Jak odchodził Pasterz. Mija 39 lat od śmierci Prymasa Wyszyńskiego

To była śmierć, ale bez oznak konania, nie można było dostrzec ostatniego tchnienia, Ks. Prymas zgasł, po prostu do­paliło się to piękne życie. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego - zanotowała w pamiętniku s. Józefa. Dokładnie 39 lat temu do Domu Ojca wrócił kard. Stefan Wyszyński.

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jak odchodził Pasterz. Mija 39 lat od śmierci Prymasa Wyszyńskiego
To była śmierć, ale bez oznak konania, nie można było dostrzec ostatniego tchnienia, Ks. Prymas zgasł, po prostu do­paliło się to piękne życie. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego - zanotowała w pamiętniku s. Józefa. Dokładnie 39 lat temu do Domu Ojca wrócił kard. Stefan Wyszyński.

Siostra Józefa Kozieł była pielęgniarką szpitalną, oddelegowaną do zajmowania się chorym Prymasem. Prowadziła dokładny dziennik, w którym zapisywała swoje spostrzeżenia i obserwacje z czasu tej niezwykłej swojej posługi. Od początku mówiła, że nie miała jeszcze takiego pacjenta, nie tylko z uwagi na jego funkcję, rozpoznawalność i wielki szacunek, ale przede wszystkim z uwagi na jego podejście do chorowania. Rzadko się skarżył, cierpiał w milczeniu, nawet w największym bólu zwracał uwagę na potrzeby innych. Siostra Józefa wspomina, jak na kilka dni przed śmiercią, mocno cierpiący Prymas martwił się, że… ona chodzi boso. 

A wszystko zaczęło się ledwie dwa miesiące wcześniej. Była wiosna 1981 roku. Już od końca marca kardynał bardzo źle się czuł, niemal nie opuszczał łóżka. Badania, którym go poddano najpierw wykazywały, że to nie rak, by w końcu 13 kwietnia 1981 r. stwierdzić obecność komórek rakowych w jamie brzusznej. Wyrok brzmiał: nowotwór trzustki w zaawansowanej aktywności.  

Prymas jednak od początku choroby wiedział, że jest ona śmiertelna. Dwa tygodnie przed wyrokiem lekarzy zanotował w dzienniku, że “zaczyna się początek końca”. Ciągle jednak bardziej martwił się sytuacją w kraju, niż tym, co się dzieje z nim samym. W Wielki Piątek 17 kwietnia zanotował: 

“W tej strasznej nocy zdołałem opuścić siebie. Ale owładnęła mnie męka ludów wschodnich, które już od trzech pokoleń cierpią od zbrodniarzy, którzy mordują w ZSRR Chrystusa, Jego Kościół i znaki dobrej nowiny ewangelicznej. To jest moja nocna modlitwa od szeregu lat. A dziś była szczególnie dotkliwa. Obraz ludzi bez świątyń, bez kapłana, bez ołtarza i Mszy św., obraz dzieci bez Eucharystii i nauki Wiary św. – obraz matek bez pomocy wychowawczej, potworne udręki więźniów i »pacjentów« szpitali psychiatrycznych, nieustanne zagrożenia wojenne w tylu krajach, którym ZSRR przychodzi »z pomocą«, by umacniać zbrodniczy ustrój. A w Ojczyźnie naszej groźba interwencji w sprawy wewnętrzne Polski. To wszystko jest przedmiotem mojej modlitewnej męki i bolesnego wołania do Pani Ostrobramskiej, przecież Matki Miłosierdzia”.

Od początku swojej choroby i swego umierania Prymas był otoczony wielką modlitwą, nie tylko domowników, przyjaciół i księży, ale dosłownie całej Polski. 

Był to z pewnością niezwykły maj. Do wielkiej modlitwy w intencji śmiertelnie chorego kard. Wyszyńskiego dołącza 13 maja kolejna wielka modlitwa: o ocalenie życia Jana Pawła II. “Kiedy dowiedział się o tym zamachu jakby skurczył się w sobie i po chwili powiedział: “Zawsze się tego bałem” – notuje ks. Bronisław Piasecki, osobisty sekretarz i kapelan Prymasa Tysiąclecia. 

Powoli kard. Wyszyński wyłączał się z podstawowych aktywności. 12 maja ostatni raz odprawił Mszę św.; 17 maja przyjął sakrament namaszczenia chorych i tego dnia był też po raz ostatni na spacerze w ogrodzie, wieziony na wózku inwalidzkim przez opiekujące się nim pielęgniarki.

Ciągle jednak przyjmuje gości, którzy chcą się z nim pożegnać lub którym chce przekazać ważne przesłania. Tak przyjmuje delegację Episkopatu, tak przyjmuje kard. Dziwisza, który wysłany przez papieża przybywa z Rzymu. Tak przyjmuje też swoją rodzinę.

 

Pokój, w którym umarł kard. Stefan Wyszyński, stan krótko po pogrzebie (FOT. “Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia”)

 

“W tych ostatnich tygodniach był niezwykle cierpliwy, nigdy o nic sam nie prosił, trzeba było pytać albo domyślać się, czy przewrócić, czy w czymś ulżyć. Godził się wtedy i dziękował, ale sam nie występował z żadną prośbą. A przecież wszystko bolało, trudno wyobrazić sobie jak bardzo. Kiedyś zdradził się mimo woli mówiąc: <Ciekaw jestem czy Ojca Św. też tak bo­lą plecy od leżenia jak mnie…> Nigdy się nie skarżył, nie jęczał, a przecież zabiegi męczyły Go bardzo. Niektó­re trwały bardzo długo, np.: punkcja trwała czasem cztery godziny i tak przez ten czas leżał z igłą w brzuchu, pra­wie nieruchomo”

– notowała siostra Józefa, pielęgnująca go dniem i nocą. Siostra zauważyła również, że ten sposób cierpienia emanował na cały dom. Mimo napięcia, w którym wszyscy żyli byli dla siebie uważni i dobrzy, zdaniem siostry – właśnie dzięki postawie samego Cierpiącego. 

Prymas bardzo cierpiał, nie sypiał nocami. Miał ciężkie zaburzenia krążenia i oddychania. Do ostatniego momentu jednak Prymas był w stanie przyjmować Komunię Świętą, która była mu podawana codziennie. 

Ostatnie chwile nadeszły 27 maja. Ciągle w kaplicy jego domu trwała nieustanna modlitwa. Ok. 11, po przyjęciu ostatniej w życiu Komunii św. Prymas zapadł w głęboki, ciężki sen. Ks. Piasecki notuje, że “traci kontakt z otoczeniem”. O północy odprawiona została Msza św., przy łóżku nieustannie byli obecni lekarze, pielęgniarka i domownicy. Po Mszy podeszła do łóżka s. Maria Okońska i powiedziała Prymasowi, że wszyscy się za niego modlą. Prymas otworzył oczy, patrzył na nią przytomnie. Zdaniem s. Józefy – było to ostatnie jego spojrzenie.

Agonia zaczyna się dwie godziny później, ok. 3.30 nad ranem. Nieustannie odmawiane są modlitwy za konających, lekarze monitorują na bieżąco pracę serca. Ks. Piasecki wkłada w ręce Umierającego gromnicę – znak Zmartwychwstania i Życia.

O godz. 4.40 następuje zatrzymanie oddechu. “Tej ostatniej chwili towarzyszy cisza i spokój” – notuje ks. Piasecki. Siostra Józefa również o tym pisze, dodając, że niemal nie dało się zauważyć tego ostatniego oddechu.

“Ks. Prymas zgasł, po prostu do­paliło się to piękne życie.Tyle lat jestem pielęgniarką, tylu chorym towarzyszyłam w ich ostatniej chwili życia, ale tu był niespotykany pokój i majestat śmierci,– a może to było samo życie, które stało się Spełnieniem. Za oknami wschodził świt dnia Wniebowstąpienia Pańskiego”.

 

Korzystałam z książki “Ostatnie dni Prymasa Tysiąclecia” ks. Bronisława Piaseckiego oraz z pamiętnika s. Józefy Kozieł

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
KARD. STEFAN WYSZYŃSKI

Nie tylko orędownik. Prymas Wyszyński w epoce koronawirusa

Pandemia, która przyszła tak nagle, pozwala nam doświadczyć podobnych stanów, w których znalazł się Prymas Wyszyński. Nie tylko zewnętrznie, ale przede wszystkim wewnętrznie.

Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Nie tylko orędownik. Prymas Wyszyński w epoce koronawirusa
Pandemia, która przyszła tak nagle, pozwala nam doświadczyć podobnych stanów, w których znalazł się Prymas Wyszyński. Nie tylko zewnętrznie, ale przede wszystkim wewnętrznie.

Zadawaliśmy sobie to pytanie z każdym tygodniem, który przybliżał nas do daty 7 czerwca: jak pandemia koronawirusa wpłynie na najważniejsze wydarzenie w polskim Kościele w tym roku? Teraz już wiemy – beatyfikacja Prymasa Wyszyńskiego została zawieszona. To słowo nie kojarzy nam się dobrze, bo szczególnie starsi, pamiętający okres komunistyczny, wiedzą, że zawieszenie równało się wtedy likwidacji. Zawód wywołuje również przedłużający się okres oczekiwania na ten radosny dzień, a to oczekiwanie już trwa całe lata. Dla osób, które pamiętają Prymasa jest to bardzo długi czas (choć wiemy, że procesy beatyfikacyjne i kanonizacyjne mogą trwać).

Jest jednak jeszcze druga strona – niewątpliwie trudnego do przyjęcia – zawieszenia beatyfikacji. Pozwoli to nam bardziej odkryć kardynała Wyszyńskiego, zainspirować się jego postacią. Pewnie to zabrzmi szokująco, ale zamiast skonsumować jeszcze jedno wydarzenie możemy bardziej docenić jego smak.

 

Oczekiwanie to cierpliwość, a cierpliwość to…

FOT. Instytut Prymasowski

…jeden z wymiarów cnoty męstwa. Mało kto może nas tego nauczyć lepiej od Prymasa. Po aresztowaniu jego przyszłość była jedną wielką niepewnością. Nie wiedział co go czeka i gdzie się znajdzie. Za to był głęboko świadom jednego – że jego sprawa będzie trwała długo. I wiedział, że jego bliscy będą gorliwie modlić się o zmianę tej sytuacji. Ciekawe, że trochę się tym martwił: Rzecz szczególna, jak blisko „niezachwianej wiary” krąży lęk – notował krótko po uwięzieniu. – Człowiek, który mocno wierzy, tak bardzo wszystkiego się spodziewa rychło od Boga, że każda zwłoka wywołuje niepokój. Nie jest to niewiara, ale „zaskoczenie” na punkcie konfliktu: „potęga – dobroć Boża”. Lękam się o ludzi, którzy bardzo wierzą w skuteczność modlitwy, by nie chcieli zbyt szybkich rezultatów swej modlitwy, by w razie zwłoki z odpowiedzią Bożą, nie ustali. Wiem od początku, że „moja sprawa” wymaga czasu i cierpliwości, że będzie trwała długo. Jest Bogu potrzebna: jest nie tyle sprawą „moją”, ile sprawą Kościoła.

Prymas nie spieszył się, był cierpliwy w znoszeniu przeciwności, ale zarazem potrafił wykorzystać czas czekania na patrzenie w przyszłość.

To zrozumienie przyniosło bardzo bogate owoce. Prymas nie spieszył się, był cierpliwy w znoszeniu przeciwności, ale zarazem potrafił wykorzystać czas czekania na patrzenie w przyszłość. To również jest aspekt cnoty męstwa zwany długomyślnością. Jak pisał o. Jacek Woroniecki OP: Długomyślność jest najbliższą krewną cierpliwości, jakby jej siostrą bliźniaczką: i jak to się często między bliźniakami zdarza, że ta, która ma silniejszą indywidualność, usuwa tamtą w cień i sprawia nawet, że jej imieniem obie są nazywane, tak i tu cierpliwość – mająca więcej sposobności do zaznaczenia się w życiu codziennym – zaćmiła swą siostrę i rozciągnęła nawet swe własne miano na jej zakres działalności. Św. Tomasz, który pierwszy poddał to zagadnienie dokładniejszej analizie, w ten sposób rozgranicza sferę działalności tych dwóch cnót: obie należą do grupy cnoty kardynalnej męstwa i wspólnym ich zadaniem jest dać nam to wewnętrzne panowanie nad zniechęceniem, które sprawia, że cofamy się przed napotkanymi przeszkodami i nie osiągamy zamierzonego celu.

Czyż przemyślenie i przygotowanie Wielkiej Nowenny przed Tysiącleciem Chrztu Polski nie było właśnie wyrazem tej cnoty? Aktywnie wykorzystane oczekiwanie w więzieniu było wstępem do stworzenia Kościołowi w Polsce przestrzeni na aktywne oczekiwanie Milenium. Było to przede wszystkim oczekiwanie duchowe, choć nie brakowało mu zewnętrznych znaków (przede wszystkim pielgrzymka kopii Ikony Jasnogórskiej po Polsce).

Zrodziło się też u Prymasa wielkie marzenie – aby na Jasną Górę przyjechał z tej okazji papież Paweł VI. I to marzenie napotkało nieprzezwyciężalną wówczas barierę – władze komunistyczne odmówiły Ojcu Świętemu prawa wjazdu do Polski. Lecz Prymas wytrzymał i ten cios. Z tej cierpliwości i długomyślności wynikły owoce, które przekroczyły jego własną wyobraźnię: wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, rewolucja Solidarności – tym mógł cieszyć się jeszcze za życia. A po jego odejściu do nieba spełniło się to, co przewidywał już w więzieniu: że to w Polsce rozstrzygnie się wynik wojny jaką Bogu wypowiedział ateistyczny komunizm.

Prymas zatem umiał czekać, lecz to jego oczekiwanie nigdy nie było bierne – w więzieniu nie czekał po prostu na uwolnienie, na wolności nie czekał na przyjście rocznicy. Czekał aktywnie godząc się z tym, czego zmienić nie mógł i wypełniając maksymalnie to, na co miał wpływ. Czy my dzisiaj potrafimy czekać w taki sposób?

 

Zatrzymanie

W środę 13 marca rano usłyszałem, że z powodu pandemii koronawirusa od następnego dnia zamykamy szkołę, w której pracuję. Uświadomiłem sobie, że ponad 500 naszych chłopców (szkoła Żagle Stowarzyszenia STERNIK jest prowadzona w systemie edukacji zróżnicowanej) przez najbliższe tygodnie pozostanie w domach, gdzie nie będzie ani nadzoru nauczycieli, ani sprawdzenia listy obecności, ani konieczności wstania i przyjścia na godzinę 8 rano. Cały dzień rozpościerał się przed uczniem jak czysta karta do zapisania i chociaż miały być prowadzone lekcje zdalne, to przecież od tego młodego człowieka ostatecznie zależało co zrobi. Rozegrało się to tak nagle – tocząca się szybciej lub wolniej codzienność naszego życia została gwałtownie zatrzymana.

Niemal natychmiast pomyślałem o kardynale Wyszyńskim i o pierwszej pracy zdalnej, którą zadam z religii: „zapoznaj się z planem dnia Prymasa w więzieniu i napisz swój własny”. Odpowiedź uczniów przekroczyła najśmielsze oczekiwania. Większość przysłała swoje plany, a niektórzy przygotowali je z niesłychaną pieczołowitością. Oto jeden z nich:

08:00 – Pobudka, modlitwa, toaleta poranna.

08:15 – Śniadanie, rozmowa z rodziną.

08:45 – Sprawdzenie aktualnych wiadomości, prasy.

09:15 – Sprawdzenie aplikacji Teams, przygotowanie do wykonania zadanej pracy.

09:30 – Czas na szkolną pracę zdalną (I).

10:25 – Przerwa pięciominutowa.

10:30 – Czas na szkolną pracę zdalną (II).

11:25 – Przerwa pięciominutowa.

11:30 – Czas na szkolną pracę zdalną (III).

12:00 – Anioł Pański.

12:30 – Obiad.

13:30 – Czas na szkolną pracę zdalną (IV).

14:30 – Odpoczynek.

15:00 – Czas na wszelkie hobby, zainteresowania, zajęcia dodatkowe, czytanie książek, rozwijanie pasji, lekturę duchową, kontakt ze znajomymi poprzez media społecznościowe, kolację (nie jest to sprecyzowane, gdyż zupełnie zależy od dnia – samemu będą to precyzował codziennie).

20:00 – Czas z rodziną, wspólne oglądanie filmu, granie w planszówki.

23:00 – Toaleta wieczorna, modlitwa, pójście spać.

Oczywiście, nie każdy miał taki plan i – oczywiście – byli i są tacy, którzy przyznają, że idą spać po północy i śpią do południa. Ale dla wielu plan Prymasa był inspiracją i to na tyle zrozumiałą, że potrafili uzasadnić dlaczego on podjął taką decyzję, gdy został skazany na odosobnienie:

Ułożył on precyzyjny całodniowy plan dnia, który brał pod uwagę wszelkie potrzeby umysłu, ducha i ciała, a także uwzględniał biologiczny rytm  organizmu – napisał uczeń. Prymas  uważał,  że  praca  ma  wpływ,  obok  materialnego  utrzymania, również na  rozwój  duchowy  człowieka.  Dlatego  też  jego  plan  dnia  wymagał  wysiłku  i dyscypliny, zakładał on twórcze wykorzystanie każdej wolnej chwili, by zapobiec pojawianiu się w jego głowie próżnych i destrukcyjnych myśli. Dla niego takie podporządkowywanie się ustalonemu rytmowi było czymś, co  dawało mu spokój i przekonanie o słuszności swoich działań. Dzięki temu wiedział, że jest wolny – wolny od chwilowych nastrojów i nie zawsze bezpiecznej wyobraźni.

Dziś coraz częściej słyszymy o zagrożeniu depresją z powodu zamknięcia w domach, rodzice deklarują bezradność wobec dzieci, które nie chcą się uczyć lecz wykorzystują komputer do rozrywki w niespotykanym zakresie. Może zatem jako inspirację na ten trudny czas wziąć sobie „Zapiski więzienne” i postawić się w sytuacji Prymasa, który jak dobry ojciec czuł się odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale też za innych mieszkańców jego więzienia – współwięźniów i strażników.

Gdy zagłębimy się w lekturę tych notatek odkryjemy ze zdumieniem, że Prymas był autentycznie wdzięczny Bogu za sytuację, w której się znalazł. Podawał też konkretne powody tej wdzięczności. Po pierwsze zauważał, że w ten sposób może współuczestniczyć w cierpieniu narodu pod brzemieniem stalinowskiej władzy. Po drugie – miał świadomość, że wielu jego kolegów kapłanów poniosło wielkie ofiary włącznie z ofiarą z życia podczas okupacji. Dlatego stosowne mu się wydawało, aby i on mógł złożyć swoją ofiarę. Po trzecie wreszcie – doceniał to, że Bóg dał mu czas na przygotowanie się do aktu oddania się w niewolę Jezusowi, co uczynił 8 grudnia 1953 roku. Przez 3 tygodnie przygotowywałem duszę swoją na ten dzień – czytamy. – Idąc za wskazaniami błogosławionego Ludwika Marii Grignion de Montfort, zawartymi w książce: „O doskonałym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny” – oddałem się dziś przez ręce mej Najlepszej Matki w całkowitą niewolę Chrystusowi Panu. W tym widzę łaskę dnia, że sam Bóg stworzył mi czas na dokonanie tego radosnego dzieła. W dotkliwym cierpieniu, które go spotkało dostrzega dobro, więcej nawet – dar.

 

FOT. Instytut Prymasowski

 

Jeszcze nie czas

8 grudnia 1953 roku po raz pierwszy na Jasnej Górze zabrzmiał apel, którego tekst jest dziś powszechnie znany. Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam czuwam. W kaplicy Czarnej Madonny było wtedy zaledwie kilka osób, które modliły się o uwolnienie Prymasa Wyszyńskiego. Widok tak samo pustej kaplicy wstrząsnął nami, gdy z powodu pandemii wprowadzono ograniczenie do 5 osób w świątyni. Polski Kościół, tak dumny z masowego uczestnictwa w uroczystościach religijnych nagle przejrzał się w pustych murach w kolejne niedziele Wielkiego Postu i w czasie Wielkiego Tygodnia. Nie było kolejek do konfesjonałów, nie było tłumnych wigilii paschalnych, nie było rezurekcyjnych procesji. Był za to kompletnie pusty Plac Świętego Piotra w transmisji telewizyjnej i w ogóle Kościół w mediach a nie „na żywo”. Największa siła polskiego katolicyzmu czyli życie sakramentalne tak imponujące naszym braciom z zachodniej Europy, nagle zniknęło z przestrzeni sakralnej.

Było to – i w pewnej mierze jest nadal – bolesne doświadczenie. Bolesne dla biskupów i księży pozbawionych wspólnoty, bolesne dla świeckich, bo zdziesiątkowana armia łatwo traci morale.

I w tym momencie przypominamy sobie o bólu Prymasa. 26 sierpnia 1956 roku na Jasnej Górze milionowa rzesza odpowiadała „Przyrzekamy!” na napisane przez niego śluby. On – wielki nieobecny – odczytywał tekst ślubów w Komańczy wobec jednej osoby – Marii Okońskiej, która tam była „Ludem Bożym”. Sam pisał o tym tak:

Dzień Ślubów Narodu na Jasnej Górze. Teraz wiem prawdziwie, że jestem Twoim, Królowo świata i Królowo Polski, niewolnikiem. Bo dziś, w dniu wielkiego święta Narodu katolickiego, każdy, kto tylko zapragnie, może stanąć pod Jasną Górą. A ja mam pełne do tego prawo, mam święty obowiązek i któż tego goręcej pragnie niż ja? A jednak, mając tak Potężną i tak Dobrą Panią, mam zostać w Komańczy. Przecież to z Twojej woli! Nikt takiej Potędze oprzeć się nie zdoła. Tylko my dwoje, Matko, możemy chcieć jednego. W tej chwili cała Polska modli się o moją obecność na Jasnej Górze. Tylko my dwoje wiemy, że jeszcze nie przyszedł czas, że ma się stać wola Twoja.

Pandemia, która przyszła tak nagle, jak nagle Prymas stracił wolność, pozwala nam doświadczyć podobnych stanów, w których on się znalazł. Nie tylko zewnętrznie (jeden z uczniów napisał: Nasza sytuacja jest podobna – on był w więzieniu a ja jestem uwięziony w domu), ale przede wszystkim wewnętrznie. Chciałoby się powiedzieć, że Pan Bóg – podobnie jak w przypadku tego swojego sługi – powiedział „sprawdzam”. Sprawdzam Kościół (duchownych i świeckich), sprawdzam polskie rodziny, sprawdzam Polaków, sprawdzam polityków. Prymas wyszedł z tej próby zwycięsko ponieważ zawierzył. „Jeszcze nie przyszedł czas” – napisał, bo zrozumiał i zaakceptował to, że ponad jego najszlachetniejszymi pragnieniami jest Opatrzność Boża, która wie co robi lepiej od człowieka. Jego wiara była nie tylko wiarą w Boga, ale całkowitym zaufaniem, relacją niezwykle osobistą z Trójcą Świętą i z Najświętszą Maryją Panną. Katolicyzm masowy, który rozkwitał za jego czasów był w jakiejś mierze owocem jego osobistego zawierzenia. Prymas wiedział jednak, że to nie wszystko. Bolał nad tym, że Polacy – chętnie biorący udział w życiu sakramentalnym i uroczystościach religijnych – w swoim postępowaniu często schodzą z Bożego szlaku. Dlatego stworzył program Wielkiej Nowenny – odnowy moralnej kluczowych sfer życia rodziny (nierozerwalność małżeństwa, obrona życia, wychowanie dzieci i młodzieży) i społeczeństwa (miłość społeczna, walka z wadami narodowymi, takimi jak pijaństwo oraz pielęgnowanie cnót). Jeśli dziś mamy w Polsce Kościół żyjący wciąż wiarą, to jest tak w ogromnej mierze dzięki Prymasowi. Ale ten stan nie będzie trwał wiecznie i to sobie właśnie uświadomiliśmy. Więc zamiast żałować odroczenia beatyfikacji może lepiej za Prymasem powiedzieć „jeszcze nie czas” i zastanowić się jak ten czas, który mamy – najlepiej wykorzystać.

 

FOT. Instytut Prymasowski

 

Rodzina w centrum

Pandemia ujawniła z bezlitosną konsekwencją, że jedynym bezpiecznym miejscem jest własny dom rodzinny. Do niego przeniosły się szkoła (zdalna) i praca (zdalna), dom stał się dla jednych gniazdem a dla innych stresującym więzieniem. Z punktu widzenia Kościoła było bardzo podobnie – duchowni zachęcali do odnowienia rytuałów rodzinnych i święcenia pokarmów przez ojców rodzin, w domach ogląda się transmisje liturgii z pustych świątyń, przed rodziną stanęło w całej oczywistości zadanie, aby stała się „Kościołem domowym” jak za św. Janem Chryzostomem przypominał św. Jan Paweł II.

Wniosek z tego muszą wyciągnąć i politycy i duszpasterze. Jeśli rodziny nie wyposaży się w narzędzia do rozwoju materialnego i duchowego to lepiej nie myśleć co będzie. W czasach Wielkiej Nowenny główny nacisk Prymas kładł na katechezę narodu, ale znaczenia rodziny nie pomijał – naród nazywał „rodziną rodzin” i w rodzinie upatrywał jego główną siłę. Kardynał Wyszyński wygrał bitwę o wiarę narodu, ale bitwa o rodzinę toczy się dalej. Ma ona swoje konkretne obszary, z których najważniejsze to jedność małżeńska, ochrona dzieci nienarodzonych, wychowanie młodego pokolenia – w tym przekaz wiary. Zapytajmy się szczerze – czy rodzina jest rzeczywiście w centrum zainteresowania polityki i duszpasterstwa? Czy szukamy sposobów na wdrożenie genialnej „teologii ciała” Jana Pawła II? Czy wychowujemy nasze dzieci w duchu służby i pielęgnacji cnót?

Prymas Wyszyński niegdyś z troską mówił:

Zastanawia nas to, że już 200 lat temu, w okresie, gdy Polska konała, gdy obradował ostatni Sejm Rzeczpospolitej w Grodnie, zarysowały się dwa nurty moralno-społeczne. Zwolennicy jednego z nich – jak wiemy z akt Sejmu – oddawali się całkowicie egoistycznym celom: zabawa, zdrada domowa, małżeńska i zdrada Ojczyzny; przedstawiciele zaś drugiego szli do Insurekcji Kościuszkowskiej. Jakże nieproporcjonalne były możliwości tych obydwu obozów! Chwilowo wzięli górę pierwsi. Doprowadził do tego egoizm, samolubstwo i rozkład rodziny.

Te słowa nie są mniej aktualne dzisiaj.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 



Paweł Zuchniewicz

Paweł Zuchniewicz

Dziennikarz, pisarz, autor powieści biograficznych o św. Janie Pawle II, Prymasie Wyszyńskim (Ojciec wolnych ludzi) i innych świadkach wiary. Wicedyrektor ds. wychowawczych w szkole "Żagle" Stowarzyszenia STERNIK.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Zuchniewicz
Paweł
Zuchniewicz
zobacz artykuly tego autora >
Copy link
Powered by Social Snap