video-jav.net
ROZMOWY

Ludzie z obozu dla uchodźców

Dla dzieci w Iraku oderwaniem od dramatu przeszłości czy życia w niedostatku jest bliskość rodziców czy drugiego, nawet obcego człowieka - mówi w rozmowie z Marcinem Makowskim Radosław Siewniak, polski ewangelizator i fizjoterapeuta, który na co dzień pracuje z uchodźcami i ubogimi m.in. w Iraku.

Radosław
Siewniak
zobacz artykuly tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Marcin Makowski: Pracujesz jako fizjoterapeuta w klinice rehabilitacyjnej w Iraku oraz bywasz w obozach dla uchodźców. Co ciągnie człowieka, z dobrą pracą i spokojnym życiem w Polsce, w takie miejsca?

Radosław Siewniak: Po pierwsze, odkąd spotkałem Chrystusa i poddałem Mu swoje życie, to chyba nie jest już spokojne (śmiech). Dwa lata temu podczas czytania Biblii i modlitwy, doświadczyłem coś w rodzaju wewnętrznie słyszalnego słowa. Było dla mnie wiadome, że nie pochodzi ode mnie, a przychodzi od Boga i nie mogę przejść obok tego słowa bez odpowiedzi. Usłyszałem, aby zrezygnować z pracy jako fizjoterapeuta w Polsce i opuścić kraj, by uczyć się języka angielskiego. Bóg powiedział: „Pójdziesz drogą, którą ci wskażę i nie skręcisz ani na prawo ani na lewo”. Usłyszałem, że Bóg chce mnie użyć poza granicami naszego kraju, abym dzielił się Jego ewangelią. Niedługo po tym, zrezygnowałem więc z pracy i wyjechałem na 5 miesięcy do USA, a potem na 5 miesięcy na Maltę, aby uczyć się intensywnie języka.

 

Zaczynałeś od zera?

Tak. To było szaleństwo, ale widziałem, że robię to, co On ode mnie chce. Dzisiaj mój angielski jest na poziomie średnio zaawansowanym. W czerwcu tego roku, po intensywnej pracy ze Stowarzyszeniem Do Źródła, które prowadzę, zapytałem Pana, co On chciałby abym teraz robił? Gdzie chciałby mnie posłać? Po dwóch dniach od tej modlitwy dostałem propozycję pracy jako fizjoterapeuta w Iraku. Nie miałem wątpliwości, co robić. Dlatego jestem w Iraku. To raczej On mnie tu pociągnął.

 

“Okazuje się, że wojna nie zniszczyła tego, co jest wpisane w dusze ludzi Wschodu. Doświadczeni jej dramatem, utratą całego dobytku i dotknięci skrajną biedą, z bagażem traumatycznych doświadczeń zachowali skarb w swoich sercach” – napisałeś ostatnio w jednym ze swoich felietonów. Jaki to skarb?

Wiesz, kiedy stracisz cały swój dobytek, twój dom zostanie zniszczony, a ty zostaniesz zmuszony stać się uciekinierem, aby przeżyć, by potem z tysiącami innych ludzi o podobnej historii żyć w obozach dla uchodźców, to są to powody by narzekać. By się załamać, zadawać pytania „Dlaczego akurat mnie, nas to spotkało?”. To są powody, by zamknąć się w sobie, doświadczając braku, gromadzić rzeczy tylko dla siebie, bo przecież jest się pokrzywdzonym i jest się w potrzebie. Okazuje się jednak, że uchodźcy, wielu z nich, pomimo życia w dramatycznych warunkach, są pełni gościnności, ciepła i wrażliwości. Przechodząc przez uliczki w obozach, co chwila ktoś zatrzymuję cię, aby zaprosić na wspólny posiłek czy chociaż wypić wspólnie herbatę. Zaprasza, aby wstąpić do jego namiotu. Zauważyłem, że wizyta gościa dla tych ludzi, jest czymś najważniejszym. Kiedy nie masz telewizora i innych rzeczy oddzielających człowieka od człowieka, wówczas to właśnie drugi człowiek staje się najważniejszy. To jest najważniejsza atrakcja. Spędzić z kimś czas. Otworzyć dla nie niego swój namiot, to znaczy dom. To jest ten skarb.

 

Czy my również możemy się czegoś od tych ludzi nauczyć?

Tak! Uchodźcy uczą nas, że my, ludzie zachodu, musimy również stać się uchodźcami, musimy uchodzić. Uchodzić przed złym pojmowaniem dobrobytu. Uchodzić przed zamknięcie się na drugiego człowieka, uchodzić od wymówek, aby nie pomagać, uchodzić od samolubstwa, uchodzić przed egoizmem. Uchodźcy uczą nas, że istota życia leży w rzeczach prostych, jak przełamanie się kimś kromką chleba, spędzeniem ze sobą czasu, które gdzieś nam się w zachodniej cywilizacji ludzi o permanentnym braku czasu zagubiły.

 

Bohater tekstu z Mustafą w jego domu FOT. R. Siewniak

 

Jak wygląda dzisiaj sytuacja humanitarna w Iraku i na Bliskim Wschodzie? Czego najbardziej brakuje?

W samym Iraku ludzie żyją dobrze. Wiele osób żyje bardzo dobrze. Największe problemy mają ci, którzy musieli uciekać przed ISIS, opuszczając swoje mieszkanie i teraz nie mają dokąd wracać, żyjąc w obozach dla uchodźców, czy w pustostanach je jako swój dom. W takich miejscach, to czego najbardziej brakuje to rzeczy najbardziej podstawowych: jedzenia, dostępu do czystej wody, dostępu do edukacji, lekarzy.

 

Jak wygląda obecnie poziom fizjoterapii i usług zdrowotnych w kraju?

Poziom fizjoterapii jest bardzo podstawowy. Odwiedziłem dwie kliniki rehabilitacyjne w Sulemanii i w Irbilu, zobaczyłem również parę filmików, które pokazali mi pacjenci z prowadzonej z nimi rehabilitacji i wyglądało to nie najlepiej. W obecnym czasie fizjoterapia mocno się rozwinęła. Jest wiele specjalistycznych metod rehabilitacji pacjentów neurologicznych czy ortopedycznych, które tutaj w ogóle nie są znane. Rozmawiając z lekarzami z Europy, którzy tu pracują, poziom innych usług zdrowotnych w porównaniu ze standardem zachodu jest tu również mocno zaniżony. Tak więc, oprócz pracy z pacjentami, mam przywilej również dzielić się swoim doświadczeniem z lokalnym fizjoterapeutami.

 

Jak z dramatem wojennym i życiu w ciągłej niepewności radzą sobie ludzie, których poznałeś?

Chrześcijanie żyją w niepewności, choć w Kurdystanie, północnej części Iraku, jest względnie spokojnie i bezpiecznie teraz. O wiele gorzej jest na południu Iraku czy w Mosulu. Yonan, który pochodzi z Karakosz dzielił się ze mną, że sytuacja chrześcijan w Iraku jest nie pewna dla chrześcijan. Choć teraz ISIS jest nie aktywne, to nie wiadomo, co wydarzy się w przyszłości. Inny chrześcijanin dzielił się ze mną, że nierzadko zagrożenie wypływa z meczetów, z tego, co głoszą i do czego wzywają islamscy nauczyciele. Jednak chrześcijanie, którzy żyją z Jezusem, ponad tę niepewności, doświadczają pokoju, który przewyższa każdy niepokój i potencjalne zagrożenie.
Trudniejsze warunki, szczególnie dla chrześcijan ewangelikalnych, pentakostalnych panują w sąsiednim Iranie, w państwie o reżimie islamskim, gdzie prawnie zabronione jest nie tylko dzielenie się ewangelią ale również spotykanie się chrześcijan na nabożeństwach, tak że rozwinęła się w tym kraju sieć kościołów domowych, gdzie chrześcijanie spotykają się, jako tzw. kościół podziemny. Kiedy głoszą, że Jezus jest ratunkiem i zbawieniem, nierzadko robią to w obliczy najbardziej dramatycznych konsekwencji. Wracając do Iraku, inną grupą, która była obiektem ataku ISIS, są jazydzi. Spotkały ich w tym kraju straszne rzeczy. Kilkunastoletnia, jazydzka dziewczynka, Ameena, powiedziała, że najlepszą rzeczą dla jej rodziny byłoby opuszczenie kraju. Na pytanie, dlaczego tak uważa, odpowiedziała: “Z powodu ludobójstwa”. Kiedy powiedziano jej, że przecież ludobójstwo już się skończyło i jest bezpiecznie, dodała: “Tak, ale będzie więcej ludobójstw”. Ta grupa jest tym kraju, wydaje mi się, najbardziej napiętnowana.

 

FOT. R. Siewniak

 

W jaki sposób do tej potwornie trudnej rzeczywistości podchodzą dzieci? O czym ci opowiadają?

Dzieci przede wszystkim szukają kontaktu, zabawy, okazania ciepła, zainteresowania. Za każdym razem, kiedy pojawisz się w obozie dla uchodźców, zgromadzi się przy tobie grupa kilkudziesięciu dzieci, która będzie ci towarzyszyć krok w krok, często wołając do ciebie łamanym angielskim „hello”, how are you?”, „what’s your name?”. Każda twoja odpowiedź wywoła u nich eskalację śmiechu. Dzieci są jednak różne. Pamiętam, jak w jednym obozie dołączył do mnie pewien chłopiec. Dołączył, kiedy akurat wychodziłem na zewnątrz obozu, aby wszystko poskładać w swojej głowie, w sercu, co zobaczyłem. Kiedy stałem w milczeniu poza obozem, chłopiec stał w niedalekiej odległości ode mnie. Milczał a jego wyraz twarzy nie był dziecięcy. Nie uśmiechał się w ogóle. Było bardzo gorąco. Zaproponowałem mu wodę, ale pokazał mi ruchem ręki, abym sam się napił. Pokazałem, że mam drugą butelkę dla siebie, tak więc nieśmiało sięgnął po wodę i się napił. Również delikatnie uśmiechnął. Po chwili pokazał mi ruchem ręki, że chciałby zaprosić mnie na posiłek do namiotu do swojej rodziny. Ten chłopiec, krył w sobie pewną tajemnicę.
Mógłbym opowiadać dużo spotkań z dzieciakami. Co jakiś czas do naszej kliniki w miasteczku Ozal przychodzi Ameen. Kilkonastoletni chłopiec. Daję mu klocki lego, aby mógł się u nas pobawić. Staram się nawiązać kontakt. Dać przytulasa. Ameen rzadko coś mówi. Czasami się uśmiecha. Wydawało mi się, że pomimo że lubi do nas przychodzić, to zachowuje pewien dystans. Kiedy dni w Iraku były deszczowe i stałem prze kliniką załatwiając pewne rzeczy, chłopiec niepostrzeżenie podszedł do mnie z parasolem. W taki sposób okazał mi swoje serducho – stając na palcach, wyciągając swoją rękę z parasolem ku górze aby osłonić mnie choć troszeczkę przed deszczem. Nieraz w taki sposób przemawiają tutaj dzieci.
Myślę, że dla dzieci w Iraku oderwaniem od dramatu przeszłości czy życia w niedostatku jest bliskość rodziców czy drugiego, nawet obcego człowieka. Tego szukają.

 

Jaka z historii utkwiła ci w głowie najbardziej?

Siedziałem kiedyś w restauracji w Irbilu, ze swoim znajomym, misjonarzem z Rumunii. Siedzieliśmy na zewnątrz restauracji, zaraz przy ulicy. Podszedł do nas pewien, mężczyzna – tak nam się wydawało. Był to jednak 17-letni Abdulla, który mieszkał kiedyś w Mosulu, gdzie jego tata został zamordowany przez ISIS. Jemu razem z mamą, braćmi i siostrami udało się uciec. Dzisiaj mieszkają w ubogich warunkach w Irbilu. Chłopiec miał wrażliwy wyraz twarzy i głębokie, piękne oczy. Abdulla stara się pracować jako pucybut, ale w ten sposób zarabia niewielkie pieniądze. Czasami prosi o pieniądze napotkanych ludzi, nieraz siedzących w restauracji. Dlatego podszedł do nas. Poprosił o pieniądze, aby mógł kupić coś do zjedzenia. Nie mam zwyczaju w takich ulicznych spotkaniach dawać pieniędzy. Zaprosiłem go więc aby usiadł z nami w restauracji, w której często, jako osoba uboga i żebrząca, był przeganiany przez kelnerów. Teraz, kelner, który nas obsługiwał, był mocno zdziwiony, ale Abdulla w tym momencie był gościem restauracji; nie żebrakiem do przegonienia, ale klientem do obsłużenia. Kiedy posiłek był gotowy, Abdulla wziął go na wynos, aby podzielić się z rodziną. Dzielenie się jest tak często głęboko wpisane w tych ludzi. Na koniec mogliśmy się wzajemnie przytulić. Chciałem, aby Abdulla wiedział, że jego tożsamością nie jest bycie żebrakiem przeganianym przez innych, ale że jest pięknym, kochanym, nastoletnim chłopcem. To jedna z historii, którą noszę w swoim środku. Dzielę się z nią też dlatego, ponieważ ponieważ jest z nią związana inna historia. Mianowicie, kiedy podzieliłem się spotkaniem z Abdullą na swoim profilu FB, napisała do mnie na priv pewna osoba, która poruszona jego historią, postanowiła wesprzeć Abdulla i jego rodzinę niemałą kwotą. Przelała tę kwotę na specjalne konto. Teraz mam nadzieję, że spotkam Abdulla ponownie.

 

Czym są kliniki STEP-inu – komu pomagają, jak działają, dlaczego właśnie w Iraku?

Za klinikami STEP-INu w Iraku stoi pewne dzielne, polsko-słowackie małżeństwo, Przemek i Zuzka Ulmanowie. Najpierw zaczęli oni pracę w Iraku pod skrzydłami innej organizacji, po czym założyli swoją, działając dalej na własną rękę. Kliniki STEP-INu pomagają uchodźcom i biednej ludności lokalnej, ludziom dotkniętym przez wojnę. W klinikach pracują europejscy lekarze i socjalni pracownicy, którzy odwiedzają ludzi potrzebujących pomocy bezpośrednio w ich domach. Obecnie STEP-IN prowadzi trzy kliniki, jedną nieopodal Irbilu, drugą w obozie dla uchodźców oraz trzecią mobilną, niosącą pomoc paru biednym miasteczkom na północy Iraku. Kliniki świadczą szeroki zakres niezbędnych usług medycznych, oczywiście nieodpłatnie.

 

Działania wolontariuszy Step-in FOT. R. Siewniak

 

Jesteś ewangelizatorem chrześcijańskim. W jaki sposób rozmawiasz o Bogu z wyznawcami islamu?

Przede wszystkim rozmawiam o Synu Bożym, Zbawicielu, Chrystusie. Muzułmanie nie wierzą, że Bóg ma Syna a przez to opierają swoje zbawienie na dobrych i złych uczynków, których więcej. Parę dni temu miałem piękną rozmowę z pewnym imamem, czyli duchownym islamskim. Odwiedziłem pewien meczet, w którym spotkałem imama Aliego. Zapytałem go o to, o co często pytam muzułmanów: „Jaką masz pewność tego, że jak umrzesz, będziesz zbawiony?”. Imam Ali odpowiedział, jak wszyscy wyznawcy Islamu, że nie ma takiej pewności. Wierzy jednak, że jeżeli jego dobrych uczynków będzie więcej niż złych, to Allah obdarzy go zbawieniem. W zasadzie takie jest wyznanie każdego muzułmanina, niezależnie czy drogi sunnickiej czy szyickiej. Jednakże ten tok myślenia znany jest nie tylko w islamie ale również w kulturze zachodu, również w Polsce. Rachunek dobrych i złych uczynków, czyli zbawienie, które możesz zapewnić sobie ty sam. Wierzę, że głoszeniu Ewangelii nieraz ważne jest uczynienie w drugim człowieku znaku zapytania, dokładnie tak, jak zrobił to nasz Pan rozmawiając z Nikodemem, nie odpowiadając mu na żadne z jego pytań, ale samemu zadając mu pytania, tak że po zakończeniu tej rozmowy Nikodem zaczął szukać odpowiedzi. Staram się prowokować tutaj do tego samego. Tak więc, zarówno z Alim, jak i z innymi moimi rozmówcami dzielę się często takim obrazem w kontekście wiary, że zbawienie mogą dać nam nasze dobre uczynki. Rzecz dzieje się w sądzie. Oskarżony staje przed sędzią, z powodu tylko jednej złej rzeczy, którą zrobił w życiu, ale oprócz tego zrobił 1000 dobrych uczynków: był dobrym mężem, dobrym ojcem, wychował dobrze swoje dzieci, pomagał biednym, był sumiennym i rzetelnym pracownikiem, itd. Oskarżony przedstawia sędziemu te dobre uczynki, zestawiając to, że tych dobrych jest wiele a ten zły tylko jeden. Czy w związku z tym sędzia orzeknie, że jest usprawiedliwiony czy orzeknie jednak, że jest winny? Jak myślisz? Czy 1000 dobrych uczynków usprawiedliwi go przed sędzią z tego za co jest oskarżony?
Imam Ali i każdy z moich rozmówców odpowiadają zgodnie, że nie. Oskarżony nie zostanie usprawiedliwiony. Zostanie skazany, bo jest winny. Taka jest konsekwencja naszych grzechów. Wówczas opowiadam o usprawiedliwieniu w Jezusie Chrystusie, w Jego doskonałej ofierze, którą złożył na krzyżu za nasze grzechy. Dla większości z moim rozmówców jest to pierwsze spotkanie się z Ewangelią.

 

A teraz odwracam pytanie: jaka wizja Boga płynie z rozmów, które Irakijczycy przeprowadzają z Tobą? Kim jest Bóg dla ludzi tak doświadczonych przez życie?

Przede wszystkim muzułmanie, zarówno ci w Iraku, szyici, jak i ci w Iranie, sunnici, nie mają osobistej, intymnej relacji z Bogiem. Wspomniany imam Ali, który jest akurat sunnitą z Iranu, kiedy zapytałem go, czy możemy się o siebie pomodlić, zgodził się. Kiedy miał modlić się o mnie, było to dla niego trudne. Muzułmanie mają wyznaczone godziny do modlitwy i konkretne modlitwy, które odmawiają. Trudne jest dla nich do przyjęcia, że Bóg jest kimś tak bliskim, że chce nawiązać z nami intymną więź. Że w kontakcie Bóg – człowiek, chodzi o miłość, o relację.
Być może, jeszcze przed objawieniem Jezusa, jako Bożego Syna i Zbawiciela, muzułmanie muszą uwierzyć w Boga, Ojca miłosiernego, który kocha nasz szalenie i pragnie naszego zbawienia. To objawienie Boga-Ojca miłosiernego uważam za bardzo ważne na Bliskim Wschodzie. Wszak protoplasta, praojciec wszystkich Arabów, z powodu syna obietnicy – Izaaka, został przez swego ojca Abrahama, wyprawiony wraz z matką na pustynię. Jego życie było pozbawione ojca. To jest pewien duchowy brak współczesnych muzułmanów. Wyznając Boga, w swojej wierze, mają brak poznania prawdziwego Boga, jako ojca.

 

Jak wygląda sytuacja chrześcijan w obozach uchodźców. Jak sobie radzą po okresie terrorystycznych rządów ISIS?

Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że w ciągu ostatniej dekady z Iraku wyemigrowało ponad milion chrześcijan. W 2003r. w Mosulu, będącym drugim, co do wielkości miastem kraju, mieszkało 100 tys. chrześcijan. W chwili ogłoszenia kalifatu było ich tam 30-35 tys. Dziś nie pozostał nikt. Dzisiaj chrześcijanie wracają do Karakosz i do innych miast, z których musieli uciekać przed ISIS, ale nie wracają do Mosulu czy do południowej części Iraku. W obozach dla uchodźców chrześcijan nie spotkałem, choć wiem, że też są obozy, w których są chrześcijanie. Większość z nich radzi sobie jednak dobrze. Ich sytuacja ekonomiczna jest dobra, ale towarzyszy ich niepewność, co dalej w przyszłości czeka ich w tym kraju.

 

Czy z perspektywy Polski możemy jakoś realnie tym ludziom pomóc? Co robić? Gdzie się angażować? Jakie akcje wspierać?

Każdego chcę zachęcić przede wszystkim do tego, aby stał się domem dla potrzebujących pomocy w Iraku czy też dla naszych braci i sióstr, którzy muszę spotykać się w ukryciu w Iranie. Bóg mówi do nas, abyśmy stali się dla innych domem modlitwy. To jest cudowne, że jako chrześcijanie nigdy nie stoimy w miejscu, w którym nie możemy zrobić nic. Jako chrześcijanie, mamy coś, czego nie mają niewierzący. Mamy moc modlitwy. Mamy Tego, który słyszy nasze modlitwy i zaprasza nas do modlitwy. Tak więc, po pierwsze – zachęcam do modlitwy.
Po drugie – oczywiście można wspierać finansowo, tych którzy doświadczają braku. Tu organizacja STEP-IN niesie pomoc medyczną. Wchodząc na ich stronę internetową, można zapoznać się z konkretnymi rodzinami i ich potrzebami, które można wesprzeć. Jako Stowarzyszenie Do Źródła razem ze STEP-IN organizujemy właśnie przez stronę zrzutka.pl zbiórkę pieniędzy na świąteczne prezenty dla dzieci w Iraku z obozu dla uchodźców Dawoodia oraz dzieci naszych pacjentów z kliniki w Ozal. Nieraz piszą do mnie na priv osoby, które chcą wesprzeć konkretne osoby, o których piszę, dzieląc się refleksjami czy obserwacjami na swoim profilu FB. Ale również są inne organizacje, które niosą pomoc o różnym profilu. Jeżeli ktoś chciałby z nami się skontaktować, zapraszam do kontaktu.

 

Co taka “jednorazowa” i “świąteczna pomoc” w ogóle może dać i zmienić?

Staramy się nieść pomoc długofalową, docierając do ludzi, którzy pomocy potrzebują najbardziej. Tu wspaniałą pracę czyni STEP-IN, niosąc pomoc medyczną. W kontekście akcji „Świąteczna niespodzianka dla dzieci w Iraku” pomyślałem o tym, że w czasie świąt obdarzmy się prezentami, wspominając, że zostaliśmy obdarzeni największym prezentem przez Boga – narodził się Zbawiciel świata i dzisiaj, każdy można znaleźć w Nim nie tyko sens życia ale przede wszystkim wieczność. Wspaniale, aby z tej okazji ci najbiedniejsi otrzymali również jakiś prezent. W całym niesieniu poMOCy, chodzi o to, aby drugi człowiek doświadczył nadziei, być może odzyskał naruszoną czy zagubioną godność. Moim pragnieniem jest również, aby doświadczył, że jest moc do nowego, przemienionego życia, którą można odnaleźć w Tym, który przebył drogę z Betlejem do Golgotę, dla naszego uratowania.

 

Na koniec chciałbym zapytać, czy w „obozowym życiu” może w ogóle zawitać radość? Jak ją przywrócić?

Paradoksem jest, że w obozach spotykam więcej radości niż w naszym kraju. Tu ludzi, przede wszystkim Kurdowie, ci w obozach, wiedzą co to jest radość. Bo z radością – tak myślę – jest tak, że jej się nie zyskuje, ale ją się tworzy. Jednym ze sposobów na radość jest drugi człowiek. Tu w obozach radość nie ma nic wspólnego z komórkami, konsolami i komputerami. Tu radość związana jest z byciu z drugim człowiekiem. Jest na to czas, bo często brak facebooków, instagramów i innych zjadaczy czasu. Wszelkie gadżety i technikalia pędzącego do przodu świata mają tendencję skupiania nas na rzeczach, a nie na osobach. To odseparowuje człowieka od człowieka, a człowiek nie został stworzony, aby być ODdalony od człowieka ale DOstępny dla drugiego człowieka. To jest radość, którą bardzo dobrze rozumieją ludzie prości i biedni, którzy taką lekcją mogą ubogacić bogatych w rzeczy, ubogich w czas, ludzi zachodu.

Radosław Siewniak

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Makowski

Marcin Makowski

Dziennikarz tygodnika "Do Rzeczy", publicysta Wirtualnej Polski, współpracownik "Dziennika Gazety Prawnej" - wcześniej wydawca w portalu Deon. Pisał do Onetu, Forward, "Rzeczpospolitej", "Tygodnika Powszechnego" i Stacji7. Prowadzi program "Nocna Zmiana" w Radiu Kraków. Laureat nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich im. Adolfa Bocheńskiego (2016) oraz Stefana Myczkowskiego (2017) nominowany do nagrody im. Kazimierza Dziewanowskiego (2016) oraz Stefana Żeromskiego (2017).

Zobacz inne artykuły tego autora >
Radosław
Siewniak
zobacz artykuly tego autora >
Marcin Makowski
Marcin
Makowski
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Bóg jest moim partnerem biznesowym

O boskim coachingu, prowadzeniu biznesu pod Bożą opieką i w zgodzie z wartościami opowiada Małgorzata Dąbrowska - właścicielka m.in. “Boskiego Biznesu” i mama 4 dzieci, zaangażowana w duszpasterstwo przedsiębiorców Talent.

Małgorzata
Dąbrowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jak Pani trafiła do duszpasterstwa przedsiębiorców? Łączenie biznesu z wiarą nie wydaje się wcale tak częste…

– A dla mnie to oczywiste, normalne, podstawowe! Z duszpasterstwem przedsiębiorców „Talent” jestem związana ponad 12 lat a zaczęło się w zasadzie od kryzysu małżeńskiego, gdy szukałam jakiegoś miejsca, gdzie będzie można o tym porozmawiać. Zobaczyłam w parafii plakat, że są rekolekcje dla małżeństw i byłam też przekonana, że to jest jedyne miejsce, gdzie może uda mi się zabrać mojego męża, ponieważ były to rekolekcje z duszpasterstwem przedsiębiorców.
Oboje, i mąż i ja, prowadziliśmy już wtedy działalność gospodarczą. Na rekolekcjach spotkaliśmy ludzi o podobnych zainteresowaniach, a małżeństwo, które je prowadziło też miało czwórkę dzieci jak my. Pomyślałam, że jest nadzieja, że będzie można po Bożemu porozmawiać o tych wszystkich obszarach naszego życia, które są dla nas ważne: rodzina, małżeństwo, praca. I tak się trzymam tego duszpasterstwa do dziś! Choć pierwszy moment był taki: a nie wiem…? Ale potem wrosłam w to środowisko.

 

Jak udaje się Pani w codzienności biznesowej praktykować wartości? Zaufanie Bogu, uczciwość?

Dzisiaj to jest już dla mnie bardzo łatwe. Dwa lata temu odeszłam z korporacji, ale kiedy tam jeszcze byłam zawsze się przyznawałam do tego, że Pan Bóg jest dla mnie ważny. Wydawało mi się, że to dla wszystkich jest oczywiste, że jak zapytamy: kto chce być święty, to każdy podniesie rękę. Okazało się, że to moje przekonanie takie jest a nie innych, więc chwała moim rodzicom za wiarę, którą nam przekazali. Jestem z domu, gdzie wiara była ważna, była oczywistością! Natomiast mój mąż pochodzi z innego domu, gdzie wiara była raczej tradycją.

Dwa lata temu, kiedy odeszłam z korporacji zadałam sobie pytanie: co ja chcę robić? Przyznam, że od dawna moim pragnieniem (z 15 lat wstecz, jak nie więcej) było mówienie prosto o Bogu, że jest dla mnie kimś ważnym i zrobienie jakiegoś „dealu” z Panem Bogiem, że można o Nim mówić, prowadzić biznes i to się da połączyć. W Stanach Zjednoczonych takie biznesy funkcjonują, u nas to jeszcze nowość, dlatego, że większość katolików czy chrześcijan, których spotykam mają zasadę taką: robimy biznes według normalnych zasad rynkowych i jesteśmy katolikami. Jak rośniemy w wierze, to mamy odwagę coraz więcej o tym mówić, powiesić krzyż w firmie, powiedzieć o tym swoim pracownikom.

Ja zawsze podkreślałam, że Pan Bóg jest dla mnie ważny, więc moi ludzie to wiedzieli, czasami się temu przyglądali z boku. Wcześniej, na wszelkich wyjazdach korporacyjnych szukałam kościoła, zaprzyjaźniałam się z ludźmi, z którymi spotykałam się w tym kościele, ale rzeczywiście była nas garstka w stosunku do całej grupy.

Moim pragnieniem było mówić jasno, głośno o Panu Bogu, więc kiedy odeszłam z korporacji, bo zrobiło się tam coraz bardziej niehumanitarnie, coraz szybszy pęd, pojawiły się takie sposoby motywowania pracowników, które budziły mój sprzeciw – zaczęłam sobie zadawać pytanie: Panie Boże co dalej?

Pomyślałam, że chcę pracować jako coach, chcę pomagać, chcę wspierać. Dlaczego? Rozwiązując swoje problemy: biznesowe czy osobiste, szukałam wsparcia u osób, które jasno deklarują się w wartościach. Jak szukałam adwokata, to chciałam, żeby to był człowiek deklarujący się w wartościach. Jak rozmawiałam z coachem, trenerem – moim pragnieniem było znaleźć osoby z wartościami. Nie jest to takie proste!

Pomyślałam „Panie Boże, skoro ja ma takie pragnienie, to pewnie nie jestem w tym jedyna? Rób jak uważasz, ja się deklaruję bardzo jasno, że jestem katoliczką, chrześcijanką, trenerem biznesowym, coachem, mam oczywiście jeszcze inne „klasyczne” biznesy, ale jestem gotowa! I już!”

 

Kobiety są aktywne w biznesie?

Zachęcam kobiety do działania biznesowego, bo często kobiety są wycofane. Ja sama przez wiele lat byłam jedyną kobietą w dębickim klubie biznesu. Wiem, że to dar od Boga, że „dam radę” z mężczyznami i potrafię zabrać głos w tym środowisku. Widziałam, że oni się liczą z moim zdaniem, szanują, również za wyznawane wartości i to mi dodawało odwagi. Zaczęłam organizować spotkania kobiet – najpierw raz w roku u nas, w Dębicy, a potem zaczęły mówić: a może częściej?

Obserwowałam też kobiety, które prowadzą duże spotkania, mentoring i coaching dla kobiet, podziwiam je i bardzo szanuję, ale w tych spotkaniach brakowało mi tego elementu Bożego. Pomyślałam sobie: „Panie Boże, jeśli Twoją wolą jest, żebym motywowała kobiety, do tego żeby działały, żeby się nie bały i żeby się poczuły Twoimi, wybranymi córkami i działały z mocą, to ja jestem chętna być narzędziem w Twoich rękach”.

 

I wtedy powstał „Boski biznes”?

Tak, wtedy powstał. Pierwsze spotkanie odbyło się w Dębicy, moim mieście. A potem przyszła myśl: „Idź dalej!” więc zaczęły się spotkania networkingowe w Rzeszowie i Krakowie a potem już poszło dalej! Okazało się, że dziewczyny chcą takich spotkań.

Na początku było to małe forum kobiet przedsiębiorczych, nie było jeszcze nazwy Boski biznes. A ja zastanawiałam się: mówić – nie mówić tak jasno? Pamiętam jak moja córka, która współpracuje ze mną przy tym projekcie mówi: mamo, ale czy kobiety będą chciały się w tych wartościach tak deklarować? Odpowiedziałam jej: dziecko, tak naprawdę nie mamy czasu, żeby nie głosić Chrystusa. Ja mam swoje lata, nie wiem, ile jest mi dane. Marzy mi się, żeby jasno, prosto mówić: jestem wierząca, zawierzyłam wszystko Panu Bogu, będzie tak jak On chce.

 

Na czym więc polega ten „Boski biznes”?

– Boski biznes są to spotkania dla kobiet przedsiębiorczych, które chcą robić biznes po Bożemu. Spotkania są po to by się wspierać, inspirować i zarażać pozytywną energią. Po to by pomóc rozwinąć skrzydła we własnym biznesie. Po to by się uczyć i rozwijać zarówno siebie jak i swój biznes.

Jasno mówimy, że wierzymy w Boga, zapraszamy go do naszych biznesów, że chcemy działać zgodnie z przepisami i zasadami. Chcemy też modlić się nawzajem za siebie, za nasze biznesy, po prostu zapraszać naszego najwyższego Szefa do nas. Na początku było nieśmiało, ale im dłużej to trwa tym śmielej o tym mówię i mam z tego wielką radość. Dostaję informację zwrotne od uczestniczek spotkań, że tego potrzebują. Ja też tego potrzebuję, że ktoś stanie obok i powie: Bóg jest moim partnerem biznesowym. Z Bogiem mogę wszystko, dlatego obserwuję takie osoby jak Tom Peterson czy Chris Lowney i oddaję Bogu do dyspozycji wszelkie moje talenty.

 

Czego przede wszystkim szukają kobiety na spotkaniach “Boskiego biznesu”?

Kobiety przychodzą na te spotkania, bo potrzebują nawiązywać kontakty i mieć dobre relacje biznesowe. O wiele lepiej robi się interesy z ludźmi, którzy wyznają te same wartości, od razu jest większe zaufanie i otwartość. Oczywiście to nie znaczy, że jesteśmy idealne, ale jest w nas wola robienia biznesu po Bożemu, rozmawiania o własnych słabościach i uczenia się siebie nawzajem. Dzięki spotkaniom powstało już wiele projektów, współpracy, choć też nie obywa się bez trudnych sytuacji, ale uczymy się je rozwiązywać.

 

Co Pani radzi dziewczynom, młodym kobietom, które zastanawiają się co robić w życiu? Mają marzenia, ale się boją.

To naturalne, że się boimy o przyszłość, ale powiem tak: z wielkim Szefem możemy mieć wielkie marzenia. Marzenia są probierzem porządku i szczęścia w naszym życiu, bo ludzie szczęśliwi marzą! Po prostu pozwalają sobie na marzenia. Nie pozwalają sobie na nie ludzie, którzy przeżywają problemy czy kryzysy. Zachęcam więc, żeby marzyć, żeby zaufać Panu Bogu, żeby mówić głośno: mam marzenie! Samo mówienie o tym już powoduje, że coś się dzieje w nas samych, a ludzie, którzy nas słyszą, mogą nas wesprzeć. Wielkim błędem jest nienazwanie swoich marzeń bo chodzi o to, żeby marzenia stały się też, w którymś momencie celami. Może nie zrealizujemy ich w ciągu roku, ale mamy całe życie, żeby się uczyć i wzrastać, poprawiać.
Marzyć! Realizować! I przyjść do nas, bo „Boski biznes” jest w sześciu miastach, dajemy wsparcie! Wszystkim życzę: niech Moc, przed duże M, będzie z wami!

 

Rozmawiała Anna Wojtas

Małgorzata Dąbrowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Wojtas

Anna Wojtas

Zobacz inne artykuły tego autora >
Małgorzata
Dąbrowska
zobacz artykuly tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >