Odszedł do Domu Ojca

Ostatnie słowa Papieża usłyszała siostra Tobiana. Przywołał ją spojrzeniem, a kiedy nachyliła się nad nim, zbliżając ucho do jego ust, powiedział: „Pozwólcie mi odejść do Pana”.

Abp Mieczysław
Mokrzycki
zobacz artykuly tego autora >
Brygida Grysiak
Brygida
Grysiak
zobacz artykuly tego autora >

Odszedł do Domu Ojca


Fragment książki abp. Mieczysława Mokrzyckiego i Brygidy Grysiak "Miejsce dla każdego. Opowieść o świętości Jana Pawła II"


Kiedy odchodził do Domu Ojca, patrzyłem na jego spokojną twarz i myślałem, że tak właśnie umierają święci. Jan Paweł II był piękny, kiedy umierał. Jego skóra była gładka. Jakby nagle stała się młodsza. Żadnego grymasu cierpienia. Totus tuus. Jakby już był w objęciach Matki Bożej. Jakby już witał się z Jej Synem. To wielka łaska, że mogłem mu służyć. Że mogłem przy nim być, kiedy umierał.

Swoim życiem, cierpieniem i śmiercią napisał najpiękniejszą encyklikę. Żadna inna encyklika nie miała takiej siły. Żadna inna encyklika nie przyprowadziła do Boga tylu ludzi. To, jak żył i jak umierał na oczach całego świata, było dowodem jego miłości do nas. Dowodem zaufania i wielkiej mądrości. Wiedział, jak wielu jest wśród nas niewiernych Tomaszów. Że nie uwierzymy, dopóki nie zobaczymy. Że w słabości jest siła…

Ostatnia Wielkanoc, czyli ostatnia encyklika, cierpieniem i śmiercią napisana

W Wielki Czwartek na początku mszy krzyżma świętego kardynał Giovanni Battista Re odczytał papieskie przesłanie. Jan Paweł II zapewniał w nim, że śledzi mszę w telewizji i że przyłącza się do jej uczestników w dziękczynieniu za „dar i tajemnicę kapłaństwa”. Pisał też, że modli się, „by nie zabrakło w Kościele świętych kapłanów”. I tę intencję zawierzył Matce Bożej. Oglądał mszę w sypialni – wspomina arcybiskup Mokrzycki. – Nic nie mówił. Zawsze bardzo przeżywał Wielki Czwartek. Myślę, że ten Wielki Czwartek przeżywał szczególnie. Bardzo chciał uczestniczyć we mszy świętej upamiętniającej ustanowienie Eucharystii. Ale na to też nie było szans.

Poranek w Wielki Piątek nie różnił się od innych poranków. Jan Paweł II pościł jak zwykle w każdy Wielki Piątek. Jak mówi arcybiskup Mokrzycki, zjadł kilka łyżek grysiku i trochę zmiksowanej zupy. To wszystko. Podobno do końca liczył na to, że może uda mu się być tam, w Koloseum. Ale dla lekarzy, dla najbliższych współpracowników od dawna było jasne, że Wielki Piątek Papież spędzi w domu. Kiedy w Koloseum ruszała droga krzyżowa pod przewodnictwem kardynała Ruiniego, Papież siedział już przed telewizorem w swojej kaplicy. Ten obraz był transmitowany na cały świat. Telewizja nie pokazywała jego twarzy. Ciągle miał rurkę w tchawicy – opowiada Arcybiskup. – Lekarze włożyli ją znowu po audiencji w środę. My ją widzieliśmy, widzowie nie mogli tego zobaczyć. To była jego droga krzyżowa. Ciężko oddychał. Widać było, że walczy. To był duży wysiłek. Ale bardzo chciał, żeby tak było. Chciał oglądać. Chciał choć tak uczestniczyć w tym nabożeństwie. Droga krzyżowa w Koloseum rozpoczęła się od odczytania listu papieskiego. „Adoracja krzyża odsyła nas do zadania, od którego nie wolno nam się wymówić – pisał – misji, którą Święty Paweł wyraził w słowach: »W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego ciała, którym jest Kościół«”. Zapewniał, że swoje cierpienie ofiarował, „aby wypełnił się plan Boży, a Jego słowo szło między ludzi”. Pisał, że patrzy na krzyż i wielbi go. „Witaj, krzyżu, jedyna nadziejo, obdarz nas cierpliwością i odwagą, i wyjednaj światu pokój!”

Siedzieliśmy z Ojcem Świętym w kaplicy – wspomina arcybiskup Mokrzycki. – I trudno było nam opanować wzruszenie. To było wyznanie wiary, jakiego nie doświadczyłem. Ojciec Święty siedział tam z rurką w tchawicy i mówił ludziom, że on wielbi ten krzyż. I że ofiarowuje go za to, żebyśmy zrozumieli, co Pan Bóg do nas mówi. Myślę, że wielu ludziom otwierały się wtedy oczy i serca. Jestem pewien. Arcybiskup wspomina, jak w pewnym momencie Papież poprosił o krzyż. Chciał nieść krzyż. Razem z Chrystusem. Dosłownie. Fizycznie. Już nie tylko w przenośni. Chwila zastanowienia, który krzyż podać – opowiada Arcybiskup. – Stanisław mówi, że najlepiej ten lekki, drewniany, który miałem w sypialni. Pobiegłem szybko schodami. Przyniosłem ten krzyż. I to ten krzyż Ojciec Święty tak bardzo tulił do policzka. Na oczach całego świata. Kiedy dzisiaj o tym myślę, widzę w tym jakąś głęboką symbolikę. Bo parę lat wcześniej pewna kobieta w Bieszczadach poprosiła męża, żeby dla niej ten krzyż wyrzeźbił. Była po wypadku, nie mogła chodzić. Chciała się modlić. Potrzebowała takiego krzyża, który nie byłby za ciężki. Mąż krzyż wyrzeźbił, a ona trzy lata później przekazała ten krzyż pielgrzymom ze wsi, którzy wybierali się do Rzymu. Oni podarowali krzyż Ojcu Świętemu.

Odszedł do Domu Ojca

(…)

Ojciec Święty przytulony do tego krzyża wytrwał wtedy do końca transmisji – wspomina. – Potem był bardzo zmęczony. Wykończony. Nic nie mówił. Modlił się jeszcze u siebie w sypialni. To był niezwykły dzień. Widzieliśmy, że Ojciec Święty był szczęśliwy, że przeżył tę drogę razem z wiernymi, że był z nimi, a oni z nim. Wszyscy cieszyliśmy się, że się udało.

Wielka Sobota też w domu. Pod znakiem intensywnych ćwiczeń z logopedą. Jak mówi były papieski sekretarz, niezwykle męczących dla Papieża. Ojciec Święty bardzo chciał przemówić do wiernych w Niedzielę Wielkanocą. Dlatego długo i wytrwale ćwiczył. I bardzo dobrze mu to wychodziło. Mszę Wigilii Paschalnej w Watykanie oglądał w telewizji. Razem oglądaliśmy. Na początku kardynał Ratzinger odczytał specjalne przesłanie Jana Pawła II: „Zaprawdę nadzwyczajna to noc, w której promieniejąca jasność zmartwychwstałego Chrystusa pokonuje w sposób ostateczny moc ciemności zła i śmierci i zapala w sercach wierzących nadzieję i radość. (…) Dzięki męce i zmartwychwstaniu to, co było zburzone, zostało odbudowane – przekonywał Papież – to, co się postarzało, odnawia się, wszystko zaś powraca piękniejsze niż przedtem do swej pierwotnej doskonałości”. Jan Paweł II, głosząc światu sens cierpienia Chrystusa, tłumaczył sens swojego cierpienia. Jakby chciał nas przygotować na to, co stanie się za kilka dni. W prasie zaczęły się pojawiać opinie, że Papież właśnie pisze swoją najpiękniejszą encyklikę. Cierpieniem i niemocą, która ustępuje mocy ducha i modlitwy.

Przyszła Wielka Niedziela i chwila próby – opowiada Arcybiskup. – Byliśmy pewni, że wszystko pójdzie dobrze, bo wcześniej Ojciec Święty naprawdę dobrze sobie już radził. Pojawił się w oknie, żeby pobłogosławić wiernych. Podałem mu tekst, a on mówi cichutko: „Nie mam głosu”. Nie wiedziałem, co zrobić. Czekałem. A Ojciec Święty śledził tylko tekst błogosławieństwa na kartce. A potem zrobił znak krzyża. To było jego ostatnie Urbi et orbi. Milczące. Nie powiedział ani słowa. Tysiące ludzi na placu Świętego Piotra wiwatowały na jego cześć. Ale na wielu twarzach było widać smutek i łzy. Pamiętam, że kiedy kardynał Sodano odczytywał papieskie orędzie, Ojciec Święty podnosił kartki do góry, jakby chciał pokazać nam wszystkim i tym ludziom na placu, że to są jego dla nas i dla nich słowa. Dobrze by było, żebyśmy o tych słowach pamiętali… Jezusie, zostań z nami. Zostań z nami. Ile razy pielgrzymi w najdalszych zakątkach świata tak właśnie wołali do Jana Pawła II – mówi z uśmiechem Arcybiskup.

Odszedł do Domu Ojca

Poniedziałek Wielkanocny od rana był trudny. Papież czuł się gorzej. Po raz pierwszy nie odmówił z wiernymi modlitwy maryjnej Regina coeli. Na placu Świętego Piotra tłumy czekały, aż pojawi się w oknie. Takie były plany – przyznaje Arcybiskup. – Ale Ojciec Święty czuł się źle. Prawie nic nie jadł. Bardzo wychudł. Baliśmy się o niego. Nie chcieliśmy go narażać. Nie miał siły. Radio Watykańskie czekało do ostatniej chwili. Nie wyemitowało serwisu w samo południe. Przez dłuższą chwilę puszczano muzykę, czekano na decyzję. W końcu na antenie pojawił się bez zapowiedzi program „Z archiwum Radia Watykańskiego” i usłyszeliśmy przemówienie Jana Pawła II z trzeciej audiencji generalnej, z pierwszego roku pontyfikatu.

We wtorek Ojciec Święty dużo odpoczywał. Wtorki miał wolne od pracy, choć w ten wtorek nie miało to znaczenia. Wszelkie obowiązki były zawieszone. Czuł się jakby trochę lepiej – opowiada Arcybiskup. – Na tyle dobrze, by w środę zaskoczyć wszystkich po raz ostatni. Chyba czuł, że zbliża się koniec, i chciał bez względu na wszystko pokazać się w oknie młodym ludziom, którzy czuwali na placu Świętego Piotra. Audiencja była odwołana, ale Ojciec Święty postanowił, że w oknie się pokaże. Choć na chwilę. I pokazał się. Na pięć minut. Odczytano jego krótkie przesłanie dla młodzieży: „Moi drodzy, przyjaźń z Jezusem, naszym Odkupicielem, niech rozjaśnia zawsze wasze życie, pozostańcie zjednoczeni z Nim przez słuchanie Jego słowa i czynny udział w uczcie eucharystycznej. Bądźcie Jego wiernymi świadkami, szczególnie pośród waszych rówieśników. Wszystkim składam raz jeszcze serdecznie życzenia wielkanocne”. Pozdrawiał też Polaków. Dziękował za modlitwę i błogosławił. Potem tłum odśpiewał modlitwę „Ojcze nasz” po włosku. A Jan Paweł II kreślił znak krzyża w powietrzu. Nakreślił go kilka razy. Tłumy wiwatowały. A on jakby nie chciał się z nimi rozstać – wspomina Arcybiskup. – Traktował ich jak swoich przyjaciół. Tak się do nich zwykle zwracał. Mówił: moi przyjaciele… To było ich pożegnanie. Ostatnia wspólna modlitwa. Po audiencji Ojciec Święty odprawił mszę świętą. Była to nasza ostatnia Eucharystia w kaplicy. Już w czasie tej mszy Ojciec Święty poczuł się źle. Ale ją dokończył. Wróciliśmy do sypialni i położył się do łóżka. I już z niego nie wstał. Aż do chwili śmierci.

Chwilę potem przyszedł kryzys. Lekarze powiedzieli nam wprost – mówi Arcybiskup – że jeśli Ojciec Święty nie dostanie jedzenia przez sondę, może umrzeć. Potem któryś z profesorów komentował, że gdyby tej sondy Ojcu Świętemu wtedy nie wprowadzono, byłaby to eutanazja polegająca na zaniedbaniu. Lekarze sondę założyli. Przez nos do żołądka. I tak Ojciec Święty dostawał pożywienie. Gotowe odżywki podawali mu doktor Buzzonetti i siostra Tobiana. Dużo odpoczywał. Dużo leżał, godzinami siedział w fotelu. Odprawiał mszę świętą w prywatnej kaplicy. Ale też na siedząco. Jego ciało odmawiało posłuszeństwa, ale umysł był ciągle jasny. Rozmawiał z nami ściszonym głosem.

Odszedł do Domu Ojca

W czwartek, dwa dni przed śmiercią, Papież po raz kolejny i po raz ostatni zawierzył Kościół i świat miłosierdziu Bożemu. Podyktował specjalny telegram do kardynała Macharskiego, metropolity krakowskiego, na uroczystości Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach. „Pragnę ponownie zawierzyć tej miłości Kościół i świat – pisał – wszystkich ludzi na całym okręgu ziemi, a także siebie samego w mojej słabości”.

Kolejny kryzys. Papież tracił oddech, miał wysoką gorączkę. Byliśmy przerażeni – wspomina Arcybiskup. – Lekarze powiedzieli, że to wstrząs septyczny, od zakażenia dróg moczowych. I że to koniec. Nie dziś, nie jutro, to za kilka dni. Mówili, żeby jechać do szpitala, ale Ojciec Święty się nie zgodził. Nie chciał. Pragnął zostać w domu. Powiedział to Stanisławowi, a ten przekazał lekarzom wolę Ojca Świętego. Arcybiskup Mokrzycki opowiada dalej: Pada pytanie, czy lekarze mogą zapewnić Ojcu Świętemu wszystko to, co miałby zapewnione w szpitalu. Mówią, że tak. Dlatego zostajemy w domu. To nie była decyzja o przerwaniu uporczywej terapii, jak przez ostatnie lata niektórzy to interpretowali. Papież miał pełną opiekę medyczną i do końca przyjmował leki. Na początku dostał antybiotyki i tlen. Oddychał za pomocą maski tlenowej. Lekarze opanowali gorączkę i dreszcze. Antybiotyki na szczęście zaczęły działać. Około dwudziestej trzeciej Ojciec Święty uspokoił się, już nie walczył o każdy oddech i zaczął oddychać bez maski. Wtedy opowiadają mu, że cały świat się za niego modli. Że na placu Świętego Piotra są tłumy młodych ludzi. Papież jest pogodny, ale bardzo słaby. Lekarze mówią: stan stabilny, jednak bardzo ciężki. O dziewiętnastej siedemnaście Ojciec Święty przyjął Komunię Świętą i sakrament chorych od kardynała Mariana Jaworskiego. Był cały czas przytomny. Wymieniał nas po imieniu, kiedy podchodziliśmy do niego, by ucałować dłoń. Na koniec dnia były medytacje i wspólna modlitwa. Siostry śpiewały Apel jasnogórski. A Ojciec Święty, jak każdego dnia, im błogosławił.

(…)

W piątek Papież obudził się przed szóstą. Przytomny i spokojny. Już o siódmej koncelebrowaliśmy mszę świętą – wspomina arcybiskup Mokrzycki. – Ojciec Święty miał pogodną twarz. Mimo że noc była ciężka. Serce odmawiało posłuszeństwa. Lekarze interweniowali. Nad zdrowiem Papieża czuwał jego osobisty lekarz Renato Buzzonetti. Razem z nim dwaj specjaliści od reanimacji, kardiolog, laryngolog i dwaj pielęgniarze. Ojciec Święty poprosił w pewnej chwili, żeby mu przeczytać czternaście stacji drogi krzyżowej. Czytają mu siostry. A on słucha w skupieniu. I modli się. Zaczynają schodzić się goście. Każdy chciał się pożegnać. Wieczorem tylu młodych ludzi na placu się modli. Mówimy o tym Ojcu Świętemu. A on coś pokazuje. Początkowo nie rozumiemy. Stanisław podpytuje. Ojciec Święty potwierdza. „Szukałem was, a teraz wy przyszliście do mnie i za to wam dziękuję”. Uśmiecha się.

W sobotę o siódmej trzydzieści rano przy łóżku Papieża odprawiają mszę świętą. Przy Janie Pawle II są dwaj sekretarze, pięć sióstr zakonnych i jego osobisty lekarz. Renato Buzzonetti powie po śmierci Papieża dziennikowi „La Repubblica”, że umierający Jan Paweł II przypominał mu Chrystusa, z tą różnicą, że Chrystus na krzyżu mógł mówić, Papież zaś odchodził w milczeniu. Zapewnia, że wraz z kolegami uczynił wszystko, by Papieżowi pomóc. Przychodzą kolejni goście, kardynałowie z Kurii Rzymskiej. Przychodzi kardynał Ratzinger, który potem mówi, że spotkał Jana Pawła II w pełni świadomego, że podąża do Boga… Papież nalega, że chce podziękować też Francesco, który od lat sprząta jego apartament.

Dziękuje mu.

Potem święci osobiście korony dla dwóch obrazów Matki Bożej Częstochowskiej. Kardynał Jaworski koronuje nimi chwilę później obraz w kaplicy polskiej w podziemiach bazyliki Świętego Piotra. Druga para koron została przekazana na Jasną Górę, dla Matki Bożej i Pana Jezusa z wizerunku częstochowskiego. Około czternastej Ojciec Święty zaczyna tracić świadomość – wspomina Arcybiskup. – Potem co jakiś czas jeszcze do nas wraca i uśmiecha się wtedy lekko. Mniej więcej o szesnastej żegnamy się z nim. Każdy po kolei podchodzi, całuje jego dłoń i mówi, co chce Ojcu Świętemu na koniec powiedzieć. Ja powiedziałem: „Bóg zapłać, Ojcze Święty. Proszę o błogosławieństwo”. Pobłogosławił mnie. Jego twarz promieniała. Widziałem, że towarzyszymy w ostatniej drodze świętemu człowiekowi. Mówiłem to już kiedyś, powtórzę i teraz: Jan Paweł II był piękny, kiedy umierał. Jego twarz była piękna. Tak umierają tylko święci.

Odszedł do Domu Ojca

Ksiądz profesor Styczeń czytał na głos Ewangelię według świętego Jana. Zdążył doczytać do dziewiątego rozdziału, nim nastąpił koniec. Ostatnie słowa Papieża usłyszała siostra Tobiana. Przywołał ją spojrzeniem, a kiedy nachyliła się nad nim, zbliżając ucho do jego ust, powiedział: „Pozwólcie mi odejść do Pana”. Około dziewiętnastej zapadł w śpiączkę. Zapaliliśmy wtedy gromnicę i postawiliśmy w oknie sypialni – wspomina Arcybiskup. – O dwudziestej odprawiliśmy mszę świętą w wigilię Niedzieli Miłosierdzia Bożego. W Ewangelii jest opis, kiedy apostołom ukazuje się zmartwychwstały Chrystus. W pierwszy wieczór po Wielkanocy. I pozdrowienie: „Pokój wam!”. Wszystko pasowało. Stanisław podał Ojcu Świętemu kilka kropli krwi Chrystusa jako wiatyk. Po mszy siostry odmówiły różaniec. Płakały.

Jest dwudziesta pierwsza trzydzieści siedem. Monitor pokazuje, że serce Jana Pawła II przestało bić. Doktor Buzzonetti nachyla się nad Ojcem Świętym, a potem mówi nam: „Powrócił do domu Ojca”. Stanisław intonuje Te Deum. Dziękczynienie zamiast rozpaczy. Najpierw nie mogłem tego pojąć. Pękało mi serce. Ale szybko zrozumiałem. To była piękna chwila. Pożegnanie pięknego, świętego życia. Mieliśmy Panu Bogu za co dziękować. Przy łóżku Papieża byli obaj sekretarze, kardynał Jaworski i arcybiskup Ryłko, ksiądz profesor Styczeń, ojciec Czesław Drążek, były siostry sercanki, lekarze i pielęgniarze. Była Wanda Półtawska. Był też papieski ceremoniarz ksiądz prałat Konrad Krajewski, który tak wspomina ostatnie chwile przy boku świętego Papieża:

Klęczeliśmy wokół łóżka Ojca Świętego. Papież leżał w półmroku. Dyskretne światło stojącej lampy skierowane na ścianę sprawiało, że był jednak dobrze widoczny. Kiedy wybiła godzina, o której za jakiś czas dowiedział się cały świat, nagle z klęczek podniósł się ksiądz arcybiskup Stanisław Dziwisz. Zapalił w sypialni światło i przerwał ciszę tajemnicy umierania Papieża Jana Pawła II, ciszę tajemnicy śmierci, która jest przecież integralną częścią życia. Drżącym, ale nadzwyczajnie pewnym głosem, z wyraźnym akcentem góralskim (przeciągając jedną z sylab), zaczął śpiewać: „Ciebie Boga wysławiamy, Tobie Panu wieczna chwała…”.

To było jak grom z jasnego nieba! Chyba wszyscy jednocześnie spojrzeliśmy zdziwieni na Arcybiskupa! Jednak zapalone światła i uroczysty śpiew kolejnych słów hymnu: „Ciebie wielbi ziemia cała”, uświadomiły każdemu z nas, że oto jesteśmy już w zupełne innej rzeczywistości: Jan Paweł II umarł – to znaczy żyje! Kiedy Jan Paweł II przestał chodzić i podczas celebracji był całkowicie – w dosłownym tego słowa znaczeniu – zależny od ceremoniarzy, zacząłem sobie coraz bardziej zdawać sprawę, że dotykam osoby świętej. Być może denerwowałem watykańskich spowiedników, kiedy przed każdą celebracją szedłem do spowiedzi, czując jakiś wewnętrzny nakaz i potrzebę. A celebracji bywało czasem kilka w tygodniu!

Dotykałem Papieża za życia (przez długie siedem lat), ale także wtedy kiedy jego dusza odłączyła się od ciała. W momencie śmierci pozostają po nas tylko zwłoki, czyli – jak pisze ksiądz Jan Twardowski – coś obcego, co się z człowieka „zwlekło” i co stanie się prochem. Sam człowiek wymknął się, odszedł i jest już objęty tajemnicą Bożą (Kilka myśli o cierpieniu, przemijaniu i odejściu, s. 51)…

Wesprzyj nas

Abp Mieczysław Mokrzycki

Zobacz inne artykuły tego autora >
Brygida Grysiak

Brygida Grysiak

Mama, żona, dziennikarka, autorka książek, ambasadorka Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Abp Mieczysław
Mokrzycki
zobacz artykuly tego autora >
Brygida Grysiak
Brygida
Grysiak
zobacz artykuly tego autora >

Uzdrowiona. Przed i po chorobie

Wyszli ze szpitala i w milczeniu skierowali się do samochodu. Zamieszanie na chodnikach prowadzących w stronę parkingów, na których panowali uliczni sprzedawcy ubrań, kobiety handlujące owocami, żebracy wołający o jałmużnę – to wszystko działo się jakby obok. Oni byli ogłuszeni obrazem cierpienia matki. Od tego dnia codziennie wieczorem modlili się razem o zdrowie dla Floribeth. Zwoływał ich ojciec, odmawiali Różaniec i prosili o pomoc Jana Pawła II.

fot. Elżbieta Ruman

Dokumenty procesowe


Fragment pochodzi z książki Elżbiety Ruman „Uzdrowiona. Kostarykański cud Jana Pawła II”,Znak 2014.


– To był rytuał każdego wieczoru. Moje małe córeczki przychodziły razem ze mną – wspomina Edwin junior. – Do tej pory modliliśmy się z nimi wieczorem, przed zaśnięciem, i robiła to głównie żona. Jednak kiedy patrzyłem na ojca modlącego się na kolanach o zdrowie dla swojej żony, dotarło do mnie, jakie ważne jest to, żeby dzieci widziały modlącego się ojca. Więc przychodziłem na modlitwę, często też w ciągu dnia zatrzymywałem się przy wizerunku Jana Pawła II i prosiłem, żeby pomógł mamie.

Edwin pracuje w firmie ojca. Ten szczupły czarnooki młody ojciec bardzo poważnie traktuje swoje obowiązki. Rozbudował rodzinny dom, dodając do jego parterowej części sypialnię i pokoik dla dzieci, a więc codzienność jego nowej rodziny splata się z życiem domu dziadków. Kuchnia jest tu wspólna dla wszystkich, ze względu na jej niewielkie rozmiary mama, córki i synowa muszą żyć tutaj bardzo zgodnie.

Monika, najstarsza z rodzeństwa, nie wyszła jeszcze za mąż, jednak ma narzeczonego. Od kilku miesięcy rodzina spodziewa się wyznaczenia daty ślubu. Jednak Monika ma inne zmartwienie: po rutynowych badaniach okazało się, że może mieć trudności z zajściem w ciążę, że może nie mieć dzieci.

Na początku XX wieku w Kostaryce szalała epidemia malarii. Z jej powodu umierały głównie dzieci. Zmarły ich wtedy dziesiątki tysięcy. Te straszne lata zostawiły trwały ślad w społeczeństwie tego niewielkiego kraju – stosunek do dzieci. Są one w Kostaryce skarbem. Rzadko widać, żeby były strofowane. Są bardzo oczekiwane i przyjmowane z wielką miłością. Nie ma tu myślenia, że „pojawiło się nie w tym momencie” albo że „najpierw się dorobię, a później postaram się o dziecko”. Nawet jeśli bardzo młode dziewczyny rodzą dzieci, są one przyjmowane z ogromną radością. Ale w kwietniu 2011 roku dla Moniki ważne było tylko jedno – mama.

– Byłam przyzwyczajona do widoku mojego ojca modlącego się – mówi dziewczyna. – Niekiedy na różaniec zapraszał osoby z sąsiedztwa. Kiedy powstała u nas kapliczka, wszyscy siadali na werandzie i stamtąd słyszałam „zdrowaśki”. Nie potrzebowałam zachęty, żeby do nich dołączać. Modliliśmy się do Jana Pawła II, do Matki Bożej Fatimskiej. Wpływało to także dobrze na ojca. Lubił, kiedy na modlitwie nikogo z jego dzieci nie brakowało.

W piątek 29 kwietnia czuła się bardzo źle. Nie chciała nic jeść, cały czas spała. Sobotni poranek był bardzo słoneczny. Floribeth poprosiła Edwina:

– Zasuń, proszę, szczelnie zasłony, od tego światła bolą mnie oczy.

Zmartwiony, zaciemnił okno najlepiej, jak się dało. Półmrok w pokoju był ciężki, jak jego dusza.

– Przyniosę ci herbatę.

– Dziękuję, kochany, ale wolę coś zimnego.

Floribeth była bardzo słaba, dodatkowo jakieś wewnętrzne gorąco sprawiało wrażenie, jakby wszystkiego w środku miała za dużo. Chwilami bolało ją nawet oddychanie.

– Zjedz choć troszkę ryżu z fasolką – Edwin wrócił do niej ze śniadaniem.

Przełykanie wydawało się Flori zupełnie niepotrzebną czynnością, nie czuła głodu, ale nie chcąc robić przykrości mężowi, zgodziła się zjeść maleńką porcję. Edwin chciał ją nakarmić, ale wolała jeść sama.

– Prawą ręką jeszcze ruszam – próbowała zażartować, jednak wypadło to blado. Na twarzy Edwina nie pojawił się nawet ślad uśmiechu.

(…)

Uzdrowiona. Przed i po chorobie

Edwin przygotował porcję leków, które żona brała przed południem.

– Proszę, kochanie, te dwie i jeszcze trzecia, troszkę większa.

Floribeth nie lubiła połykać tabletek, ale posłusznie przyjmowała je według zaleceń doktora Vargasa. Ich działanie przeciwbólowe było błogosławieństwem. Jednak dziś chciała coś zmienić.

– Edwinie, drugą, wieczorną porcję leków przyjmę dopiero jutro rano, dobrze? Chciałabym obejrzeć transmisję z beatyfikacji naszego Jana Pawła II zaczynającą się w nocy.

– Nie, Flori – odpowiedział zdecydowanie mężczyzna.

– To może ci zaszkodzić, leki działają nie tylko przeciwbólowo, ale też przeciwzakrzepowo i wzmacniają serce.

– Ale one mnie usypiają, a kiedy zasnę twardo, nie dam rady się obudzić i oglądać uroczystości.

Mąż był w tej sprawie nieustępliwy. Lęk o żonę sprawiał, że chwytał się wszystkiego, co budziło nadzieję.  (…)

*

1 maja 2011 roku był pięknym pogodnym dniem zarówno w Rzymie, jak i w Kostaryce. Różnica czasu sprawiała, że kiedy papież Benedykt XVI rozpoczynał uroczystości beatyfikacyjne na placu Świętego Piotra w Rzymie, tu panowała jeszcze noc.

– To były najważniejsze godziny mojego życia – Floribeth ze spokojem podjęła dalszą opowieść. – W sobotę wieczorem rozpoczęło się czuwanie tysięcy osób na naszym Stadionie Narodowym. Trwały modlitwy, śpiewy. Księża opowiadali o Janie Pawle II, na telebimach pokazywane były zdjęcia z jego pielgrzymek. Nasza telewizja pokazywała fragmenty tego czuwania, ale około drugiej w nocy miała się rozpocząć transmisja z Rzymu. Z oczywistych względów nie mogłam tam być, ale były tam moje siostry, bratankowie i trwali na modlitwie. Powiedziałam raz jeszcze mojemu mężowi, żeby nie dawał mi leków. Mąż odparł: „Nie, musisz je wziąć”. Zwykle po nich od razu zasypiałam. Ale pamiętam, że tej nocy w niewyjaśniony sposób, pomimo że wzięłam leki, udało mi się obudzić. Nie wiem, jak to się stało. Obudziłam się, kiedy uroczystość się zaczynała, i ze swojego łóżka mogłam oglądać beatyfikację.

Pamiętam bardzo dobrze, jak Jego Świątobliwość Benedykt XVI wygłaszał kazanie, pamiętam siostrę zakonną niosącą relikwiarz. Mogłam to wszystko zobaczyć. To było coś niesamowitego, że w takim stanie udało mi się to zobaczyć. Potem zasnęłam.

– Pamiętam, że byłem obok niej w łóżku – opowiada Edwin. – Zapadła już noc, ale ja nie mogłem zasnąć, prawie w ogóle wtedy nie sypiałem. Ona oglądała. W końcu udało mi się zasnąć. Widziałem tylko krótkie fragmenty uroczystości. Kiedy rano wstawałem, żeby zrobić śniadanie Keynnarowi, ona jeszcze oglądała.

– Po obejrzeniu beatyfikacji zapadłam w sen – mówi dalej Floribeth. – Kiedy się obudziłam po kilku godzinach, byłam sama w pokoju. Przez zasłonięte okno wpadało niewiele światła, panował półmrok.

Wtedy usłyszałam głos: „Wstań!”. Bardzo zaskoczona rozejrzałam się po pokoju, ale byłam sama. Moje oczy zatrzymały się na gazetowej wkładce ze zdjęciem Jana Pawła II. To był dodatek, który został wydany przez jeden z periodyków tu, w Kostaryce, z okazji beatyfikacji Jana Pawła II. Ktoś przyniósł mi go w prezencie. Na zdjęciu Jan Paweł II ma wzniesione obie ręce. – Kobieta podniosła obie ręce w charakterystyczny dla Jana Pawła II sposób. Tym gestem rozpromieniał tysiące wpatrzonych w niego twarzy. To było pozdrowienie i błogosławieństwo. – I znów usłyszałam głos, który powiedział: „Wstań, nie bój się!”. I od razu te dwie ręce jakby wysunęły się ze zdjęcia i zobaczyłam, jak odkrywają mnie i podnoszą z łóżka. Wstałam, otworzyłam drzwi i poszłam do kuchni.

Uzdrowiona. Przed i po chorobie

*

Edwin przygotowywał mięso na obiad. Odkąd Floribeth zachorowała, polubił kuchenne zajęcia. To pozwalało mu choć na chwilę oderwać się od smutnych myśli. Usłyszał dźwięk otwierających się drzwi sypialni. Odwrócił się zaskoczony i podbiegł do żony.

– Flori, co ty tu robisz? Jak wstałaś? – Nie bardzo wiedział, co ma mówić i myśleć. Przecież przez ostatnie dwa tygodnie leżałaś sparaliżowana.

– Czuję się dobrze! – odpowiedziała kobieta. – Czuję się dobrze – potwierdziła z uśmiechem. Edwin usiadł przy stole, wpatrując się w żonę.

Minęło kilka godzin, a ona jest jakaś inna. Pełna radości. Floribeth weszła do kuchni i zobaczyła dwa kubeczki zostawione po śniadaniu. Podeszła do zlewozmywaka i odkręciła wodę.

(…)

Ten dzień, pierwszy po beatyfikacji Jana Pawła II, był dla rodziny Edwina jak cudowny sen. Floribeth poruszała się samodzielnie, choć lewą rękę nadal miała bezwładną, a lewą nogę nie w pełni sprawną. Jednak twarz Flori była promienna, jakby we wnętrzu kobiety ktoś zapalił światło. Pomogła mężowi przygotowywać obiad, chciała sama pokroić łodyżki selera. Z wysiłkiem położyła lewą dłoń na desce, prawą zręcznie pokroiła roślinę.

– To nie było tak, że moje ciało tego samego dnia było zdrowe. Powrót sił następował stopniowo. Najpierw Bóg uzdrowił mojego ducha. Dał mi pokój. Miałam w sobie pokój, który trudno sobie wyobrazić. Nie byłam już w agonii. I co najważniejsze, nie było już we mnie lęku. Edwin tego dnia nie spuszczał Floribeth z oczu.

– Najważniejszą zmianą, jaką w niej tego dnia zobaczyłem, była radość i chęć życia.

(…)

Floribeth nie tłumaczyła rodzinie tego, jak to się stało. A oni – szczęśliwi, że ukochana „mamita” nie umarła, tylko po prostu gotuje olla del carne – nie pytali dlaczego ani jak to się stało. Pura vida – życie się dzieje.

– To był czwarty dzień po beatyfikacji papieża

Jana Pawła II – Floribeth teraz dzieli swoje życie na lata przed i po tej wielkiej uroczystości.

Uzdrowiona. Przed i po chorobie

– Do tej pory nie mówiłam mężowi, że słyszałam „głos”. Bałam się, iż pomyśli, że postradałam zmysły albo że to było działanie silnych lekarstw, które brałam. Myślałam, że mi nie uwierzy. Ten głos sprawił, że przestałam się bać, i dał mi siłę do życia. Byłam pewna, że to było działanie Jana Pawła II, ale nie wiedziałam, jak to przedstawić mojej rodzinie. Wiedziałam, bo Bóg dał mi pewność tego, że jestem zdrowa, choć przez pierwsze dni moje ciało było jeszcze częściowo sparaliżowane. Siła, która podniosła Floribeth z łóżka, powoli wypełniała jej chore członki. Bezwładne ręka i noga jakby dostawały nowe życie. Ona czuła je od chwili, kiedy podniosła się z łóżka, ale to nowe życie powoli i stopniowo ogarniało całe jej ciało.

– Najpierw opowiedziałam wszystko mojemu mężowi. Poprosiłam, żeby usiadł ze mną przy stole. „Chcę ci o czymś opowiedzieć, ale proszę, nie myśl, że jestem wariatką”. Powiedziałam o tym, że kiedy się obudziłam, usłyszałam „głos” (…).

– Pamiętam, że usiedliśmy razem przy śniadaniu i ona powiedziała mi: „Kochanie, chcę ci coś opowiedzieć, ale nie chcę, żebyś uważał, że jestem wariatką”. Ja na nią popatrzyłem i mówię: „Ależ nie, kochanie! Czemu miałbym myśleć, że jesteś wariatką”. I kiedy ona zaczęła mi opowiadać, poczułem dreszcze, takie jakie ma człowiek bardzo przestraszony. Byłem pewny, że to prawda! Więc kiedy skończyła opowiadać, powiedziałem: „Nie, kochanie, jeśli ty jesteś wariatką, to i ja jestem wariatem, bo coś podobnego przytrafiło mi się w szpitalu”, i zacząłem jej opowiadać.

– Kiedy Edwin zdesperowany nie chciał się zgodzić na to, żeby mnie wypisano, zrozpaczony prosił Jana Pawła II, Karola Wojtyłę o pomoc. I wtedy usłyszał głos, który mu powiedział: „Zabierz ją! Nie lękaj się”. Miodowe oczy Floribeth niebezpiecznie wilgotnieją, to już nie są łzy smutku. Twarz kobiety promienieje szczęściem.

– Pamiętam, że siedzieliśmy tak we dwoje, płacząc, opowiadając jedno drugiemu, i od tej pory dzieliliśmy ze sobą tajemnicę. Wiedzieliśmy, że wydarzył się cud. To było coś niezwykłego.

– Tak, to był cud. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z tego, jak wielkie jest to wydarzenie i jak zmieni nasze życie. Każdego dnia widziałem postępy. Floribeth nie brała już żadnych leków. Chodziła samodzielnie. Na początku bałem się mówić o tym innym, rodzinie, sąsiadom, ale wszyscy wiedzieli, że była umierająca, a teraz widzieli nas razem, pracujących, spacerujących. Więc mówiłem, że to zrobił dla nas Jan Paweł II, że wyjednał dla nas łaskę u Boga, że to cud.

Polecamy fragment wywiadu z Floribeth Mora Diaz:


Uzdrowiona Floribeth Mora Diaz: Usłyszałam „Wstań, nie bój się”

Byłam już sparaliżowana. A lekarze dawali mi miesiąc życia. Gdy się obudziłam, usłyszałam głos: „Podnieś się. Nie lękaj się” – mówi w rozmowie z korespondentem RMF FM Pawłem Żuchowskim Floribeth Mora Diaz z Kostaryki



Polecamy książkę autorstwa Elżbiety Ruman:

"Uzdrowiona. Kostarykański cud Jana Pawła II"


Wesprzyj nas