fot. Wikimedia/SlaV0 (YouTube)

„Uciec przed Aniołem Śmierci”. Wstrząsająca opowieść więźniarki, która spotkała doktora Mengele

Od śmierci jednego z największych, wojennych zbrodniarzy Josepha Mengele minęły 43 lata. Niech te doświadczenia, o których opowiada Lidia Maksymowicz, która doświadczyła pseudomedycznych eksperymentów "Anioła Śmierci", będą na zawsze przypominały nam słowa "Nigdy więcej wojny".

Reklama

Joseph Mengele był przekonany, że jego medyczne pseudoeksperymenty przysłużą się do rozwoju medycyny W rzeczywistości były to jednak niewysłowione cierpienia niezliczonej ilości ludzi. Nazywany był przez więźniów „Aniołem Śmierci”, ponieważ zawsze nienagannie wyglądał – miał doskonale wypucowane buty, idealnie dobrany mundur, na który podczas eksperymentów nakładał biały kitel.

Kilka dni przez wyzwoleniem obozu przez Armię Czerwoną, Mengele uciekł, udało mu się także cudem wydostać z obozu jenieckiego Amerykanów. Tym sposobem z pomocą rodziny, przedostał się z Europy do Ameryki Południowej i skrył się w Brazylii, gdzie pozostał aż do śmierci. Nigdy nie poniósł odpowiedzialności za swoje zbrodnie, co więcej – nigdy też nie miał w związku z tym wyrzutów sumienia. Zmarł w 1979 r. w Brazylii – doznał udaru podczas kąpieli w oceanie.

Milion ofiar

Lidia Maksymowicz trafiła do obozu jako dziecko. Żyła w obozie koncentracyjnym najdłużej ze wszystkich dzieci. W 2018 r. podzieliła się swoim doświadczeniem życia w czasie wojny i tuż po wyzwoleniu. Mówiła, że wojna była czasem, który nie mieści się w żadnych ramach ludzkiej egzystencji. To nigdy nie powinno się wydarzyć. Tłumaczyła, że przeżyła cudem, z pomocą wielu ludzi, którym zawdzięcza to, że żyje.

Reklama
Reklama

Całym moim światem przez kilkanaście długich miesięcy (cudem przeżytych) był obozowy barak w Birkenau. A w nim prycza i strach przed psami, szczurami i widokiem ludzi w mundurach i białych fartuchach. Całym moim światem było właśnie to miejsce. Dotyczyło to nie tylko mnie, ale także innych dzieci. W obozie zginęło ponad milion ludzi, a w tym było ponad 230 tys. dzieci. Przy wyzwoleniu było nas w wieku od 2 do 16 lat około 160. Ja, tak jak i tysiące innych więźniów, przyjechałam tutaj w bydlęcych wagonach.

„Byliśmy przerażeni”

Pani Lidia została aresztowana na terenie ówczesnej Białorusi wraz z całą rodziną za spiskowanie z tamtejszą partyzantką. Stalin kazał spalić wszystkie przygraniczne wsie, aby wojska niemieckie nie miały gdzie stacjonować. Ludność cywilna kopała ziemianki w lesie i żyła tam przez kilka miesięcy. Kiedy nastąpiło okrążenie tego miejsca, niektórzy przechodząc przez rzekę mieli szansę się wydostać. Inni nie byli w stanie tego dokonać, dlatego gdy przybyli Niemcy, zostali osadzeni w więzieniu niemieckim, gdzie odbywały się przesłuchania, a następnie wywiezieni do obozu.

Ja tam znalazłam się z matką, babcią i dziadkiem. Po kilku tygodniach, wtłoczono nas do bydlęcego wagonu i wieziono nas w nieznanym dla nas kierunku przez kilka dni. Kiedy rozwarły się drzwi wagonu znaleźliśmy się dokładnie w tym miejscu. Był to ten plac ciągnący się wzdłuż torów. Tutaj następował wyładunek i wstępna selekcja. Byliśmy po prostu przerażeni.

Reklama
Reklama

W którą stronę?

Gdy ludność przybywała do obozu, były dwie strony: życia i śmierci. Wśród tej ludności cywilnej było bardzo wiele osób starszych – ci, którzy wyglądali na bezużytecznych, nie nadających się do pracy – znajdowali się właśnie po stronie śmierci. Tam znaleźli się między innymi babcia i dziadek Pani Lidii. Grupę młodych kobiet z dziećmi skierowano w stronę życia.

Chwilę później nas tatuowano. Nie mieliśmy już imienia i nazwiska, ani pochodzenia – byliśmy po prostu numerami, które należało zapamiętać. Następnie miało miejsce rozdzielenie – kobiety oddzielano od dzieci.

Stać się niezauważonym…

Dzieci zaprowadzono do baraku i były tam traktowane jak dorośli ludzie. Do okrycia miały byle jaki koc, leżały na pryczach, gdzie było trochę słomy. Jadły ochłapy z tego, co zostawało po esesmanach. Głód był bardzo dokuczliwy, a dzieciom z tego powodu miały coraz więcej problemów na tle świadomości i psychiki. Instynktownie walczyły o przetrwanie. Nie było tam przyjaźni, solidarności, ani pomocy.

Reklama

Ja byłam z urodzenia widocznie bardzo silnym dzieckiem. Niektóre dzieci przybyły do obozu z gett, dlatego były bardzo wyniszczone, nie nadające się do niczego. A dzieci miały posłużyć do pseudomedycznych eksperymentów przeprowadzanych przez Anioła Śmierci Josepha Mengelego. Szybko się o tym dowiedzieliśmy, jak stać się niezauważonym.

Nie zawsze udawało się uciec…

Dzieci doskonale wiedziały, kim jest Anioł Śmierci. Gdy przychodził w swoim białym kitlu, chowały się do najciemniejszych kątków baraku.

Dzieci były na tyle zorganizowane, że chowały się do najciemniejszych kątów, kiedy wchodziła grupa SSmanów w bardzo eleganckich mundurach i białych fartuchach. Do dziś pamiętam jak ze swojej szpary obserwowałam te piękne mundury, błyszczące, oficerskie buty. Dzieci już wiedziały, że przyszedł doktor Mengele. Nie zawsze udawało się uciec. Dzieci były zabierane do laboratoriów, które znajdowały się przy krematoriach i obozowych szpitalach.

W laboratorium robiono nam zastrzyki – były to szczepionki, które zlecały niemieckie fabryki farmaceutyczne. Wstrzykiwano nam bakterie, pobierano krew do oporu, a na to miejsce wstrzykiwano sól fizjologiczną. Zakrapiano nam oczy specjalnym preparatem, który miał zmienić nam kolor tęczówki na pożądany niebieski. Kiedy część z nas wracała do baraku, leżeliśmy na pryczach bez życia. Często z gorączką, a nasze ciała pokrywały się ropniakami. Było to bardzo bolesne. Te dzieci, które nie wracały – okazało się, że już nigdy nie wróciły. Były tam na miejscu zabijane zastrzykiem z fenolu, a ich ciało było poddawane sekcji zwłok, a narządy preparowane.

Pierwsze, ludzkie uczucia

To, że Pani Lidia przeżyła, zawdzięcza wielu okolicznościom. Miała młodą mamę, która znajdowała siły, by w trudnych okolicznościach szukać kontaktu z córką. Wielu ludzi spotkała na swojej drodze, którzy byli gotowi pomóc w najtrudniejszych chwilach.

Przeżyłam aż do jesieni, kiedy do obozu trafiły olbrzymie transporty ludności cywilnej z Warszawy tuż po upadku powstania Warszawskiego, które wybuchło przeciwko okupantowi niemieckiemu. Do naszego baraku trafiły młode dziewczyny, harcerki. Od tych dziewcząt – my, maluchy, doznaliśmy pierwszych, ludzkich uczuć. Na tyle, na ile można było organizowały nam namiastkę normalnego życia. Wtedy zaczynała się odwilż w obozie. Wtedy ustały także eksperymenty medyczne, a w obozie zaczęła panować nerwowa atmosfera.

Wyzwolenie obozu

Do obozu przybyli żołnierze Armii Czerwonej z czerwoną gwiazdą na czapce. Różnili się od tych, które dzieci spotykały na co dzień w obozie. Dostały od nich pajdę chleba z margaryną i kubek kawy z mlekiem. Za żołnierzami zjawili się ludzie z Oświęcimia, którzy wiedzieli, że za drutami obozu działy się straszne rzeczy. W czasie wojny nie można im było się zbliżać do obozowych drutów. Kobiety z potrzeby serca zabierały najmniejsze dzieci do swoich domów. Pani Lidia właśnie znalazła się w takiej sytuacji – została przygarnięta przez jedną rodzinę z Oświęcimia.

Z trudem przystosowała się do normalnego życia. Podstawowe przedmioty codziennego użytku były dla niej nowością. Kiedy minęły 2-3 lata, ludzie, którzy ją zabrali – adoptowali ją, ochrzcili w kościele katolickim i nadali jej imię. Dopiero wtedy przesta la być obozowym numerem.

Reklama

Dołącz do naszych darczyńców. Wesprzyj nas!

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas - złóż darowiznę