Matka Boża Królowa Tatr. Orędowniczka górali i turystów

Przed laty 14-letniej dziewczynce w Tatrach ukazała się Matka Boża. I choć sekret zdradziła tylko jednej osobie, dziś miejsce to jest znane wszystkim turystom i mieszkańcom Podhala. 2 lipca obchodzimy uroczystość Matki Bożej Królowej Tatr.

Ania Drus
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Był rok 1860. Albo 1861. Wynajęta przez bogatszego gospodarza do pasania jego owiec na Polanie Rusinowej 14-letnia dziewczynka, Marysia Murzańska jest przerażona – powierzone jej stado zniknęło, a zaczęło się zmierzchać i w górach nagle zapanowała mgła. Gdy tak chodziła, płakała i szukała, ciągle modliła się na Różańcu. W pewnym momencie przy jednym ze smereków widzi wielką światłość a w niej Matkę Bożą, która zapewnia ją, że owieczki się znajdą, ale prosi, by Marysia szybko opuściła to miejsce, bo grozi jej tu duchowe niebezpieczeństwo. Chce również, by dziewczynka przekazała ludziom by lepiej dbali o swoją modlitwę, pokutowali za grzechy i nawracali się.

Rzeczywiście, po chwili stado się odnajduje, a Marysia posłusznie schodzi z gór.
O swoim niezwykłym spotkaniu nie rozpowiada wszystkim. Pod obowiązkiem dochowania tajemnicy opowieść przekazuje tylko jednemu pasterzowi, który zresztą później umieszcza w miejscu spotkania Marysi z Matką Bożą – Jej obrazek. Wiadomość o prywatnym objawieniu szerzy się dopiero po śmierci Marysi.
To są właśnie początki niezwykłej kaplicy, którą mijają wszyscy turyści wspinający się na Rusinową Polanę, aby podziwiać panoramę Tatr Wysokich.

Na smereku wskazanym jako miejsce objawienia niepozorny obrazek Matki Bożej wisiał dość długo, bowiem początkowo proboszcz, któremu podlegało to miejsce był sceptycznie nastawiony do opowieści małej pasterki. Okoliczna ludność jednak, już po śmierci dziewczynki, regularnie odwiedzała to miejsce, prosząc Matkę Bożą o opiekę, o pomoc. W pewnym momencie proboszcz zmienia zdanie i z przeciwnika staje się gorliwym obrońcą niezwykłego charakteru tego miejsca. Zleca wybudowanie kapliczki i wyrzeźbienie do niej figurki, którą zawieszają na drzewie wskazanym przez pasterza, który rozmawiał z Marysią Murzańską.
W pierwszych latach znali to miejsce i przychodzili na modlitwę tylko okoliczni pasterze i robotnicy leśni. Kult rozszerza się w pierwszych latach XX w. W latach ’30 wielkim zwolennikiem i promotorem tego miejsca stał się proboszcz z Bukowiny Tatrzańskiej, który początkowo był wrogo nastawiony. Za jego staraniem powstała tam najpierw większa nadrzewna kapliczka, a potem już prowizoryczna kapliczka naziemna. Wprawdzie ta wątła konstrukcja była raz za razem niszczona przez wiatr halny lub pożar, jednak wciąż ją odbudowywano, za każdym razem większą, solidniejszą i piękniejszą. W 1932 r. odprawiono tam po raz pierwszy mszę świętą.

Wielki rozkwit następuję jednak w latach 50., gdy Wiktorówki rozbudowują się znacznie: najpierw poszerzana jest szopa, potem dobudowane do niej krużganki, następnie zakrystia. Tak powstaje najwyżej położone w Polsce sanktuarium Maryjne – to aż 1150 m. nad poziomem morza.

Najpierw przez rok duszpasterstwo prowadzą tu ojcowie marianie, ale gdy rezygnują w 1958 r. biskup krakowski Karol Wojtyła powierza opiekę nad tym miejscem krakowskim dominikanom. Tak z Wiktorówkami związuje się historyk Kościoła, o. Paweł Kielar OP, który każdą wolną chwilę poświęca, aby tu przybywać: służyć jako spowiednik, odprawiać Msze św., głosić kazania.

Wiktorówki początkowo działają sezonowo, głównie w okresie letnim. Chodziło o wsparcie opieką duszpasterską wędrujących po Tatrach turystów, ale również służyć miejscowym góralom, którzy opieki Matki Bożej Jaworzyńskiej, jak nazwali Maryję ukazującą się pasterce, przyzywają we wszystkich swoich potrzebach. W 1971 r., gdy umiera o. Kielar opiekę nad Wiktorówkami przejmuje pochodzący z gór o. Leonard Węgrzyniak OP, który – pomimo trudnych warunków bytowych w 1974 r. osiada tu na stałe. Zamieszkuje w piwnicy pod kaplicą, bez bieżącej wody i prądu.
To on wymyśla, aby na Wiktorówkach oprócz wsparcia duchowego turyści otrzymywali też wsparcie ciała – uruchamia funkcjonującą do dziś “instytucję” gorącej herbaty dla każdego wędrowca, który dotrze aż tutaj.

Nieraz korzysta z niej oddany czciciel Królowej Tatr biskup Karol Wojtyła. W 1961 r. oficjalnie wizytuje to miejsce jako biskup, a ostatni raz jest tu prawdopodobnie tuż przed wyborem na Stolicę Piotrową w 1978 r. Podczas pielgrzymki w 1997 r. miał przybyć do sanktuarium z prywatną wizytą, ale kiedy papieski śmigłowiec przyleciał nad Rusinową Polanę, było tam już tyle ludzi, że nie dało się bezpiecznie wylądować. Pobłogosławił zebranych i poleciał dalej. Natomiast o. Leonard wielokrotnie organizował pielgrzymki do Rzymu i za każdym razem były to niesłychanie serdeczne spotkania Papieża z góralami.

Od 1981 roku o. Węgrzyniak przebywa w sanktuarium cały rok, gdzie oprócz nieustannego rozbudowywania i cywilizowania tego miejsca posługuje także jako ratownik TOPR (wtedy jeszcze GOPR). To z jego inicjatywy przy sanktuarium powstaje dyżurka górskiego Pogotowia.
On też był głównym promotorem koronacji figurki Matki Bożej, do której doszło w 1992 roku.
Ojciec Węgrzyniak posługuje tu aż do 2007 r. Wtedy też dominikanie posyłają do posługi u Matki Bożej Jaworzyńskiej więcej braci. W 2012 r. miejsce staje się oficjalnie domem zakonnym dominikanów i przyjmuje za patrona… św. Jana Pawła II.

Od początku do dnia dzisiejszego Wiktorówki funkcjonują w dwóch wymiarach: jako sanktuarium Maryjne, przyjmujące głównie pielgrzymów-górali oraz jako ośrodek duszpasterstwa tatrzańskiego dla wędrujących po górach turystów. – Nie brakuje świadectw osób, które trafiły tu przypadkowo, przechodząc na Rusinową Polanę, a zatrzymały się na dłużej, poprosiły o rozmowę duchową lub spowiedź – mówi o. Cyprian Klahs, dominikanin, który przez kilka lat pracował na Wiktorówkach. Wspomina świadectwo pewnej kobiety, która znalazła się tu przypadkowo, podczas nabożeństwa usłyszała wezwanie: „Matko szczęśliwych powrotów – módl się za nami”, co odczytała jako boże wezwanie, by powróciła do wiary i do Kościoła.

Ojcowie z Wiktorówek odprawiają nie tylko tutaj Msze św. (codziennie!), ale również chodzą odprawiać niedzielną Eucharystię w schroniskach górskich: na Włosienicy, w Dolinie Roztoki, Dolinie Pięciu Stawów Polskich oraz nad Morskim Okiem. W większość miejsc dojeżdżają samochodem (ze specjalnym wstępem do TPN), ale do Doliny Pięciu Stawów idą piechotą i tam zwykle zostają na noc.
Mieszkanie na Wiktorówkach jest dla ojców wyzwaniem nie tylko duszpasterskim, ale również zwykłym, bytowym. Prąd dostarcza tu jedynie agregat. Za mieszkanie służy niewielki stryszek nad kaplicą oraz piwnica pod nią. Ogrzewają się sami za pomocą opalanego drewnem pieca, lecz w mrozy, z uwagi na brak odpowiedniej izolacji termicznej w ich celach nieraz trzeba zadowolić się ledwie 15 stopniami ciepła.
– Każdy z nas nosi w kieszeni latarkę czołówkę jako jedno z niezbędnych urządzeń – mówi o. Cyprian.
Jedną ze specyfik tego miejsca jest jego jedynie okresowa popularność. Są godziny, gdy tłoczno tu jak w ulu – wystarczy, że zatrzyma się wycieczka 100 dzieciaków. Innym razem za jedyne towarzystwo służą im zaglądające tu czasem dzikie zwierzęta z gór. Najbardziej ciche miesiące w roku to marzec i listopad, gdy zdarza się, że nawet w ciągu 5 dni nikt do nich nie zajrzy.

Istnieje jeszcze jeden wymiar tego miejsca – to symboliczny “cmentarz” ludzi, którzy stracili życie w górach, a których ciał nigdy nie odnaleziono. Swoje tabliczki mają tu zmarli tragicznie ratownicy górscy, taternicy czy zwykli turyści, na zawsze pozostający wśród szczytów. – Często sprawowane są Msze w ich intencji, niemal ciągle palą się tu znicze w miejscu, gdzie są tabliczki z ich imionami – mówi o. Cyprian Klahs.

 

 

 

Ania Drus

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w “Pulsie Biznesu”, “Newsweeku” i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Ania Drus
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
POLSKIE SANKTUARIA MARYJNE

Gidle. Nie ma chorób nieuleczalnych

Osoby, które tu przybywają są pod wrażeniem – średniej wielkości wieś, tysiąc sześćset dusz, a trzy kościoły. I to jakie! Co tu się działo?

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Cudowne rzeczy się działy i dzieją nadal, a kościelne kroniki, ale też okoliczni malarze, z pietyzmem odnotowywali te wszystkie niezwykłości. A działo się to w czasach, gdy w Gidlach, wiosce położonej ponad trzydzieści kilometrów od Częstochowy, był tylko jeden kościół, drewniany, pod wezwaniem św. Marii Magdaleny, wybudowany na przełomie XV i XVI wieku. Mieszkający w okolicach rolnik Jan Czeczek orał tu, podobno w miejscu, w którym dziś stoi klasztor dominikanów, swoje pole. Nagle woły stanęły, nie chciały iść dalej, jasność wielka buchnęła z ziemi, a oracz wykopał maleńki posążek Matki Bożej z Dzieciątkiem na ręku, obrazek głazowy, tak mały, że można było ukryć go w dłoni. Posążek niezbyt piękny i pociągający dla oka, ale oto Czeczek uznał go za swoją własność i po powrocie do domu ukrył w skrzyni. Ale w tym momencie zaczęły się poważne kłopoty. Nie tylko on stracił wzrok, ale też wszyscy członkowie jego rodziny, zaś światło niezmiennie sączyło się ze skrzyni, w której spoczęła figurka. Cóż z tego, skoro ani znalazca, ani jego bliscy nie mogli się nim cieszyć. Dopiero bardziej rozumiejąca ukryte komunikaty niebieskie sąsiadka wyjaśniła rolnikowi, że figurkę trzeba wystawić na widok publiczny, bo łaski Bożej nie można ograniczać ani w cokolwiek zamykać. Obmyto figurkę, a wodą, w których dokonano ablucji, Czeczek z familią obmyli oczy i odzyskali wzrok. Wieść o cudzie rozeszła się po okolicy, ludzie zaczęli przybywać do Gidel. Tak się zaczęło.

Mijały lata, pielgrzymi przybywali, kronikarze notowali kolejne uzdrowienia. To dało do myślenia żyjącej ponad sto lat później dziedziczce Annie Dąbrowskiej, która zdecydowała się ściągnąć w to miejsce zakonników, którzy objęliby opieką duszpasterską wiernych. Zależało jej, aby należeli do zakonu, który szczególnie czci i wysławia Maryję, dlatego jej wybór padł na ojców dominikanów. Powstała fundacja i związane z nią darowizny i tak wieś miała kolejny kościół, pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, który znacznie później otrzymał tytuł bazyliki mniejszej i jest wybitnym arcydziełem architektury i sztuki sakralnej. Świątynia zaludniona figurami i obrazami dominikańskich świętych i aniołów, niezwłocznie wciągająca do modlitwy i budząca pragnienie czegoś nieziemskiego. Tu ulokowana jest figurka Matki Bożej i Jezusa, wzbogaconych o  papieskie korony w latach 20. ubiegłego wieku. Ale o tym za chwilę.

 

Trzeci kościół, pw. Matki Bożej Bolesnej, który jest dziś kościołem parafialnym, jest pamiątką po pobycie tutaj ojców kartuzów, którzy zostali zaproszeni później przez inną dziedziczkę, Zuzannę Oleską. Półgębkiem wspomina się, że pani Zuzanna nie darzyła nadmierną sympatią kustoszy sanktuarium, ale może nie warto sprawy głębiej drążyć. Faktem jest, był czas, gdy niewielkie Gidle miały trzy kościoły i dwa klasztory. Kartuzi zostali usunięci stąd na początku XIX w., zaś dominikanie się ostali, mimo carskich represji po Powstaniu Styczniowym, które polegały także na kasacji zakonów. Gidle szczęśliwie stały się miejscem zsyłki dominikanów z innych klasztorów – i tu dotrwali normalnych czasów.

fot. Dr1000 / wikimedia commons

Niezależnie od burz i zakrętów dziejowych, których nie brakowało, wierny lud do Gidel przybywał, by błagać Mateńkę o łaski. Z biegiem lat i w tym sanktuarium nastąpiła swoista specjalizacji. Gidle słyną z uzdrowień, a ponieważ pielgrzymi, podążający na Jasną Górę wstępują tu regularnie, utrwaliła się opinia, że tu przychodzą po uzdrowienie ciała, dusze Maryja leczy zaś na Jasnej Górze. O tym, że opinia ta nie jest bezpodstawna, świadczą nie tylko kroniki, ale dziesiątki tabliczek wotywnych, wiszących na ścianach kaplicy, przypominających obrazy malarzy – prymitywistów. Każdy obrazek to odrębna historia. Oto Gertruda Trąbska z niedalekiego Radomska straciła wzrok, pół roku była kaleką, ale ofiarowała się „do obrazu N.S.P.M. Gidelskiej i wzrok otrzymała i wszystkim zeznała”. Dziewczynki, które utonęły w odmętach rzeki, zaniesione przed cudowną figurkę ożyły, ktoś spadł z drabiny, ale też uratowała Matka przed burzą, przed złymi prawnikami w zawiłej sprawie sądowej.

Co roku w maju odbywa się odpust i „kąpiółka” – uroczyste przeniesienie w feretronie na pobliską Kalwarię i zanurzenie cudownej figurki w winie. To wino uzdrawia. Kolejne strony kronik z opisami niezwykłych wydarzeń.

Cudowna figurka jest w bocznym ołtarzu. Artysta miał niezwykle trudne, niemal niewykonalne zadanie – umieszczenia w barokowym ołtarzu obiektu, tak niepozornego, ale też wykonanego przez nieporadnego rzemieślnika? Nie uląkł się mistrz. Po obu stronach ołtarza ustawił duże figury świętych Joachima i Anny, w otoczeniu usłużnych aniołów, jest to więc ołtarz „rodzinny”. Wszystko w złocie, w nieokiełznanym rokoko, przepychu, fundatorzy skąpi nie byli. W samej wnęce ołtarza mistrz wykonał kolumnadę, a tam, na srebrnej plakiecie, w miejscu, gdzie przecinają się linie perspektywy, umieścił Ją – ledwo widoczną, ale wzrok i tak widza biegnie ku Niej w naturalny sposób, został przyciągnięty, dzięki mistrzostwu wybitnego artysty. Złoto i pospolity metal, z którego została wykonana, tworzą kontrast, jam między ziemią a niebem. Mimo ubóstwa wykopana z ziemi podobizna moc. I mówi pielgrzymom, żeby byli jak Ona, Matka Boża Gidelska, mali i niepozorni jak dzieci. Ufni, że nie ma chorób nieuleczalnych.

Alina Petrowa-Wasilewicz

Alina Petrowa-Wasilewicz

Zobacz inne artykuły tego autora >

Reklama

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


Reklama

 

 


Reklama

Alina Petrowa-Wasilewicz
Alina
Petrowa-Wasilewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap