Kto się modli za Hartmana?

Śmieszny w swojej zapiekłości. Malutki w stosowanej argumentacji. Zagubiony. Przykład etyka, udowadniającego przez wszystko, co publicznie robi, że etyka bez Boga nic nie jest warta.

Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >

Poza Kościołem nie ma zbawiania. Wszyscy do niego należą. Do niego, dlatego że do Chrystusa. Zbawiciel umarł, aby każdy mógł żyć. Dogmat stanowi, że nieznajomość Chrystusa w doczesności nie wyklucza z grona dostępujących Jego zbawczej łaski.

Przez siedem lat pracowałem w Czyżynach, na granicy Nowej Huty, w parafii św. Brata Alberta. On tam mieszka. Na jednym z osiedli wynajmuje mieszkanie. Wśród sąsiadów ma opinie człowieka. I to spokojnego. W ciągu tych siedmiu lat dwukrotnie z błogosławieństwem kolędowym mijałem drzwi jego mieszkania. Za drugim razem wiedziałem już kto to i pomodliłem się za niego w ciszy. Ministranci stukali do sąsiadów piętro wyżej.

Wśród duchowych obowiązków kapłana jest modlitwa i cotygodniowa msza święta w intencji Parafian. Przez wszystkie lata duszpasterskiej posługi kapłani odprawiali – i będą to czynić – msze święte za wszystkich, którzy mieszkają na terenie parafii. Należałem do tych księży, którzy modlili się także za niego. On stale jest objęty ich troską. Bez względu na wszystko. Chce tego czy nie chce. Czy się bawi najświętszymi sprawami jak profan czy wypełnia zlecone zadania jak agent czy też bluźni jak opętaniec. Dawniej ludzie nazywali takich pomyleńcami. Trafne.

Cham – najmłodszy z 3 synów Noego. Jego historię opisuje Księga Rodzaju. Przez swoje zachowanie wobec ojca stał się synonimem człowieka ordynarnego, grubiańskiego, nieokrzesanego, niekulturalnego (def. Słownik Języka Polskiego)

Hartman – typowy cham – według biblijnego wzoru. Śmiało mogę tak napisać, bo mi, jako polskiemu księdzu, bezpodstawnie ubliżył. Boleśnie ubliżył.

Czyni to zupełnie bezkarnie. Brak reakcji ze strony prokuratury traktuję jak typowy puls systemu. Oficjalny brak reakcji Kościoła uważam za bardzo poważny błąd. A ludzie i tak reagują, każdy według posiadanych talentów. Tymczasem człowieka szkoda. Powinien być ukarany sprawiedliwie. W przeciwnym razie obelgi do niego wrócą i to się bardzo źle skończy.

Chętnie wniósłbym do prokuratury sprawę o ściganie go z urzędu, ale sytuacja polskiej prokuratury i moja o niej opinia skutecznie od tego odpędza. Na proces sądowy w – śmiechu i gorzkich łez wartych – sądach szkoda zdrowia.

Zostanie zatem po staremu: otoczony wciąż modlitwą Kościoła, którego nie zna i którego nienawidzi, spokojny dla sąsiadów, niezrozumiały dla zdrowego rozsądku. Śmieszny w swojej zapiekłości. Mały, malutki w stosowanej argumentacji. Zagubiony. Kompetentny przykład etyka, udowadniającego przez wszystko co publicznie robi, że etyka bez Boga nic nie jest warta. Zupełnie nic.



Przeczytaj również:


Cham. Przeklęty podglądacz




Wesprzyj nas
Ks. Krzysztof Cebula

Ks. Krzysztof Cebula

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >

Publiczna nędza za ciężkie pieniądze

Warsztat dziennikarski mediów publicznych polega na upchnięciu w programie paru dziwnych tez i kontrowersyjnych wątków w postaci zdań wtrąconych w czasie przemawiania rozmówcy i to zupełnie od rzeczy względem tego, co on akurat mówi. Bomba medialna za publiczne pieniądze

Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >

Obejrzałem w poniedziałkowy wieczór pierwszą cześć programu TVP Info: Minęła 20.00, bo poświęcona była Kościołowi. A dokładniej, jak się okazało, presji na Kościół ze strony prowadzącej dziennikarki. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, właśnie taka figura przyszła mi do głowy: Pani wywiera presję na Mistyczne Ciało Chrystusa. W dodatku sprawia wrażenie osoby kompletnie nieświadomej ani tego co czyni, ani po co, ani nawet tego z jakiego powodu kazali jej tak robić. Objawiła warsztat dziennikarski mediów publicznych na poziomie żenująco niskim.

Z mojego punktu widzenia na międzyludzką komunikację, całe to zdarzenie było fatalnym nieporozumieniem. I to w bardzo wyostrzonej formie. O ile unikam zdobywania informacji w mediach publicznych postrzegając je jako rządowe, o tyle po tym pouczającym kwadransie odepchnę je jeszcze bardziej stanowczo.

Zaproszeni do bardzo płytkiej formuły spotkania, tego czegoś co telewizja (i to publiczna – za nasze) nazywa rozmową, byli dwaj doktorzy: doktor-religioznawca z Uniwersytetu Warszawskiego oraz doktor-proboszcz jednej z warszawskich parafii.

Mnie najbardziej zdumiewała i z każdą minutą bardziej martwiła postawa prowadzącej. Po pierwsze nie przedstawiła pozycji z której występuje, a jako dziennikarz prowadzący program była wyjątkowo pobudzona i napastliwa (standard?). Co ciekawe podmiotem jej agresywnego języka nie był żaden z rozmówców – byli nimi nieobecny abp. Gądecki oraz cały Kościół katolicki.

Na początku spróbowała jednym zdaniem podsumować wybrzmiały wcześniej wywiad Krzysztofa Ziemca z abp. Gądeckim. Wyszło jej stwierdzenie, że świat nie jest czarno biały, lecz dominują w nim szarości… Powiedziała to z mimiką dziewczęcia pewnego swoich powabów i ogromną wyższością: „dominują!”. Już tego ciężko było wysłuchać: ja, jeśli własnym oczom wierzyć mogę, spotykam się w świecie z większością kolorów. W świecie ludzkich zachowań również. Ale to nawet nie o użytą przez nią metaforę chodzi… W tamtym studiu każdy miał mówić swoje. No to powiedziała.

Jeśli w prowadzonym przez siebie programie ma pani wypowiedzieć parę dziwnych tez i kontrowersyjnych zdań – to wypowiada. Miała upchnąć kilkanaście wątków w kilkuminutowej rozmowie to upchnęła, niektóre w postaci zdań wtrąconych w czasie przemawiania rozmówcy i to zupełnie od rzeczy względem tego, co on akurat mówił. Bomba medialna za publiczne pieniądze. Niszczy nie całkiem za darmo.

Rozmówcy byli spokojni, ale zapewne dobrani na podstawie wyjątkowo rozbieżnych poglądów. Religioznawca udzielał porad: nie tyle księdzu ile całemu Kościołowi. Odwoływał się celnie do przykładów z historii, podając fakty które do rozmowy nie wnosiły zupełnie nic. Używał formuł o charakterze bardzo ogólnym, niemal totalnym – najlepsze było takie: „po co utrzymywać instytucję, która…”. W przekazie słyszalne poczucie wyższości, pewność własnego zdania, ale mowa ciała nieco wycofana. Na wsi mówią: nadrabiał gębą. Pani udzielała głosu i wyznaczała role. Wypowiedziane zdania nic wnosiły, nie mogły wnosić do dyskusji, bo jej nie było. To mnie olśniło: tu każdy wypowiada swoje i po raz kolejny ma się zapewne liczyć większość, a nie liczyć mniejszość. Czy jeszcze istnieje dyskusja? Czy ktoś czegoś chce się dowiedzieć od drugiej strony, od siedzącej na przeciw osoby?

Ksiądz dobrany do programu wypadł dobrze. Ale to znaczy też źle. Mówił językiem Chrystusa i św. Pawła. To dobrze. Ale czyż nie źle dla właściwości mediów publicznych? Zdołał wypowiedzieć przecież parę zdań.

To był dla mnie męczący kwadrans. Temat programu mógł być zupełnie inny, dowolny, nie miałoby to większego znaczenia. Tak ludzie ze sobą nie gadają. I po co jest ta gra? Żeby i widzów to opętało?

Jeśli bije się na alarm, że Polacy coraz częściej mają problemy z wzajemną komunikacją to w Telewizji Polskiej jest jedno ze źródeł problemu.


Wesprzyj nas
Ks. Krzysztof Cebula

Ks. Krzysztof Cebula

Zobacz inne artykuły tego autora >
Ks. Krzysztof Cebula
Ks. Krzysztof
Cebula
zobacz artykuly tego autora >