video-jav.net

Spadek powołań. Nowy przedmiot lewicowej troski

Jak to zwykle w Polsce bywa najbardziej zatroskani o Kościół są ci, którzy - wnioskując po działalności - niewiele mają z nim wspólnego. Rok temu o jakość kształcenia seminaryjnego martwiła się Gazeta Wyborcza, dziś nad spadkiem powołań załamuje ręce natemat.pl

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy powołanie można wypromować?pyta Redakcja w tytule obierając sobie za tło – jak sama diagnozuje dramatycznyspadek powołań i odpowiada na to retoryczne pytanie cytując samą siebie: Nic nie zachęci do seminariów, póki Kościół się nie zmieni. I w zasadzie o tekście wiemy już wszystko.

Tekst kruszy kopię o tzw. spoty powołaniowe, czyli umieszczone na Youtubie filmy mające stanowić wizytówkę seminarium. Na ten nowatorski krok zdecydowały się seminaria we Wrocławiu i Warszawie. Samo to, że po kilku miesiącach od ich premiery ogólnopolski portal odgrzebuje temat i  przypomina o ich istnieniu, pokazuje, że – abstrahując nawet od liczby wyświetleń – inicjatywa wywołała porządny szum, a między innymi o to w tym wszystkim chodziło. Portal jednak pozostaje sceptyczny co do efektywności tej inicjatywy, wieszcząc dalsze nikłe nabory i wyśmiewając tłumaczenia odwołujące się m.in. do demografii.

Co ciekawe, autorka tekstu zdaje się ignorować informację o tym, że ilość osób przyjętych do wyżej wspomnianych seminariów w żaden sposób nie będzie dla twórców jednego lub drugiego spotu wyznacznikiem jego efektywności, bo nawet pomóc udzielona jednemu przyszłemu kapłanowi już jest sukcesem trudnym do przecenienia. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że autorka sama tę informację podała.

Obietnica – spot warszawskich kleryków

Z resztą nie tylko ten fakt został zignorowany. Na pytanie, jak Kościół zachęca młodych mężczyzn do kapłaństwa, udzielona odpowiedź wydaje się infantylnie naiwna w świadomym ograniczaniu działalności Kościoła do audiowizualnych tworów.

A przecież wystarczy spojrzeć na sprawę szerzej, by dostrzec zaczątki formacji już u najmłodszych ministrantów, wśród których rekrutują się prawie wszyscy późniejsi księża. Inna sprawa, że wśród wieloletnich ministrantów myśl o kapłaństwie jest kompletnie naturalna i staje się doświadczeniem prawie wszystkich służących przy ołtarzu. I tak od codziennej formacji po jednodniowe eventy typu: coroczny dzień otwarty w seminarium (ogromne zainteresowanie m.in. w WŚSD w moich rodzinnych Katowicach) można dostrzec pełną paletę działań, które zadają kłam zredukowaniu ilości inicjatyw do epizodycznych projektów w internecie.

Ktoś powie: ale wszystko to nie hamuje spadku powołań! Moje pytanie brzmi: jak to sprawdzić? Skąd ta buńczuczna pewność, że bez tych działań redukcja ograniczyłaby się do przytaczanych w tekście 7-9% w skali Europy?

Na tym polega problem tekstu w natemat.pl – dostrzega tendencję do mniejszych naborów seminaryjnych, zadaje pytanie, jak Kościół temu zapobiega i choć twórcy filmów zgodnie mówią, że celem spotów nie było zahamowanie tego spadku, a pomoc wahającym się, portal triumfalnie tańczy nad nieefektywnością bardziej oryginalnych działań Kościoła. Typowe dla tych środowisk: zapytać i zignorować odpowiedź.

Chcę być księdzem – spot wrocławskich kleryków

Tymczasem tą inicjatywą Kościół w Polsce pokazał, że wbrew wygodnym stereotypom, potrafi przemówić do młodych ludzi i ma dla nich niezastępowalną niczym innym ofertę. Byłby naiwny, gdyby wierzył, że jeden spot załatwi sprawę. Problem w tym, że nie Kościół w to wierzy, ale dziennikarze.

Tekst pyta, czy wystarczy seminaria pokryć lukrem PR-u, aby powołań było więcej i odpowiada, że aby takie działanie przyniosło efekt, Kościół musi się zmienić. Wypada zapytać: jakich jeszcze znaków zmiany Kościoła oczekują adoratorzy Jego modernizacji, jeżeli nawet tak nowatorsko zarzucone sieci, wyjście z propozycją do potencjalnych kapłanów musi stanąć w ogniu krytyki tych, którym wiecznie będzie źle lub za mało? I czy zmiany, których oczekują nie rozgoniłyby nam wszystkich seminarzystów na cztery wiatry?

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Ustawa o in vitro. Pięć minusów

In vitro nie jest zaakceptowaną przez Kościół metodą leczenia niepłodności głównie dlatego, że nie jest metodą leczenia niepłodności w ogóle. W wyniku zabiegu powstaje nowy człowiek, ale bezpłodność pozostaje. Lecz nawet gdyby problem znikał, Kościół wciąż byłby przeciwny z powodów, o których innym razem

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Dziś trochę z innej beczki, bo przyjęta wczoraj przez Sejm ustawa o zapłodnieniu pozaustrojowym oraz promowana przez nią metoda mogą i powinny być krytykowane także z powodów zupełnie innych niż wymienia je Kościół w instrukcji Dignitas Personae. Oto kilka z nich:

1. Terminologia użyta w ustawie wydaje się miejscami ignorować fakty z zakresu medycyny np. nazywając embrion grupą komórek, co stoi w jawnej sprzeczności z wiedzą o genetyce. Według Sądu Najwyższego (który dostarczył swoją ekspertyzę do Kancelarii Sejmu jeszcze w zeszłym miesiącu przy kompletnym braku reakcji ze strony parlamentu) wskazuje także na brak określonej relacji pomiędzy znaczeniem terminu najwcześniejsza forma życia ludzkiegoosoba ludzka tym gorszy, że oba terminy są używane i zamiennie i jako terminy nie będące równoznaczne.

Ustawa o in vitro nie jest zatem bezbłędnie spisanym eksperckim dokumentem.

2. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej orzekł, że Polska nie spełnia wymogów prawa europejskiego w zakresie ochrony zarodków. Przyjęta wczoraj ustawa nie zmienia tej sytuacji ani o jotę, a to tylko jedna z jego wad prawnych.

Wspomniana wyżej analiza Sądu Najwyższego wskazuje, że główną wadą ustawy są nieprecyzyjne definicje, brak dookreślenia statusu prawnego zarodka, a także niezgodność z częścią przepisów z zakresu prawa cywilnego.

Sprzeczność ustawy i efektów wprowadzenia jej w życie z konstytucją to już temat na osobny, poniższy punkt.

Ustawa o in vitro nie jest zatem wprowadzeniem upragnionego porządku prawnego w zakresie procedury zapłodnienia pozaustrojowego.

3. Nie jest kwestią bioetyczną a zwyczajnie medyczną fakt, że dzieci z in vitro są – mówiąc kolokwialnie – bardziej chorowite. Wielokrotnie częściej występuje u nich zespół Beckwitha-Wiedemanna (więcej informacji), zwiększający zagrożenie nowotworowe, m.in. złośliwego raka nerki w wieku dziecięcym (więcej informacji). Podobnie większe jest zagrożenie dziecięcym porażeniem mózgowym, skojarzeniem ciężkich wad wrodzonych oraz spowolnionym rozwojem przez pierwsze dwa lata życia (więcej informacji). Wyższa jest również śmiertelność noworodków poczętych z in vitro, a sama metoda jest również zagrożeniem dla matki – badania wykazują np. na podwyższone ryzyko raka piersi.

In vitro nie jest zatem metodą bezpieczną.

Ustawa o in vitro. Pięć minusów

4. Pomijając zasadniczą niespójność z konstytucyjnym modelem rodziny, ustawa ma więcej wad. M.in. wprowadza pojęcie dawcy zarodka, co w rzeczywistości oznacza możliwość handlu surogacji, handlu embrionami. Dzięki tej ustawie istnieje też szansa na wprowadzenie zabronionej dotychczas w Polsce adopcji dziecka przez homoseksualistę. Prawo przewiduje bowiem, że matka może wskazać w oświadczeniu dowolnego mężczyznę jako ojca dziecka i np. zrzec się rodzicielstwa. W takiej sytuacji w myśl przepisów oficjalnie spokrewniony z dzieckiem homoseksualista, będzie miał prawo i obowiązek wychowywania potomka.

Eksperci przekonują również, że nowa ustawa w praktyce udostępni możliwość eugenicznej selekcji zarodków na podstawie jego cech. W skrócie: rodzice (a może tylko rodzic?) będą mogli wybrać na podstawie subiektywnej opinii, które dziecko ma się narodzić, opierając swój osąd na dowolnym kaprysie, o ile nie będzie to kwestia płci dziecka. To uderza w gwarantowaną konstytucyjnie godność osoby ludzkiej.

Ustawa o in vitro nie jest zatem tylko dokumentem o technikach wspomaganego rozrodu.

5. Nie jest tajemnicą, że w charakterze eksperta przygotowującego ustawę wystąpił lobbysta z jednego z medycznych centrów, oferującego usługi w zakresie zapłodnienia pozaustrojowego. Ściślej rzecz ujmując: współwłaściciel prywatnej kliniki in vitro. Nic nie wiadomo z kolei nt. zaproszenia do współpracy nad projektem przeciwnika samej metody. Oczywiście mogłoby ono spowolnić lub nawet uniemożliwić pracę zespołu, ale podobnym utrudnieniem dla wypracowania wyważonego stanowiska jest w mojej opinii obecność człowieka, którego finanse w łatwo przeliczalny sposób są uzależnione od przyjęcia konstruowanych przez niego przepisów.

Ustawa o in vitro nie jest zatem stworzona poprzez obiektywne wysłuchanie racji wszystkich stron konfliktu.


Jak widać, sprzeciw wobec wczorajszej decyzji Sejmu nie jest tylko kwestią posłuszeństwa wobec bioetycznych instrukcji Kościoła. To kwestia szersza niż chcieliby bezkrytyczni zwolennicy tej ustawy. Cała nadzieja w tym, że wśród senatorów jest ich mniej niż w Sejmie.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >