Nasze projekty
Zdjęcie ilustracyjne | Fot. Freepik

Gdy chciała odebrać sobie życie, ratunek przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. Bóg, wiara i depresja, czyli historia Aleksandry

Gdzieś pośród kolejnych terapii, leków oraz miesięcy spędzonych na oddziale psychiatrycznym, spotkała żywego Boga. Boga, który uratował ją przed samobójstwem i zapalił w jej pogrążonym w ciemności życiu „nawet nie światełko, a prawdziwy reflektor nadziei”. Rozmawiamy z Aleksandrą Chmielewską.

Reklama

Miała 24 lata, gdy zdiagnozowano u niej depresję. Jednak już od dzieciństwa czuła, że nie pasuje do rówieśników. Była bardzo nieśmiała i zamknięta w sobie. Opisem swojej wieloletniej walki z chorobą postanowiła podzielić się ze światem. Książka „Niewypowiedziane” to mocny opis codziennych zmagań osoby cierpiącej na depresję. Rozmawiamy z jej autorką i główną bohaterką – Aleksandrą Chmielewską. 

„Ból. Żal. Pustka (…). Poza tym same sprzeczności. Chęć życia i marzenie o śmierci. Poczucie obowiązku i pragnienie uwolnienia się. Nadzieja i rozpacz. Co mam zrobić? Nie dam rady dłużej żyć. Nie dam rady dłużej tak żyć”.

Magdalena Prokop-Duchnowska: Jakie to uczucie, żyć w ciele, które walczy, żeby przetrwać z umysłem, który robi wszystko, żeby umrzeć?

Aleksandra Chmielewska: To bardzo trudne doświadczenie. Nie sposób normalnie funkcjonować, podczas gdy wewnątrz rozgrywa się nieustanna walka między życiem a śmiercią. Uczucie ciągłego napięcia i niepokoju wyczerpuje i pożera ogromne ilości energii.

Reklama

Depresja „gasi blask w oczach, oplata ciało ciężkimi łańcuchami, wysysa całą energię, kradnie nocy sen, odbiera życiu życie”. Pani książka dosadnie pokazuje, że ta choroba to nie przejściowa obniżka nastroju, tylko ciężkie schorzenie duszy i ciała.

Często depresją nazywamy pierwszy lepszy, psychiczny dołek. Depresyjnym zdarza się nam określać po prostu gorszy dzień. Takie mylenie pojęć sprawia, że ludziom trudno potem zrozumieć skalę i powagę objawów tej choroby. To z kolei prowadzi do częstego jej bagatelizowania. Depresja to nie jest zwykły dołek – to niewyobrażalnie głęboki dół.

Jak odróżnić jedno od drugiego?

Czerwona lampka powinna się nam zapalić, gdy gorsza kondycja psychiczna utrzymuje się przez minimum dwa tygodnie. W razie wątpliwości polecam zrobienie darmowego, dostępnego w Internecie testu skali depresji Becka. Jednego jestem pewna: w tym przypadku lepiej dmuchać na zimne, czyli pójść na konsultacje nawet na wyrost, niż odsuwać w czasie sięgnięcie po fachową pomoc. Sama, mimo że latami borykałam się z różnymi objawami depresji, na terapię trafiłam niemal w ostatniej chwili, jak było już ze mną naprawdę źle. Z doświadczenia wiem, że im dłużej się zwleka, tym trudniej potem się z tego wygrzebać. Ta choroba wciąga jak bagno.

CZYTAJ: Czy katolik może chodzić do psychologa? [ROZMOWA]

Reklama

Gorzej jak spotka się na drodze specjalistę, który zamiast pomóc – jeszcze bardziej zaszkodzi. Pani zresztą też nie od razu trafiła do właściwej osoby.

Minęło sporo czasu zanim znalazłam się pod skrzydłami wspierającego terapeuty, który przyjął mnie taką, jaką jestem. Nie ma tutaj innego sposobu, jak tylko metoda prób i błędów. Jeśli brakuje zaufania i wzajemnego zrozumienia, to z całą pewnością warto szukać dalej.

Na co zwracać uwagę przy takim wyborze?

Nie podam jednej, złotej rady. Każdy ma inne potrzeby i mierzy się z innymi problemami, więc będzie też szukał innego słuchacza. Dla mnie najważniejszy był brak presji. Od zawsze duży problem sprawiło mi wypowiadanie własnych myśli, a już szczególnie dzielenie się wewnętrznymi przeżyciami. W pewnym momencie, z jedną z moich terapeutek ustaliłam nawet, że leczenie będzie skuteczniejsze jeśli zamiast mówić, będę pisała do niej maile. W końcu trafiłam jednak na osobę, przy której prawdziwie się otworzyłam. Potrafiłam jej zaufać dlatego, że czułam się w całości akceptowana. Zarówno wtedy, kiedy mówiłam, jak i wtedy, gdy milczałam.

Niektórzy twierdzą, że depresja to choroba skupionych na sobie egoistów…

A mi się wydaje, że jest dokładnie odwrotnie. Obserwuje, że to schorzenie dotyka najczęściej osób, które regularnie zaniedbują siebie i bagatelizują wysyłane przez ciało sygnały ostrzegawcze. To są też zwykle ludzie, którzy nieustannie przesuwają i pozwalają przekraczać innym swoje granice.

Reklama

ZOBACZ: Zniechęcenie, żal, uciekanie od siebie, chęć rozpoczęcia na nowo. Jak radzić sobie z “duchową depresją”?

Czy to prawda, że jeśli ktoś mówi o samobójstwie, to w rzeczywistości nie ma zamiaru odebrać sobie życia?

To jeden z najbardziej szkodliwych mitów. W głowie samobójcy rozgrywa się nieustanna walka między życiem a śmiercią. Jasne, że zdarzają się spontaniczne decyzje podjęte pod wpływem impulsu. Ale znacznie częściej mamy do czynienia z przerażającym rozdarciem i tkwieniem w beznadziejnym poczuciu, że jakiej decyzji by się nie podjęło, i tak będzie zła. Taki stan zawieszenia i wewnętrznej walki może trwać nawet do ostatniej minuty życia.

Dla mnie myśli samobójcze to była codzienność. Towarzyszyły mi rano, kiedy się budziłam, ale i wieczorem, gdy zasypiałam. Pamiętam jakie było moje zdziwienie, jak pewnego dnia nie pojawiły się wcale. Zapomniałam jak to jest nie myśleć o śmierci. Szybko jednak wszystko wróciło do „normy”. Bardzo chciałam pozbyć się tych myśli z głowy, ale kompletnie nie wiedziałam jak to zrobić. Jednocześnie nie potrafiłam zwrócić się do nikogo o pomoc.

Jeśli więc mamy w otoczeniu osoby cierpiące na depresje, warto zachować dużą czujność. Na wspomnienie – choćby słowem – o odebraniu sobie życia, należy reagować od razu.

Jeśli więc mamy w otoczeniu osoby cierpiące na depresje, warto zachować dużą czujność. Na wspomnienie – choćby słowem – o odebraniu sobie życia, należy reagować od razu.  

Jak wygląda epizod depresyjny?

Ta choroba kojarzy się głównie z głębokim smutkiem. Jednak to wcale nie smutek jest tutaj najgorszy, tylko poczucie beznadziei i wszechogarniającej niemocy. Uczucie tak obezwładniające, że nie masz siły wstać i się ubrać, o wyjściu z domu nie wspominając. Świadomość że powinieneś coś zrobić, ale nie dajesz rady, pogrąża cię jeszcze bardziej. To prawdziwe błędne koło.

W depresji cierpi nie tylko psychika, ale i… ciało.

O dolegliwościach fizycznych mówi się znacznie mniej, a one też się pojawiają. Chory cierpi jednocześnie na nadmierną senność i wyczerpującą… bezsenność. W moim przypadku było tak, że – bez względu na to, czy spałam dwie czy osiemnaście godzin w ciągu doby – budziłam się tak samo zmęczona. Były też omdlenia, ataki paniki, bóle różnych części ciała, problemy żołądkowo-jelitowe czy nawet przedłużająca się gorączka. Dopiero po czasie zorientowałam się, że w ten sposób ciało manifestowało tłumione emocje i niewypowiadane latami słowa. Gdy pod wpływem terapii i leków fizyczne objawy zaczęły ustępować, poczułam niewyobrażalną ulgę.   

Często słyszała Pani od innych, że powinna „wziąć się w garść”?

To zdecydowanie jedna z najgorszych rzeczy, które można powiedzieć osobie w depresji. Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy, jak duże poczucie winy zaszczepiają wtedy w chorym. Za oknem świeci piękne słońce, a on w takim podłym nastroju? Przecież mógłby trochę bardziej się postarać, zacisnąć zęby i zrobić swoje. No niestety, tak to nie działa! Ludziom trudno zrozumieć, że są rzeczy, których chory nie przeskoczy. Nie pojmują, w jakim stopniu ta choroba paraliżuje, a czasem wręcz blokuje codzienne funkcjonowanie.

CZYTAJ: Ks. Trzaska: wiara jest czynnikiem wsparcia, ale „depresji nie da się zamodlić”

To znaczy, że niektóre rzeczy przestają zależeć od woli chorego?

W jakimś stopniu nadal od niego zależą, ale wymagają od niego podjęcia znacznie większego wysiłku. To dlatego w depresji przychodzi w końcu taki moment, że chory traci resztki sił i jest w stanie już tylko leżeć.

Jak taką osobę mądrze wesprzeć?

Najlepsze co możemy zrobić, to po prostu przy chorym być. Dla niego poczucie, że obok jest ktoś, kto zamiast próbować go zmieniać, przyjmuje w całości – wraz z bagażem trudnych emocji – jest nieocenione.

Najlepsze co możemy zrobić, to po prostu przy chorym być. Dla niego poczucie, że obok jest ktoś, kto zamiast próbować go zmieniać, przyjmuje w całości – wraz z bagażem trudnych emocji – jest nieocenione.

I stwarza warunki do wypowiedzenia tego co niewypowiedziane?

Tak, mądre i akceptujące towarzyszenie pomaga się otworzyć, wypłakać, a czasem nawet wykrzyczeć to, co trudne. A to przynosi zawsze ogromną ulgę. Zresztą, czasem już samo wysłuchanie może uratować komuś życie.

W pewnym momencie myśli samobójcze były tak intensywne, że łapiąc się ostatniej deski ratunku, postanowiła pani powiedzieć o nich księdzu w spowiedzi. W książce pisze pani, że po drugiej stronie konfesjonału nie spotkała Jezusa Miłosiernego. Co to znaczy?

Pamiętam, że byłam wtedy w totalnej rozsypce. W takim stanie zawsze odsuwałam się od Boga. Miałam poczucie, że nie jestem godna uczestniczyć w Eucharystii. Czułam się winna, że nie mogę się skupić, że odbiegam myślami od tego, co dzieje się w kościele. Mimo to, temat wiary wciąż gdzieś we mnie pracował. Dlatego to właśnie do kościoła skierowałam swoje kroki, gdy desperacko szukałam ratunku. Wyznanie o natrętnych myślach samobójczych ledwo przeszło mi przez gardło. „Dziecko, tak nie można. Przecież życie jest piękne. Nie szanujesz daru, który dostałaś od Boga. Nie masz prawa decydować o swojej śmierci”. I tak byłam w fatalnym stanie, ale po tych słowach miałam wrażenie, jakbym rozpadła się na kawałki.  

ZOBACZ: Bp Dajczak od 2021 roku zmaga się z nawracającą depresją i otwarcie się do tego przyznaje.

Co pani wtedy czuła?

Zawód, samotność, odrzucenie. Zwykle myślałam o sobie bardzo źle, ale w tamtej chwili ktoś z zewnątrz – i to w dodatku ksiądz – potwierdził, że tak właśnie jest, że jestem złym i grzesznym człowiekiem.  

Co chciałaby pani w tamtym momencie, od tego księdza usłyszeć?

To samo, co usłyszałam od kapłana, z którym rozmawiałam jakieś dwa lata później. Wytłumaczył mi, że same myśli nie zależą ode mnie, bo wywołuje je choroba. I że liczy się tylko to, co ja z tymi myślami potem zrobię. Podkreślił, że już samo szukanie pomocy jest bardzo ważne. Ten kapłan dał mi nadzieję, ale i zrozumienie. I co najważniejsze – nie czułam się przez niego potępiona.

Myślę, że warto, żeby w takiej sytuacji kapłan zasugerował skorzystanie z profesjonalnej pomocy. Albo chociaż pozostał z tą osobą w jakimś kontakcie, żeby nie zostawić jej samej sobie.

Myślę, że warto, żeby w takiej sytuacji kapłan zasugerował skorzystanie z profesjonalnej pomocy. Albo chociaż pozostał z tą osobą w jakimś kontakcie, żeby nie zostawić jej samej sobie.

Jaką rolę w pani chorobie, a potem procesie zdrowienia odegrał Bóg?

Wcześniej nie miałam z Nim bliskiej relacji, a do kościoła chodziłam głównie z poczucia obowiązku. Z perspektywy czasu widzę jednak, że On cały czas się mną opiekował. Pamiętam jak dopadły mnie bardzo intensywne myśli samobójcze, po tym jak dowiedziałam się, że lekarze podejrzewają u mnie stwardnienie rozsiane. Będąc w totalnej rozpaczy – ale chyba nie do końca zdając sobie sprawę, z tego co robię – poprosiłam Boga o pomoc. I dosłownie w jednym momencie, jak na pstryknięcie palcem wszystko ucichło, a ja odzyskałam spokój. Poczułam, jakby ktoś bardzo mocno mnie przytulił. W mojej głowie pojawiły się myśli, że cokolwiek się wydarzy, dam sobie z tym radę. Jestem przekonana, że Bóg uratował mi wtedy życie. 

Potem, tuż po pierwszym epizodzie depresyjnym trafiłam na rekolekcje Talitha Kum, organizowane przez Przymierze Miłosierdzia. Przypadek? Nie wierzę…

Po rekolekcjach coś zmieniło na lepsze?

Dużo i to w bardzo krótkim czasie. Prawdę mówiąc, to był moment, w którym poszybowałam w górę. To tutaj pierwszy raz doświadczyłam żywej obecności Boga. Ale i wspólnoty. Dotąd ludzie zwykle mnie odrzucali, a teraz byłam przyjęta – taka, jaka jestem. Zaczęłam wreszcie odczuwać coś poza niemocą. Nagle odzyskałam sens życia i poczułam, że mogę być dla kogoś ważna. W moim życiu zrobiło się jakby jaśniej.   

Pan Bóg zapalił światełko nadziei?

Nawet nie światełko, tylko ogromny reflektor! Po tym wszystkim udało mi się wreszcie wyjść na prostą i to w dosyć krótkim czasie.

Jak dzisiaj się pani czuje?

Wiele się u mnie zmieniło. Biorąc pod uwagę moją przeszłość, nigdy nie podejrzewałam, że dojdę kiedykolwiek do miejsca, w którym aktualnie jestem. Nawet nie marzyłam o tym, że będę kiedyś czuła się dobrze sama ze sobą. Ale to wymaga ciągłej pracy. Nadal uczę się odpoczywać, szanować siebie i swoje granice.

Nawet nie marzyłam o tym, że będę kiedyś czuła się dobrze sama ze sobą. Ale to wymaga ciągłej pracy. Nadal uczę się odpoczywać, szanować siebie i swoje granice.

A choroba? Daje jeszcze o sobie znać?

Na ten moment nie odczuwam żadnych objawów depresji. Mam nadzieję, że głębszy epizod nie będzie miał już miejsca. A nawet jeśli, to wierzę, że będę tak wyczulona na pierwsze symptomy, że uda mi się odpowiednio szybko na nie zareagować.

Od pięciu lat jestem na lekach, ale w tej chwili to są już tylko tzw. dawki podtrzymujące. Prawdopodobnie na wiosnę będę mogła je już całkowicie odstawić. Czekam na to z wielką niecierpliwością!

I pewnym niepokojem?

Wiem, że farmakologia jest bardzo istotną częścią leczenia, ale chciałabym spróbować już życia w stu procentach o własnych siłach. Bardzo zależy mi, żeby  przekonać się, że te wszystkie zmiany i lepsze samopoczucie nie są tylko efektem działania leków, ale i mojej ciężkiej pracy.

I tego pani życzę!

Tekst pierwotnie opublikowany 2 marca 2023 roku

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

SKLEP DOBROCI

Reklama

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę