video-jav.net

Nauka chodzenia

Komentarz do niedzielnej Ewangelii (Łk 2,22-40 [Łk 2,22-32]) autorstwa ks. Piotra Brząkalika.

ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Gdy potem upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, przynieśli Je do Jerozolimy, aby Je przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił:

«Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu

w pokoju, według Twojego słowa.

Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,

któreś przygotował wobec wszystkich narodów:

światło na oświecenie pogan

i chwałę ludu Twego, Izraela».

A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił Ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu, i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu. Była tam również prorokini Anna, córka Fanuela z pokolenia Asera, bardzo podeszła w latach. Od swego panieństwa siedem lat żyła z mężem i pozostała wdową. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy. A gdy wypełnili wszystko według Prawa Pańskiego, wrócili do Galilei, do swego miasta – Nazaret. Dziecię zaś rosło i nabierało mocy, napełniając się mądrością, a łaska Boża spoczywała na Nim” (Łk 2,22-40).

Nauka chodzenia

Dzisiejsze święto miało i ma różne nazwy. Ofiarowanie Pańskie, czasem Spotkanie Pańskie, a dawniej Oczyszczenie Najświętszej Maryi Panny, bo obchodzone 40 dni po Narodzeniu Pana Jezusa. Nasza, polska tradycja dała mu nazwę Matki Boskiej Gromnicznej.

Bardzo pięknie i wymownie brzmi jego nazwa wywiedziona z języka greckiego: Hypa-pante, czyli spotkanie, i Heorte ton Kataroin – oczyszczenie. Jest to więc święto spotkania i oczyszczenia.

To spotkanie i oczyszczenie dzieje się w świątyni. Świątynia była wówczas naturalnym i oczywistym miejscem spotkania z Bogiem: przynieśli Je (…) aby Je przedstawić Panu, no i też oczyszczenia: mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie. I nie sposób nie zapytać teraz, czy dla nas, nasza świątynia jest równie naturalnym i oczywistym miejscem spotkania z Bogiem, naszego oczyszczenia? Jeśli nie, znaczyłoby to, że pozbawiamy nasze świątynie, obieramy im ich świątynność, i zamieniamy je na hale zborne religijnych mitingów.

Gdyby skorzystać tylko z najbardziej banalnej definicji świątyni, to jest ona miejscem niezależnej od nas obecności Boga, a ta obecność uświęca to miejsce, co daje możliwość spotkania się z Bogiem. A jeśli tak, to czy sposób, styl naszej, także kapłańskiej obecności w naszych kościołach świadczy o tym, że są to dla nas miejsca Jego obecności i spotkania z Nim?

No i oczyszczenie. Jeśli świątynia jest miejscem obecności Boga i spotkania z Nim, to musi też być miejscem oczyszczenia. Nikt nie jest na tyle czysty, by nie potrzebował oczyszczenia. To jest oczywiste, ale tylko tak poza sobą, zewnętrznie, czyli wszyscy inni pewno potrzebują oczyszczenia, ja niekoniecznie.

Jeśli przestajemy potrzebować własnego oczyszczenia, a świątynia przestaje być po temu potrzebna, to nie będzie też miejscem spotkania z Bogiem, ani nawet świadomości Jego w niej obecności.  

Na progu świątyni jerozolimskiej spotkały się trzy pokolenia: podeszłego już wieku Symeon i prorokini Anna, młodzi małżonkowie św. Józef i Maryja oraz Dziecię Jezus. Najmłodszego, jeszcze niemowlęcego, w przestrzeń świątyni wprowadza pokolenie rodziców i dziadków. I znów nie sposób nie zapytać, kiedy i kto wprowadza dziś najmłodszych w przestrzeń świątyni, rodzice, dziadkowie? Czy może dopiero katecheci w latach przedszkolno-szkolnych?

Z wprowadzaniem w przestrzeń świątyni jest trochę tak, jak z nauką chodzenia, nie można odkładać go na później, i najlepiej robią to najbliżsi.

ks. Piotr Brząkalik

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Piotr
Brząkalik
zobacz artykuly tego autora >

Dlaczego zaufanie jest ważne

Znana jest opowieść o nowojorskim prawniku, który pewnego dnia urządza swojemu dziesięcioletniemu synowi pamiętną lekcję. Każe dziecku stanąć na krześle, plecami do siebie, następnie zamknąć oczy i upaść w tył – obiecuje jednocześnie, że chłopca złapie. Malec początkowo się waha, ale ponieważ polecenie to usłyszał od własnego taty, ostatecznie wykonuje to, co mu kazano. Kiedy zamyka oczy i rzuca się całym ciałem do tyłu, ojciec odsuwa się, pozwalając, by jego syn upadł na podłogę…

Polub nas na Facebooku!

Dlaczego zaufanie jest ważne

Fragment książki Thomasa D. Williamsa pt. „Czy Bogu można zaufać?”.

MINUSY BRAKU ZAUFANIA

Błogosławieni pesymiści – powiada się czasem – albowiem nigdy nie będą zawiedzeni. Jest w tym pewna prawda. Ktoś, kto niczego nie oczekuje, nie może poczuć się rozczarowany. Nadzieja i zaufanie to przerażające rzeczy. Grożą zdradą i rozczarowaniem. Grożą opuszczeniem i odarciem ze złudzeń. Znacznie bezpieczniej jest nie mieć żadnej nadziei, niczego nie pragnąć, do niczego nie dążyć.

W naszym zwariowanym, pełnym zamętu świecie nieufność stała się czymś w rodzaju ideału. Nie chcemy, żeby ktokolwiek nas nabierał. Zrobimy wszystko, aby nie dopuścić do wykorzystania nas, jak jakichś naiwnych prostaczków, przez pierwszego lepszego cwaniaka, jaki się przytrafi. Chronimy więc siebie samych, bronimy się przed wszelkiego rodzaju oszustwem. Z nieufności czynimy cnotę.

Znana jest opowieść o nowojorskim prawniku, który pewnego dnia urządza swojemu dziesięcioletniemu synowi pamiętną lekcję. Każe dziecku stanąć na krześle, plecami do siebie, następnie zamknąć oczy i upaść w tył – obiecuje jednocześnie, że chłopca złapie. Malec początkowo się waha, ale ponieważ polecenie to usłyszał od własnego taty, ostatecznie wykonuje to, co mu kazano. Kiedy zamyka oczy i rzuca się całym ciałem do tyłu, ojciec odsuwa się, pozwalając, by jego syn upadł na podłogę. Potłuczony, ze łzami w oczach, chłopiec wstaje, wpatruje się w ojca i pyta: „Ale dlaczego? Dlaczego?”. Ten odpowiada: „Przykro mi, synu, ale najważniejszą lekcją, jaką musisz odrobić w życiu, jest ta, aby nikomu nie ufać. Nawet własnemu ojcu”.

Na większości z nas historia ta zrobi przygnębiające wrażenie. Któż mógłby być zdolny do aż takiego cynizmu, żeby ograbić małego chłopca z niewinności? Gdy się jednak nad tym dłużej zastanowić, okaże się, że mamy tu do czynienia z kluczowym przesłaniem współczesnego społeczeństwa. Lepiej tysiąc razy okazać nieufność, mimo że można było zaufać, niż zaufać choćby raz i zostać oszukanym. Niewiele jest rzeczy, którymi gardzimy bardziej od łatwowierności.

Dlaczego zaufanie jest ważne

Jestem naukowcem, dlatego niezbyt mnie tego rodzaju kwestie (zaufanie do Boga) zajmują. Wierzę w ewolucję, a Bóg nie miał z nią nic wspólnego.

James, lat 34

Nasze wrogie nastawienie wobec naiwności idzie w parze z uwielbieniem, jakie okazujemy samowystarczalności. Wychowywani jesteśmy tak, by powstała w nas wyuczona mentalność człowieka samodzielnego, ufnego we własne siły, polegającego na sobie samym. Uczymy się sami załatwiać swoje sprawy, myśleć samodzielnie, bez pomocy z zewnątrz rozwiązywać swoje problemy. Jesteśmy krytyczni i dociekliwi, odpowiedzialni i autonomiczni. Tworzymy samych siebie i sami sobie wystarczamy.

(…)

Rozkoszujemy się opowieściami o jednostkach samodzielnie dokonujących rzeczy wielkich, mimo oporu innych ludzi. Ich podejrzliwość w stosunku do bliźnich zostaje usprawiedliwiona, ich nieufność – staje się zasadna. Nie ufać nikomu, tylko sobie.

DUCHOWA AUTONOMIA

Mentalność tę wnosimy nawet w nasze życie duchowe. Mówienie o Zbawicielu, odpuszczeniu grzechów i Bożej łasce sprawia, że czujemy się niezręcznie. To wszystko jest przecież dla słabeuszy. Zaufanie do Boga to coś dla tych, którzy wyczerpali już inne możliwości, których rzuciła na kolana wymykająca się im spod kontroli sytuacja. My wolimy sami znajdować dla siebie usprawiedliwienie. Chcemy być sami dla siebie zbawicielami. Wystarczy podać nam obowiązujące zasady, a sami osiągniemy wielkość – nie taką zależną od Boga, która pozbawia nas laurów, lecz osobistą, indywidualną, którą zawdzięczać będziemy wyłącznie sobie.

Czymże bowiem jest zadufanie w sobie, jeśli nie przekonaniem, iż nie potrzebna jest nam żadna pomoc – ludzka ni Boska – aby osiągnąć czystość moralną? Zadufani w sobie pysznią się subiektywną pewnością, że nigdy nie potrzebowali zwracać się o Boże miłosierdzie. Oni wiedzą – w teorii – że Bóg jest miłosierny, sądzą jednak, że nigdy nie będą musieli się o tym naocznie przekonać, niczym akrobata na trapezie, który ani razu jeszcze nie potrzebował ratunku siatki rozciągniętej poniżej. Są świadomi, że gdyby – Boże broń! – naprawdę potrzebne im było Jego miłosierdzie (takie na serio, nie chodzi o drobne grzeszki), zawsze mogą paść na kolana i o nie poprosić. Nigdy jednak – dzięki Bogu! – do tego nie doszło. Uważają, iż obrali słuszną drogę wyniosłej cnotliwości, górującą nad przyziemnością tych, którzy poszukują usprawiedliwień, którzy muszą uciekać się do próśb o Boże miłosierdzie i Bożą łaskę. Nie martwi ich wcale fakt, iż nigdy nie doświadczają przebaczenia za grzechy; są z tego wręcz dumni. Miłosierdzie jest dla słabeuszy, dla chrześcijan podróżujących w klasie ekonomicznej, dla „grzeszników”.

Dlaczego zaufanie jest ważne

Ci samowystarczalni chrześcijanie, widząc inną osobę dopuszczającą się czegoś złego, uśmiechają się kołtuńsko, z ewidentną przyjemnością ogłaszając, iż ten a ten w dniu Sądu Ostatecznego otrzyma słuszną zapłatę! Zamiast pragnąć nawrócenia grzeszników oraz ich zbawienia, domagają się od Boga wymierzenia kary.

Ludzie muszą odpowiadać za swoje postępki. Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz – to dotyczy każdego. Ich Bóg jest Bogiem sprawiedliwości, który zaciera ręce w niecierpliwym oczekiwaniu na ukaranie zatwardziałych grzeszników. Miłosierdzie to tylko nieszczęsny dodatek do Ewangelii, ustępstwo poczynione po to, aby nie zniechęcić ludzi do przyjęcia najważniejszej z prawd, tej mianowicie, że Bóg jest sprawiedliwy. Żadnych specjalnych względów. Żadnych błagań i targowania się. Żadnej taryfy ulgowej – nikt jej nie oczekuje, nikt jej nie udziela.

Pewnie niewiele osób zdecydowałoby się swoje poglądy wyartykułować w powyższy sposób, jednak wielu z nas według nich żyje. W zeszłym roku poznałem młodego człowieka o imieniu Nicola, który tak streścił swoje przekonania:

„Uważam, że Bóg daje nam jedną szansę, nie dwie. Jeśli coś schrzanimy, to koniec. To nasz wybór. I w taki sam sposób powinniśmy odnosić się do innych ludzi. Dawać im okazję, aby pokazali, kim są. Ale jeśli im się nie uda, nie ma już powrotu, nie ma błagań o drugą szansę”.

Ten model życia duchowego wynika wprost z postawy samowystarczalności, o której przed chwilą wspomniałem. W radykalnej niezależności nie ma już miejsca na poleganie na kimkolwiek innym, nawet na Bogu. Nieufność i liczenie wyłącznie na samego siebie są nierozłączne niczym dwie papużki.

SŁABE PUNKTY POWYŻSZEJ TEORII

Chciałbym tu jednak zaryzykować postawienie niepopularnej tezy.

Samowystarczalność to szkodliwy mit i zły model zachowań.

Jest destrukcyjny po pierwsze dlatego, że bazuje na kłamstwie. Bo przecież – choćbyśmy bardzo chcieli wierzyć, że wszystko zawdzięczamy sobie i zawsze wszystko załatwiamy sami – wcale tak nie jest. Nie stworzyliśmy samych siebie, nie kazaliśmy się sobie urodzić, nie wykarmiliśmy się na własną rękę, będąc niemowlętami, nie wykształciliśmy się w oderwaniu od społeczeństwa, nie potrafimy się sami wyleczyć z choroby.

Korzystamy z książek, które napisali inni, spożywamy płody rolne, których ktoś inny dla nas doglądał, korzystamy z technologii wynalezionej i opracowanej przez innych ludzi, a także cieszymy się wolnością, którą wywalczyli dla nas inni, za którą inni umierali.

Jednakże nawet abstrahując od obiektywnej przecież zależności jednych od drugich, model samowystarczalności jest po prostu zły i fałszywy. Nie jest wart realizowania. Nawet gdyby udało się nam osiągnąć stan absolutnej niezależności od innych, zniszczylibyśmy tym samym siebie, uleglibyśmy dehumanizacji.

Nie ufając ludziom, możemy wierzyć, że jesteśmy mądrzejsi niż cała reszta, lecz w ostatecznym rozrachunku źle na tym wychodzimy. Pracujemy bez wytchnienia, aby osiągnąć tę naszą samowystarczalność, a kiedy to się wreszcie powiedzie, zdajemy sobie sprawę, że czeka nas wyłącznie pustka.

Dlaczego zaufanie jest ważne

Naszą zależność od innych ograniczamy z takim radykalizmem, iż stajemy się samotną wyspą, nie ufając nikomu, ale też nie pozwalając, aby ktokolwiek mógł polegać na nas – i przekonujemy się, że naszą wyspę zamieszkuje człowiek nieszczęśliwy.

Proszę przywołać w pamięci obrazy żyjących osób, które znamy, a które możliwie najbardziej zbliżyły się do modelu „człowieka samowystarczalnego”, opisanego wyżej. Proszę pomyśleć o kimś sobie znanym, kto nie jest zależny od nikogo innego, kto nikomu nie ufa, kto stara się robić wszystko dla siebie. To będzie ktoś taki jak Howard Hughes lub Obywatel Kane. Teraz proszę zadać sobie pytania: Czy ta osoba jest szczęśliwa? Czy osiągnęła ideał, do którego my wszyscy winniśmy aspirować? Cóż takiego musiał ów człowiek poświęcić na swej drodze do samowystarczalności? Czy było warto? Na pozór mając już wszystko, ludzie tego pokroju często tracą to, co naprawdę ważne. „Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?”(Łk 9,25).

Rzecz jasna, odpowiedzialność, umiejętności, krytyczne myślenie to cechy szlachetne i wartościowe. Powinniśmy dążyć do pewnej samodzielności, jednak bez rezygnowania z zaufania i współzależności. Odpowiedzialność jest godna pochwały dopóty, dopóki nie osiąga punktu, w którym polegamy już tylko na samym sobie. Zakładając w innych istnienie wszystkiego, co najgorsze, umniejszamy samych siebie i chowamy się za murem, który sami wznieśliśmy. W skrajnych przypadkach permanentna nieufność prowadzi do stanów lękowych i paranoi (przypomnijmy ponownie Howarda Hughesa), ale nawet w swej łagodniejszej postaci szkodzi człowiekowi i zagraża jego związkom z innymi.

Jak to się stało, że znaleźliśmy się w podobnej sytuacji? Jak doszło do tego, że brak zaufania przestał być wadą, którą należy przezwyciężyć, a stał się cnotą, którą należy kultywować? Istnieje bez wątpienia wiele historycznych i kulturowych przyczyn owego stanu rzeczy, w tym zachodzący na naszych oczach rozpad więzi rodzinnych oraz rozprzestrzeniająca się pandemia niedotrzymywania obietnic. Ja chciałbym jednak wskazać na jeszcze inną kwestię, subtelniejszą, lecz o wiele większej wagi.

PIERWSZE KŁAMSTWO

Chcąc zrozumieć, skąd się bierze nieufność, musimy zapytać o genezę ludzkiego grzechu, ponieważ grzech i brak zaufania są ze sobą w jakiś dziwny sposób spokrewnione. Skąd w ogóle wziął się grzech? Biblia opisuje historię upadku człowieka, pierwszy grzech popełniony przez istoty ludzkie. Niezależnie od oceny wartości historycznej wszystkich szczegółów, znajdujących się w pierwszych rozdziałach Księgi Rodzaju, sam opis wart jest kontemplacji. Odsłania bowiem przed nami głęboką prawdę o kondycji ludzkiej i naszej nadszarpniętej relacji ze Stwórcą.

Bardzo często nie zdajemy sobie sprawy, że grzech pierworodny był owocem pierworodnego kłamstwa. Diabeł nie zaczyna intrygi od zwykłego zaproszenia Ewy do popełnienia grzechu. Zaczyna od zadawania jej pytań tak, aby sama zakwestionowała słowa Boga. Z fałszywą niewinnością pyta: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” (Rdz 3,1). Diabeł świetnie wie, co Bóg nakazał ludziom, lecz chce, aby to Ewa zanalizowała Boże polecenie i zakwestionowała jego sens. Będzie mógł wówczas podać jej alternatywną interpretację, sprzeczną z wolą Boga: „Wtedy rzekł wąż do niewiasty: «Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło»” (Rdz 3,4-5). Szatańskie kłamstwo można najkrócej sformułować w ten sposób: Bogu nie należy ufać. Aby nakłonić Ewę do popełnienia grzechu, szatan musiał najpierw podważyć jej zaufanie do Stwórcy. Musiał zasiać w niej ziarno podejrzliwości co do Bożych zamiarów. Dopiero zwątpiwszy w dobroć Boga, Ewa była zdolna Mu się przeciwstawić. A kiedy niewiasta już zwątpiła, upadek stał się nieunikniony.

Dlaczego zaufanie jest ważne

Nie uważam, że Bogu należy ufać. Bóg nie potrzebuje zaufania. Sami musimy podejmować swoje decyzje i to wszystko. Bóg może robić, co Mu się podoba.

Simon, lat 28

„Człowiek – kuszony przez diabła – pozwolił, by zamarło w jego sercu zaufanie do Stwórcy, i nadużywając swojej wolności, okazał nieposłuszeństwo przykazaniu Bożemu. Na tym polegał pierwszy grzech człowieka. W następstwie tego faktu każdy grzech będzie nieposłuszeństwem wobec Boga i brakiem zaufania do Jego dobroci”, Katechizm Kościoła Katolickiego (dalej KKK), nr 397.

Nie uważam, że Bogu należy ufać. Bóg nie potrzebuje zaufania. Sami musimy podejmować swoje decyzje i to wszystko. Bóg może robić, co Mu się podoba.

Najbardziej przerażające jest to, że diabelski modus operandi nie uległ zmianie. Szatan wciąż pragnie zasiewać w ludziach nieufność. Najbardziej ze wszystkiego zależy mu na tym, aby oddzielić nas od Boga, a jedynym sposobem, by mu się powiodło, jest podważenie naszego zaufania do Stwórcy. Im mniej Bogu Ojcu ufamy, tym bardziej czujemy się w tym świecie osamotnieni. Wcale nie stajemy się „mądrzejsi”, po prostu tracimy więź.