Kiedy pojawia się nowotwór, choruje cała rodzina

Osoby wspierające tak samo jak i chorujący mają prawo nie mieć sił; mają prawo mieć gorszy dzień; mają prawo płakać. Nie można od nich wymagać, że zamienią się z dnia na dzień w robota bez uczuć.

Katarzyna Linard
Katarzyna
Linard
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Kiedy dowiadujemy się, że w najbliższym otoczeniu pojawia się pacjent onkologiczny, wszystkie myśli zaczynają krążyć koło niego – jak sobie radzi z diagnozą, jakie są rokowania, jak można chociaż w najmniejszym stopniu przynieść ukojenie. To są naprawdę bardzo dobre przemyślenia, które sprawiają, że chociaż na moment się zatrzymujemy, by dostrzec jak wiele posiadamy. Nie chodzi tutaj wcale o sferę materialną, lecz o zdrowie, o którym w pędzie życia zdarza się nam zapominać, bo wydaje się nam, że posiadamy „cząstkę nieśmiertelności”, a wszystkie choroby świata dotyczą innych, a nie nas.

 

Kiedy pojawia się bezradność

Niejednokrotnie na swojej drodze spotkaliśmy się z określeniem, że gdy w rodzinie pojawia się nowotwór to chorują wszyscy, nie tylko pacjent. Gdy się bliżej im przyjrzymy nietrudno się z tym nie zgodzić. Oczywiście w większości przypadków na pierwszym planie jest chory – nic dziwnego, bo to on fizycznie najbardziej odczuwa ból związany z leczeniem. To jego dotykają skutki uboczne chemio czy radioterapii, to właśnie jego życie mogło zostać zamknięte przez rokowania w ramach czasowych.

Nie można zapominać o tych, będących najbliżej – małżonek, partner, rodzice, rodzeństwo, przyjaciele. Osoby, które dzielą z pacjentem trudy leczenia. Pojawia się jedno z trudniejszych uczuć – bezradność, która rodzi niesamowite cierpienie. Nie są w stanie w stanie wziąć na siebie bólu, który towarzyszy pacjentowi, chociaż tak bardzo by chcieli to uczynić. Ich serce przechodzi katusze z każdym grymasem pojawiającym się na twarzy; czuwają w nocy, by tylko nic nie przeoczyć. Zawsze są obok i służą ramieniem, gdy przychodzi kryzys i brak sił. Stają się cichymi aniołami, na których zawsze można liczyć.

 

Oczekiwania kontra rzeczywistość

Kiedy nowotwór dotknął mnie i moją rodzinę zrozumiałam, że bycie obok wcale nie jest łatwiejsze, chociaż może się tak wydawać, gdy się jest osobą postronną. Jednak to właśnie na barki najbliższych „spadają” wszystkie dotychczasowe obowiązki „powiększone” o te, które wynikają z nowej sytuacji. Kiedy przyjrzymy się dokładniej, naszym oczom może ukazać się przykry widok wypełniony po brzegi oczekiwaniami…

Od osób wspierających wymaga się, że powinny być oparciem dla chorego; że na ich ustach zawsze powinien gościć uśmiech, by nie dodawać pacjentowi zmartwień; że nie mają prawa do gorszego dnia, do braku sił; że powinni być na każde zawołanie. Te przykłady można mnożyć bez końca. Wszyscy chcą wtedy nim sterować jakby był marionetką, a nie człowiekiem posiadającym uczucia. Zatrzymajmy się na chwilę i odpowiedzmy sobie na pytanie jakbyśmy się czuli, gdyby sytuacja, która zostanie przedstawiona personalnie dotyczyła nas:

„Szpitalny korytarz wraz z żoną czekamy na lekarza, który w gabinecie przekazuje informację, że to nowotwór. W jednym momencie biorę się w garść i pytam o szczegóły, o rokowania, o plan leczenia. Tak bardzo boję się, że ją stracę. Pojawia się tyle niewiadomych i lęków. Wracamy do domu, żonie udaje się usnąć po godzinach płaczu, która momentami mieszała się z histerią. To jest mój czas, by poukładać sobie to wszystko. 40 nieodebranych połączeń, niezliczona ilość wiadomości do odpisania. Każda z tych osób wie lepiej ode mnie co jest dla niej lepsze. Część przekonuje mnie, by nie poddawała się leczeniu, nagle każdy staje się jest lekarzem. Muszę zacząć działać. Zarywam noc na sprzątanie i gotowanie obiadu, w między czasie szykuję rzeczy do szpitala. To jest mój czas na zebranie sił. Leczenie daje się we znaki, emocje znowu wzięły górę – za nami kolejna kłótnia. Bardzo bolały mnie te słowa, ale staram się zrozumieć, jak musi być jej ciężko, skoro je wypowiedziała. Przychodzi pora na kąpiel, tak trudno nieść mi do wanny mojego Okruszka, bo właśnie jego mi przypomina. Teraz mógłbym policzyć wszystkie jej kości. Staram się jak mogę być delikatny, ale każdy dotyk sprawia jej ból, którego ja nie mogę odebrać. Od zawsze przerażały mnie szpitale, a teraz jestem tam tak często i walczę ze swoim strachem za każdym razem, gdy tam jesteśmy. Szpitalne krzesło staje się moim łóżkiem, chociaż na chwilę mogę zamknąć oczy, ale czuwam. Muszę być przecież gotowy do działania.” Tę historię mogłabym rozwijać bez końca, by pokazać „drugą stronę medalu”.

 

Dziękuję, że jesteś

Prawda jest okrutna – w większości przypadków nie docenia się osób wspierających. Od nich się tylko wymaga. Kiedy przychodzą w odwiedziny bliscy, nikt nie pyta ich jak w tej trudnej sytuacji oni sobie radzą, czy nie potrzebują wsparcia albo rozmowy. Stają się oni niewidzialni, ich potrzeby przestają istnieć. Osoby wspierające tak samo jak i chorujący mają prawo nie mieć sił; mają prawo mieć gorszy dzień; mają prawo płakać. Nie można od nich wymagać, że zamienią się z dnia na dzień w robota bez uczuć. Nie są oni workiem treningowym, na którym można się wyżyć czy wyrzucić z siebie to co „uwiera”.

Pojawia się pytanie w jaki sposób można osobie wspierającej dodać przysłowiowych skrzydeł? Śmiem twierdzić, że w prostocie siła. Bliscy nie oczekują od chorego, że postawi im posąg czy też dziękowania na kolanach. Wystarczy najmniejszy gest życzliwości – karteczka włożona do portfela z osobistym wyznaniem; przygotowanie ulubionego deseru, takiego, na miarę sił osoby chorej; wspólne obejrzenie meczu, gdy osoba wspierająca jest fanem piłki nożnej. Ogrom magii mają w sobie wypływające prosto z serca słowa „dziękuję, że jesteś”.

 

Katarzyna Linard

Katarzyna Linard

Katarzyna Linard, żona Sebastiana, razem z chorobą onkologiczną otrzymała drugie życie, po brzegi wypełnione wdzięcznością i radością. Organizatorka warsztatów dla osób w trakcie oraz po leczeniu, Autorka e-booka “Jak stałam się RAKietą. Onkomisja” www.rakietakasia.pl/sklep/onkomisja

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Katarzyna Linard
Katarzyna
Linard
zobacz artykuly tego autora >

Pokolenie Tamagotchi traci lajki na Instagramie

Po kilkunastu miesiącach testów Instagram podjął decyzję, aby globalnie ukryć liczbę polubień pod materiałami na swojej platformie. Czy ten zabieg coś zmieni w działaniu „pokolenia Tamagotchi"?

Maciej Skotnicki
Maciek
Skotnicki
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Z każdym rokiem coraz więcej swoich aktywności przenosimy do sieci. Media społecznościowe są dla nad głównym kanałem wiedzy o świecie, ale także szukania akceptacji. Przełomowa decyzja Instagrama o ukryciu liczby reakcji pod materiałami może coś w tym temacie zmienić. 

 

Pić, jeść, spać

Tymi trzema podstawowymi aktywnościami duet raperski Taconafide charakteryzuje swoje pokolenia przyrównując je do japońskiej zabawki popularnej w latach 90. XX w. Sam kawałek „Tamagotchi” śpiewała cała Polska, radia puszczały go co godzinę, a jego przeróbek nie sposób zliczyć. Duet podczas koncertów wypełniał największe sale widowiskowe w Polsce w tym Stadion Narodowy. Czy jednak diagnoza o „pokoleniu Tamagotchi” jest trafiona?

Słuchając całej piosenki można stworzyć profil psychologiczny osoby należącej do owego pokolenia. Jest to osoba między 16 a 25 rokiem życia, z rówieśnikami kontaktuje się przy pomocy komunikatorów internetowych. Ogląda Netflixa oraz zamawia jedzenie przez Uber Eats. Relacje z innymi traktuje powierzchownie skrywając się  między „DM’ami”, czyli wiadomościami prywatnymi, gdzie swoje uczucia przekazuje za pomocą emotikonów. Często ma stany depresyjne, w tym hikikomori.

 

Cały tekst piosenki przesłuchasz poniżej:

 

Więzień własnego pokoju

Ten niepokojący „trend” został po raz pierwszy zauważony i opracowany w Japonii. Hikikomori jest określane przez wielu jako choroba społeczna. Objawia się głównie tym, że osoba dotknięta tym zaburzeniem izoluje się od społeczeństwa. Często przybiera to skrajną postać. Zamyka się ona w swoim pokoju rezygnując z kontaktów towarzyskich i hobby, które wymaga wyjścia na zewnątrz. Ogólnie rzecz ujmując, „wypisuje się” ze społeczeństwa. Jej głównym oknem na świat jest Internet.

 

Płatki śniegu

Źródłem kolejnego spostrzeżenia badaczy młodego pokolenia naszej populacji jest film „Fightclub”. Pada tam stwierdzenie: „Nie jesteś wyjątkowy. Nie jesteś pięknym i niepowtarzalnym płatkiem śniegu”.

„Płatki śniegu” są to osoby wchodzące w dorosłość po 2010 r. Ich głównym problemem są niewielkie umiejętności radzenia sobie ze stresem. To sprawia, że często chorują na depresję, nie potrafią sobie również radzić z problemami i krytyką. Zwracają one też uwagę na swoją indywidualność, co w sposób szczególny przejawia się pogonią za akceptacją przy pomocy mediów społecznościowych. 

 

Ślepa pogoń za fejmem

Żyjemy w kulturze cyfrowego narcyzmu. Wielu z nas chce w jakiś sposób zaistnieć, stać się wpływowym. Internet umożliwia szybkie rozwinięcie naszej „kariery”. Wystarczy założyć profil na jednym z kanałów społecznościowych i zrobić coś, co sprawi, że nasze treści będą miały duży zasięg.

Ale nawet gdy publikujemy zdjęcie na Facebooku lub Instagramie łapiemy się na tym, że zanim to zrobimy, kalkulujemy w głowie, czy owa treść spodoba się innym i zapewni nam choć niewielką popularność. A w czym się objawia szacunek w świecie social mediów? Oczywiście, że lajkami. Gdy ich nie mamy pod swoim postem czujemy podskórnie, że coś jest nie tak. Może to w skrajnych przypadkach doprowadzić do stanów depresyjnych. Znane są też przypadki, że właśnie z takiego powodu młoda osoba popełniła samobójstwo. 

 

 

To właśnie liczba łapek w górę, serduszek czy innych reakcji decyduje bardzo często o tym, czy i my zainteresujemy się daną treścią. I właśnie ta pogoń będzie teraz utrudniona, ponieważ w piątek (15.11) Instagram ukrył liczbę „serduszek” pod postami na swojej platformie.

Testy tego rozwiązania trwały już od 2018 roku. Na początku wprowadzono je m.in. we wspominanej wcześniej Japonii. Od teraz nie zobaczymy już ile lajków zdobyli nasi znajomi czy też popularne w serwisie osoby. To rozwiązanie ma też ukrócić opisywany szeroko proceder kupowania „lajków” przez Instagramerów.

 

Wygląda na to, że Taco Hemingway oraz Quebonafide mówiąc o „pokoleniu Tamagotchi” mieli po części rację. Coraz częściej szukamy akceptacji w odmętach sieci. Idziemy przez to życie nie wypuszczając smartfona z rąk. Coraz częściej nie potrafimy rozmawiać ze sobą na żywo, ponieważ potrafimy się bardzo dobrze komunikować przy pomocy emotikonów i gifów.

Czy zmiana Instagrama coś zmieni? Czas pokaże. Być może zmniejszy to liczbę depresji i w skrajnych wypadkach samobójstw. Jedno jest pewne. Jeśli sami nie zmienimy swojego stosunku do mediów społecznościowych, ukrycie reakcji nic nie da. 

Maciej Skotnicki

Maciek Skotnicki

Social Media Evangelist Stacji7. Fan nowych technologii i nowoczesnych metod marketingu. Absolwent Wydziału Humanistycznego AGH na kierunku kulturoznawstwo. Były prezes stowarzyszenia Studenci dla Rzeczypospolitej. Uzależniony od Netflixa oraz czytania Pisma Świętego.

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Maciej Skotnicki
Maciek
Skotnicki
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap