video-jav.net

Człowiek to nie tylko ciało

Znaczenie wsparcia psychicznego osób chorych bezdyskusyjnie zostało uznane za kluczowe w procesie leczenia. Liczne badania naukowe, ale i doświadczenia pacjentów i ich rodzin, podkreślają ogromną jego rolę w budowaniu motywacji czy radzeniu sobie z sytuacjami stresowymi. Lekarze nierzadko przyznają, że bez tego nawet najlepsze metody leczenia mogą być zawodne.

Katarzyna Binkiewicz
Katarzyna
Binkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Psychoonkologia to względnie młoda, interdyscyplinarna dziedzina nauki. Łączy w sobie psychologię z onkologią. Za jej twórczynię uważa się dr Jimmie Holland, która kierowała Katedrą Psychiatrii i Nauk Behawioralnych Centrum Onkologicznego im. Sloan-Kettering w Nowym Jorku. Początki psychoonkologii w Polsce to rok 1992, kiedy to powstało Polskie Towarzystwo Psychoonkologiczne.

Diagnoza choroby nowotworowej – mimo niewątpliwego postępu medycyny w tej dziedzinie – wywołuje silne emocje i jest sytuacją kryzysową, która przekracza dotychczasowe możliwości adaptacyjne człowieka. Kryzys zdrowia cechuje się przede wszystkim nieprzewidywalnością i zagrożeniem życia i zdrowia, wiązać się może także z ewentualnym zmniejszeniem poczucia kontroli i sprawstwa. Emocje i zachowania, które pojawiają się w chwili diagnozy początkowo mogą być niezrozumiałe zarówno dla samego pacjenta, jak i jego najbliższych czy zespołu leczącego. Chory i jego bliscy potrzebują wsparcia – informacyjnego, emocjonalnego.

 

 

Psychoonkologia opiera więc swoje działania w założeniu, że istnieje kluczowy związek między stanem psychicznym a kondycją fizyczną człowieka i podkreśla znaczenie aspektów psychologicznych w procesie leczenia. Pomoc i wsparcie ze strony psychoonkologa są wielopłaszczyznowe. Może to być zarówno łagodzenie psychologicznych skutków diagnozy choroby nowotworowej, towarzyszenie i pomoc w adaptacji do sytuacji choroby, ale też pomoc w wyrażaniu trudnych emocji takich jak gniew czy złość. Wsparcie psychoonkologa dotyczyć może również budowania nadziei czy motywacji, a także odkrywania i uaktywniania tzw. zasobów osobistych pacjenta. To w końcu również psychoedukacja, obejmująca między innymi techniki redukcji stresu i poprawy samopoczucia – wizualizacje, treningi relaksacyjne czy oddechowe.

Kiedy pojawia się choroba nowotworowa, nie dotyczy ona nigdy wyłącznie jednej osoby, ale całego systemu rodzinnego. Psychoonkolog otacza więc opieką nie tylko pacjenta, ale i jego rodzinę. Może pomóc m.in. w rozładowaniu napięcia, rozumieniu i okazywaniu emocji, ale także w zakresie poprawy komunikacji. Razem z nim rodzina może szukać nowych źródeł wsparcia i sposobów radzenia sobie z sytuacjami trudnymi.

Psychoonkolog towarzyszy pacjentowi i rodzinie od momentu diagnozy przez wszystkie etapy choroby. Charakter spotkań zależy od sytuacji – mogą to być konsultacje indywidualne, z udziałem członków rodziny, ale też grupowe. Najważniejszym oczywiście pozostaje fakt, że to pacjent podejmuje decyzje i wyraża zgodę na spotkanie z psychoonkologiem.

 

Gdzie szukać pomocy?

Psycholodzy i psychoonkolodzy są zatrudnieni w wielu szpitalach na oddziałach onkologicznych i w poradniach. Od początku procesu diagnostycznego powinno się informować – zarówno samego pacjenta, jak i jego rodzinę – o możliwości skorzystania z pomocy tych specjalistów.

Dostępność tego rodzaju pomocy w Polsce jest bardzo różna – uzależnia ją wielkość rejonu i ośrodka leczącego. Na szczęście działa wiele fundacji i stowarzyszeń, które oferują konsultacje ze specjalistami – zarówno z zakresu medycyny, jak i psychoonkologii. Trudno nie wspomnieć chociażby o krakowskim Stowarzyszeniu Unicorn, które w ramach swojej działalności oferuje bezpłatne warsztaty, zajęcia i konsultacje psychoonkologiczne, jak i odpłatne wielospecjalistyczne turnusy psychoonkologiczne.

Wielu psychoonkologów pracuje także w gabinetach prywatnych, oferując pomoc zarówno pacjentom i rodzinom, jak i osobom po zakończeniu leczenia czy w sytuacji utraty kogoś bliskiego. Często jednak ze względu na lokalizację lub ograniczenia fizyczne pacjent nie ma możliwości skorzystania z pomocy psychoonkologa. Dziś jednak nie powinno to stanowić problemu – poradę psychoonkologiczną można bowiem uzyskać w ramach czatu, wideorozmowy czy rozmowy telefonicznej. Platforma PsycheOn.pl, telefon zaufania Fundacji Rak’n’Roll – to tylko niektóre z „miejsc”, w których można uzyskać tego typu pomoc.

 

Człowiek to nie tylko ciało

Badania naukowe od lat jednoznacznie potwierdzają znaczenie i wpływ psychiki na prawidłowe funkcjonowanie organizmu. Psychoneuroimmunologia zajmująca się badaniem zależności między układem nerwowym, hormonalnym i immunologicznym akcentuje silny związek między psychiką, a odpornością immunologiczną. Doświadczanie długotrwałego stresu może istotnie wpływać między innymi na spadek odporności. Motywacja do działania, nadzieja, gotowość do leczenia i współpracy z zespołem medycznym wydają się być kluczowe w procesie zdrowienia, a umiejętność radzenia sobie z napięciem (poprzez chociażby różnego rodzaju techniki relaksacyjne) pozwala przywrócić naturalną równowagę organizmu, a siły zgromadzone w ciele – ukierunkować na walkę z chorobą.

Współczesna psychoonkologia stawia przed sobą wiele zadań. Dotyczą one również psychoprofilaktyki i modelowania działań prozdrowotnych, propagowania zdrowego stylu życia, niwelowania czynników karcerogennych, a także edukacji i wspierania zespołu medycznego zarówno w zakresie poprawy i usprawnienia komunikacji z pacjentem, jak i radzenia sobie z sytuacjami emocjonalnie trudnymi.

Psychoonkolog towarzyszy, wspiera, edukuje, oferuje swoją pomoc na wielu płaszczyznach  – emocjonalnej, poznawczej, informacyjnej. Psychoonkologia staje się (a może już stała się?) integralną częścią leczenia onkologicznego i obok, między innymi dietetyki czy fizjoterapii, podkreśla istotę holistycznego podejścia do zdrowia.

 

Bibliografia:

de Walden-Gałuszko K. Psychoonkologia w praktyce klinicznej. PZWL Warszawa 2011

 

Katarzyna Binkiewicz

Katarzyna Binkiewicz

Psycholog, psychoonkolog, terapeuta. Prowadzi konsultacje, poradnictwo i terapię psychologiczną dla osób doświadczających różnych trudności życiowych, zaburzeń nastroju czy silnego stresu, kryzysów osobistych, niskiego poczucia własnej wartości, trudności w związku z chorobą somatyczną czy w relacjach z innymi. Pracuje również z osobami zmagającymi się z chorobą nowotworową oraz ich rodzinami a także obejmuje specjalistycznym wsparciem osoby w żałobie po stracie bliskich.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Katarzyna Binkiewicz
Katarzyna
Binkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Zwykłe niezwykłe małżeńskie życie

Jak wytrwać w małżeństwie, w chwilach trudnych i nudnych?

Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kiedy umilkną ostatnie echa marszu Mendelssona, a torebki po ślubnych prezentach przestaną walać się po domu, nadchodzi czas małżeńskiej codzienności. Na początku wszystkie zwyczajne rzeczy są ekscytująco nowe: wspólne śniadania i kolacje, wspólne kupowanie kanapy, film obejrzany na nowej kanapie, seks na nowej kanapie, pierwsza ciąża, pierwsze dziecko…

 

A potem nagle wszystko powszednieje. Jak przez mgłę pamiętam urok wspólnych śniadań i nie potrafię powiedzieć, co było w nich takiego przyjemnego. Przecież żadne z nas nie biegało rano po chrupiące bułeczki, jedliśmy wczorajszy chleb i co tam było w lodówce. Teraz śniadania z trójką dzieci to pandemonium: jedno chce płatki, drugie nie chce kanapek ani płatków, a trzecie w ogóle nic nie chce jeść. Gonią się wokół stołu i tylko patrzeć, jak rozleją gorącą kawę. Próbuję się rozdwoić i być jednocześnie w kuchni i przy stole, mąż w łazience. Kolacje wyglądają podobnie, tyle że mąż często jest jeszcze w pracy.

 

Housewife making lunch in kitchen

 

Ideałem dla wielu par jest małżeństwo partnerskie. Definicja, z grubsza, jest taka: wszystko robimy razem i jesteśmy w stanie zastąpić współmałżonka, gdy trzeba. W praktyce oznacza to, że oboje potrafimy ugotować rosół i obsługiwać pralkę, razem sprzątamy i razem chodzimy na zakupy, a także umiemy zmienić pieluchę i podgrzać jedzenie dla niemowlaka i oboje pamiętamy, do której klasy chodzi nasze dziecko, jak się nazywa jego wychowawczyni i gdzie mieszka jego najlepszy kolega.

 

Z moich doświadczeń i obserwacji życia znajomych wynika, że w większości przypadków tak definiowane partnerstwo da się realizować gdzieś do momentu podgrzewania jedzenia dla dziecka. Pierwszego dziecka. Później, w tajemniczy sposób zanika i oto budzisz się pewnego razu i czujesz się, jakbyś była własną matką, masz cały dom na głowie, spoczywa na tobie odpowiedzialność za zawartość lodówki i szafy, menu, logistykę codzienną i logistykę okolicznościową, edukację dzieci, rachunki, porządki domowe i wszystko inne, co tylko jesteś w stanie sobie wymyślić.

 

I jak tu patrzeć na swojego męża miłosnym okiem, kiedy nie ma go w domu, bo pracuje, albo jest w domu, ale myśli o pracy, albo wraca z pracy zmęczony i coś burczy pod nosem…

To oczywiście działa w obie strony. Patrzysz na swoją żonę i zastanawiasz się, co cię w niej pociągało. Jest zawsze zmęczona, zabiegana, zaaferowana szkolnymi sprawami, kupowaniem butów i kurtek zimowych lub wiosennych, wiecznie tyłem do ciebie, bo albo przy zlewie, albo przy kuchence, albo przy pralce. Nie rozumiesz, po co obsesyjnie wszystko prasuje, skoro już sto razy jej mówiłeś, że twoje koszulki wystarczy poskładać, naciągniesz je na sobie i tyle. Mógłbyś płacić rachunki, ale to jej chyba sprawia przyjemność, bo zawsze gdy przychodzi faktura za prąd czy gaz, od razu rzuca się do komputera ustawiać przelewy. Kiedy zaproponowałeś, że pójdziesz na wywiadówkę, odpowiedziała, że woli iść sama, bo ty nic nie zapamiętasz. No trudno, żebyś zapamiętywał i powtarzał wszystkie głupoty, które ludzie plotą na zebraniach. Chciałbyś, żebyście częściej rozmawiali, ale jak pytasz, po co ciągle w kuchni siedzi, to od razu denerwuje się i płynnie przechodzi do recytowania litanii twoich błędów i wypaczeń jeszcze z narzeczeństwa, więc wolisz wyjść do drugiego pokoju, żeby nie tracić energii na kłótnię…

 

para-slonce2

 

Czy życie zwyczajne musi oznaczać trudne i nudne? Oboje jesteśmy zwyczajni jak kiełbasa zwyczajna (porównanie zaczerpnęłam od synafii, która kiedyś pisała świetnego bloga), opatrzeni sobie nawzajem od stóp do głów, nie ma już motylków w brzuchach, nie ma przegadanych nocy, nie ma chemii. Nie dzieje się też nic złego, nie ma awantur i ubliżania sobie. Jest zwyczajne, wspólne życie, wspólny dom, dzieci, kredyt… Ale jest jeszcze sakrament. I to z niego płynie łaska wytrwania w małżeństwie, w chwilach trudnych i nudnych. Łaska daje siłę do zmiany tego, co trudne w to, co pozwala głębiej oddychać. Przydaje się też orędownik w niebie: moim ulubionym świętym, z którego pomocy korzystam w każdej małżeńskiej trudności, jest Jan Paweł II. Nie na darmo jest patronem rodzin. Jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Czarne chmury zbierające się nad naszym małżeństwem zawsze w końcu rozpraszały się i na nowo wyglądało słońce.

 

Zwykłe życie to dobre życie. Uważam, że zawsze warto stosować metodę Polyanny i wszystko, także każdy przejaw małżeńskiej codzienności interpretować na korzyść: patrz, mijają lata, a on ciągle jest przy tobie. Nie wygląda już jak Brad Pitt (wcześniej wyglądał? Gratulacje!), ale zawsze możesz się do niego przytulić. Ty nie wyglądasz jak Jennifer Aniston w najlepszych latach (wyglądasz? Ty szczęściaro!), a on ciągle cię przytula.

 

Wszyscy lubimy rzeczy nowe i niezwykłe. Człowiekowi zawsze źle, zawsze chciałby czegoś innego, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, a trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona. Świat podsuwa nam coraz to nowe zabawki i możliwości przeżywania coraz większych ekscytacji przy użyciu nowego ekspresu do kawy czy nowych butów. A w domu zwyczajnie, bez fajerwerków, na okrągło gulasz, schabowe, naleśniki i pomidorowa na rosole z wczoraj. I przestajemy zauważać te zwyczajne cuda, które dzieją się wokół nas.

 

A jest ich całe mnóstwo. Patrzymy na nasze dzieci, wyrośnięte i pyskate, i dech nam zapiera, bo przecież powstali z dwóch niewidocznych gołym okiem ziarenek, w których był zapisany ich kolor oczu, kwadratowe kolana i sposób, w jaki krzywią nos. Czy to nie jest cud? Patrzę w zaczerwienione od gapienia się w monitor oczy mojego męża i widzę te same miodowe plamki na lewej tęczówce, w których zakochałam się prawie 20 lat temu. Jesteśmy tacy różni, a jednak jesteśmy razem i nawet pokusiłabym się o deklarację, że jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Może to też jakiś cud? Zwłaszcza, że przynajmniej kilka razy w miesiącu najchętniej urwałabym mu łeb. (A nie urywam. Cud za cudem!…)

 

para-rece-piasek

 

Każda wiosna jest takim samym cudem natury. Jeśli nie ekscytuje nas czterdziesta wiosna w naszym życiu to nie dlatego, że akurat ta jest jakaś wybrakowana (kiedyś to były wiosny!…), tylko dlatego, że wszystkie kolejne zlały nam się w jedną, która sprowadza się do tego, że nagle robi się gorąco i dopada nas wiosenne przesilenie. Podobnie jest ze wszystkimi dobrymi chwilami w naszym małżeństwie. Niby było fajnie i od czasu do czasu dalej bywa, ale on znowu zostawił rozlane mleko na kuchennej ladzie. A gdyby rozebrać na czynniki pierwsze każdy nasz dzień, każdą chwilę, to znajdzie się wiele małżeńskich perełek: całus w szyję, gdy zaspana robię śniadanie, namiętne spojrzenie, gdy mąż wychodzi do pracy, mocny uścisk ramion, gdy wraca (dodam, że sama się w te ramiona wciskam, nie to, że on rzuca się na mnie stęskniony), wspólny zachwyt nad naszym trzecim, najmłodszym dzieckiem, obecnie rozkosznym trzylatkiem, zakochanym po uszy w mamusi i tatusiu, dwa kubki herbaty, gdy dzieci już śpią, a my (jakimś cudem) jeszcze nie.

 

Najpiękniejsze słowa wdzięczności, jakie kiedykolwiek usłyszałam od mojego męża, dotyczyły najbardziej banalnej rzeczy pod słońcem. To było jakiś czas temu i oczywiście jednorazowo (mój mąż należy do facetów, którzy jak raz powiedzieli, że kochają, to znaczy, że poinformują dopiero w razie zmiany), ale wzruszyło i ucieszyło mnie bardziej niż 40 róż na urodziny.

 

Powiedział bowiem:

– Kochanie, dziękuję ci, że tak o mnie dbasz, że zawsze w szufladzie mam czyste gacie i skarpety!

 

Umarliście ze śmiechu? Śmiejcie się na zdrowie, a mnie oczy wilgotnieją, gdy tylko sobie przypomnę to zdanie. Dostrzeżenie codziennego trudu, który nie przekłada się na PKB i nie zbawia świata jest wielką sztuką. Docenianie takich zwykłych rzeczy to jest najprostszy sposób na ożywianie relacji.

 

Zwykłe małżeństwo nie równa się nudne. Ale czy nie będzie, to zależy od nas. Od nas samych, powtarzam, od tego, co siedzi nam w głowie, a nie od tego, czy on kupuje jej spontanicznie kwiaty i zabiera na weekend do Paryża, lub czy ona inwestuje w koronkową bieliznę i uwodzi go w wyrafinowany sposób. To są fajne dodatki, ale małżeństwo, dwoje w jednym ciele to przede wszystkim stan umysłu, to powtarzana jak mantra myśl, że jesteśmy razem, bo chcemy być razem, bo tylko razem mamy tę moc, że przetrwamy wszystko ramię w ramię, bo we dwoje jesteśmy niezniszczalni jak karaluchy.

 

para-slonce

 

Warto pamiętać, że nie jesteśmy razem za karę. Każde z nas ma prawo być szczęśliwym i spełnionym. Gdy czujemy, że coś idzie nie tak, że nasz związek skręca w złym kierunku, albo że każde z nas idzie w inną stronę, gdy pojawiają się rzeczy bolesne – trzeba działać, zamiast cierpieć w milczeniu. Żeby zostać świętym, nie trzeba być męczennikiem.

 

Zauważyliście, że prawie ani razu nie użyłam w tym artykule słowa „miłość”? Miłość małżeńska po latach jest tak samo zwyczajna jak kawa w ulubionym kubku, jak ulubiony sweter – niby nic nadzwyczajnego, człowiek nosi ją jak drugą skórę, ale brakuje tchu na myśl, że mogłoby jej nie być, tej miłości, tej osoby przy boku. I ona jest, choć czasem tak przykurzona i zarzucona śmieciami, że trudno ją zauważyć. Ale zawsze można się do niej dokopać, pod warunkiem, że będzie się kopać wytrwale.

 

W naszym małżeństwie romantyzmu jest tyle, co na łebku od szpilki. Ale codziennie rano robię mężowi mocną kawę, jak lubi, a on kupując sałatkę z kebabem pamięta, że lubię z łagodnym sosem. Od czasu do czasu przypominam sobie (jak się dobrze skupię), co mnie w nim urzekło te prawie 20 lat temu. To były jego szerokie ramiona, w których czułam się bezpieczna jak w porcie. I przy każdej okazji wtulam się w niego mocno i pozwalam, by otoczył mnie ramionami i to wystarczy, żebym wybaczyła mu wszystkie małżeńskie błędy i wypaczenia.

 

Oczywiście „wybaczyła”, nie znaczy „zapomniała”.

 

Dorota Smoleń

Dorota Smoleń

Dziennikarka, redaktorka, blogerka, żona, matka trzech chłopców. Autorka książek „Mamo dasz radę!”, „Sześciolatki w szkole” i "Jaś Pierwszoklasista i Połykacz Liter", koordynatorka akcji charytatywnej „Macierzyństwo bez lukru”.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Dorota Smoleń
Dorota
Smoleń
zobacz artykuly tego autora >