video-jav.net

Buty księdza proboszcza

Stałem się gruboskórny. Stała analiza nieprzychylnych Kościołowi mediów prędzej czy później uodparnia na nieuczciwe zarzuty niczym dobra szczepionka. Jednak od wielkiego dzwonu igła - a może raczej szpilka? - bywa za gruba i za długa, by można ją zignorować

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W miniony weekend internetowe wydanie Gazety Wyborczej wypuściło wywiad z Jakubem Wojewódzkim. Nie byłoby w tym nic oburzającego, gdyby nie treści, które – jak zwykle w tym wykonaniu – muszą szokować. Zaskakujące w wypowiedziach showmana jest jednak to, że choć przywykłem do smutnych wynurzeń osób niemających pojęcia o podejmowanym temacie, w tym wywiadzie padły słowa, które nie pozwalają mi skwitować ich – jak mam w zwyczaju – delikatnym uśmiechem.

fot. Wikipedia

Może to ze względu na ilość znajomych, którzy zaspamowali mi Facebookową tablicę własnymi rozważaniami o czarnych karaluchach i uwielbieniem dla słów króla TVN? Może z powodu dawnej sympatii do śmieszkującego prowadzącego? Wreszcie może ze względu na ciężar nieodpowiedzialnego zarzutu, jakim kolejny medialny religioznawca nazywa Boga bezlitosnym egoistą, a wierzących tchórzami. Sam już nie wiem.

Oczywiście – wzorem innych portali – mógłbym wyśmiać obłudę Wojewódzkiego, krytykującego z pozycji kierowcy Ferrari bizantyjskość życia księdza, który prawdopodobnie jeździ używanym Matizem. Zresztą w wyścigu na narcyzm celebryta również mknie lewym pasem, choć w wywiadzie faryzejsko wygraża tym, których dawno zostawił w tyle. Mógłbym też słusznie wytknąć mu, że gdy w wypowiedzi o pogrzebie Anny Przybylskiej wyzywa wierzących od tchórzy, uderza właśnie w tę jedną z najcudowniejszych istot, jakie znał, tę, którą poszedł czule pożegnać, a która w odwadze wciąga go nosem.

Ale postawię sprawę inaczej.

Gdy rozpoczynałem służbę ministrancką (lata temu; papieżem był jeszcze Jan Paweł II), w naszej parafii w charakterze seniora posługiwał emerytowany ksiądz z 50-letnią posługą na karku. Nim wprowadził się do siostry, by u niej spędzić czas swojej emerytury, był kapłanem w wielu parafiach katowickiej Archidiecezji, a przede wszystkim proboszczem jednego z większych kościołów. Tę ostatnią, szczególną posługę pełnił przez 28 lat.

Gdy go poznałem, był sędziwym księdzem, za którym – ze względu na tempo odprawiania nabożeństw – młodzi ministranci nie przepadali. Nie dał się jednak nie lubić. Pamiętam z jakim opóźnieniem, gdy wzrok już nie dopisywał, odpowiadał na pozdrowienie, kiedy mijaliśmy go na osiedlu. Odpowiadał: Szczęść Boże, grzeczni, choć zawsze wzbudzał moją ciekawość, czy aby na pewno nie powiedział: grzeszni.

Ale najmocniej pamiętam go z jednego szczegółu – z jego butów. Kiedy my, razem z kolegami prześcigaliśmy się na najnowsze modele sportowego obuwia w najbardziej szalonych kolorach, ksiądz senior chodził po osiedlu przez lata w tych samych filcowych, gorących butach. Czy to styczeń, czy lipiec zawsze ta sama tania i przetarta u podeszwy para. Nie z fanaberii, nie z ekscentryczności, ale ze zwykłego niedostatku nie fundował sobie niczego lepszego.

fot. Arcadiuš

Oto i proboszcz, który się dorobił! Oto i ksiądz polski – uosobienie bizantyjskości! Ale nie pozna go nikt, kto księży kojarzy z relacji Wojewódzkiego.

Ten niby nieistotny szczegół przypomniał mi się, gdy przeczytałem jak to Kościół w Polsce pakuje się z czarnymi drogimi butami na porodówkę, do nauki i naszego portfela. Tego, że celebryta sam w nietanich butach wtrąca się do nauki Kościoła i – zarzucając przepych – do Jego portfela, już nie zauważa. Przykre.

W oczach Wojewódzkiego – jak sam zeznaje – Kościół ma twarz byłego arcybiskupa oskarżonego o pedofilię. To schizofreniczna diagnoza człowieka, który w tym samym wywiadzie swoje antypolskie ekscesy i – dla przykładu – kazirodcze wynurzenia prof. Hartmana nazywa faktami medialnymi. W domyśle: nieprawdziwymi.

Analityczne okulary showman zakłada jednak nader rzadko. Szkoda. Może przestałby tendencyjnie reglamentować swój krytycyzm?

A ja Bogu dziękuję, że w moich oczach Kościół ma inne twarze. Również pewnego byłego proboszcza. Bóg zabrał go w zeszłym miesiącu do siebie, po 61 latach służby kapłańskiej. Nie zostawił po sobie żadnego bogactwa, nie umierał w luksusach.

Nie był dla mnie wzorem kapłana – za słabo go znałem. Za to stał się w moich oczach symbolem skromności, pokory i prawdziwego Kościoła, którego telewizyjna prezerwatywa rzeczywistości nie przepuszcza. Ze szkodą dla ludzi takich, jak Wojewódzki.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Duch czy litera. Co jest ważniejsze?

W dyskusjach z grupami nieprzychylnymi Kościołowi zdarza nam się nierzadko trafić na retoryczne wytrychy, przeciw którym niewiele można zdziałać. Wynikają one z przekonania, że jedno wyrwane z kontekstu i intencji zdanie udowadnia katolikom, jak bardzo się mylą.

Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Retoryczne pytanie: co jest ważniejsze, Duch czy Litera?, aksjomat: Pan Jezus się nie pogniewa, zarzuty o współczesny faryzeizm; wszystkie te chwyty wydają się blednąć przy nowym władcy dyskusji – to człowiek jest drogą Kościoła.

To na swój mroczny sposób zabawne, bo jeszcze niedawno przeżywaliśmy liturgiczne wspomnienie św. Jana Pawła II – autora tej myśli – co zbiegło się z zakończeniem Synodu i dyskusjami z tym związanymi. To właśnie w odniesieniu do tego wydarzenia teza o człowieku stojącym w centrum Kościoła paraduje najbardziej bezwstydnie w ustach i pod piórami niektórych samozwańczych znawców papieskiego dorobku. To piękny kolaż – filmowe laurki i łzawe wspomnienia o Papieżu Polaku połączone z pozbawionym zrozumienia cytatem z jego pierwszej encykliki.

W ciągu ostatnich tygodni przeczytałem w internecie dziesiątki wypowiedzi osób mniej lub bardziej anonimowych, które przekonywały, że drogą Kościoła jest człowiek i dlatego – oczywiście odrobinę spłycając – każdy zakaz ze względu na swą naturę odrzucania człowieka jest zły i nie przystoi Kościołowi, który ma przecież jednoczyć, nie dzielić. Włosy stają dęba.

A cóż właściwie znaczy w wyraźnej intencji Jana Pawła II to przez nich wypłowiałe z głębi i sensu zdanie, którymi lubią sobie wycierać kąciki ust? Oddajmy pole świętemu.

Jezus Chrystus jest tą zasadniczą drogą Kościoła. On sam jest naszą drogą „do domu Ojca”. Jest też drogą do każdego człowieka. (…) Chodzi więc tutaj o człowieka w całej jego prawdzie, w pełnym jego wymiarze. Nie chodzi o człowieka „abstrakcyjnego”, ale rzeczywistego, o człowieka „konkretnego”, „historycznego”. Chodzi o człowieka „każdego” — każdy bowiem jest ogarnięty Tajemnicą Odkupienia, z każdym Chrystus w tej tajemnicy raz na zawsze się zjednoczył (RH 13).

Drogą Kościoła jest Chrystus – Jego nauczanie i akt zbawczy dokonany na krzyżu, poprzedzony Wcieleniem. Tajemnica Boga stającego się człowiekiem przez miłość i dla miłości – oto, którędy Kościół biegnie w stronę Ojca. Dlatego w całej encyklice można ukazać dwie drogi, które ostatecznie okazują się jedną wspólną – Jezus Chrystus i człowiek, który idzie za Nim ku zbawieniu.

Prawda, że brzmi prawdziwiej niż imputowanie papieżowi prohomoseksualnych postulatów?

Owoce tej wielorakiej działalności człowieka zbyt rychło, i w sposób najczęściej nieprzewidywany, nie tylko i nie tyle podlegają „alienacji” w tym sensie, że zostają odebrane temu, kto je wytworzył, ile — przynajmniej częściowo, w jakimś pochodnym i pośrednim zakresie skutków — skierowują się przeciw człowiekowi (..). Czy człowiek jako człowiek w kontekście tego postępu staje się lepszy, duchowo dojrzalszy, bardziej świadomy godności swego człowieczeństwa, bardziej odpowiedzialny, bardziej otwarty na drugich (…)? (RH 15).

Chodzi zatem o duszpasterstwo skierowane do człowieka, gdy obawia się tego, co wytworzył, bo cele, do których dążył, miały uczynić jego życie bardziej ludzkim, a dzieje się zupełnie odwrotnie. Przez to świat dojrzewa szybciej niż człowiek, który nie potrafi za tym wzrostem nadążyć. Zresztą w podobnym kontekście została ta myśl powtórzona w encyklice Centesimus annus po 12 latach i jest to intuicja aktualna również później, gdy następca świętego papieża – Benedykt XVI – będzie pisał o ekonomicznym nadrozwoju pogłębiającym moralny niedorozwój (CV 29).

Prawda, że brzmi prawdziwiej niż imputowanie papieżowi postulatów kard. Kaspera?

Tymczasem internetowe dyskusje huczą od rzucanych na oślep zdań bez kontekstu i insynuacji bez pokrycia, jak to papież Polak pokazałby na Synodzie prawdziwą drogę Kościołowi. Owszem, pokazałby, ale zdzwienie nie byłoby mniejsze niż w ubiegłą niedzielę.

Oczywiście trywializuję. By oddać głębię encykliki należy napisać tekst przewyższający ją długością. Nie czas i miejsce na to. Lecz by wykazać, że antropocentryczne zatroskanie większości naszych rozmówców to w rzeczywistości życzeniowe bzdury wystarczy pobieżnie przejrzeć teksty, do których nawiązują.

I nie trzeba być wybitnym teologiem. Ot, wystarczy umiejętność czytania ze zrozumieniem oraz chęć dotarcia do sedna i prawdy. Ślepo szafujący diagnozą drogi Kościoła nie mają przynajmniej jednej z nich.

Tomasz Adamski

Tomasz Adamski

Zobacz inne artykuły tego autora >
Tomasz Adamski
Tomasz
Adamski
zobacz artykuly tego autora >