Nasze projekty
fot. Austin Distel / Unsplash

Internetowe love story. Te historie są piękne!

Gadu gadu, Messenger, Tinder. Jak w wielkim świecie wirtualnym znaleźć miłość? Poznajcie historie 3 par, które pokazują, że warto nie bać się nowej znajomości przez internet. Może się z niej wykluć coś wielkiego! 24 lipca obchodzimy Dzień Wirtualnej Miłości.

Reklama

Klaudia i Rafał

On z okolic gór – ona mieszkająca ok. 50 km na północ od Krakowa. Dzieliło ich stosunkowo niewiele, bo około 150 kilometrów. Jednak w rzeczywistym świecie nie byłoby łatwo skrzyżować ich wspólne drogi. I tak Klaudia i Rafał poznali się nie gdzie indziej, ale w internecie!

Ona po bolesnym rozstaniu, a on bez większych zobowiązań poszukiwał partnerki do podróży i po prostu – wspólnego życia. I tak na jednej z aplikacji randkowej algorytmy połączyły dwoje serc. Ona spodobała się jemu, on jej – tak mogli rozpocząć wspólną konwersację. Zaczęło się niewinnie, od pytań skąd jesteś, czym się zajmujesz, jakie masz zainteresowania. Szybko przeszli z nieco formalnego trybu, na kilkugodzinne rozmowy o przysłowiowym wszystkim i o niczym. 

Szybko zorientowali się, że zdecydowanie przypadli sobie do gustu. Podobne poczucie humoru, zainteresowania – to musi być to! Klaudia i Rafał umówili się na pierwsze spotkanie „w realu”. Spotkali się w Krakowie – przy pomniku ziejącego ogniem smoka wawelskiego. Kiedy ona przyszła na miejsce, od razu poznała jego ciemne włosy i uśmiech, a w jego okularach odbijały się promienie słońca. W rękach trzymał kwiaty jej ulubionego koloru – fioletowego. Tak zaczęła się ich wspólna przygoda. 

Reklama
Reklama

Odwiedzali się coraz częściej, choć odległość i praca w zupełnie innych miastach bywała uciążliwa. Z dnia na dzień podejmowali decyzje, by być bliżej siebie. Najpierw on wynajął kawalerkę bliżej Krakowa, potem ona przeniosła się, by być niedaleko, aż w końcu oboje znaleźli się w dawnym mieście królów. Wszystko odbywało się trochę jak w bajce, ale przyszedł pierwszy kryzys. Wydaje się, że kiedy wszystko układa się bezproblemowo, to musi wydarzyć się coś, jakiś czas próby, tak też było w ich przypadku. 

W pierwszych tygodniach nic nie zapowiadało rychłego końca tej miłości. Jednak po 4 miesiącach drogi Klaudii i Rafała rozeszły się. Okazało się, że jednak nie dogadują się tak dobrze, jak przy rozmowach na czacie. Myśleli wtedy, że widocznie tak to już jest z miłością przez internet, szybko się zaczyna i równie szybko kończy. Poddali się, nie chcieli walczyć – być może nie byli sobie pisani, trzeba próbować dalej. Próbowali, oboje odświeżyli swoje konta i wznowili działalność w aplikacji randkowej. Powoli zapomnieli o sobie, ale znów o sobie przypomniał im algorytm. Znów natchnęli się na siebie, tylko pod innymi nickami. 

Przeznaczenie? Pewnie tak! Dziś przepracowali sobie tamte trudne doświadczenia, niewyjaśnione kłótnie. Wiedzą, że aby relacja była trwała, aby związek opierał się na trwałych fundamentach, potrzeba przede wszystkim rozmowy.

Reklama
Reklama

Miłość przez internet jest możliwa, ale wtedy, kiedy zakładasz, że rzeczywiście chcesz poznać osobę po drugiej stronie ekranu. Kiedy wiesz, czego chcesz i nie zakładasz, że jedna porażka decyduje o naszym być razem lub nie być. Dajcie sobie szansę! – mówią jednogłośnie Klaudia i Rafał.

POLECAMY: Wakacje? Dobry czas na pracę. Nad sobą

Marysia i Sebastian

Internet to ogromna przestrzeń, z wieloma możliwościami do poznania nowych osób. Z tej okazji postanowiła skorzystać, także Marysia, która na czas studiów swoje życie związała z Krakowem. W internecie nie szukała miłości, ale po prostu rozrywki i fajnych osób, z którymi czasami mogłaby popisać. Dlatego zdarzało się jej skorzystać z Gadu gadu.

Reklama

Od czasu do czasu wchodziła tam, żeby popisać trochę z obcymi osobami. Zazwyczaj były to jednorazowe rozmowy, bo albo zapominała, albo po prostu rozmówca był nieciekawy.

Pewnego razu, podczas nauki do sesji – a jak wiadomo wtedy wszystko jest ciekawsze – coś ją natchnęło i ponownie postanowiła wejść na Gadu gadu. Wśród wielu wiadomości była ta jedna, od Sebastiana. 

Jedna, druga wiadomość, a później całe mnóstwo. Podobne podejście do życia, takie samo poczucie humoru i okazało się, że mogą ze sobą pisać godzinami. Najpierw rozmowy toczyły się na Gadu gadu, później przeniosły się na Messengera, aż w końcu pojawiły się pierwsze rozmowy przez telefon. 

Akurat ich początki przypadły na czas, kiedy po pandemii, na okres letni wszystko pomału wracało do względnej normalności. Również Marysia, po kilkumiesięcznym pobycie w rodzinnym domu, postanowiła wrócić do Krakowa, do pracy. 

Kiedy okazało się, że Sebastian mieszka właściwie niedaleko, doszli do wniosku, że to najwyższy czas się spotkać. Marysia miała lekkie obawy, bo nigdy wcześniej nie spotkała się z nikim poznanym w Internecie, ale doszła do wniosku, że raz się żyje. Umówili się w środku dnia, w samym centrum Krakowa, tak, aby czuła się jak najbardziej bezpiecznie. Co więcej, cały czas relacjonowała wszystko swoim przyjaciółkom, żeby wiedziały, co się dzieje, gdzie jest i w razie czegoś reagowały. Na szczęście ich “gotowość” nigdy się nie przydała. 

Większość czasu Marysia i Sebastian spędzili nad Wisłą, wiele godzin rozmawiając i żartując. Później były kolejne spotkania i kolejne, aż do teraz. Dziś spotykają się już nie jako kumple, ale jako para zakochanych.

Idąc na pierwsze spotkanie Marysia nie przypuszczała, że jej z pozoru zwykła historia, będzie miała taki niezwykły przebieg. Chciała po prostu spędzić miło czas z nowo poznanym kolegą. Stało się jednak inaczej – dzisiaj nie wyobrażają sobie życia bez siebie, zaręczyli się i planują wspólną przyszłość. Wiedzą, że gdyby nie powrót do korzeni – do Gadu-Gadu – mogliby tylko mijać się na krakowskich uliczkach i wymieniać się mało znaczącymi spojrzeniami. 

ZOBACZ: „Zadaniem rodziny nie jest spokój i stabilizacja”. Co jest najważniejsze w rodzinie? Wyjaśnia ks. Pawlukiewicz

Kasia i Karol

Kasia i Karol to małżeństwo z dziś już 3-letnim stażem. Przyznają, że w rzeczywistości znali się z widzenia z jednej z warszawskich parafii, gdzie Kasia była organistką, a Karol ministrantem. Jednak dopiero Tinder pomógł im odkryć miłość od pierwszego – wirtualnego – wejrzenia.

Kasia przyznaje, że “znalezienie odpowiedniego mężczyzny z wartościami stanowi w tych czasach nie lada wyzwanie”. Pomimo moich usilnych starań i zabiegów nikt odpowiedni nie pojawiał się na horyzoncie. W 2016 roku, mając za sobą 24 lata życia z czego 5 lat studiów prawniczych, byłam już lekko zniecierpliwioną i zaniepokojoną o swój los małżeński niewiastą – wspomina.

Ja z kolei wiodłem spokojne i uporządkowane życie, robiłem doktorat w instytucie naukowym, studiowałem teologię i podróżowałem – wymienia Karol i podkreśla, że rzeczywiście na co dzień mijali się z Kasią w swojej parafii. 

Po kilku miesiącach spojrzałam na Karola w perspektywie potencjalnego kandydata i natychmiast zaczęłam snuć w głowie dalekosiężne plany matrymonialne – relacjonuje Kasia. „Jak wspaniale byłoby mieć za męża takiego porządnego, uczęszczającego codziennie na Eucharystię chłopaka!” – myślała. Serce biło mocniej, głowa tworzyła scenariusze, a jednak… Pan Bóg prowadził to „po swojemu”.

Pewnego dnia Karol zniknął z parafii, a ja wiedziałam jedynie tyle, jak ma na imię. Niepokój i zniecierpliwienie sięgnęły granic – przyznaje Kasia i dodaje, że „niejako w desperacji” zdecydowała się na zainstalowanie aplikacji Tinder, choć w kręgu jej znajomych nie cieszyła się ona zbyt pochlebnymi opiniami.

Na Tinderze założył konto również Karol. Co ciekawe, namówiła go do tego… jego była dziewczyna. Nie byłem specjalnie przekonany do tego pomysłu, ale wiadomo, że w pewnym wieku przestrzeń wirtualna może okazać się pomocna w szukaniu tej jedynej – wyjaśnia. 

Kasia zdecydowanie nie dowierzała, gdy któregoś grudniowego wieczoru 2016 roku Tinder podpowiedział jej właśnie Karola! Nieco się przestraszyłam i w pierwszym odruchu nic nie kliknęłam – mówi. 

Ja również nie kryłem zdziwienia, gdy zobaczyłem na wyświetlaczu telefonu Kasię – wspomina Karol. Wtedy postanowiłem włączać aplikację w godzinach, gdy Kasia była w kościele, tak aby zwiększyć szanse, że ja też jej się pojawię w aplikacji – zdradza. 

Aż w końcu się udało, kliknęliśmy oboje i  ponieważ znaliśmy się z widzenia, to poszło już z górki – opowiada Kasia. Ich, jak mówi, „zakręcona historia” znalazła swój szczęśliwy finał przy ołtarzu, w gorący sierpniowy dzień w 2018 roku. 

Zdaniem Karola – gdyby nie Tinder ich drogi prawdopodobnie nigdy by się nie zeszły. Nic o sobie nie wiedzieliśmy. Nie mieliśmy wspólnych znajomych, mieszkaliśmy i pracowaliśmy w różnych miejscach Warszawy. Nie mogliśmy wiedzieć, że każde z nas poszukuje drugiej połówki – wymienia. Kasia także zdecydowanie poleca odważnie podejść do takiego „poszukiwania” miłości. Nasza historia tylko potwierdza, że wszystko może się zdarzyć i nawet niepozorna aplikacja randkowa jest w stanie skutecznie pomóc w odnalezieniu miłości życia – podsumowuje. 

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę