video-jav.net

Dominikanie od Królowej Tatr

158 lat temu 14-letniej dziewczynce w Tatrach ukazała się Matka Boża. I choć sekret zdradziła tylko jednej osobie, dziś miejsce to jest znane wszystkim turystom i mieszkańcom Podhala. 1 lipca ojcowie dominikanie świętują 60. rocznicę swojej obecności na Wiktorówkach.

Ania Drus
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Był rok 1860. Albo 1861. Wynajęta przez bogatszego gospodarza do pasania jego owiec na Polanie Rusinowej 14-letnia dziewczynka, Marysia Murzańska jest przerażona – powierzone jej stado zniknęło, a zaczęło się zmierzchać i w górach nagle zapanowała mgła. Gdy tak chodziła, płakała i szukała, ciągle modliła się na Różańcu. W pewnym momencie przy jednym ze smereków widzi wielką światłość a w niej Matkę Bożą, która zapewnia ją, że owieczki się znajdą, ale prosi, by Marysia szybko opuściła to miejsce, bo grozi jej tu duchowe niebezpieczeństwo. Chce również, by dziewczynka przekazała ludziom by lepiej dbali o swoją modlitwę, pokutowali za grzechy i nawracali się.

Rzeczywiście, po chwili stado się odnajduje, a Marysia posłusznie schodzi z gór.
O swoim niezwykłym spotkaniu nie rozpowiada wszystkim. Pod obowiązkiem dochowania tajemnicy opowieść przekazuje tylko jednemu pasterzowi, który zresztą później umieszcza w miejscu spotkania Marysi z Matką Bożą – Jej obrazek. Wiadomość o prywatnym objawieniu szerzy się dopiero po śmierci Marysi.
To są właśnie początki niezwykłej kaplicy, którą mijają wszyscy turyści wspinający się na Rusinową Polanę, aby podziwiać panoramę Tatr Wysokich.

Na smereku wskazanym jako miejsce objawienia niepozorny obrazek Matki Bożej wisiał dość długo, bowiem początkowo proboszcz, któremu podlegało to miejsce był sceptycznie nastawiony do opowieści małej pasterki. Okoliczna ludność jednak, już po śmierci dziewczynki, regularnie odwiedzała to miejsce, prosząc Matkę Bożą o opiekę, o pomoc. W pewnym momencie proboszcz zmienia zdanie i z przeciwnika staje się gorliwym obrońcą niezwykłego charakteru tego miejsca. Zleca wybudowanie kapliczki i wyrzeźbienie do niej figurki, którą zawieszają na drzewie wskazanym przez pasterza, który rozmawiał z Marysią Murzańską.
W pierwszych latach znali to miejsce i przychodzili na modlitwę tylko okoliczni pasterze i robotnicy leśni. Kult rozszerza się w pierwszych latach XX w. W latach ’30 wielkim zwolennikiem i promotorem tego miejsca stał się proboszcz z Bukowiny Tatrzańskiej, który początkowo był wrogo nastawiony. Za jego staraniem powstała tam najpierw większa nadrzewna kapliczka, a potem już prowizoryczna kapliczka naziemna. Wprawdzie ta wątła konstrukcja była raz za razem niszczona przez wiatr halny lub pożar, jednak wciąż ją odbudowywano, za każdym razem większą, solidniejszą i piękniejszą. W 1932 r. odprawiono tam po raz pierwszy mszę świętą.

Wielki rozkwit następuję jednak w latach 50., gdy Wiktorówki rozbudowują się znacznie: najpierw poszerzana jest szopa, potem dobudowane do niej krużganki, następnie zakrystia. Tak powstaje najwyżej położone w Polsce sanktuarium Maryjne – to aż 1150 m. nad poziomem morza.

Najpierw przez rok duszpasterstwo prowadzą tu ojcowie marianie, ale gdy rezygnują w 1958 r. biskup krakowski Karol Wojtyła powierza opiekę nad tym miejscem krakowskim dominikanom. Tak z Wiktorówkami związuje się historyk Kościoła, o. Paweł Kielar OP, który każdą wolną chwilę poświęca, aby tu przybywać: służyć jako spowiednik, odprawiać Msze św., głosić kazania.

Wiktorówki początkowo działają sezonowo, głównie w okresie letnim. Chodziło o wsparcie opieką duszpasterską wędrujących po Tatrach turystów, ale również służyć miejscowym góralom, którzy opieki Matki Bożej Jaworzyńskiej, jak nazwali Maryję ukazującą się pasterce, przyzywają we wszystkich swoich potrzebach. W 1971 r., gdy umiera o. Kielar opiekę nad Wiktorówkami przejmuje pochodzący z gór o. Leonard Węgrzyniak OP, który – pomimo trudnych warunków bytowych w 1974 r. osiada tu na stałe. Zamieszkuje w piwnicy pod kaplicą, bez bieżącej wody i prądu.
To on wymyśla, aby na Wiktorówkach oprócz wsparcia duchowego turyści otrzymywali też wsparcie ciała – uruchamia funkcjonującą do dziś “instytucję” gorącej herbaty dla każdego wędrowca, który dotrze aż tutaj.

Nieraz korzysta z niej oddany czciciel Królowej Tatr biskup Karol Wojtyła. W 1961 r. oficjalnie wizytuje to miejsce jako biskup, a ostatni raz jest tu prawdopodobnie tuż przed wyborem na Stolicę Piotrową w 1978 r. Podczas pielgrzymki w 1997 r. miał przybyć do sanktuarium z prywatną wizytą, ale kiedy papieski śmigłowiec przyleciał nad Rusinową Polanę, było tam już tyle ludzi, że nie dało się bezpiecznie wylądować. Pobłogosławił zebranych i poleciał dalej. Natomiast o. Leonard wielokrotnie organizował pielgrzymki do Rzymu i za każdym razem były to niesłychanie serdeczne spotkania Papieża z góralami.

Od 1981 roku o. Węgrzyniak przebywa w sanktuarium cały rok, gdzie oprócz nieustannego rozbudowywania i cywilizowania tego miejsca posługuje także jako ratownik TOPR (wtedy jeszcze GOPR). To z jego inicjatywy przy sanktuarium powstaje dyżurka górskiego Pogotowia.
On też był głównym promotorem koronacji figurki Matki Bożej, do której doszło w 1992 roku.
Ojciec Węgrzyniak posługuje tu aż do 2007 r. Wtedy też dominikanie posyłają do posługi u Matki Bożej Jaworzyńskiej więcej braci. W 2012 r. miejsce staje się oficjalnie domem zakonnym dominikanów i przyjmuje za patrona… św. Jana Pawła II.

Od początku do dnia dzisiejszego Wiktorówki funkcjonują w dwóch wymiarach: jako sanktuarium Maryjne, przyjmujące głównie pielgrzymów-górali oraz jako ośrodek duszpasterstwa tatrzańskiego dla wędrujących po górach turystów. – Nie brakuje świadectw osób, które trafiły tu przypadkowo, przechodząc na Rusinową Polanę, a zatrzymały się na dłużej, poprosiły o rozmowę duchową lub spowiedź – mówi o. Cyprian Klahs, dominikanin, który przez kilka lat pracował na Wiktorówkach. Wspomina świadectwo pewnej kobiety, która znalazła się tu przypadkowo, podczas nabożeństwa usłyszała wezwanie: „Matko szczęśliwych powrotów – módl się za nami”, co odczytała jako boże wezwanie, by powróciła do wiary i do Kościoła.

Ojcowie z Wiktorówek odprawiają nie tylko tutaj Msze św. (codziennie!), ale również chodzą odprawiać niedzielną Eucharystię w schroniskach górskich: na Włosienicy, w Dolinie Roztoki, Dolinie Pięciu Stawów Polskich oraz nad Morskim Okiem. W większość miejsc dojeżdżają samochodem (ze specjalnym wstępem do TPN), ale do Doliny Pięciu Stawów idą piechotą i tam zwykle zostają na noc.
Mieszkanie na Wiktorówkach jest dla ojców wyzwaniem nie tylko duszpasterskim, ale również zwykłym, bytowym. Prąd dostarcza tu jedynie agregat. Za mieszkanie służy niewielki stryszek nad kaplicą oraz piwnica pod nią. Ogrzewają się sami za pomocą opalanego drewnem pieca, lecz w mrozy, z uwagi na brak odpowiedniej izolacji termicznej w ich celach nieraz trzeba zadowolić się ledwie 15 stopniami ciepła.
– Każdy z nas nosi w kieszeni latarkę czołówkę jako jedno z niezbędnych urządzeń – mówi o. Cyprian.
Jedną ze specyfik tego miejsca jest jego jedynie okresowa popularność. Są godziny, gdy tłoczno tu jak w ulu – wystarczy, że zatrzyma się wycieczka 100 dzieciaków. Innym razem za jedyne towarzystwo służą im zaglądające tu czasem dzikie zwierzęta z gór. Najbardziej ciche miesiące w roku to marzec i listopad, gdy zdarza się, że nawet w ciągu 5 dni nikt do nich nie zajrzy.

Istnieje jeszcze jeden wymiar tego miejsca – to symboliczny “cmentarz” ludzi, którzy stracili życie w górach, a których ciał nigdy nie odnaleziono. Swoje tabliczki mają tu zmarli tragicznie ratownicy górscy, taternicy czy zwykli turyści, na zawsze pozostający wśród szczytów. – Często sprawowane są Msze w ich intencji, niemal ciągle palą się tu znicze w miejscu, gdzie są tabliczki z ich imionami – mówi o. Cyprian Klahs.

Z okazji 60. rocznicy obecności Zakonu Kaznodziejskiego na Wiktorówkach w niedzielę 1 lipca odbędzie się tu bardzo uroczysta Msza św. z udziałem m.in. prowincjała polskich dominikanów o. Pawła Kozackiego OP oraz o. Leonarda Węgrzyniaka OP długoletniego duszpasterza tego miejsca. “Będzie można nie tylko spróbować pysznego bigosu, ale i posłuchać kazań o. Krzysztofa Pałysa OP, obejrzeć mini wystawę starych fotografii związanych z dominikanami na Wiktorówkach, ale co chyba najważniejsze: spotkać się ze sobą i powspominać, oraz popatrzeć w przyszłość tego miejsca” – piszą ojcowie w zaproszeniu na uroczystości.

 

 

Ania Drus

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ania Drus
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Największy kołysany dzwon świata pochodzi z Polski

Największy na świecie dzwon kołysany „Vox Patris” („Głos Ojca”), który będzie rozbrzmiewać będzie w Sanktuarium Boga Ojca Przedwiecznego w Trinidade w Brazylii, pochodzi z Polski. Waży 55 ton.

Polub nas na Facebooku!

Wykonała go Pracownia Ludwisarska Jana Felczyńskiego w Przemyślu oraz firma Rduch Bells & Clocks w Czernicy, a odlany został w Metalodlew SA w Krakowie.

Dzwon waży 55 ton, ma średnicę 4,5 m oraz ponad 4 m wysokości. Jarzmo, czyli zawieszenie to kolejne 12 ton, a serce dzwonu waży ok. 2 tony. Oprócz olbrzyma, polscy ludwisarze wykonają dla bazyliki w Trinidade ponad 70 mniejszych dzwonów.

Prace nad „Vox Patris” rozpoczęły się w 2013 r. Towarzyszyły im wielomiesięczne konsultacje, symulacje i analizy naukowo-techniczne ze specjalistami Katedry Odlewnictwa Politechniki Śląskiej oraz Metalodlew SA w Krakowie. Przez właściciela firmy Rduch Bells & Clocks w Czernicy Grzegorza Klyszcza oraz Pracowni Ludwisarskiej Jana Felczyńskiego w Przemyślu Piotra Olszewskiego przygotowana została wizja oraz projekt obrazujący autorskie rozwiązanie odpowiadające skali planowanego obiektu.

Dzwon zrobiony został tradycyjnie ze stopu miedzi (78 proc.) i cyny (22 proc.), dzięki czemu uzyskał niepowtarzalny blask i piękny, głęboki dźwięk. Na jego wykonanie zużyto ponad 60 t metalu. Kolos musiał zostać odlany w całości, co stanowiło nie lada wyzwanie, gdyż w piecu krakowskiego Metalodlewu jednorazowo można przetopić 15 t metalu.

Proces tworzenia dzwonu nie zmienia się od setek lat: najpierw wykonany został rdzeń wewnętrzny, a następnie przy użyciu wzornika ludwisarze stworzyli tzw. dzwon fałszywy odwzorowujący oryginał z naniesionymi zdobnymi inskrypcjami z wosku. Na nim uformowany został płaszcz oddający rzeczywisty kształt i wygląd dzwonu. W wyniku podgrzewania wosk wytopił się, odciskając ornamenty na płaszczu. Po usunięciu dzwonu fałszywego powstałą przestrzeń wypełniono brązem dzwonowym.

Ponad 60 t metalu w ciągu 12 minut wpłynęło do formy z prędkością 150 kg na sekundę, a więc 1500 razy szybciej niż woda z kranu. Forma „Vox Patris” zrobiona została – zgodnie ze starą stosowaną od wieków techniką – z gliny zmieszanej z końskim łajnem. Pozwoliło to na uzyskanie właściwego dźwięku. Ludwisarze z Przemyśla i specjaliści ze Śląska zastosowali przy budowie olbrzyma nowy, wspólnie stworzony szablon poprawiający akustykę. Po raz pierwszy wykorzystano go przy odlewie dzwonu Jan Paweł II dla Królewskiej Katedry na Wawelu i od tego miejsca nazwano go „Royal Bells”.

Dzwon „Vox Patris” popłynie do Brazylii statkiem, a do portu przewieziony zostanie na specjalnej platformie samochodowej.

Sanktuarium w Trinidade zwane jest brazylijską Częstochową. Świątynia położona jest w centralno-zachodniej Brazylii. W miejscu, w którym istnieje, w 1840 r. para rolników znalazła medalion z Trójcą Świętą koronującą najświętszą Pannę Maryję. Dziś podążają tam pielgrzymi z całego świata.

Pierwsza niedziela lipca każdego roku jest obchodzona jako święto Boga Ojca Przedwiecznego. W ciągu poprzedzających je dni odbywają się tam nabożeństwa i procesje, w których uczestniczy ponad 2,5 miliona ludzi. Wielu wiernych odwiedza sanktuarium przez cały rok.

Obecnie Trinidade stało się jednym z największych ośrodków turystyki religijnej. Ze względu na rosnącą liczbę pielgrzymów, rozbudowywane sanktuarium podniesione zostanie do rangi bazyliki mniejszej. W budowanej zaś ponad 100-metrowej wieży znajdzie swe miejsce największy dzwon kołysany na świecie „Vox Patris”, odlany w Krakowie.

Cuda na moście do nieba: Narzeczona

Zbudowane przez s. Michaelę Rak z Polski pierwsze na Litwie hospicjum jest na co dzień miejscem wielu cudów. Oto historia jednego z nich.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Do hospicjum s. Michaeli w Wilnie trafiła młoda dziewczyna, umierająca na raka. Towarzyszył jej codziennie zakochany chłopak. Uwagę wszystkich zwrócił fakt, że ten chłopak był przy niej codziennie, rano i wieczorem opiekował się nią, i – codziennie jej się oświadczał.

Okazało się, że zanim dziewczyna dowiedziała się o swojej śmiertelnej chorobie byli zaręczeni, mieli wyznaczoną datę ślubu. Ale gdy spadła na nich ta przerażająca diagnoza, dziewczyna zaręczyny zerwała tłumacząc: “to nie ma sensu, ja za chwilę umrę”.

I tak to trwało. Ona była coraz słabsza, coraz więcej cierpiała, on – nieustannie ją pielęgnował i się jej oświadczał. Aż pewnego dnia z jej pokoju dało się usłyszeć gwałtowne uderzenie pięścią w stół. S. Michaela pobiegła sprawdzić, co się stało. Okazało się, że chłopak stracił cierpliwość do nieustannych odmów i wybuchając krzyknął: ale umrzesz jako moja żona!

Wtedy ta dziewczyna zgodziła się na ślub.

Natychmiast rozpoczęły się pospieszne przygotowania do ceremonii: sukienka, kwiaty, garnitur. Małżeństwo zawierała z narzeczonym na leżąco, bo nie miała już siły wstawać.

Od tego momentu zaczęło się dziać coś niezwykłego: z dnia na dzień młoda żona czuła się jakby lepiej. Najpierw zaczęła sama wstawać, potem znów dawała radę chodzić. Wreszcie po kilku tygodniach było z nią już tak dobrze, że wypisała się z hospicjum. Zapisała się zaś na powtórne badania.

Okazało się, że rak zniknął. Była zdrowa.

– Wielka jest moc Bożych sakramentów! – podsumowuje dziś s. Michaela.

***

Historię opowiedział nam Grzegorz Kiciński, współpracownik s. Michaeli, prowadzący Fundację Aniołów Miłosierdzia. Pełny tekst rozmowy z nim znajduje się tutaj>>

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Wydanie 153. Anioły Miłosierdzia

Zapraszamy do wydania o Aniołach Miłosierdzia i do budowy Mostu do Nieba, wspólnie z Aniołami Miłosierdzia.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Papież u św. Marty o Kościele i obłudnikach

Prośmy Jezusa, aby zawsze chronił swoim miłosierdziem i przebaczeniem nasz Kościół, który jako matka jest święty, ale jest pełen grzesznych dzieci, takich jak my - modlił się Franciszek na zakończenie homilii w Domu św. Marty 20 września.

Polub nas na Facebooku!

Papież nawiązał do dzisiejszych czytań liturgicznych (1 Kor 15,1-11; Łk 7,36-50), których bohaterem jest Paweł, świadek wiary w zmartwychwstanie Jezusa, kobieta, której Pan przebaczył wiele grzechów oraz gorszący się tym faktem faryzeusze i uczeni w Piśmie a także sam Pan Jezus i Jego uczniowie.

Franciszek podkreślił, że Ewangelista wskazuje na wielką miłość, z jaką kobieta postrzega Jezusa, nie ukrywając swoich grzechów. Podobnie Paweł nie ukrywa, że prześladował Kościół Boży i dodaje: „Przekazałem wam na początku to, co przejąłem; że Chrystus umarł za nasze grzechy”. Zarówno kobieta jak i Paweł szukali Boga z miłością, chociaż z miłością połowiczną. Paweł myślał bowiem, że miłość jest jakimś prawem, a jego serce było zamknięte na objawienia Jezusa Chrystusa, prześladował chrześcijan, ze wzglądu na gorliwość o prawo. Natomiast kobieta szukała „małej miłości”. Wówczas pojawiają się komentarze faryzeuszów, ale Jezus wyjaśnia: „Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała”. Papież podkreślił zgorszenie tym faktem faryzeuszów i uczonych w Piśmie i zaznaczył, że Jezus patrzy na mały gest miłości, mały gest dobrej woli. Zawsze przebacza, zawsze akceptuje.

Następnie Ojciec Święty zauważył, że obłudnicy to nie tylko wydarzenie z przeszłości. Również dzisiaj ludzie gorszą się, gdy wchodzi do kościoła ktoś, kogo uważają za niegodnego.

„Jest to dialog między wielką miłością, która wszystko przebacza, miłością połowiczną Pawła i tej kobiety, a także naszą miłością, która jest niepełna, bo nikt z nas niej jest kanonizowanym świętym. Powiedzmy prawdę. Jest to hipokryzja: obłuda «sprawiedliwych», «czystych», tych, którzy sądzą, że są zbawieni ze względu nas swoje własne zewnętrzne zasługi” – powiedział Franciszek.

Następnie papież zaznaczył, że Kościół był prześladowany w dziejach przez obłudników z wewnątrz i ze zewnątrz.

„Diabeł nie ma nic wspólnego ze skruszonymi grzesznikami, ponieważ patrzą na Boga i mówią: «Panie, jestem grzesznikiem, pomóż mi». Natomiast jest mocny wobec obłudników i wykorzystuje ich do niszczenia ludzi, niszczenia społeczeństwa, niszczenia Kościoła. Koniem bojowym diabła jest obłuda, ponieważ jest kłamcą: ukazuje się jako potężny, piękny książę, a z tyłu jest mordercą” – stwierdził Ojciec Święty.

Papież zachęcił, byśmy nie zapomnieli, że Jezus przebacza, akceptuje i okazuje miłosierdzie, abyśmy byli miłosierni, jak Jezus, a nie potępiali innych, abyśmy zawsze stawiali Jezusa w centrum.

„Prośmy Jezusa, aby zawsze chronił swoim miłosierdziem i przebaczeniem nasz Kościół, który jako matka jest święty, ale jest pełen grzesznych dzieci, takich jak my – powiedział Franciszek na zakończenie swej homilii.

KAI/ad

Pierwsze takie hospicjum [WIDEO]

– Położyłam przy tabernakulum trzy złote i mówię: "Jezu, jesteś ty, mamy trzy złote, zrobimy hospicjum, ja ci ufam". Od tego czasu to "ufam" każdego dnia przeradzało się we mnie w konkretny czyn – mówi s. Michaela Rak. Z tą ufnością buduje na Litwie pierwsze hospicjum dziecięce.

Otylia Sałek
otylia
sałek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

 

 

Każdego roku na Litwie z powodu nieuleczalnych chorób umiera ponad 120 dzieci. Do dziś nie ma dla nich odpowiedniego miejsca. Most do Nieba to pierwsze hospicjum dla dzieci na Litwie. Dzięki Fundacji Anioły Miłosierdzia, dzięki Wam powstanie miejsce, w którym nieuleczalnie chore dzieci będą wstępować na drogę do nieba. Otoczone miłością rodziny i przyjaciół. Chcemy im służyć do końca.

 

Otylia Sałek

otylia sałek

Z wykształcenia psycholog, z zamiłowania śpiewaczka, z Bożego (jak ufa) zamierzenia redaktor portalu Stacja7.pl. Wielbicielka muzyki liturgicznej, kawy i "Przyjaciół" oraz żywy dowód na to, że da się lubić Warszawę i Kraków jednocześnie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Otylia Sałek
otylia
sałek
zobacz artykuly tego autora >

Anioły Miłosierdzia

Ludzi-Aniołów stworzył nam Pan Bóg, byśmy i my mogli coraz bardziej, z dnia na dzień stawać się aniołami

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Są tacy ludzie, którzy jeśli tylko pojawią się w pobliżu nas, robi się jakoś jaśniej, milej, spokojniej, radośniej. Każdy z nas pewnie spotkał kogoś takiego. Ludzie z którymi chce się być, chce się spędzać czas, rozmawiać, przebywać.

Są też tacy ludzie, którzy mają dodatkowy zmysł widzenia rzeczy i sytuacji, których inni nie dostrzegają. Tam gdzie dzieje się krzywda, ktoś potrzebuje pomocy, oni nagle nie wiedzieć skąd pojawiają się niepostrzeżenie i  już są, działają.

Są także i tacy, którzy choćby nie wiem jak nierealne było wyzwanie ale służyć ma innym rzucą wszystko, zostawią swoje życie, podejmą się niemożliwego i co więcej zrealizują to.

Trudno sobie wyobrazić ale są także tacy ludzie – tych jest najmniej – którzy łączą te wszystkie cechy w sobie. Takich ludzi nazywamy Aniołami Miłosierdzia.

Ludzi – Aniołów stworzył nam Pan Bóg, byśmy i my mogli coraz bardziej, z dnia na dzień stawać się aniołami. Aniołowie budują ośrodki dla potrzebujących, schroniska dla bezdomnych, organizują posiłki, pomagają w codziennym, zwykłym życiu. Budują także hospicja, miejsca gdzie Miłosierdzie jest odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Miejsca, w którym jak gdzie nigdzie jest się blisko schodów prowadzących do nieba. Miejsca gdzie żyją ludzie, którzy są dla nas mostem. Mostem łączącym niebo z ziemią. Są dla nas Mostem do Nieba.

Zapraszam wszystkich do wydania o Aniołach Miłosierdzia i zapraszam do budowy Mostu do Nieba, wspólnie z Aniołami Miłosierdzia.


Każdego roku na Litwie z powodu nieuleczalnych chorób umiera ponad 120 dzieci. Do dziś nie ma dla nich odpowiedniego miejsca. Most do Nieba to pierwsze hospicjum dla dzieci na Litwie. Dzięki Fundacji Aniołów Miłosierdzia, dzięki Wam powstanie miejsce, w którym nieuleczalnie chore dzieci będą wstępować na drogę do nieba. Otoczone miłością rodziny i przyjaciół. Chcemy im służyć do końca.

 

Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich korporacjach jak Comarch czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach rodzinnych. Pochodzi z Koziebród - miejscowości, w której znajduje się przepiękne sanktuarium Maryjne.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Aniołowie na Moście do Nieba

Położyła 3 złote przy tabernakulum i powiedziała: “To ode mnie, a reszta w Twoich rękach”. Tak zaczęła się budowa pierwszego na Litwie hospicjum.

Grzegorz Kiciński
Grzegorz
Kiciński
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Osobą, która tak zawierzyła w pracy Jezusowi była s. Michaela Rak. Przyjęła zadanie zbudowania pierwszego na Litwie hospicjum, do którego dziś dobudowuje dziecięcy oddział. Wspiera ją w tym dziele Fundacja Aniołów Miłosierdzia i jej akcja Most do Nieba. Rozmawiamy z Grzegorzem Kicińskim, dyrektorem zarządzającym Fundacji.

 

Skąd się wzięła Fundacja Aniołów Miłosierdzia?

Powstała na prośbę s. Michaeli Rak, której wcześniej pomagaliśmy od czasu do czasu przy sprawach związanych z budową i prowadzeniem pierwszego na Litwie hospicjum. Chodziło o ułatwienie prowadzenia kwesty na ten cel również w Polsce, dokąd wielokrotnie przyjeżdżała po wsparcie. Widzieliśmy to jej zaangażowanie i chcieliśmy też ją jakoś odciążyć, by mogła częściej zajmować się pomocą ludziom umierającym. Przejęliśmy też jako fundacja sprawę koordynowania zbiórki funduszy.

 

A czemu pan osobiście zaangażował się w pracę Fundacji?

To jest łańcuszek przyjaźni. Z siostrą Michaelą zapoznał mnie fundator Fundacji Aniołów Miłosierdzia, który wiedział, że od lat pracowałam przy organizacji zbiórek funduszy na różne chrześcijańskie cele. Czułem w tym Boże prowadzenie, bo sam w życiu też już potrzebowałem jakiegoś nowego zaangażowania. Jednak to nie ja jestem osobą prowadzącą Fundację. Jest nią Maryja, której oddajemy to dzieło. Ja jestem tylko małym osłem, by móc posługiwać najpierw przy budowie tego hospicjum, potem przy jego utrzymaniu. Tego rodzaju zaangażowanie jest bowiem jak odpowiedzialność za rodzinę, za własny dom. Wiemy, że musimy zapewnić pacjentom stale to wszystko, czego potrzebują. Jak własnym dzieciom.

 

Zacznijmy więc od podstawowego pytania: dlaczego Polacy budują na Litwie hospicjum? Jak to możliwe, że w kraju takim jak Litwa – zestawianym często obok Polski pod względem rozwoju – nie było do tej pory ani jednego miejsca opiekującego się terminalnie chorymi?

Więcej, nie było w ogóle opieki paliatywnej w naszym rozumieniu! Nie było nawet litewskiego słowa, którym można by określać miejsce takie jak hospicjum. Niestety Litwa o wiele wolniej wychodzi z pozostałości po świecie dawnej republiki radzieckiej niż Polska z dziedzictwa PRL. Tam naprawdę żyje się biedniej. Wieloletnie zaniedbania i styl działania państwa totalitarnego – odrzucającego wszystkich słabych i chorych – ciągną się do dzisiaj. Do czasu przyjazdu siostry Michaeli na Litwę nikt o opiece nad umierającymi po prostu nie myślał. A już zwłaszcza o opiece nad umierającymi dziećmi. A umiera ich na Litwie, z powodu nieuleczalnych chorób, ponad 120 w ciągu roku.

 

Jedno z nich spotkała na swojej drodze s. Michaela Rak…

Tak, i to spotkanie opowiadamy teraz niemal jak przypowieść. Do hospicjum prowadzonego przez nią przyszła pewnego razu mama, która za rękę trzymała słabiutkiego chłopczyka…

 

…”Patrząc mi w oczy powiedział: Mam raka. Pomożesz mi?, i zaczął płakać. Wzięłam go na kolana, przytuliłam i też płakałam. Obiecałam: „Pomogę ci”. To opowieść samej siostry.

To jej “tak, pomogę” przypomina mi Maryjne “Fiat”, niech mi się stanie. Powiedziała “pomogę”, choć nie miała żadnych warunków, by tę prośbę spełnić. To hospicjum jest budowane na tym jednym słowie, na jednej zgodzie. Na zgodzie, by uczestniczyć w dziele Boga.

 

Na to dzieło wskazuje kilka znaczących zbiegów okoliczności, prawda?

Hospicjum dla dorosłych, które siostra otworzyła w 2006 r. powstało rzut beretem od Ostrej Bramy w Wilnie. To nie wszystko. Siostry z Polski wraz z zadaniem stworzenia takiego miejsca dostały zabytkową plebanię bł. ks. Michała Sopoćki! Tę samą, na której mieszkał malarz, malujący pierwszy wizerunek Jezusa Miłosiernego! Tę samą, do której przychodziła św. Faustyna, aby opowiadać swoje spotkania z Jezusem. W tym “zbiegu okoliczności” siostra znalazła znak dla swojej posługi: ukazywania oblicza Jezusa Miłosiernego w twarzach najsłabszych, umierających, wykluczonych. Poprzez dostęp do dobrej opieki na ostatniej prostej ich życia przywraca im godność.

 

Czy to jej działanie zainspirowało już innych na Litwie?

Zdecydowanie. Siostra jest tam osobą bardzo rozpoznawalną, jak i sama idea budowy hospicjum też. Przyczyniła się nawet do zaprzestania prac nad ustawą legalizującą na Litwie eutanazję. Zrobiła wielki szum medialny, zaprosiła dziennikarzy, polityków do hospicjum, żeby sami porozmawiali o temacie eutanazji z tymi, którzy umierają na nieuleczalne i pełne cierpienia choroby. W związku z tym, że temat był gorący, dziennikarze rzeczywiście przyjechali. To był dla wszystkich pierwszy raz, gdy zobaczyli na żywo jakieś hospicjum, opiekę paliatywną. Do tego zetknęli się z wszystkim, co hospicjum towarzyszy: resocjalizacją więźniów, którzy pracują przy chorych, młodymi wolontariuszami i darmowością.

 

I co ci umierający powiedzieli im na temat eutanazji?

Oczywiście, że nie chcą umierać. Że nie chcieliby z takiej możliwości skorzystać! Nie było nikogo wśród nich, kto by taką możliwość w ogóle rozważał!

 

Poskutkowało…

Tak, tamten projekt upadł, ale nadal powstają kolejne tego rodzaju pomysły. Siostra jednak czuwa, robi swoje. Upowszechnia pomysł opieki paliatywnej w całym kraju przez różne akcje, do których włączają się ludzie z całej Litwy, jak np. sadzenie żonkili. Akcji jest dużo, ale najważniejsza jest opowieść przekazywana z ust do ust: jest miejsce, w którym śmierć nie ma ostatniego słowa.

 

Robi więc trochę taką robotę, jaką u nas podjął ks. Jan Kaczkowski?

Tak, oni się zresztą bardzo przyjaźnili, a wiem, że przyjaźnią się nadal. Siostra przecież często z duszami rozmawia. Ma z kim, bo odprowadziła już do Pana ponad 8 tys. ludzi! Rozmawia więc też na pewno z ks. Kaczkowskim. Rzeczywiście mają podobne zadanie: przypominać nam o temacie śmierci, oswajać go w sposób chrześcijański. Cywilizacja liberalna temat śmierci usuwa albo z niego kpi, ale my przecież od czasu Zmartwychwstania Jezusa i zesłania Ducha świętego żyjemy w czasie zbawionym! Nie musimy patrzeć na temat śmierci z lękiem. Jasne, że się boimy, ale nie musimy na tym się zatrzymywać. Siostra podchodzi do momentu umierania bardzo poważnie, jak do sakramentu, rzeczy najważniejszej.

 

“Most do nieba”…

Właśnie dlatego tak nazwaliśmy akcję. Chodzi o most, po którym umierający łatwiej, spokojniej przejdą do nieba. S. Michaela biega po tym moście tam i z powrotem. Pragnie by ludzie nie wchodzili do nieba jako niewolnicy, tylko jako pogodzeni, bez ciężaru. Żeby po śmierci umieli Chrystusa rozpoznać przez podobieństwo do miłości, jakiej doznali w tym hospicjum. Nawet jeśli Go nie znali w ciągu całego życia, bo nikt im Go nie przepowiadał, to jest szansa, że rozpoznają Go po miłości, której doznali tutaj. Siostra Michaela i wolontariusze robią jednak wszystko, aby w tym hospicjum nie było człowieka, który by nie rozpromienił się w miłości.

 

I słyszałam, że zdarzają się cuda…

Zdarzają się często. Historia pewnej pary narzeczonych, historie godzących się po latach członków rodziny… A ja cały czas mam przed oczami twarz pewnej osoby, która tam umierała. Wcześniej przeżyła bombardowania w Donbasie. Po ucieczce stamtąd dowiedziała się, że ma raka, umiera. Nigdy nie zapomnę jej łez wdzięczności w hospicjum. Po ludzku patrząc jej życie było bez sensu, wszystko w ruinie, ciągle na walizkach, a teraz na dodatek umiera. Ale to był człowiek wdzięczny. To wszystko zdziałała darmowa miłość, jaką został otoczony w tym hospicjum.

 

A tę darmową miłość dają tam wolontariusze. Kim oni są? Skąd się biorą?

Przychodzą z różnych kierunków. Częściowo to studenci medycyny, którzy chcieli zrobić praktykę i zostali na dłużej. Częściowo to też osoby, które zaczęły tu pracować “za karę”, w ramach jakiegoś wyroku za zachowanie – i też zostali, bo zakochali się w tym miejscu. Są więźniowie, byli i obecni, którzy pracując tutaj i służąc umierającym odkryli swoją godność, bo tu poczuli się nieoceniani i ważni. Są też wreszcie harcerze czy niezrzeszeni młodzi, którzy dowiedzieli się o tym miejscu od swoich przyjaciół. Źródeł ich napływu jest bardzo wiele.

 

I rozumiem, że rąk do pracy nie brakuje?

Pracy tam jest tak dużo, że ludzi do niej zawsze będzie za mało. Siostra ma ciągle mnóstwo pomysłów, co jeszcze dobrego można zrobić. Zwłaszcza teraz, gdy powstaje oddział dziecięcy hospicjum. Umierające dzieci to przecież zupełnie inny temat, niż umierający dorośli. Także pracy zawsze dla nowych ludzi będzie tam pod dostatkiem. Most do nieba nie jest tylko jeden – jest ich tyle, ile serc.

 

Grzegorz Kiciński

Grzegorz Kiciński

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Grzegorz Kiciński
Grzegorz
Kiciński
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Litwa gotowa na przyjęcie papieża. Franciszek przyleci już w sobotę

Litwa jest gotowa na przyjęcie papieża. Czekamy na ducha i na słowa, które Franciszek przekaże jej mieszkańcom - mówi abp Gintaras Grušas, metropolita Wilna. Pielgrzymka Franciszka na Litwę rozpocznie się już 22 września.

Polub nas na Facebooku!

Dokładnie w sobotę 22 września własnie w Wilnie rozpocznie się 4-dniowa pielgrzymka Franciszka do krajów bałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii. Na Litwie będzie 2 dni i odwiedzi Wilno i Kowno. Na Łotwie spędzi dzień, w Estonii także.

Na Litwie trwają ostatnie przygotowania na przyjęcie papieża. Metropolita Wilna zauważa, że „o ile Jan Paweł II przyjechał na początku naszej niepodległości, by umocnić nas, gdy budowaliśmy kraj po pięćdziesięciu latach okupacji, to Franciszek przyjeżdża w czasie, gdy stawiamy czoła nowym wyzwaniom, zarówno dla wiary, jak i dla społeczeństwa: emigracji, problemom społecznym, moralnemu klimatowi Europy, który ma wpływ również na nas, itp.”. –  Myślę, że siła świadectwa Franciszka, gdy znajdzie się on pośród nas, da potężny impuls naszej wierze i nadziei – zaznaczył hierarcha.

Abp Grušas wyraził nadzieję, że mieszkańcy tego kraju „wyciągnęli wnioski” z tego, co usłyszeli podczas wizyty św. Jana Pawła II z 1993 roku. – Papież zwracał się do nich w szczególnym czasie i wypowiedział bardzo mądre słowa. Mam nadzieję, że będziemy również potrafili wysłuchać słów, które skieruje do nas Franciszek dzisiaj, w obliczu wyzwań naszej obecnej sytuacji historycznej i że będziemy postępowali zgodnie z nimi, gdy papież już wyjedzie – powiedział arcybiskup Wilna.

Według informacji udzielonych przez abp. Grušasa w spotkaniu papieża z młodzieżą 22 września na Placu Katedralnym w stolicy Litwy weźmie udział co najmniej 30 tys. osób. Tyle bowiem zarejestrowało się na to wydarzenie i zostały dla nich przygotowane sektory w centralnej części placu. Pozostała część placu Katedralnego i przyległe ulice będą dostępne dla wszystkich chętnych, bez konieczności uprzedniej rejestracji. – Z pewnością więc uczestników spotkania z papieżem będzie znacznie więcej – stwierdził abp Grušas.

Ujawnił też, że podczas spotkania z młodzieżą będzie obecny oryginalny obraz Jezusa Miłosiernego z sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Papież odwiedzi też wileńską katedrę, gdzie modlić się będzie przed relikwiami św. Kazimierza.

KAI/ad

Franciszek spotkał się z Bono z U2

Papież Franciszek przyjął wczoraj w Domu Św. Marty lidera zespołu U2 - Bono. Spotkanie miało związek z zaangażowaniem piosenkarza w walkę na rzecz dostępu do edukacji w krajach rozwijających się.

Polub nas na Facebooku!

Spotkanie odbyło się 19 września po południu i trwało godzinę. Wyraźnie poruszony później Bono mówił dziennikarzom, że papież jest niezwykłym człowiekiem i że jako Irlandczyk z pochodzenia, pozwolił sobie wobec niego na szczerość. – Rozmawialiśmy o tym, co wydarzyło się w Kościele w Irlandii, pozwoliliśmy sobie nawet na dyskusję. Powiedziałem mu o moim wrażeniu, że ci, którzy skrzywdzili niewinnych nadużyciami byli bardziej chronieni, niż ich ofiary. Zobaczyłem wtedy ból na jego twarzy, i myślę, że był szczery. On jest niezwykłym człowiekiem w niezwykłych czasach – mówił lider U2 w rozmowie z dziennikarzem Familia Christiana.

To nie pierwszy raz, gdy lider U2 spotkał się z głową Kościoła katolickiego. W 1999 r. przyjął go na audiencji Jan Paweł II, zaś 10 lat później – w 2009 r. papież Benedykt XVI podczas spotkania z artystami w kaplicy Sykstyńskiej. 

Bono jest zaangażowany w działalność organizacji One, działającej na rzecz dostępu do edukacji w krajach rozwijających się. Zasadniczym celem spotkania z Franciszkiem było omówienie zasad wspólnego działania One z papieską fundacją Scholas Occurentes, działającą na tym samym polu. 

 

Scholas Occurrentes to inicjatywa skierowana do młodych ludzi na świecie, początkami sięga Buenos Aires w 2001 roku, kiedy Jorge Bergoglio był arcybiskupem tego miasta. Z jego inicjatywy powstała wtedy fundacja pod nazwą “Escuela de Vecinos” (Szkoła sióstr), integrująca uczniów szkół publicznych i prywatnych, wszystkich religii, aby kształcić młodych ludzi w zaangażowaniu na rzecz wspólnego dobra. Później przekształciła się w obecną Scholas Occurrentes, którą kieruje papież Franciszek. Współpracuje ze szkołami i środowiskami edukacyjnymi, zarówno publicznymi, jak i prywatnymi oraz wszystkimi zaangażowanymi na rzecz dostępu do edukacji stowarzyszeniami religijnymi i świeckimi.

ad/Stacja7

Nieznane dotąd katechezy św. Jana Pawła II ukażą się drukiem

Św. Jan Paweł II po powrocie z Sobory Watykańskiego II odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej i Grecji. Wizyta na Areopagu, gdzie św. Paweł wygłosił w starożytności słynną mowę tak go zainspirowała, że napisał cykl rozważań, dotychczas nigdzie nie publikowanych. Wkrótce ukażą się drukiem.

Polub nas na Facebooku!

Odkryte niedawno w przepastnym archiwum pamiątek po Papieżu Polaku kazania opublikuje Wydawnictwo Literackie, któremu takie zadanie powierzył kard. Dziwisz, wiloletni sekretarz św. Jana Pawła II. Książka nosi tytuł „Kazanie na Areopagu. 13 katechez” i po raz pierwszy będzie pokazana 27 września na konferencji prasowej. Także wtedy wydawnictwo zaprezentuje rękopis nieznanego dzieła. Do księgarń dzieło trafi 3 października.

„Lektura tekstów katechez była dla mnie osobiście podróżą w jakże żywe wspomnienia papieża pogrążonego w Bogu. Głębia katechez odzwierciedla doskonale to jego niesamowite spojrzenie na świat z perspektywy wspólnoty z Ojcem, Synem i Duchem Świętym” – napisał we wstępie do publikacji kard. Stanisław Dziwisz.

– Gdy po trzynastu latach od odejścia Jana Pawła II ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz powierzył Wydawnictwu Literackiemu publikację odnalezionych niedawno w ogromnym archiwum katechez o kazaniu św. Pawła na Areopagu, dotychczas nieznanych, odebraliśmy to jako wielkie wyróżnienie, a także wyzwanie wydawnicze – podkreśla Anna Zaremba-Michalska, Prezes Zarządu Wydawnictwa Literackiego.

Wartość katechez przyszłego papieża jest ogromna. To teksty ponadczasowe, które z upływem lat tylko zyskują na sile i aktualności. Znawcy historii Kościoła znajdą tu wiele tematów, które wyznaczały charakter pontyfikatu Jana Pawła II. Arcybiskup krakowski rozmyśla o prawdzie, wolności i relacji chrześcijaństwa wobec innych religii. Przede wszystkim jednak biblijne medytacje służą odkryciu istoty religii i wiary. Karol Wojtyła po raz kolejny jawi się w tych tekstach jako mistrz lektury Pisma Świętego – zaprasza do wędrówki w głąb siebie i odkrywania prawdy. Podobnie jak dawno temu św. Paweł, powoli i cierpliwie prowadzi czytelników oraz słuchaczy ku najważniejszym pytaniom, jakie ludzkość może postawić.

„Ze względu na (…) konstrukcję, syntetyczność i skrótowość, szerokość i głębię spojrzenia trzeba stwierdzić, iż mamy tu do czynienia z jednym z najważniejszych dzieł biskupa z Krakowa. Bez wątpienia (…) stanowić będzie cenne narzędzie nie tylko w myśleniu o wierze, ale i w jej przekazywaniu w czasach, kiedy Bóg na nowo stał się dla wielu <Bogiem nieznanym>. Każdy, kto dzisiaj staje oko w oko z wyzwaniami współczesnego świata i chce w nim mówić o Bogu, prowadząc od konkretnej sytuacji Jego zaćmienia i zapoznania wśród ludzi do rozpoznania, powinien poświęcić wiele uwagi temu, co i jak Wojtyła zapisał w swoich katechezach (…) bowiem to nie tylko intelektualna przygoda odkrywania prawdy chrześcijaństwa, ale i praktyczny przewodnik, jak dzisiaj mówić o Bogu” – napisał ks. Robert J. Woźniak we wprowadzeniu teologicznym.

Udało się odtworzyć najważniejsze okoliczności powstania tego dzieła. Pod koniec 1963 roku Karol Wojtyła wraz z innymi uczestnikami Soboru Watykańskiego II, po zakończeniu drugiej sesji obrad, odbył pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Po drodze odwiedzili Grecję. Zatrzymali się też na ateńskim Areopagu, gdzie 2 tysiące lat wcześniej św. Paweł wygłosił kazanie, o którym mowa w Dziejach Apostolskich. Karol Wojtyła zauroczony greckimi zabytkami a przede wszystkim będąc pod wrażeniem doniosłości dokonań soboru, powrócił myślami na Areopag kilka lat później – w 1965 lub na początku 1966 roku – i zaczął spisywać swoje rozważania. Oddaje się biblijnej medytacji, podąża śladami św. Pawła i słowo po słowie analizuje kazanie Apostoła wygłoszone do Ateńczyków. Tak powstaje cykl 13 lekcji, w centrum których znajduje się wspominany przez św. Pawła ołtarz z napisem „Nieznanemu Bogu”.

KAI/ad

Co powiedzieć rodzicowi po stracie dziecka?

Kiedy umiera dziecko, każde z rodziców jest w swojej żałobie. Tym samym mogą mieć oni inne „zapotrzebowanie” na wsparcie. Najważniejsze jednak, co możemy zrobić, to być. Towarzyszyć.

Katarzyna Binkiewicz
Katarzyna
Binkiewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Żałoba to proces mierzenia się z wieloaspektowym smutkiem i bólem wynikającym z utraty naszego bliskiego. Jest to także proces stopniowej adaptacji do życia bez niego. Jej przebieg i charakter zależny jest od wielu czynników. Mają na niego wpływ okoliczności śmierci, relacja ze zmarłym, umiejętności radzenia sobie czy wsparcie społeczne. Strata dziecka to strata szczególna, bo jest to strata absolutnie wbrew naturze. Zaburza porządek świata. Rodzice tracą nie tylko dziecko. Tracą też cały wyobrażony świat, plany i marzenia związane z nim. Doświadczają więc kilku strat – po dziecku, po swoich marzeniach z nim związanych, a także po sobie – w roli ojca i matki.

Żałoba to proces absolutnie indywidualny. Nie ulega jednak wątpliwości, że w tym czasie, czasie mierzenia się ze stratą każdy z nas potrzebuje wsparcia.

 

Jak wspierać rodziców po stracie dziecka?

Przede wszystkim dobrze pamiętać, że każde z rodziców jest w swojej żałobie. Tym samym mogą mieć też inne „zapotrzebowanie” na wsparcie. Najważniejsze jednak, co możemy zrobić, to być. Towarzyszyć. Dać przestrzeń do ugłośnienia emocji i uczuć, do nazwania ich. Dać prawo do płaczu, smutku, złości. Słuchać, akceptować, nie oceniać, zachęcać do rozmowy. Z pewnością nie można unikać tematu dziecka, udawać, że nic się nie stało. Rodzice często wspominają, że ta „zmowa milczenia” dotycząca ich zmarłego dziecka jest bardzo trudna do zniesienia, często o wiele trudniejsza niż wspomnienia o nim.

Co możesz zrobić? Nie narzucaj się, ale przypominaj o sobie, proponuj konkretną pomoc (zrobienie zakupów, ugotowanie obiadu, wyjście na spacer). Nie lituj się. Jeśli nie wiesz, jak się zachować, co powiedzieć – powiedz to. Krótkie i szczere: „Nie wiem, co mam powiedzieć. Bardzo mi przykro.” będzie zdecydowanie lepsze niż „Wszystko będzie dobrze, ułoży się”.

Pytaj o potrzeby. To najczęściej powtarzana i podkreślana przeze mnie kwestia, kiedy spotykam się z osobami wspierającymi. Nasze potrzeby i pomysły dotyczące tego, czego potrzebuje teraz nasz bliski w żałobie – choć wypływające ze szczerego serca, mogą być zupełnie nieadekwatne do jego potrzeb. Dlatego zawsze warto pytać. Proponować i pytać: „Czego potrzebujesz? Co mogę dla Ciebie zrobić? Może ja coś zaproponuję, a Ty powiesz czy masz na to ochotę?”.

Warto także zaproponować wizytę u psychologa czy – w razie potrzeby – u psychiatry.

 

Czego nie mówić rodzicom doświadczającym straty?

Jest wiele zwrotów i słów, które – z pozoru wspierające – mogą potęgować ból albo blokować przeżywanie żałoby.

→ „weź się w garść”
→ „nie płacz”
→ „musisz żyć normalnie”
Sytuacja w której znalazł się Twój bliski nie jest normalna. Płacz i wszystkie inne reakcje emocjonalne, które mu teraz towarzyszą są potrzebne, by przeżyć stratę, której doświadcza.

→ „wszystko będzie dobrze”
→ „wiem, co czujesz”
Nawet jeśli doświadczyłeś podobnej straty, to była Twoja strata. Mogłeś doświadczać zupełnie innych emocji i uczuć.

→ „jeszcze będziesz miał całą gromadkę dzieci”
→ „to nie było dziecko” (w sytuacjach wczesnych poronień)
→ „musisz być silna, masz jeszcze inne dzieci”
Rodzic mógłby powiedzieć “Ale jedno z nich straciliśmy i chciałabym, żebyś nie umniejszał jego wartości”

→ „nie myśl już o tym”
To właśnie czas, kiedy rodzic myśli o swoim dziecku i stracie najintensywniej. Pozwól mu na to.

 

To tylko niektóre ze sformułowań, przy używaniu których należy być bardzo czujnym i delikatnym. To, co dla jednego będzie wspierające, u drugiego może wywołać złość bądź smutek. W żałobie mamy prawo doświadczać pełnej gamy emocji. Możemy przechodzić przez różne fazy – złości, szoku, depresji, lęku. Czas żałoby jest właśnie po to, by doświadczyć tych wszystkich stanów, by je nazwać, wyrazić, wypłakać lub wykrzyczeć – jeśli jest taka potrzeba. Nieocenionym wsparciem dla osób w żałobie jest… obecność. Życzliwe towarzyszenie, uważne i empatyczne wspieranie.

 

Katarzyna Binkiewicz

Katarzyna Binkiewicz

Psycholog, psychoonkolog, terapeuta. Prowadzi konsultacje, poradnictwo i terapię psychologiczną dla osób doświadczających różnych trudności życiowych, zaburzeń nastroju czy silnego stresu, kryzysów osobistych, niskiego poczucia własnej wartości, trudności w związku z chorobą somatyczną czy w relacjach z innymi. Pracuje również z osobami zmagającymi się z chorobą nowotworową oraz ich rodzinami a także obejmuje specjalistycznym wsparciem osoby w żałobie po stracie bliskich.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Katarzyna Binkiewicz
Katarzyna
Binkiewicz
zobacz artykuly tego autora >
KOŚCIÓŁ

Wołanie o głos rozsądku – psycholog Ewa Kusz

O skrajnych narracjach, narastającej złości, grupach skrzywdzonych i oczekiwaniu na odpowiedź - Ewa Kusz, psycholog ze Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich zabiera głos w sprawie krytyki Kościoła w związku z nadużyciami niektórych duchownych.

Polub nas na Facebooku!

Wołanie o głos rozsądku, aby wspólnie budować kulturę ochrony dzieci i młodzieży

Głos krytyki Kościoła w związku z ujawnieniami przypadków wykorzystywania seksualnego przez niektórych duchownych staje się coraz mocniejszy. Krytyka dotyczy nie tylko samych czynów krzywdzących dzieci i młodzież, ale coraz wyraźniej także niewłaściwych działań przełożonych kościelnych a nawet ich bezczynności, jak również ukrywania faktów przez innych księży oraz świeckich.

 

Skrajne narracje

W przestrzeni publicznej w Polsce, funkcjonują dwie skrajne narracje. Z jednej strony broni się Kościoła w Polsce wskazując, że całemu skandalowi winne jest lobby homoseksualne w Kościele, które korzysta z bezkarności. Są głosy, które powołują się na przekonanie, że polski Kościół nie ma takiego problemu jak Zachód, bo u nas komunizm zlikwidował szkolnictwo katolickie, internaty, zakłady wychowawcze itp., przez co został wyeliminowany instytucjonalny, słabo kontrolowany dostęp księży i zakonników do dzieci i młodzieży. Inni argumentują, że polską religijność – inaczej niż na „zlaicyzowanym” Zachodzie – cechuje mocna więź wiernych z duchowieństwem, która miałaby zdecydowanie osłabiać ryzyko występowania takich przestępczych działań. Poza tym, zdaniem niektórych, radzimy sobie w Polsce lepiej niż w innych krajach, bo już od 2009 r. mamy własne wytyczne i robimy, co należy, by umożliwić osobom poszkodowanym zgłoszenie doznanej krzywdy, a od 2015 r. mamy wyszkolonych delegatów i duszpasterzy oraz dokument o prewencji, który stopniowo jest wprowadzany w życie i na szeroką skalę – jak żadna inna instytucja w Polsce – szkolimy duchowieństwo w zakresie ochrony dzieci.

Z drugiej strony lansowana jest narracja, że przyczyną „pedofilii w Kościele” jest celibat, co miałoby uzasadniać pogląd, że wykorzystywanie seksualne małoletnich jest przede wszystkim problemem duchowieństwa katolickiego, zaś przełożeni kościelni nic z tym nie robią, chronią sprawców, przenosząc ich z parafii do parafii, nie słuchają ofiar, a nawet się z nimi nie spotykają. Nabożeństwa w intencji ofiar to obłuda i udawanie, że coś się dla ofiar robi. Zdaniem niektórych rozwiązania kryzysu należy szukać we włączeniu świeckich, zwłaszcza kobiet, w zarządzanie Kościołem. Pomysłów tak po jednej jak i po drugiej stronie na to, jak Kościoła bronić lub jak go atakować jest z pewnością jeszcze więcej. Zwolennicy jednej i drugiej narracji okopali się w swoich uprzedzeniach i zrozumienie zjawiska wciąż się oddala ze szkodą dla oczyszczania się Kościoła i ze szkodą dla całościowej profilaktyki nie tylko w Kościele, ale przede wszystkim w społeczeństwie.

 

Narastająca złość

Nie zrobiliśmy jak dotąd skutecznego rozeznania skali zjawiska. Ten brak niepokoi sumienia wielu wierzących. Nie znając skali, nie jesteśmy w stanie przeprowadzić analizy czynników ryzyka typowych dla Kościoła w Polsce, co za tym idzie mamy utrudnione budowanie systemu prewencji

Tematyką wykorzystania seksualnego w Kościele zajmuję się od około 10 lat, ale nie dlatego, że ktoś mnie „mianował”, tylko dzięki różnym spotkaniom. Zależało mi, i nadal zależy, aby Kościół, którego jestem częścią, wyciągnął wnioski z doświadczeń złych i dobrych w USA, Irlandii, w Niemczech i w innych krajach, gdzie krzywdzenie dzieci przez duchownych zostało zauważone wcześniej i gdzie mimo błędów i dramatycznych zahamowań podjęto szereg dobrych działań, aby naprawiać krzywdy z przeszłości ułatwiając zdrowienie ofiar, podejmować dialog przełożonych z wiernymi i tworzyć system prewencji, aby skutecznie chronić dzieci i młodzież przed potencjalną krzywdą również poza środowiskiem kościelnym. Ze smutkiem muszę powiedzieć, że jako Kościół w Polsce nie uczymy się wiele od innych. Nie zrobiliśmy jak dotąd skutecznego rozeznania skali zjawiska i ten brak niepokoi sumienia wielu wierzących. Nie znając skali zjawiska, nie jesteśmy w stanie przeprowadzić analizy czynników ryzyka typowych dla Kościoła w Polsce, w tym specyfiki kultury klerykalnej i co za tym idzie mamy bardzo utrudnione budowanie koherentnego systemu prewencji. Pomimo wyszkolenia dużej grupy delegatów ze wszystkich diecezji i z wielu prowincji zakonnych, dane kontaktowe większości z nich nie są opublikowane. Mimo uwrażliwiania, że osobę skrzywdzoną należy przyjąć, wysłuchać i zapewnić jej pomoc, co jest zapisane również w Wytycznych, to zdarza się, że gdy osoba zgłaszająca swoją krzywdę jest dorosła, traktuje się ją jak przeciwnika, a nie jak osobę, która pomaga Kościołowi się oczyścić. Bywa, że związana z tym ponowna trauma odnawia całe cierpienie i upokorzenie. Nie wszędzie jest oferowana pomoc psychologiczna, prawna i duszpasterska. Dlaczego tak się dzieje – do końca nie wiem. Myślę jednak, że oprócz typowych również dla innych kościołów mechanizmów obronnych, sporym utrudnieniem jest wyobrażenie o jakiejś szczególnej misji polskiego Kościoła wobec zlaicyzowanego Zachodu.

Nie jest jednak prawdą, że nic się nie robi, że nikt nie słucha ofiar, że wszyscy w Kościele boją się rozpoznania skali zjawiska.

Wobec nie dających się ukryć błędów i wobec milczenia przełożonych kościelnych, w społeczeństwie, którego większość należy do Kościoła, narasta złość i oburzenie, i oczekiwanie na jasną odpowiedź na zło, które potwierdzone przez wyroki sądowe, jest ujawniane z wieloma szczegółami. Nie jest jednak prawdą, że nic się nie robi, że nikt nie słucha ofiar, że wszyscy w Kościele boją się rozpoznania skali zjawiska. Są diecezje i zakony, gdzie niezależnie od tego, jaką dany delegat ma funkcję, z pełną wrażliwością słucha ofiar, zapewnia wsparcie i w sposób kompetentny podejmuje swoje zadania. Wielu delegatów prowadzi lub organizuje szkolenia w różnym wymiarze godzin i w różnych konfiguracjach. Część szkół katolickich jest coraz bardziej świadoma zadań związanych z ochroną dzieci i młodzieży i wprowadza własne programy.

 

Grupy skrzywdzonych

Czy delegaci i przełożeni kościelni odpowiadają na potrzeby ofiar? To pytanie nie ma jednej odpowiedzi, bo nie ma jednej „grupy ofiar”.  Każda z tych osób jest inna. To, co je łączy to krzywda, której doświadczyli, pragnienie sprawiedliwości i potrzeba wsparcia

Czy delegaci i przełożeni kościelni – diecezjalni i zakonni – spotykają się z ofiarami, słuchają ich i odpowiadają na ich oczekiwania i potrzeby? Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi, bo nie ma jednej „grupy ofiar” i w związku z tym jednego głosu. Każda z tych osób jest inna. To, co je łączy to krzywda, której doświadczyli, pragnienie sprawiedliwości i potrzeba wsparcia. Jednakże każda z osób pokrzywdzonych przeżywa i rozumie to inaczej. Jeśli miałabym dokonać jakichś rozróżnień i jakiegoś „podziału na grupy”, to rozróżniłabym trzy podstawowe grupy. Do pierwszej należą osoby, których głosem jest pan Marek Lisiński, przewodniczący Fundacji „Nie Lękajcie Się”, jedynej jak dotąd zorganizowanej grupy dorosłych już ofiar wykorzystania przez księży. Jest to głos, którego podstawową tezą jest twierdzenie, że biskupi nic nie robią. Słowa lub nabożeństwa się nie liczą, prewencja jest na dalszym planie. Chcą konkretów, z których najważniejszym wydaje się być wypłacenie ofiarom odszkodowań.

Do drugiej grupy zaliczyłabym osoby, które mają kontakt z przełożonymi i delegatami, czują się wysłuchane i mają wsparcie wewnątrz Kościoła. Są w procesie zdrowienia i nie mają silnej potrzeby ujawniania się poza kręgiem bliskich i wspierających ich osób. Jest też trzecia grupa osób, które nie odnajdują się w narracji Fundacji „Nie Lękajcie Się”, i mają trudność uwierzyć, że Kościół jako instytucja będzie chciał im pomóc. Te osoby jeszcze nie zgłosiły doznanej krzywdy ani do organów ścigania ani do przełożonego kościelnego. Im mogłyby pomóc konkretne przykłady pozytywnych doświadczeń. Nierzadko boją się zgłosić do Kościoła, bo wiedzą, że ich zgłoszenie w każdym przypadku trafi do prokuratury, nawet jeśli jest przedawnione. Może też roznieść się w środowisku, w którym żyją. Potrzebują czasu i skutecznej pomocy, by mogły przejść przez procedurę zgłoszenia. O tych osobach wiedzą psychoterapeuci i duszpasterze. Obydwie opisane w pierwszej części komentarza uproszczone narracje – ani ta tłumacząca lub wybielająca Kościół, ani ta uważająca kler katolicki za środowisko najwyższego ryzyka – nie pomagają tym, którzy skrzywdzeni, dzisiaj jeszcze milczą.

Wezwania, by opublikować listę księży oskarżonych oraz udostępnić archiwa kurialne budzą we mnie niepokój. Uważam, że należy przeprowadzić systematyczne badania tak statystyczne, jak i analityczne (jakościowe), które powinny zostać zlecone fachowcom, przeprowadzone z poszanowaniem praw wszystkich, których mogą dotyczyć i przedstawione publicznie. Krytyczne reakcje różnych środowisk, w tym prawniczych i terapeutycznych, na publikację przez Ministerstwo Sprawiedliwości jawnej części rejestru osób skazanych w Polsce za najcięższe przestępstwa seksualne na szkodę osób małoletnich powinny być w tej sprawie ostrzeżeniem. Wystarczy zajrzeć do internetu, gdzie są publikowane listy księży, których łatwo zidentyfikować, by się przekonać, że są środowiska, dla których samosąd nie jest kategorią niewyobrażalną.

 

Oczekiwanie na odpowiedź

Przenosząc spojrzenie na to, o czym począwszy od raportu australijskiej komisji królewskiej z początku 2018 r. dowiadujemy się z doniesień pochodzących z różnych części Kościoła powszechnego, coraz bardziej uzasadnione wydają się głosy, że odpowiedź na kryzys w ramach istniejącego systemu sprawowania władzy w Kościele i rozumienia roli duchowieństwa jest niewystarczające. Kryzys pokazuje bowiem nie tylko istnienie przestępstw wykorzystywania seksualnego małoletnich wymagających odpowiedniej reakcji, lecz także ujawnia nadużycia władzy i sumienia, które tę reakcję uczyniły grą pozorów jak w Chile albo jednostronną, jak w USA. Kryzys jest zawsze szansą rozwoju, który wymaga głębokiego rozeznania poprzedzonego modlitwą i pokutą nas wszystkich. Pomysły, że wystarczy dopuścić do władzy więcej świeckich, najlepiej kobiet, i zminimalizować rolę duchownych, są powierzchowne i naiwne, tak jakby tylko duchowni byli „skażeni” klerykalizmem a świeccy – w tym szczególnie kobiety – były bez grzechu pierworodnego. Jeśli zmiana ma być głęboka i utrwalająca nową mentalność i kulturę przejrzystości i troski, to trzeba zacząć od tego, o czym w liście do Ludu Bożego pisze papież Franciszek – od postu i pokuty towarzyszącego rozeznaniu.

 

Jeśli chodzi o nasze polskie podwórko, to od przełożonych kościelnych oczekuję, aby bez dalszej straty czasu podjęli działania naprawcze i profilaktyczne. Nie ma alternatywy dla przejrzystej i odważnej komunikacji z wiernymi opartej na wyzwalającej mocy prawdy. Od mediów oczekuję szczerości wolnej od wybielania Kościoła za wszelką cenę, ale też wolnej od „dowalania” Kościołowi. Agresja zamyka wielu w postawach obronnych a innych upewnia, że to tylko Kościół ma problem oddalając w odległą przyszłość budowanie wszędzie kultury ochrony dzieci i młodzieży. Trzeba się nam tak angażować, w naprawianie zła, by przezwyciężać już i tak głębokie podziały.

***


Ewa Kusz – psycholog, seksuolog, terapeutka, wicedyrektor Centrum Ochrony Dziecka przy Akademii Ignatianum w Krakowie. Należy do Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich, prowadzi gabinet psychologiczny w Katowicach, jest biegłym sądowym sądu okręgowego w Gliwicach.