Kard. Tagle: Kościół się nie zmienia, tylko odnawia

O wielokulturowości, migracji, papieżu Franciszku i modlitwie z kard. Luisem Antonio Tagle, przewodniczącym Caritas Internationalis rozmawiają o. Marcin Wrzos OMI oraz Michał Jóźwiak z portalu misyjne.pl

Michał Jóźwiak: Często mówi się, że papież Franciszek zmienia Kościół. Myślę tutaj chociażby o adhortacji „Amoris Laetitia”. Czy rzeczywiście ten pontyfikat jest taki przełomowy?

Kard. Luis Antonio Tagle: Słowo „zmiana” tutaj nie pasuje. Myślę, że lepszym określeniem dla tego, co dzieje się w Kościele i właściwie ciągle się wydarza, jest „odnawianie”. Zaczęło się ono już w 1958 r., kiedy papieżem został Jan XXIII, który później zwołał Sobór Watykański II. To nie efekt papieża Franciszka, to się zaczęło dużo wcześniej, choć 50 lat to znowu nie aż tak wiele. Mam poczucie, że dopiero teraz w Kościele zaczynamy rozumieć postanowienia soborowe. Następni papieże, Paweł VI, Jan Paweł II i Benedykt XVI rozwijali różne aspekty tego, co zostało wypracowane podczas Soboru Watykańskiego II.

 

Michał Jóźwiak: Czyli nie ma przełomu i się na to nie zanosi?

– Ciągle będzie miało miejsce to „odnawianie”, bo świat się zmienia. Kościół musi mierzyć się z wciąż nową rzeczywistością. Przecież w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku nie było mowy o sztucznej inteligencji, a teraz jest ona bardzo realna. Nie możemy zamykać oczu na nowe zjawiska i powtarzać w kółko tego samego. Kościół powinien na te wyzwania odpowiadać.

 

Michał Jóźwiak: Jednym z takich wyzwań jest chyba migracja? Niedawno Caritas Internationalis zapoczątkowała akcję #ShareJourney, która ma być wyrazem solidarności z uchodźcami i migrantami.

– To rzeczywiście problem globalny, któremu Kościół powinien stawić czoła. Ale Kościół nie jest jedyną instytucją pochylającą się nad tą kwestią. Choć przyznam, że chcemy mieć tutaj swój istotny wkład, zwłaszcza przez nauczanie społeczne Kościoła. Ciągle przychodzi do nas nowa rzeczywistość i musimy na nią adekwatnie reagować. Migracja to niewątpliwie jedna z największych trosk współczesnego Kościoła. Wielu uchodźców ginie. Nie możemy udawać, że to się nie dzieje.

 

Michał Jóźwiak: Migracja wiąże się również z wielokulturowością. To pojęcie jest ostatnio bardzo modne i dla jednych jest szansą, a dla drugich przeciwnie – wielkim zagrożeniem.

– Całe stworzenie jest różnorodne – inaczej by nie przetrwało. Potrzebujemy słońca, gwiazd, powietrza. Bóg jest Bogiem różnorodności. Nie wiem jak ci, którzy domagają się jednorodności, chcą pogodzić swoje myśleniem z dziełem stworzenia. Wielokulturowość nie stoi w sprzeczności z Bożym planem. To my stanowimy problem – to, że postrzegamy wielokulturowość jako zagrożenie. Doszukujemy się w tym zagrożenia, nie widząc piękna i szans, jakie z sobą niesie. Najważniejsze jest niekoniecznie zjawisko samo w sobie, ale to jak je postrzegamy i to, czego się w nim chcemy doszukiwać. Mój dziadek był Chińczykiem, który wyemigrował z przyczyn ekonomicznych na Filipiny. Był buddystą, który później przeszedł na chrześcijaństwo. Kto by pomyślał, że wnuk chińskiego buddysty zostanie kardynałem? (śmiech). Czy można więc powiedzieć, że wielokulturowość ma w sobie coś złego? Bóg potrafi się tym posłużyć do zbudowania czegoś dobrego. I nie mówię tego na poziomie abstrakcji, bo sam doświadczam tego w swojej rodzinie. Różnorodność to nie tylko szansa, to błogosławieństwo.

 

Marcin Wrzos OMI: Papież Franciszek powiedział już jakiś czas temu, że Kościół sam w sobie jest misyjny. Dużo mówi się o pomocy materialnej niesionej przez misjonarzy, ale nie mniej ważna jest tu pomoc modlitewna, jak choćby zakonów kontemplacyjnych.

– Nie bez przyczyny jedną z patronek misji jest św. Teresa od Dzieciątka Jezus, karmelitka bosa. Misje to nie tylko aktywność, działalność czy praca. Misje to wyjście poza siebie także w sensie duchowym. Właściwie modlitwa sama w sobie jest misyjna. Jeśli modlimy się tylko za siebie, to nasza modlitwa jest w jakimś sensie niepełna. W naszej relacji z Bogiem musi być obecne „misyjne serce”, które pragnie dobra innych. Modlitwa rodziców za dzieci to także pewien rodzaj misji.

 

Marcin Wrzos OMI: Zatem mnisi, którzy nie budują studni czy szkół w krajach misyjnych, ale poświęcają się kontemplacji, również mogą być misjonarzami.

– Tak, bo ich modlitwa jest misją. Przez swoją ciszę i obejmowanie modlitwą tak wielu ludzi są bardziej obecni w świecie niż może nam się wydawać. To olbrzymi wkład, którego bardzo potrzebujemy.

 

Marcin Wrzos OMI: Jak modli się Ksiądz Kardynał?

– Trzeba rozróżnić momenty modlitwy formalnej i nieformalnej. Do tej formalnej wlicza się oczywiście to, że jako kapłan odmawiam brewiarz, odprawiam Mszę św., ale tego nie ma aż tak wiele. Gdyby policzyć, może wyszłyby dwie godzinny dziennie. Ważne jest jednak to, aby twoje serce przez cały dzień było otwarte na Boga i jego inspiracje. Twój umysł powinien poszukiwać odpowiedzi na to, gdzie On chce cię poprowadzić. Taka modlitwa nie wymaga pójścia do kaplicy – możesz być wśród ludzi, na spotkaniu, na spacerze, ale twoje serce może być połączone z Bogiem. Modlitwa to postawa, która nie ma końca. Ona wciąż trwa.


Rozmawiali o. Marcin Wrzos OMI i Michał Jóźwiak / Kraków

Katolicka Agencja Informacyjna


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Show comments
ROZMOWY

W pogoni za marzeniami

Dziewczyna, która rozmawiała z papieżem opowiada, jak dodawać sobie skrzydeł, jak poderwać do życia, co robić, żeby nam się chciało i co ciekawość życia i ludzi robi z człowiekiem...

Dorota Meriem Abdelmoula
Dorota Meriem
Abdelmoula
zobacz artykuly tego autora >
Justyna Sobocka
Justyna
Sobocka
zobacz artykuly tego autora >

Z Dorotą Abdelmoulą, dziennikarką Katolickiej Agencji Informacyjnej, a wcześniej rzecznikiem prasowym Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, rozmawiała Justyna Sobocka.


Jakiś czas temu napisałaś na FB post: “Szukam Wariata, który jutro wieczorem spakuje plecak, weźmie namiot (a drugi mi pożyczy) i pojedzie ze mną do Mogielnicy, dogonić warszawską pielgrzymkę, przynajmniej na kilka dni!” Znalazłaś?

Tak, zgłosiło się kilkanaście osób, choć moja prośba rzeczywiście była z gatunku “zwariowanych”. Pokazuje to, że wielu młodych ludzi jest gotowych odpowiadać na prośby. Ostatecznie jednak na pielgrzymkę nie dotarłam, bo miałam sporo obowiązków w pracy i zostałam w redakcji.

Często jest tak, że fizycznie nie mogę uczestniczyć w ważnych wydarzeniach, ale mam poczucie, że to, co robię, pozwala mi brać w nich udział w nietypowy sposób. Spotykam się z ludźmi, słucham ich świadectw, obserwuję ich emocje. Tak też było z pielgrzymami, którzy opowiadali o swojej wędrówce m.in. na Jasną Górę. Z jednej strony żałuję, że nie wędrowałam z nimi, ale z drugiej mam poczucie, że w nietypowy sposób mogłam im towarzyszyć.

 

Znajomi z Facebooka są pomocni?

Wiele osób odpowiada na prośby. Bardzo często są to ludzie, o których prywatnie mało wiem, ale okazuje się, że mają dobre serce i chcą pomagać. Święty Josemaría Escrivá de Balaguer mówił, że jeśli spotykamy kogoś, o kim nie wiemy, czy potrzebuje ewangelizacji, czy nie, to dobrą drogą dojścia do tego człowieka i stworzenia ścieżki Panu Bogu jest zwykły dobry uczynek, zrobienie czegoś miłego.

 

</>

 

Przyznam, że bardzo mnie rozbawił ten post i pomyślałam, że to cała Ty. Taką właśnie Cię znam. Taką Cię znają “katolickie internety” – wszędzie Cię pełno. Skąd się tam wzięłaś?

Na Twitterze pojawiłam się po roku pracy przy Światowych Dniach Młodzieży w 2015 roku. Miałam poczucie, że dookoła dzieje się mnóstwo inspirujących rzeczy związanych z przygotowaniami do ŚDM. Chciałam się dzielić informacjami. Facebooka traktuję prywatnie. Czasem skutecznie służy do organizowania pomocy. Nie mam jednak w zwyczaju meldowania efektów pracy zawodowej, nie mam nawyku dokumentowania tego.

 

Ojciec Szustak często w swoich konferencjach mówi, że jest z tym problem, żeby nam się cokolwiek chciało. Skąd Ty bierzesz siłę i energię?

Mam kontakt z ciekawymi osobami, wydarzeniami, które inspirują. Tak było np. ze Światowymi Dniami Młodzieży. Razem z przyjaciółmi, wracając z Rio de Janeiro, wymyśliliśmy projekt „Bilet dla brata” i tak rozpoczęła się moja przygoda z ŚDM. Nie mam poczucia, że pracuję bardzo ciężko i kosztem czasu wolnego, bo czerpię przyjemność ze swojej pracy. To chyba jest recepta – znaleźć dla siebie przestrzeń, w której się widzi swoje talenty i może się nimi podzielić. Bóg i Kościół są tak twórczy, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Trzeba robić to, co się lubi – po prostu. Kiedy byłam mała i ktoś mnie pytał kim zostanę w przyszłości, miałam zawsze dwie odpowiedzi – chciałam być aktorką, żeby zagrać w filmie o Zorro albo dziennikarką, żeby zrobić wywiad z papieżem. Z papieżem poszło jakoś łatwiej, niż z księciem z bajki na czarnym koniu (śmiech). Wprawdzie wywiadu jeszcze nie było, ale rok temu miałam zaszczyt spotkać się z nim podczas obiadu.

 

Jak to jest rozmawiać, żartować, jeść obiad z papieżem?

To była moja największa niespodzianka podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Początkowo miałam jedynie odebrać z kurii wolontariuszy, którzy jedli obiad z papieżem, i razem z nimi pojechać na konferencję prasową. Pamiętam, że wybiegłam na Franciszkańską prosto z biura, bez makijażu i marynarki – nie przyszło mi do głowy, że zaraz spotkam Ojca Świętego! Tymczasem, kiedy nasi wolontariusze już weszli do jadalni, watykańczycy odpowiedzialni za papieską wizytę postanowili, że ja też mam dołączyć do obiadu. Czułam się jak w przypowieści, w której gospodarz mówi do gościa: “Przyjacielu, przesiądź się wyżej!”

Podczas tego spotkania Ojciec Święty zachęcił, by każdy o sobie coś opowiedział i zadawał pytania. Młodych ludzi interesowały różne rzeczy – ulubiona muzyka papieża, sposoby spędzania przez Franciszka czasu wolnego. Pojawiły się też pytania o wiarę: jak się spowiadać, jak świadczyć o wierze jeśli rodzina jest niewierząca. Pamiętam też, że Paula, wolontariuszka z Kolumbii zaprosiła papieża do Kolumbii, a Franciszek odpowiedział, że chciałby odwiedzić ten kraj. W niedługim czasie ktoś podał tę informację na Twitterze, z komentarzem, jakoby papież zapowiadał wizytę w tym kraju. Kiedy po kilku miesiącach Watykan poinformował, że Franciszek odwiedzi Kolumbię, mówiliśmy między sobą, że papież rzeczywiście traktuje poważnie prośby młodzieży.

 

fot. Paweł Żulewski

 

Co robić, żeby tak cieszyć się życiem?

Kluczem jest gonienie za swoimi marzeniami. Jest mnóstwo rzeczy, których nie umiem robić, których się wstydzę. Trzeba jednak wiedzieć, jakie się ma talenty i starać się je wykorzystywać.

Zawsze cieszyło mnie to, że mogę być gdzieś blisko Kościoła i czułam się tam doceniana. Przez lata śpiewałam w scholi pomimo, że na początku niemożliwe fałszowałam. Później zostałam animatorką m.in. w oazie, co dawało mi satysfakcję ze spotkań z wieloma inspirującymi ludźmi. Te doświadczenia bardzo mi pomogły w pracy dziennikarskiej, która rozpoczęła się w sposób zupełnie nieplanowany. Kolega poprosił mnie o pomoc w Redakcji Katolickiej TVP, gdzie ostatecznie zostałam na kilka lat. Tam uczyłam się dziennikarstwa i obserwowałam „od środka” najważniejsze wydarzenia Kościoła, włącznie z kanonizacją Jana Pawła II i Jana XXIII i papieskimi pielgrzymkami.

 

Jak myślisz, czy działania społeczne, na rzecz innych, pomagają później w pracy, w jej znalezieniu?

Nie mam dalekich planów na przyszłość. Na pewno dziennikarstwo katolickie ma sens, bo służy pomnażaniu dobra. W moim odczuciu to nie tylko relacjonowanie wydarzeń, ale też przypominanie tego, co mówi Kościół, jakie jest jego stanowisko w różnych kwestiach – społecznych, moralnych, politycznych. Według mnie to nie jest tak, że Kościół „nie powinien się mieszać”, przeciwnie: musi przypominać o wartościach chrześcijańskich. Wymaga to profesjonalizmu i ludzi zaangażowanych, Bycia w centrum wydarzeń, tu i teraz, a nie zamykania się w salkach parafialnych – choć i tam dzieje się wiele dobra.

 

Od którego roku życia zaczęłaś działalność wolontariacką? Co Cię do tego pchnęło?

Moje zaangażowanie społeczne zaczęło się od ciekawości. Pierwszy wolontariat, w którym wzięłam udział to praca w Sanktuarium w La Salette, w południowej Francji. Jest położone najwyżej na świecie, na wysokości 1 800 m w Alpach. Pochodzę z parafii, w której posługują księża saletyni. W kaplicy wisiała kolorowa fototapeta przedstawiająca to miejsce i jako mała dziewczynka patrzyłam na nią i powtarzałam, że fajnie byłoby tam pojechać. Później dowiedziałam się, że można się tam udać, dać coś od siebie, pomóc, popracować i posłużyć.

Nie ukrywam, że jechałam tam z ciekawości – nieść pomoc, ale zrobić też coś dla siebie. Ciekawość to klucz do tego, by zacząć robić rzeczy, na które byśmy się nigdy nie odważyli. A La Salette do dziś polecam każdemu: można spotkać cudownych ludzi z całego świata, nie mówiąc już o tym, że to prywatne rekolekcje w środku Alp.

Później był wolontariat podczas Światowych Dni Młodzieży. Bardzo chciałam pojechać do Madrytu. Zdawałam sobie sprawę, że wyjazd dla pielgrzymów jest drogi, ale pomyślałam, że może przydam się jako wolontariusz. Zakwalifikowałam się. Z rówieśnikami prowadziłam w radiu WNET audycję „Wnet do Madrytu”.

 

fot. Paweł Żulewski

 

Myślisz, że działania społeczne, na rzecz innych, pomagają później w pracy, w jej znalezieniu?

Pewnie tak, choć „poprawienie” CV nie powinno być główną motywacją wolontariusza. Mogę powiedzieć, że jest idealnie, jeśli wolontariat traktujemy jako poczucie misji i służby, ale często wystarczy spojrzeć w swoje serce i zapytać Boga, czy te pragnienia pochodzą od Niego.

Sama nie miałam pomysłu na swoje życie zawodowe, ale Bóg tak błogosławi, że zawsze trafiałam na cudowne zajęcia, które mnie cieszyły i same mnie znajdowały. Przez lata pracowałam m.in. jako pilot wycieczek.

 

Co w takim razie poradziłabyś studentom, którzy w trakcie studiów chcą wykorzystać wolny czas na rozwój?

Osobiście żałuję, że studiując, nie angażowałam się w więcej inicjatyw. Zachęcam więc do twórczego wykorzystywania czasu wolnego, bo nie jest on wtedy czasem straconym. Któryś święty mówił, że każda zmarnowana minuta jest ukradziona Panu Bogu. Jeśli robimy coś, co nas pasjonuje, także pomagając – to daje ogromną energię. Z wolontariatu można czerpać siłę i pasję, która pozwala z większym entuzjazmem podchodzić do obowiązków. Dodatkowo możemy poszerzać swoje horyzonty.

Wracając na La Salette: kiedy pojechałam tam pierwszy raz, przydzielono mnie do pracy „na zmywaku” i w kuchni. Na początku się załamałam, bo znałam francuski i chciałam zajmować się pielgrzymami, a nie nalewać wodę do wielkiej wanny z brudnymi naczyniami i hurtowo siekać marchewkę. Tymczasem to właśnie podczas tej pracy poznałam cudownych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dziś, a nawet nauczyłam paru kulinarnych tricków od francuskich kucharzy. Plany Pana Boga są zawsze ciekawsze od naszych i dają radość. Nawet jeśli dotyczą drobiazgów.

 


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Dorota Meriem Abdelmoula

Dorota Meriem Abdelmoula

Zobacz inne artykuły tego autora >
Justyna Sobocka

Justyna Sobocka

Wolontariusz Światowych Dni Młodzieży w Archidiecezji Warszawskiej

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Dorota Meriem Abdelmoula
Dorota Meriem
Abdelmoula
zobacz artykuly tego autora >
Justyna Sobocka
Justyna
Sobocka
zobacz artykuly tego autora >