteczny PR zła

Komentarz do niedzielnej Ewangelii (Mt 4,1-11) autorstwa ks. Piotra Brząkalika.

ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Wtedy Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: "Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem". Lecz On mu odparł: "Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych". Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: "Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień". Odrzekł mu Jezus: "Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego". Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: "Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon". Na to odrzekł mu Jezus: "Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz". Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu” (Mt 4,1-11).

W pierwszą niedzielę Wielkiego Postu, w pierwszym zdaniu Ewangelii słyszymy o Panu Jezusie kuszonym, poddanym pokusom.

To wystawienie Pana Jezusa na pokusy jest chyba najlepszym dowodem na Jego pełne, gruntowne człowieczeństwo, na Jego bliskość z nami, swoistą solidarność poprzez wspólnotę doświadczenia pokusy, kuszenia.

Doświadczenie pokus i kuszenia jest jedną z naszych codzienności. Jesteśmy przecież wystawiani na ten rodzaj oddziaływania – jak mówi definicja kuszenia – które ma skłonić nas do zrobienia czegoś złego, zazwyczaj w znaczeniu moralnym lub negatywnych konsekwencji. Nawet jeśli poddajemy się kuszeniu, pokusie, to ulegając jej nie wybieramy przecież zła, jako zła. Zwykle wybieramy zło, jako dobro.

To jest najgłębsza istota pokusy, kuszenia. Pokazać, zareklamować zło, jako dobro.

I temu pokazywaniu zła, niebezpieczeństwa, jako dobra, poddany był i Pan Jezus na pustyni Judzkiej. Czy jest coś złego w zaspokajaniu swego głodu? Z pewnością nie, ale już potraktowanie pełnego żołądka, jako pępka życia i działania, zapomniawszy, że nie samym chlebem żyje człowiek, z pewnością tak. Czy jest coś złego w posiadaniu możliwości, talentów i władzy? Z pewnością nie, ale już w używaniu ich dla demonstracji, że jestem ponad prawem, że wszystko mogę i nic mnie nie ogranicza, z pewnością tak. Czy jest coś złego w posiadaniu majątku i bogactwa? Z pewnością nie, ale już w uczynieniu z nich bożka dla siebie i w podporządkowaniu mu zasad swojego życia, z pewnością tak.

Jeśliby znaleźć wspólny mianownik tych pokus, to jest nim demonstracja siebie, autoprezentacja własnej siły, niezależności, bycia ponad…

Może też dlatego, zanim posypano nasze głowy popiołem, usłyszeliśmy: strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie.

To stanowcze ostrzeżenie odnosi się wprawdzie do uczynków pobożnych, ale warto odnieść je, przełożyć w ogóle na naszą życiową uczynkowość, tym bardziej, że cechą, nawet wymogiem dzisiejszych czasów jest bycie widzianym, zobaczonym. Dziś ważnym jest, żeby pokazać siebie, być i działać na pokaz, czasem za cenę rezygnacji z dyskrecji, prywatności, nawet intymności.

A konsekwencją poddawania się pokusie życia, działania i pobożności na pokaz jest wprawdzie wartość pokazania siebie, choć zwykle na krócej niż byśmy chcieli. W oczach Pana Boga, w perspektywie nieba jednak nie ma to żadnej wartości: nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego.

Pytanie tylko, na którym byciu zauważonym mi bardziej zależy – tym tutejszym, choć krótkotrwałym, czy tym Ojca (…), który jest w ukryciu, z wiarą, że Ojciec (…), który widzi w ukryciu, odda tobie.

Wielki Post jest chyba najlepszą sposobnością, by dać sobie otworzyć oczy na siebie samego, a szczególniej na swoją dzisiejszą uległość pokusie życiowych uczynków i pobożności na pokaz, żeby mnie widzieli, żebym był zobaczony.

ks. Piotr Brząkalik

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

Spowiedź to nie psychoterapia

Trzeba jasno powiedzieć, że spowiedź nie jest psychoterapią i odwrotnie, pomoc terapeuty nie może zastąpić posługi spowiednika, jednakże by to zrozumieć warto zastanowić się jaką rolę mogą one odgrywać w życiu osoby religijnej.

Tomasz
Franc OP
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wokół psychoterapii, w środowisku osób wierzących narosło bardzo dużo podejrzliwości, tę formę pomocy posądza się o to, że próbuje ingerować w sferę duchową człowieka. Niestety, także wśród terapeutów spowiedź często postrzegana jest jako magiczny rytuał mający za zdanie poradzić sobie, niejako automatycznie, z pojawiającym się poczuciem winy. Tymczasem zarówno sakrament pojednania jak i praca terapeutyczna nad samym sobą mogą współistnieć z korzyścią dla spowiadającego się i pacjenta zarazem.

Spowiedź to nie psychoterapia

Inny cel

Spowiedź z samej swojej natury jest sakramentem, którego celem jest przywrócenie ładu wewnętrznego w sferze zachowań i myśli spowiadającego się i odniesienie jego życia do kontekstu duchowego, to znaczy, w tym wypadku do pojednania z Bogiem i wspólnotą Kościoła, reprezentowaną przez spowiednika.

Można powiedzieć, że sakrament pokuty działa wielowymiarowo. W pionie, skierowany ku Bogu i w poziomie, ku drugiemu człowiekowi. Dla odmiany, celem terapii jest poszerzanie i pogłębienie wewnętrznej siły “ja” pacjenta, który w ten sposób może podejmować coraz bardziej samodzielne i odpowiedzialne decyzje co do swojego życia, bez kontekstu odwoływania się do autorytetu duchowego.

Oczywiście, w terapii nie oznacza to pozbycia się jakichkolwiek norm, ale uzdalnia pacjenta do poddawania ich weryfikacji, a gdy trzeba krytyce. Spowiedź dotyka przestrzeni intymnych wydarzeń z życia człowieka, niepowodzeń i błędów, zwanych grzechami, które poddawane są ocenie i odnoszone do norm oraz wartości absolutnych.

Spowiadający się korzysta z mądrości wspólnoty, jaką jest Kościół, z którą się utożsamia i której zasady życia pragnie wypełniać. Stąd spowiedź jest praktyką indywidualną, ale przeżywaną w odniesieniu do wspólnoty.

Inna droga

Motorem zmian dokonywanych w spowiedzi i w terapii są osobiste decyzje. Siła do ich realizacji czerpana jest z motywacji zakorzenionej w konkretnym cierpieniu. Chroni to spowiedź od bycia pustym, nic nie znaczącym rytuałem, a terapię od stania się egocentrycznym procesem, nakierowanym tylko na własne samodoskonalenie.

Człowiek cierpiący, to ten, który potrzebuje lekarstwa i lekarza. W obydwu analizowanych rzeczywistościach zmiana dokonuje się dzięki słowom. W przypadku spowiedzi, dla osoby wierzącej, tym ostatecznym słowem, które słyszy, pomijając osobisty wkład spowiednika, jest słowo pojednania, które w sakramencie ma wymiar boski.

W terapii, słowa które leczą odnoszą się do wewnętrznych struktur osobowości pacjenta, zbudowanych wokół wczesnodziecięcych wspomnień i relacji. Terapeuta jest tym, który towarzyszy pacjentowi, przyjmuje go, ale jednocześnie odnosi to, co usłyszy z powrotem do życia samego pacjenta. Tym samym, można powiedzieć, że w przeciwieństwie do sakramentu opierającego swoją skuteczność w znacznej mierze na działaniu łaski Bożej, nie umniejszając wartości jednego z warunków dobrej spowiedzi jakim jest mocne postanowienie poprawy, terapia jest pewnego rodzaju “samoleczeniem”.

Spowiedź to nie psychoterapia

Kiedy razem, kiedy osobno

Podkreślenie różnic pomiędzy psychoterapią a spowiedzią, nie ma charakteru wykluczającego jedno czy drugie, można raczej mówić o pewnego rodzaju współpracy.

Czasem, obecność psychoterapii, zgodnie z maksymą „w zdrowym ciele, zdrowy duch”, jest niezbędna dla prawidłowego rozwoju duchowego.

Oczywiście nie można w tym artykule stworzyć wyczerpującej listy takich sytuacji, niemniej warto zwrócić uwagę na te, które wydają się najczęstsze. Otóż, zdarza się, że pomimo podejmowanych wysiłków poprawy, człowiek popełnia te same grzechy. Jeżeli zaczyna to nabierać charakteru wewnętrznego przymusu, staje się uzależnieniem, to sama łaska sakramentu może okazać się niewystarczająca w tym, żeby wydobyć go z przymusu powtarzania.

Częstą sytuacją jest też pojawiająca się nadwrażliwość sumienia, związana z doświadczeniem skrupułów, roztrząsaniem nawet najdrobniejszych, nieistotnych z punktu widzenia życia duchowego szczegółów. W języku psychoterapii takie chorobliwe uwrażliwienie nazywa się zaburzeniem obsesyjno kompulsywnym, w leczeniu którego niezbędne może być nawet stosowanie farmakoterapii.

Psychoterapia, oprócz pomocy w leczeniu zaburzeń, może spełnić jeszcze jedną pożyteczną rolę w rozwijaniu życia wewnętrznego osoby wierzącej. Nawet jeśli penitent nie boryka się z większymi problemami natury emocjonalno psychicznej, może w procesie psychoterapii, doświadczając korektywnego związku terapeutycznego, przepracować swoją zdolność do tworzenia głębokiej i satysfakcjonującej więzi, a także pracując nad historią swojego życia, odnowić wewnętrzny obraz rodziców. Tak podjęte wysiłki mogą mieć pozytywny wpływ na wewnętrzne, duchowe przeżycia wierzącego pacjenta, który w twórczy sposób może zadać sobie pytania: jaką rolę w jego życiu pełni Bóg i jaki wpływ na kształtowanie się obrazu Boga, miało jego wychowanie, więź z rodzicami, a szczególnie z ojcem.

Spowiedź to nie psychoterapia

Istotny szacunek

By można było mówić o współpracy pomiędzy spowiedzią a terapią istotne jest zachowanie wzajemnego szacunku polegającego na uznaniu swoich specyficznych wartości i granic.

Z jednej strony spowiadający się, a także spowiednik może w bardzo niezdrowy sposób “zamadlać” problem, lub w przypadku tego drugiego, kreować się na wszechmocnego i wszechwiedzącego decydenta w sprawach boskich i ludzkich. Takie postępowanie prowadzi nie tylko do braku osobistego rozwoju człowieka, ale wręcz do pogłębiania jego wewnątrz psychicznych problemów. Spowiedź staje się wtedy nie sakramentem nawrócenia, ale utrwalenia patologii pod płaszczykiem sakralności.

Z drugiej strony, nie bez winy pozostają tacy terapeuci, którzy redukują przestrzeń ludzkiego funkcjonowania tylko do wymiaru psychiki i emocji, a gdy ich pacjent, wnosi tematy duchowe, nie dość, że nie stać ich na uznanie swojej niekompetencji w tym obszarze i odesłanie do duchownego, to wręcz dyskredytują i ośmieszają ten wymiar ludzkiego funkcjonowania, uznając go za przejaw infantylności swojego pacjenta.

Spowiedź to nie psychoterapia

Wspólny cel

Pisząc powyżej o różnych celach, właściwych terapii i spowiedzi, paradoksalnie nie można zaprzeczyć, że istnieje jeden ich wspólny cel. Wyraża się on w znaczeniu terminu „psychoterapia”. Słowo to, tłumaczone z języka greckiego oznacza: „leczenie duszy”.

Choć pojęcie „dusza” inaczej będzie rozumiane przez teologa, inaczej przez psychoterapeutę, to jednak dotyczy tego samego człowieka, dla którego szczęścia, wewnętrznej integracji i dobra czerpanego z relacjach międzyludzkich, spowiednik i psychoterapeuta powinni ze sobą współpracować.

Tomasz Franc OP

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz
Franc OP
zobacz artykuly tego autora >