video-jav.net

Nowy wymiar katofobii

To przerażające, jak systematyczna praca dziennikarzy, usłużnych historyków czy propagandzistów może sprawić, że cywilizowane europejskie państwo zacznie się bać samego siebie. Tego, co za nim i tego, co przed nim

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jesteśmy państwem chrześcijańskim. Nie kościelnym, nie wyznaniowym, nie katotalibanem, ale krajem chrześcijańskim, co oznacza ni mniej ni więcej, jak to, że przeważająca część społeczeństwa deklaruje wiarę w Trójjedynego Boga, a polska państwowość – czy tego dziś chcemy, czy akceptujemy czy nie – została ufundowana na chrześcijaństwie, na kościelnym glejcie i błogosławieństwie.

Nie ma sensu dowodzić, że historia Polski jest w wielu punktach zbieżna z historią chrześcijaństwa europejskiego, że Kościół – kolokwialnie mówiąc – od zawsze był w Polsce i od zawsze stanowił o jej tożsamości. Od chrztu Polski po koniec ubiegłego wieku nie ulegało wątpliwości, że w Polsce jest miejsce dla Kościoła i że chrześcijaństwo ma światu, Europie, a przede wszystkim nam dużo do zaproponowania. Wśród pojedynczych zwrotów antykościelnych, słów krytyki zasłużonej (Kościuszko et consortes) i niezasłużonej (komuniści et tawarisze) nie było w Polsce prądu, który dolewałby tak agresywnej oliwy do katofobicznego ognia.

To stało się udziałem dopiero ostatnich lat.

Księża i biskupi nigdy nie byli u nas przedmiotem strachu. Szacunku, podziwu, posłuchu, punktem odniesienia, autorytetem, choć również obiektem niechęci, czy pośmiewiskiem – owszem, ale nigdy nie wywoływali swą publiczną obecnością fobii zakreślającej tak absurdalnie groteskowe koła. Dziś w jednym z najbardziej poczytnych tygodników opinii można z marsową miną przestrzegać przed kamienującymi wszelki sprzeciw rządami biskupiej rady gerontów, jakie w najbliższych latach szykują się nad Wisłą.

Stanisław Tym, kiedyś niezły aktor i komik, dziś felietonista Polityki, daje upust swojej straszliwej wizji episkopatu u władzy, który zmieni wszystko to, co jeszcze u nas działa w wielką, zdogmatyzowaną usterkę. Wplata w to przy okazji dawno obalony mit o postulacie ministra Szczerskiego dotyczący wpuszczenia biskupów do parlamentu. W tym świecie ateista będzie szykanowany osobnym miejscem w tramwajach i autobusach zaopatrzonych w obwoźne konfesjonały, jego dom będzie oznakowany symbolem NW, co ma oznaczać niewierzącego itd.

Nowy wymiar katofobii

Nie ma potrzeby przytaczać całości obrazu. Nawet, jeśli jest on podrasowany humorem typowym dla komika, odsłania się między wierszami strach, że choć promil tych wizji może okazać się prawdziwy.

Tymczasem, że wszystkie te obawy wyssane są z palca, przesadzone i nie mają poparcia w rzeczywistości, wie każdy średnio rozgarnięty Polak. Polak-katolik dodatkowo ma świadomość, że duchowny nie może piastować publicznych urzędów, bo mu tego zakazuje Kodeks Prawa Kanonicznego. Mimo to mam dla podzielających zdanie felietonisty marne pocieszenie.

To całkiem oczywiste, że oburza ich wizja tzw. klechistanu (swoją drogą to ciekawe, jak wiele neologizmów może wygenerować satyr odrazy), czyli państwa, w którym ustawy podpisuje się tylko podczas przeistoczenia poprzedzonego całowaniem biskupiej dłoni. Problem w tym, że w ostatnich miesiącach, właśnie dzięki ich zabobonnemu strachowi przed kościelną hierarchią, polityczne decyzje zdają się również być podejmowane w odniesieniu do biskupów. Z tą różnicą, że im na złość.

Ustawa o in vitro, o uzgadnianiu płci, prace nad prawem o mowie nienawiści, będące de facto kagańcem m.in. dla homiletów, wybór nowego Rzecznika Praw Obywatelskich – wszystkie te decyzje miały prosty schemat: projekt, sprzeciw biskupów i finalnie podjęcie decyzji uderzającej w ten sprzeciw.

Nawet, jeżeli (a na pewno tak było) kościelne tupanie nogą stanowiło tylko jedną z mniejszych przyczyn tych decyzji, jako antyklerykał czułbym się zaniepokojony i zobowiązany do obrony świeckości państwa, bo oto moja ojczyzna kieruje się zdaniem biskupów.

Dlatego uspokajam. Absurdalny świat, w którym opinia kościelnego hierarchy ma polityczne znaczenie to świat, w którym żyjecie już od pewnego czasu. Ale ponieważ nikt nie zamierzał Wam wyjaśnić tego gabinetu krzywych luster, biliście mu brawo.

Dziś się boicie? Spokojnie, nie ma czego.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Kogo zabolało kazanie arcybiskupa?

Mocne kazanie arcybiskupa Jędraszewskiego z 1 sierpnia odbiło się w mediach echem szerokim, prawie tak mocnym jak brawa wiernych po zakończeniu homilii. Nie trzeba być entuzjastą takich reakcji, ale spontaniczne owacje po kazaniu zawsze pokazują, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W 71 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego łódzki arcybiskup nie ograniczył swojego słowa do prostego komentarza Ewangelii, ale pokusił się o wyłożenie szerszego historycznego kontekstu 1 sierpnia '44. Najważniejszą myśl stanowiły zobowiązania moralne, jakie płyną z tego wydarzenia i wyrażenie wątpliwości, czy władze w Polsce potrafią im podołać. Kazanie okraszone jest kilkoma wierszami powstańców, z których najważniejsza jest Czerwona zaraza Szczepańskiego piętnująca cynizm wojsk radzieckich, czekających na wykrwawienie się Warszawy.

To w skrócie, choć zachęcam do lekturycałego kazania dostępnego tutaj.

A co z tego wszystkiego wyniosła Gazeta Wyborcza? Tu cytat: Że my wszyscy – walczący z biciem kobiet, popierający prawa transseksualistów i niepłodnych małżeństw – jesteśmy jak stalinowcy. Tak podobno rzekł arcybiskup, choć nikt z obecnych w katedrze wiernych tego nie usłyszał, a – jak widać po reakcji – procent osób przysypiających plasował się wybitnie poniżej średniej.

Wszystko rozbija się o to, że zaraza czerwona została zaktualizowana przez arcybiskupa do zarazy lewackiej. Publicysta Wyborczej, Tomasz Piątek, odniósł te słowa do siebie i zatonął w obawach. Oni z coraz większym zapałem wykluczają, piętnują i potępiają swoich bliźnich. Robią to w sposób jednoznacznie zapowiadający pogrom, terror, może nawet wojnę domową – konstatuje dziennikarz i tytułuje swój tekst: Arcybiskup co pachnie krwią, ale to nie ma oczywiście nic wspólnego z piętnowaniem. Uroczo też wypada cyniczne nazywanie się bliźnim, choć rzucanie oszczerstw o katolickim pogromie Romów w Mławie (katolickim, bo powszechnym, czy o co chodzi?) lub przez nikogo nie odnotowanych katolickich atakach na dom dzieci zarażonych wirusem HIV przychodzi mu wybitnie łatwo.

I dla zobrazowania grozy sytuacji przytacza wypowiedzi anonimowych hejterów z internetu, życzących śmierci homoseksualistom, bo oni żyją w grzechu i są "zarazą", więc prawo do życia im nie przysługuje. Na jakiej podstawie pogląd ten utożsamia z nauczaniem Kościoła, niestety nie wyjaśnia.

Kogo zabolało kazanie arcybiskupa?

Tu zresztą warto się na krótką chwilę zatrzymać i dostrzec tę chroniczną niekonsekwencję środowiska redaktora, które otwiera szampana za każdym razem, gdy CBOS oznajmia, że w ostatnim kwartale o ćwierć osoby mniej uczęszczało w niedzielę do świątyni i dla którego szkolna katechizacja to zło wcielone, a które w takich sytuacjach załamuje ręce nad słabym katolickim wykształceniem wiernych. Zabraniaj lekcji religii, odradzaj chodzenie do kościoła i dziw się, że są w internecie głosy nienawiści podpierające się katolicką nauką – oto logiczny plan Wyborczej.

Bogu dzięki jest też łyżka miodu w beczce dziegciu, która nie umknęła czujnej uwadze redaktora. Oczywiście, wiem, że katolicyzm to nie tylko to. To także Franciszek z Asyżu i Franciszek w Rzymie – cieszy się, choć trudno złośliwie nie zauważyć, że jakby poznać Franciszka (tego z Rzymu) z innych łamów niż Wyborcza, to już jego nauka trochę "trąca krwią", a Franciszek (ten z Asyżu) niekoniecznie odpowiada czerskiej wizji Kościoła ubogiego.

To nie jest tak, że katolicyzm słabo chroni umysły katolików przed nienawiścią. Katolicyzm w katolickich umysłach tę nienawiść nieustannie zaszczepia – i to coraz bardziej zawzięcie – stwierdza dziennikarz i nie przeszkadza mu to, że w tym samym tekście robi identycznie te złe rzeczy, które przypisuje katolicyzmowi. Ale to właśnie w kościele (…) straszy ksiądz Oko przypisujący homoseksualistom cechy nieludzkie, a ateistom – mordercze. I jest to oczywiście złe. W przeciwieństwie do straszenia katolickimi mordami, religijnym pogromem, rzezią na kształt kryształowej nocy, której początek mają dać homilie takie, jak ta z 1 sierpnia.

Podwójne standardy w pigułce.

Czemu nie wystąpicie z polskiego Kościoła katolickiego, który coraz mniej godny jest miana Kościoła? – pyta wreszcie otwartych katolików nie zauważając, jak śmiesznie wygląda w roli wyroczni, rozdającej glejty godności. Ale pytaniu nie dziwię się ani trochę. Jeżeli w oczach redaktora katolicyzm jest choć po części tak tragicznie zły, znak zapytania wydaje się zasadny. I przykry.

Bo redaktor się boi i sam o tym pisze. Ale w zasadzie trudno się dziwić przerażeniu, bo na potrzeby horroru w poczet "kato-nienawistników" zaliczony jest nawet Janusz Korwin-Mikke, zadeklarowany deista, który modlitwę utożsamia z uznaniem Boga za partacza. Ale gdyby zapytać w Wyborczej, to stoją Państwo (zadeklarowani katolicy) z nim w jednym szeregu. Takim to rozpoznaniem nastrojów społecznych może się pochwalić najbardziej opiniotwórczy tytuł w kraju.

Oczywiście w ślad za Wyborczą poszły inne media, w tym portal natemat.pl, który gdyby był wydawnictwem papierowym skopiowałby z Czerskiej nawet słabnące wyniki sprzedaży. Ale nie ma sensu przytaczać ich oburzenia. Doskonałym i wystarczającym wyrazicielem ich zabobonnej paniki jest red. Piątek.

A to wszystko tylko dlatego, że arcybiskup przeczytał ze zrozumieniem powstańczy wiersz, czyli zrobił to, czego Wyborcza nie potrafiła zrobić z jego kazaniem.

1:0 dla Kościoła.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >