Fot. drobotdean/Freepik

Pomimo wady letalnej dziecka, odmówiła aborcji. „Nie podlegało dyskusji, że to właściwa droga”

Zawsze chciała mieć dużą rodzinę. W czasie trzeciej ciąży padła diagnoza: bezczaszkowie. Monika stanęła przed wyborem usunięcia ciąży lub jej donoszenia ze świadomością, że ich córeczka umrze. Zdecydowała się donosić ciążę. O stracie dwójki dzieci w poruszającym świadectwie opowiada Monika Chmielewska.

Reklama

Z Moniką połączyła nas Chiara Corbella Petrillo. Przez jej profil społecznościowy, bohaterka tego wywiadu trafiła na moje świadectwo i książkę traktującą w dużej mierze o stracie dzieci. Monika wysłała mi wiadomość ze swoim świadectwem. Zaprosiłam ją do rozmowy…

Joanna Całko: Czym zajmujesz się na co dzień?

Monika Chmielewska: Skończyłam Akademię Ekonomiczną i pracowałam w korporacji, ale od wielu lat jestem mamą na pełny etat. Zawodowo byłam niespokojnym duchem, często zmieniałam miejsce pracy. Dopiero jak zaszłam w pierwszą ciążę to poczułam, że to jest to, do czego jestem powołana. Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę. Widzę to jako swoją misję. Mam czwórkę dzieci w wieku 16, 11, 7 i 4 lata. Trzy córki i syn.

Jednak to nie wszystkie dzieci…

Tak jest jeszcze dwoje – między pierwszym, a czwartym żyjącym dzieckiem pojawili się kolejno Szymon i Karolina. 

Reklama
Reklama

A czujesz się mamą czwórki czy raczej szóstki dzieci?

Ale mi zadajesz trudne pytania.

Nie obiecywałam, że będą łatwe.

Kiedy ktoś pyta ile mam dzieci, mówię, że czwórkę, ale jak rozmawiam z osobami bliżej związanymi z Kościołem to mówię, że szóstkę: czwórkę tutaj i dwójkę w Niebie.

Jak wyglądała druga ciąża?

Kiedy najstarsza córka miała dwa latka, zaszłam w drugą ciążę. Ogólnie jednak nic nie odbiegało od normy. Dziecko rozwijało się dobrze. Dopiero w 18. tygodniu ciąży dostałam nagle wysokiej gorączki, której nie mogłam zbić i musiałam jechać do szpitala. Tam też dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli synka, bo do tej pory nie znaliśmy płci. Gorączki jednak nie dało się nadal zbić. Miałam fatalne wyniki krwi. Lekarze poinformowali mnie, że zaczyna się u mnie sepsa. Powiedzieli, że muszą się skupić na ratowaniu mnie. Nie wiem jakie leki dostałam, co się stało, mimo tego, że nie straciłam świadomości, nie rozumiałam co się dzieje. Na drugi dzień po podaniu leków zrobiono mi USG. Okazało się, że serce Szymusia przestało bić i trzeba wywołać poród.

Reklama
Reklama

Czy łączysz tą śmierć synka z podaniem leków, czy raczej to była choroba twoja i dziecka? Czy ktoś wytłumaczył ci tę sytuację od strony medycznej?

Lekarze sami nie wiedzieli co się dzieje i dlaczego. Ja także zadawałam sobie pytania co się wydarzyło tak naprawdę. Obarczałam się także absurdalną winą za tę sytuację, że np. gdzieś niepotrzebnie wyszłam z domu i złapałam jakąś infekcję. Wyrzucałam sobie, że pracowałam, a może powinnam siedzieć w domu. Na szczęście trafiłam w szpitalu na dobrego lekarza, który uciął te wszystkie moje spekulacje i gdybania. Powiedział mi, że takie sytuacje się po prostu zdarzają i nie dowiem się nigdy – przynajmniej tu, na ziemi – co się stało.

To był piąty miesiąc ciąży, więc jak wspomniałaś był wywoływany poród. Musiałaś urodzić mając świadomość, że rodzisz martwe dziecko. Na pewno to było ciężkie przeżycie. Pamiętasz jakie uczucia towarzyszyły ci w tamtym czasie?

Pamiętam, że wtedy żyłam w poczuciu, że trudne sytuacje przydarzają się innym, że ja czy my jako rodzina, takich traum nie doświadczymy. Nie chciałam wierzyć, że takie coś może się nam wydarzyć. Pamiętam jak zerknęłam na Szymonka po porodzie i pamiętam, że był owinięty w zielone ręczniki papierowe. Bardzo mnie to dotknęło. Wiem, że są obecnie inicjatywy szycia dla takich dzieciątek ubranek do pochówku, ale w tamtym momencie nie miałam tej świadomości i nie myślałam o tym, a ten widok małego ciałka zawiniętego w papierowy ręcznik mną wstrząsnął.

Ogólnie czas po porodzie był dla mnie okropny. To była trauma z pełnymi jej objawami. Nie mogłam spać, już w szpitalu z nerwów dostałam skurczy w klatce piersiowej. Długo brałam wszelkie możliwe antybiotyki, jako że nie znaleziono przyczyny infekcji. Po powrocie ze szpitala, mimo że w domu czekał mąż i córeczka, nie chciało mi się momentami żyć. Chodziłam załamana, wciąż płakałam, do tego fizycznie byłam wyczerpana. Przez wiele miesięcy nie byłam w stanie wyjść do ludzi. Unikałam wszelkich skupisk. Żyłam w ciągłym strachu przed tym, że ktoś może mnie czymś zarazić. Bałam się kolejnej choroby. Unikałam wszelkich spotkań towarzyskich. Musiałam brać leki nasenne. Oprócz napadów lękowych miałam stany, które można określić jako depresyjne. W tamtym momencie pomogło mi się pozbierać to, że Maja – moja córka się rozchorowała. Musiałam się nią zająć i to mnie uratowało.

Ile trwał ten twój stan depresyjno-lękowy po śmierci Szymka?

Najgorszy okres to pierwsze pół roku. Przebywałam wtedy w domu na dłuższym urlopie.

Reklama

Wiem, że był pogrzeb, ale nie uczestniczyłaś w nim?

Organizował go mój mąż i mój tata. W zasadzie to nie był pogrzeb, tylko tak zwany „pokropek” i też w jakiś sposób jest mi ciężko z tą świadomością, że to nie był normalny pogrzeb.

To okropne określenie, którego nie powinno się używać. Zwłaszcza, że jest możliwe odprawienie obrzędów pogrzebowych dzieciom martwo urodzonym, jeśli tylko rodzice wyrażają pragnienie chrztu. Niestety, nie we wszystkich parafiach jest taka świadomość, co mnie dziwi, bo spotykam się z „pokropkiem” nawet w dużym mieście. Tak czy inaczej, Szymon został pochowany…

Tak, w grobie rodzinnym.

Przeszłaś, jak sama mówiłaś, traumę – fizyczną i psychiczną. Towarzyszył ci lęk, smutek, rozpacz. Z drugiej strony miałaś plany na dużą rodzinę. Bałaś się kolejnej ciąży?

Nie. Chciałam mieć kolejne dziecko. Byłam pewna, że tym razem musi być dobrze. Zaszłam w ciążę po ponad pół roku od śmierci Szymonka. Wtedy poczułam się szczęśliwa i miałam poczucie, że będzie wszystko w porządku…

I było?

Nie było. Pierwsze trzy miesiące standardowe objawy ciąży, potem pod koniec trzeciego miesiąca poszliśmy na wizytę z USG i lekarz powiedział, że dziecko ma wadę. Nie ma wykształconej pokrywy czaszki i nie będzie żyło. Jest to wada letalna, po łacinie acrania, czyli bezczaszkowie. Jak usłyszałam diagnozę zrobiło mi się gorąco, wzbierała we mnie panika i towarzyszyła mi myśl, że to niemożliwe. Szybko załatwialiśmy wizytę u kolejnego lekarza wierząc, że ten się pomylił. Potem u trzeciego i czwartego, aż w końcu musieliśmy przyjąć tę diagnozę jako pewną. Trafiliśmy w końcu do piątego, ś.p. doktora Sajewicza, wspaniałego, empatycznego człowieka, który poprowadził tę trudną ciążę i nas, rodziców, do końca…

Były oczywiście komentarze, pytania z którymi musiałam się mierzyć i tłumaczyć, że nie chcę skierowania na terminację ciąży. To było pierwsze pytanie i propozycja, jaką każdy kolejno lekarz dawał po diagnozie

Próbowaliście zatem odczarować tę rzeczywistość, tę diagnozę, licząc, że lekarze jednak mogą nie mieć racji. Zanim przyjęliście fakt, że wasze dziecko jest śmiertelnie chore i trafiliście do lekarza, który się wami zajął, jak przyjmowano was w innych gabinetach, widząc jaka jest sytuacja?

Były oczywiście komentarze, pytania z którymi musiałam się mierzyć i tłumaczyć, że nie chcę skierowania na terminację ciąży. To było pierwsze pytanie i propozycja, jaką każdy kolejno lekarz dawał po diagnozie. Za każdym razem pojawiała się jedynie opcja skierowania na terminację ciąży. Na początku nawet nie wiedziałam o co chodzi z tym skierowaniem. Myślę, że jak człowiek idzie do lekarza i ten diagnozuje problem i mówi: to trzeba usunąć, bo jest niebezpieczne, to raczej mu ufam. Jak dentysta mi mówi, że trzeba wyrwać zęba, to trzeba. I po ludzku wydawałoby się, że powinniśmy słuchać lekarzy, ale coś jednak nie dawało mi spokoju. Moje sumienie. Burzyło się we mnie wszystko na myśl o usunięciu dziecka. Po tych wszystkich lekarzach poszliśmy z mężem na rozmowę do zakonnika, ojca augustianina, którego znaliśmy i mogliśmy mu zaufać w kwestii naszych sumień. Po rozmowie z nim odczułam wielką ulgę. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że decyzja, która w zasadzie dojrzewała w nas wcześniej o utrzymaniu tej ciąży, jak długo natura na to pozwoli, jest po prostu słuszna. I ja i mąż mieliśmy te same wnioski i pełną zgodę także na działanie Boga w tej kwestii. Nagle ta decyzja stała się naturalna i prosta.

Jak od strony opieki medycznej – już po waszej decyzji – wyglądało donoszenie dziecka?

Z już podjętą decyzją, w szóstym miesiącu trafiliśmy na doktora Sajewicza. I on nam wszystko świetnie wyjaśnił. Po pierwsze, poprzedni lekarze wieszczyli szybkie poronienie, a okazało się, że ciąża już była na tym etapie, że w grę wchodził jedynie poród. Po drugie, doktor prowadził ciążę, jak każdą inną, dbając przede wszystkim o moje zdrowie. Też wyjaśnił nam jak prawdopodobnie będzie przebiegał poród.

Jak zapamiętałaś okres tej trudnej ciąży?

Na początku czułam się zagubiona, nie widzieliśmy co robić, było mi ciężko i smutno, ale jak już podjęłam decyzję, że urodzę moją córeczkę – Karolinkę, to jakby Ktoś zmienił moje nastawienie. Było mi smutno, że Karolinka odejdzie, ale pamiętam, że cieszyłam się z tego czasu, który był nam dany. Cieszyło mnie, jak się rusza, głaskałam brzuch, mówiłam do niej. Jak patrzę na zdjęcia z tego okresu, kiedy jestem w ciąży to widzę, że jestem uśmiechnięta, szczęśliwa i rzeczywiście tak się wbrew logice czułam. Koniec dziewiątego miesiąca przypadł na Boże Narodzenie i były to radosne Święta. Wiedziałam, że czeka mnie coś trudnego fizycznie, psychicznie i duchowo, ale nie podlegało żadnej dyskusji, że to jest właściwa droga. Czułam pokój.

Było mi smutno, że Karolinka odejdzie, ale pamiętam, że cieszyłam się z tego czasu, który był nam dany. Cieszyło mnie, jak się rusza, głaskałam brzuch, mówiłam do niej.

Jak reagowała wasza – już wtedy trzyletnia – córeczka widząc, że brzuch rośnie, a w nim jej siostra?

Mówiłam jej, że albo urodzi się dzidziuś albo aniołek. Wiem, że moje traumy z poprzedniej ciąży z Szymonem, mój zły stan, Maja bardzo odchorowywała. Widzę po latach, jak mój nastrój i ból na nią wpływał. W ciąży z Karolinką byłam spokojna, uśmiechnięta i córka też przyjmowała to, co się dzieje spokojnie. Ten pokój mi towarzyszył, mimo że to był podwójnie trudny czas, bo umierał na raka mój tato. Od momentu diagnozy żył trzy miesiące.

Czyli czekała cię podwójna strata bliskich osób. Mimo to przetrwałaś ten czas, jak mówisz – ze spokojem…

Czytałam wtedy “Dzienniczek” św. siostry Faustyny i to był balsam na moje serce. Pomógł mi przetrwać.

Wiem, że ty i mąż jesteście członkami Odnowy w Duchu Świętym. Jesteście mocno wierzący. Czy jako wierzący ludzie żyliście wtedy nadzieją na cud? Na to, że Bóg interweniuje i uzdrowi Karolinkę?

Tak. Wierzę, że Bóg jest Wszechmogący. Do końca wierzyłam, że urodzi się zdrowa i lekarze zobaczą ten cud i uwierzą, że Bóg działa w tak niesamowity sposób. Taki miałam scenariusz w głowie… jednak tak się nie stało.

Pojawiały się pretensje do Boga, że tego upragnionego cudu nie uczynił?

Nie. Raczej pojawiło się pytanie czemu mnie się to przytrafiło, ale bez pretensji czy obwiniania Stwórcy o to. Rozumiem i godzę się na to, że Pan Bóg niektóre rzeczy dopuszcza. Teraz czuję wdzięczność, że mam czwórkę zdrowych dzieci, czuję że mi pobłogosławił w tym względzie.

Jak reagowali twoi bliscy, znajomi? Widzieli cię w zaawansowanej ciąży. Pojawiały się pewnie gratulacje…

Byłam już na tyle oswojona z sytuacją, że takie pytania mnie nie dotykały. Odpowiadałam, że będzie dziewczynka. Natomiast nie opowiadałam dalszym znajomym o tym, że Karolinka umrze. Nie uciekałam jednak, nie chowałam się z brzuchem. Mimo wszystko ten czas, choć zabrzmi to strasznie, był dla mnie po prostu przyjemny. Póki co miałam Karolinkę ze sobą, była ze mną cały czas…

Fot. senivpetro/Freepik

Dawałaś ważne świadectwo tą ciążą. Świadectwo więzi bardzo unikatowej, która wytwarza się między mamą a dzieckiem w brzuchu. Nadszedł jednak czas porodu

Ciąża była donoszona. Musieliśmy jednak pożegnać córeczkę. Zmarła niecałe dwie godziny po porodzie. Mój mąż był przy niej na tyle, ile mógł. Opisy Karolinki na podstawie USG były tak przerażające, że ja sobie zbudowałam przerażający obraz tego mojego dziecka jako – przykro to mówić, ale potwora. Dlatego też po porodzie nie chciałam, nie miałam odwagi jej zobaczyć, przytulić. Mój mąż natomiast widział ją i powiedział, że miała ubraną czapeczkę i była po prostu śliczna… podobna do każdego z naszych dzieci, jak zobaczył po czasie. W przypadku Karolinki miałam przygotowane dla niej ubranka na pogrzeb. Sama jednak miałam zakażenie, leżałam w szpitalu i nie uczestniczyłam w pogrzebie córeczki.

Rozumiem, że byłaś wtedy pod opieką lekarza prowadzącego. A jak byłaś traktowana w szpitalu przez pozostały personel?

Bardzo dobrze. I za pierwszym razem przy Szymonie i przy Karolince czułam, że Bóg stawia na mojej drodze wspaniałych lekarzy, położne, pielęgniarki. Byłam pod szczególną opieką. Miałam duże szczęście pod tym względem.

Jak wtedy wyglądało wsparcie najbliższych?

Mam przewspaniałą mamę, która mnie bardzo kocha i mi to okazuje. Miałam cudowną opiekę ze strony mamy i męża, brat także mnie wspierał. Czułam się zaopiekowana z każdej strony.

Wyszłaś ze szpitala, wróciłaś do domu – do męża i starszej córeczki. Co dalej?

Miałam żałobę. Musiałam ją wypłakać i wielokrotnie płakałam po stracie Karolinki. Jednak nie było takiej traumy jak za pierwszym razem. Miałam po prostu poczucie dobrze wykonanej pracy. Wiem, że to może brzmieć źle, ale tak było. Miałam trudne zadanie do wykonania i z Bożą pomocą podołałam temu i czułam przez to spełnienie. Jak pisał święty Paweł „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” (2 Tm 4, 7- przyp. red). Dobiegłam do mety i czułam, oczywiście oprócz smutku, ulgę i pokój.

Czy temat zmarłego rodzeństwa pojawia się w waszych rodzinnych rozmowach

Wcześniej tylko napomykaliśmy o tym. Teraz rozmawiamy więcej, bo muszę przyznać, że dzięki przeczytaniu historii Chiary Corbella Petrillo oraz twojej historii, ten temat wrócił. Zdecydowaliśmy się także zrobić naszym dzieciom tabliczki na grobie. Szymon i Karolinka przez długie lata, mimo że byli pochowani w rodzinnym grobowcu nie mieli imiennych tabliczek z datami narodzin i śmierci. Jakoś tak mi zostało przekazane, tak w głowie miałam zakodowane, że takich rzeczy się nie robi w wypadku śmierci tak małych dzieci… że nie powinno się tym emanować, że nie wypada.

CZYTAJ: Święta z sąsiedztwa, która prowadzi na drogę prawdziwej miłości. Chiara Corbella Petrillo

Dlaczego nie wypada?

Nie wiem. Nie rozumiem. Przyjęłam to, że tak ludzie mówią, tym bardziej, że grobowiec nie jest mój. Teraz moje nastawienie się zmieniło. Już wiem, że to nie jest coś, co się chowa pod dywan i udaje, że się nic nie stało. Podobne historie utwierdziły mnie w tym, że mam prawo przyznawać się do śmierci naszych dzieci i przeżywać tę śmierć na swój sposób. Mówienie o tym mi po prostu pomaga.

Jakbyś miała teraz określić, to gdzie są Szymon i Karolina?

Kiedyś podczas modlitwy na spotkaniu wspólnoty podszedł do mnie chłopak, który miał dar proroczy i powiedział, że moje dzieci są z Jezusem. I co do tego jestem przekonana, że tak jest. Wiem, że je kiedyś spotkam i nie mogę się tego doczekać. Mam w sobie ciekawość, jakie one są teraz. Mam takie przekonanie, że moje dzieci zobaczę takie, jakie chciałabym zobaczyć, że Pan Bóg da mi je poznać w taki sposób, jakby były tu ze mną. Myślę, że nasze spotkanie w Niebie to będzie niewyobrażalne szczęście i radość.

Mam takie przekonanie, że moje dzieci zobaczę takie, jakie chciałabym zobaczyć, że Pan Bóg da mi je poznać w taki sposób, jakby były tu ze mną. Myślę, że nasze spotkanie w Niebie to będzie niewyobrażalne szczęście i radość.

Zwracasz się czasami o pomoc do Twoich dzieci w Niebie?

Dowiedziałam się kiedyś od spowiednika, że mogę się modlić za wstawiennictwem moich dzieci. One są święte. Zapominam o tym na co dzień, ale jak pojawiają się w życiu ciężkie sytuacje, zwłaszcza zdrowotne u innych moich dzieci, to wołam je o pomoc. Wołam, żeby ciągnęły Matkę Bożą za sukienkę. Wierzę, że pomagają nam wyjść z chorób bez trwałych uszczerbków na zdrowiu. Wierzę, że pomogły, kiedy mój syn był ciężko chory, bo cudem uniknął śmierci i późniejszych powikłań.

Czyli można powiedzieć, że to jeden pozytywny aspekt tego, że ma się swoje dzieci w Niebie. Czy widzisz jakieś inne?

Tak. Mogę być wsparciem dla innych, jeśli komuś się coś trudnego przytrafia. Mogę się podzielić swoją historią i dodawać otuchy innym. Osobom niekoniecznie w takiej jak moja sytuacji, ale w każdych trudnościach. Gdyby nie śmierć Szymonka i potem diagnoza choroby i śmierć Karolinki to myślę, że nie szukałabym tak usilnie Boga w moim życiu. Zaczęłam zadawać pytania, aktywnie poszukiwać odpowiedzi.

Co było dla ciebie najtrudniejsze w tamtych sytuacjach, przez co było najciężej przejść?

Stan mojej psychiki. Za pierwszym razem to była katastrofa. Myślałam, że się nie podniosę po śmierci Szymonka. Miałam napady lękowe, stan depresyjny. To mi uświadomiło, że nie ma nic pewnego. Mój piękny scenariusz na życie się nie spełnił. Było rozczarowanie, ale też ogromny lęk w tej niestabilnej sytuacji. I to ten lęk był najgorszy ze wszystkiego. On się pojawiał jeszcze później jako lęk o najbliższych, ich zdrowie, o swoje zdrowie, o to, żeby nic złego się nam nie przytrafiło, lęk przed światem i o świat. Gdybym wtedy była niewierząca, to chyba bym sobie coś zrobiła. Tak było ze mną źle.

Jednak znalazłaś siłę, żeby przejść przez tę traumę…

Siłę czerpię od Pana Boga, z modlitwy, w szczególności uwielbienia, ze słuchania świadectw, z Eucharystii i sakramentów, ale też znajduję ją we wspólnocie. Nawet jak nie rozumiem, jestem wściekła, smutna, to idę na modlitwę uwielbienia i dziękuję Bogu za wszystko. Za to, z czym się nie zgadzam i nie pojmuję także. Potem okazuje się, że sytuacja się odwraca. Pamiętam, jak w najgorszym momencie po śmierci Szymonka pochłonął mnie lęk. Byłam w totalnej ciemności, nie miałam siły żyć. Nie chciałam żyć. Żadne tabletki nasenne, uspokajające nie działały. Nie wiedziałam co mam zrobić, więc uklęknęłam i zaczęłam wołać jednym słowem: Jezus. Powtórzyłam go z dna mojej rozpaczy, prosto z serca może kilkanaście razy. I przyszedł Jezus i w ułamku sekundy zabrał wszystko: lęk, rozpacz.

Nawet jak nie rozumiem, jestem wściekła, smutna, to idę na modlitwę uwielbienia i dziękuję Bogu za wszystko. Za to, z czym się nie zgadzam i nie pojmuję także. Potem okazuje się, że sytuacja się odwraca.

Czyli doświadczyłaś cudu?

Tak. To było dla mnie bardzo namacalne. Niewytłumaczalne uzdrowienie. Od tamtej pory mogę szczerze mówić już nie, że wierzę, tylko ja wiem, że Bóg jest i działa. Jest autentyczny. Przyszedł do mnie i zabrał to, czego nie mogłam udźwignąć.

A co mogłabyś powiedzieć innym mamom, które doświadczyły straty dziecka albo dowiedziały się o jego ciężkiej chorobie czy śmiertelnych wadach?

Nie powiem im, że będzie dobrze, bo to pusty frazes. Nie powiem, że się nic nie stało. Jedyne co mogę powiedzieć to, że macie prawo i czas na to, żeby się wypłakać. Ktokolwiek, cokolwiek by o tym dziecku nie mówił, to jest wasze dziecko. Jesteście mamami. Nawet jeśli nie dane było wam się spotkać z waszym dzieckiem i tak się spotkacie, to tylko kwestia ziemskiego czasu, bo tam gdzie jest wasze dziecko, tego czasu nie ma. Wiem, że każde słowa pociechy mogą być w takim momencie irytujące. Mnie osobiście pomagało i wystarczało jak po prostu szłam do kościoła i mogłam tam posiedzieć, przy Nim, bo wiedziałam, że On tam jest.

Pomagało ci wyjście do kościoła i zanurzenie się w obecności Boga. Co jednak potrzebowałaby mama po stracie dziecka od najbliższego otoczenia – rodziny, znajomych?

Myślę, że każda jest w tym względzie inna. Ktoś może potrzebować odwrócenia myślenia, zajęcia się czymś innym, a ktoś inny wypłakać się przed kimś i w ten sposób przeżyć tę żałobę. Nie ma recepty. Mnie osobiście pomagała bliskość innych. Po śmierci Szymonka moja teściowa z innego miasta zaproponowała, że przyjedzie i ze mną pobędzie. Pomagała mi, po prostu była ze mną w tym najtrudniejszym czasie.

Na zakończenie rozmowy chciałabym cię zapytać czym jest dla ciebie bycie mamą?

Niekończącą się przygodą. To droga do walki z samym sobą. Tu nie ma wygodnictwa. Jak praca mi się nie podoba, mogę ją zmienić albo pójść na zwolnienie czy urlop. W wypadku macierzyństwa to deklaracja na całe życie. Tu nie ma urlopu. Tu jest poligon dla walki samej z sobą. Najpiękniejsze jest jak pojawiają się owoce twojej pracy. Często ich nie dostrzegam, bo jestem z dziećmi na co dzień, ale jeśli inni pochwalą moje dzieci, bo robią coś cudownego to jest dla mnie nagroda za wszystkie trudy. Będąc mamą czuje się spełniona. To wspaniała przygoda!


Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę