Rodzeństwo – najważniejsze laboratorium społeczne

Nie mamy, jako ludzie, innej takiej relacji. Nasi rodzice odejdą od nas po jakichś 50 może 60 latach. Nasi współmałżonkowie pojawią się w okolicy naszych 30. urodzin. A to nasi bracia i nasze siostry są z nami od początku do końca. Ogrom czasu, który spędzamy z rodzeństwem, unikalny, znany tylko nam „kod rodzinny”, a przede wszystkim wspólne przeżycia, czynią tę więź absolutnie wyjątkową

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Rodzeństwo – najważniejsze laboratorium społeczne
Nie mamy, jako ludzie, innej takiej relacji. Nasi rodzice odejdą od nas po jakichś 50 może 60 latach. Nasi współmałżonkowie pojawią się w okolicy naszych 30. urodzin. A to nasi bracia i nasze siostry są z nami od początku do końca. Ogrom czasu, który spędzamy z rodzeństwem, unikalny, znany tylko nam „kod rodzinny”, a przede wszystkim wspólne przeżycia, czynią tę więź absolutnie wyjątkową

Za długo jestem już wielo-mamą, żeby robiły na mnie wrażenie kąśliwe uwagi otoczenia na widok naszej gromadki. Bez mrugnięcia oka na wszelkie „O Jezu, to wszystko pani?” odpowiadam – „Drugie tyle zostało w domu”, albo „Mam nadzieję, że to dopiero początek”. Jest jednak tekst, który mnie szczerze drażni: „O matko! Jak oni się wszyscy muszą kłócić! Pewnie ma ich pani ciągle dość”. Skąd się bierze stereotyp rodzeństwa prowadzącego zażarte wojny pozycyjne, wykańczającego się wzajemną rywalizacją? Prawdopodobnie z naszych własnych trudnych doświadczeń. Deficyt rodzicielskiej uwagi, faworyzowanie, porównywanie, nieumiejętne rozwiązywanie sporów, to wszystko ma ogromny wpływ na jakość więzi między rodzeństwem. Jednak pomimo wszelkich trudności związanych z wychowywaniem liczniejszej gromady, nigdy nie mieliśmy z mężem wątpliwości, że nie ma – poza wiarą – większego skarbu jaki możemy dać naszym dzieciom jak właśnie rodzeństwo.  

Od momentu pojawienia się ich na świecie nasze siostry i bracia to nasi najwięksi sprzymierzeńcy, wspólnicy i obrońcy. Są niezbędni przy każdej zabawie, wygłupie, a przede wszystkim przy wszystkim, co zakazane. Kto kiedyś wylał z siostrą wszystkie szampony, płyny do kąpieli i pianki do golenia do wanny ten wie, że bez niej zbrodnia nie smakowałaby tak rozkosznie. I kto wspólnie knuł za plecami mamy strategię jak dostać się po ostatnie żelki do najwyższej szafki w kuchni, ten ma świadomość jakim skarbem jest rodzeństwo. To najlepsze antidotum na nudę i rozwój kreatywnego myślenia. I pewnie, sąsiad – jedynak ma może wszystkie zestawy Lego, łącznie z seriami limitowanymi, ale to twój syn ma w młodszym bracie żywego Chewbaccę.

 

 

Przywykliśmy – my wyedukowani, oczytani rodzice do przywiązywania bardzo dużej wagi do naszych relacji z dziećmi upatrując w tym najważniejszy czynnik kształtujący ich poczucie własnej wartości. I oczywiście, nie ma badań które podważyłyby kluczową dla rozwoju psychicznego człowieka relację rodzic – dziecko. Ale sęk w tym, że w naszym uważnym rodzicielstwie zdarza nam się przeoczyć jeszcze jeden czynnik, który ma na rozwój naszych dzieci ogromny wpływ. Nim w ich świecie pojawią się rówieśnicy, zwykle jest już obok brat lub siostra. Są to relacje, których nie dano im wybrać: wobec rodzeństwa każdy z nas zostaje postawiony jak wobec faktu dokonanego. Obwieszczając radośnie swoim dzieciom: “Będziecie mieć rodzeństwo!” często nie zdajemy sobie sprawy jak brzemienna w skutki jest ta wiadomość.

Interakcja między rodzeństwem jest potężnym czynnikiem kształtującym naszą osobowość. Relacja z bratem lub siostrą to najważniejsze laboratorium społeczne, w jakim przyjdzie nam się znaleźć. Szkoła, rówieśnicy zwykle przychodzą później. Poprzedzają je niekończące się kłótnie i zaczepki, histeryczne wrzaski i prawdziwe wojny pozycyjne o “moje, mojsze, najmojsze”. Ale z drugiej strony – poprzedza je także najbardziej szczere „Przepraszam”, najwspanialsze ramię starszej siostry tulące przed szczepionką i spontaniczna modlitwa brata na korytarzu szpitala za „Młodego”, któremu za ścianą składają złamaną rękę. I jeszcze ta lojalność wobec współwinowajcy powodzi u sąsiada i te najbardziej urocze ciche konszachty za plecami rodziców. To z pokoju dziecinnego wynosimy nasze pierwsze umiejętności negocjacyjne, zdolności do wykładania swojej racji i do bronienia jej. To nasze rodzeństwo może uczynić nas w przyszłości zdolnymi do budowania zdrowych emocjonalnych więzi ze współmałżonkiem, do rozpoznawania i wyrażania swoich potrzeb.

Nie mamy, jako ludzie innej takiej relacji. Nasi rodzice odejdą od nas po jakiś 50 może 60 latach. Nasi współmałżonkowie pojawią się w okolicy naszych 30 urodzin. A to nasi bracia i nasze siostry są z nami od początku do końca. Ogrom czasu, który spędzamy z rodzeństwem, unikalny, znany tylko nam “kod rodzinny”, a przede wszystkim wspólne przeżycia, czynią tę więź absolutnie wyjątkową.

Bardzo lubię wyobrażać sobie spotkania Pana Jezusa z rodzeństwem z Betanii. Myślę, że pośród wszystkich wyjątkowych cech, które posiadali Maria, Marta i Łazarz – jedna szczególnie zaskarbiła sobie przyjaźń Chrystusa: ich naturalność. Kiedy jest się blisko swojego rodzeństwa nie sposób udawać kogoś kim się nie jest. Wobec rodzeństwa wszelkie sztuczki z zakładaniem masek, odgrywaniem wyuczonych ról po prostu nie przejdą. Jeśli istnieje naturalny sprzymierzeniec Ducha św. w oduczaniu nas gry pozorów, będzie to w pierwszej kolejności nasze rodzeństwo.

Mam ogromne szczęście przeżywać moje dorosłe życie razem z dwiema siostrami i bratem. Z nikim nie śmieję się tak jak z nimi i nikt mnie, poza mężem, nie rozumie tak dobrze jak oni. Nie potrafię nawet opisać jak ogromną wdzięczność czuję do naszych rodziców za to, że dali nam siebie. Jedyne co mogłam zrobić to z premedytacją pójść w ich ślady. I dzisiaj, kiedy nasza słodka piątka daje nam do wiwatu, przyjmujemy to wszystko z dużym spokojem. Bo tak, jak teraz trzymają się za ręce podczas przebijania uszu, tak kiedyś będą razem przeżywać pierwsze miłości, zaręczyny, choroby, porody. Kiedy trzeba – będą ze sobą płakać, kiedy indziej – śmiać się do rozpuku. Mamy jako ich rodzice tylko jedno pragnienie: żeby potrafili stworzyć taką drużynę, wobec której Sam Bóg będzie bezradny: ilekroć będzie w pobliżu – nie będzie umiał odmówić sobie przyjemności odwiedzenia ich i siedzenia z nimi przy jednym stole.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Nowotwór. Jak o nim rozmawiać?

To bardzo krzywdzące, że wraz z przyjściem diagnozy o nowotworze, konkretny człowiek postrzegany zostaje tylko przez pryzmat choroby, jakby to kim i jaki był do tej pory, przestało istnieć.

Katarzyna Linard
Katarzyna
Linard
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nowotwór. Jak o nim rozmawiać?
To bardzo krzywdzące, że wraz z przyjściem diagnozy o nowotworze, konkretny człowiek postrzegany zostaje tylko przez pryzmat choroby, jakby to kim i jaki był do tej pory, przestało istnieć.

Wszystko zmienia się diametralnie od słów „badania potwierdziły nasze przypuszczenia, to nowotwór”. Grunt ucieka spod stóp, w głowie odbywa się gonitwa myśli, ma się wrażenie, że tylko ciało uczestniczy w tym spotkaniu, bo duchem jest się zupełnie gdzie indziej. Moment usłyszenia diagnozy wprowadza wiele niewiadomych, chciałoby się za wszelką cenę zatrzymać czas, by nadal móc być osobą zdrową. Po pierwszej fali bardzo skrajnych emocji, człowiek powoli zaczyna godzić się z tą informacją, układać swój świat na nowo, by czas, który pozostał przeżyć możliwie jak najlepiej. Przychodzi też chwila, w której dobrze by było porozmawiać o tym, co się wydarzyło. Okazuje się, że wcale to nie jest łatwe.

 

Nie przyklejaj “łatek”

Niestety bardzo często wraz z diagnozą chory staje się w oczach najbliższych tylko chorym. Nagle przestaje być osobą, która lubi się śmiać; którą uspokaja gwar panujący w kawiarni; z którą można kraść przysłowiowe konie. Otoczenie nie dostrzega już, że można było z nią debatować dosłownie o wszystkim; że z fascynacją opowiadała o swoich zainteresowaniach. To wszystko nagle staje się przeszłością i okazuje się, że jedynym tematem do rozmów pozostaje nowotwór. Jest to bardzo przerażające, a zarazem krzywdzące, że wraz z przyjściem diagnozy ten konkretny człowiek postrzegany zostaje tylko przez pryzmat choroby, jakby to kim i jaki był do tej pory przestało istnieć. Nie naklejajmy pacjentom onkologicznych „łatek”, którymi od tego momentu będą określani. Brak sił do wykonywania czynności, które wcześniej nie sprawiały problemu nie jest równoznaczne z tym, że już nigdy nie będzie tego robił. Czas leczenia jest etapem, po którego zakończeniu, jeżeli tylko sam pacjent będzie chciał – powróci. To są te same osoby, w których towarzystwie zawsze czuliśmy się dobrze, które służyły dobrą radą. Bardzo krzywdzące jest zapominanie o tym, dostrzeganie tylko skutków leczenia, a nie człowieka.

 

Nie układaj podziału na role

Odwiedzając przyjaciela, który mierzy się z chorobą onkologiczną zaczyna pojawiać się poczucie strachu. Wynika ono z obawy przed tym jak należy się zachować. Często przekładamy dzień odwiedzin, bo boimy się, że nasza reakcji w jakiś sposób może być niestosowna. Przygotowujemy się do wizyty próbując w głowie ułożyć dialogi z podziałem na role, aby mieć poczucie, że uda się zapanować nad emocjami. Tylko jest jeden problem. Bardzo istotny. To sprawia, że atmosfera spotkania staje się sztuczna i napięta. Znacie się z tą osobą nie od dziś. Chory od razu zorientuje się co jest grane. Na własne życzenie komplikujemy przebieg rozmowy, wprowadzając niepotrzebne emocje.

 

Nie musisz stawać się lekarzem

Złotą radą bycia obok pacjenta onkologicznego jest pozostanie sobą. Nie musisz nagle stawać się lekarzem, który zna wszystkie możliwe metody leczenia na całym świecie; nie musisz być terapeutą, który skończył długie studia, podczas których miał styczność z osobami w trakcie leczenia – wystarczy, że będziesz sobą. To aż tyle i tylko tyle. Zaparz herbatę, usiądź obok i bądź otwarty na tematy, które chce poruszyć chory. Mogą one nie być dla Ciebie łatwe, ale pomyśl jak olbrzymim zaufaniem jesteś w tym momencie obdarzany, skoro to właśnie z tobą ta rozmowa będzie przeprowadzana. Postaraj się zrozumieć punkt widzenia pacjenta, nie oceniania go i jego decyzji. Prawda jest taka, że sam nie wiesz jakbyś się zachował, gdyby personalnie dotyczyło to ciebie, tak wiele zmienia perspektywa, w której się w danym momencie znajdujesz.

 

Po prostu… trwaj

Każdy chory jest inny, inaczej przeżywa swoją chorobę, co innego jest mu w stanie pomóc. Nie ma naprawdę nic złego w zapytaniu go, co można zrobić, by przynieść ulgę – realnie tylko w ten sposób poznamy jego potrzeby. Błędnym jest myślenie, że kiedy on się smuci, ty jako przyjaciel od razu musisz go rozweselić, bądź kiedy płacze, trzeba zrobić wszystko by przestał. Pozwól mu na te wszystkie emocje, otocz wsparciem, podaj chusteczki i trwaj przy nim.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Katarzyna Linard

Katarzyna Linard

Katarzyna Linard, żona Sebastiana, razem z chorobą onkologiczną otrzymała drugie życie, po brzegi wypełnione wdzięcznością i radością. Organizatorka warsztatów dla osób w trakcie oraz po leczeniu, Autorka e-booka "Jak stałam się RAKietą. Onkomisja" www.rakietakasia.pl/sklep/onkomisja

Zobacz inne artykuły tego autora >
Katarzyna Linard
Katarzyna
Linard
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap