video-jav.net

Serca nie da się oszukać. Raport o powołaniach kapłańskich

Mimo iż liczba powołań maleje, to i tak Polska jest w czołówce jeśli chodzi o liczbę księży. Powołanie jest czymś co pojawia się nagle i „prześladuje człowieka”. Ważne by wsłuchać się w siebie, bo serca nie da się oszukać

Alicja Samolewicz-Jeglicka
Alicja
Samolewicz-Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

W porównaniu do państw zachodnich w Polsce nie możemy narzekać na liczę powołań. Choć, jakby patrzeć tylko na statystyki to widać systematyczny spadek powołań. W 2010 r. naukę w seminariach rozpoczęło 675 mężczyzn (w 2016 wyświęcono 334), rok później 640, a w 2015 r. – 538.

 

– Powołanie jest podobne do zakochania. Tak, jak nie da się myśleć o życiu bez osoby kochanej, tak samo chyba trudno jest przejść obojętnie wobec tego, co wzywa do szczególnego zaufania Bogu – mówi ks. Piotr Rymuza z Archidiecezji Warszawskiej. Opowiada,  że miał już „konkretną wizję swojej przyszłości. Jednak w ciągu kilku tygodni wszystkie te plany uległy przewartościowaniu. Bo serca nie da się oszukać”.

 

Jak zaznacza ks. Jacek Socha z Archidiecezji Gdańskiej „powołanie do kapłaństwa jest Bożym pomysłem, który nagle pojawia się w głowie człowieka i “prześladuje go”. Prorok Jeremiasz mówiąc o swoim powołaniu prorockim używa czasownika “uwieść”. Myślę, ze mogę tak powiedzieć, że Bóg “mnie uwiódł””.

 

W ubiegłym roku w Polsce wyświęcono 334 księży diecezjalnych – wynika z danych zebranych przez Katolicką Agencję Informacyjną. Najwięcej neoprezbiterów zostało ustanowionych w diecezji tarnowskiej, warszawskiej, krakowskiej i katowickiej.

 

Ks. Piotr Śliżewski z Archidiecezji Szczecińsko Kamieńskiej mówi, że dla niego powołanie trwa dalej. – Jak sama nazwa wskazuje, powołanie jest czymś, co następuje po wołaniu. Wołającym jest Bóg. A ja jestem, tym, który odpowiada. Każdego dnia wstając z łóżka pytam siebie, czy chcę być księdzem. Odpowiedź jest zawsze twierdząca, bo widzę wielkie owoce tej formy chrześcijańskiego życia – podkreśla.

 

 

W posłudze zdarzają się i trudne momenty. Ale jak zaznacza ks. Rymuza „wiem, że nie idę sam. Kiedy siadam do konfesjonału, czy staję przy ołtarzu i widzę twarze ludzi, na których rysuje się tyle różnych historii i tęsknot, radości i problemów, wiem że to Bóg na różne sposoby mi się ukazuje i wskazuje, co dalej. Ludzie, w których Bóg zamknął swoje oblicze – to chyba to, co najbardziej motywuje do działania w kapłaństwie”.

 

Wg danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego w Polsce w 2015 roku w polskich diecezjach posługiwało prawie 25 tysięcy księży diecezjalnych. To o 600 więcej niż w 2010 roku.

 

– Powołanie łączy się w moim wypadku z sutanną, brewiarzem, czasem spędzonym przed ołtarzem jak i w konfesjonale. Poprzez te święte czynności daję swoje „tak” na pytanie Pana Boga. Wiem, że nigdy ta „powołaniowa odpowiedź” nie będzie taka sama. Raz będzie wypowiadana w radości i duchowym uniesieniu, a czasami wyszlochana przez łzy żalu i frustracji. Jak to w życiu… – podkreśla ks. Piotr Śliżewski. I dodaje: „gdyby była ona identyczna każdego dnia, to byłaby nudna i sztampowa. A wiemy, że życie niesie wiele przygód i perturbacji. Przez wszystkie możemy przejść razem z Panem Bogiem. Zresztą bez niego powołanie nie jest powołaniem tylko samorealizacją. A to coś zupełnie innego”. Podobnego zdania jest ks. Piotr Rymuza: „radość człowieka, który spotyka Boga się udziela. Widząc takie osoby, sam wzrastam i sam się do Boga zbliżam”.

 

Dlaczego warto być księdzem? Ks. Socha odpowiada konkretnie: „nade wszystko po to, by inni odkryli, że w Chrzcie otrzymali namaszczenie królewskie, kapłańskie i prorockie”. – Moje powołanie jest ze względu na powołanie ludzi świeckich. W teologii mówi się, że jest ono służebne. Największą realizacją powołania księdza jest widok jego świeckich współpracowników, którzy głoszą Słowo, ewangelizują i czynią miłosierdzie. To właśnie wtedy jego służba okazuje się owocną – dodaje ks. Socha.

 

Alicja Samolewicz-Jeglicka

Alicja Samolewicz-Jeglicka

Dziennikarz ZWWZ - z Zawodu, Wyboru, Wykształcenia i Zamiłowania. Udowadnia, że jest możliwe wstawać o świcie z uśmiechem co dnia i łączyć pracę z pasją. Reporter, z-ca szefa informacji Radia Plus w Gdańsku. Wieloletni korespondent Katolickiej Agencji Informacyjnej. Prowadzi warsztaty dla młodzieży i studentów z zakresu dziennikarstwa radiowego. Publikuje w prasie i internecie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Alicja Samolewicz-Jeglicka
Alicja
Samolewicz-Jeglicka
zobacz artykuly tego autora >

7 kroków do rozpoznania powołania kapłańskiego

Odpowiedź na pytanie, czy ktoś jest powołany do kapłaństwa, nie jest oczywista. Poniższe refleksje mają ją przynajmniej w jakiejś mierze ułatwić

ks. Marek Dobrzeniecki
ks. Marek
Dobrzeniecki
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Wszyscy stanowimy święte i królewskie kapłaństwo (por. Lumen gentium, 10), tzn., że wszyscy ochrzczeni są powołani do tego, by ze swojego życia czynili miłą Bogu (Rz 12,1). W tym sensie nie ma się nad czym rozwodzić: jesteś ochrzczony(a) – jesteś powołany do kapłaństwa.

 

Jednak obok kapłaństwa powszechnego Chrystus ustanowił również kapłaństwo, o którym Urząd Nauczycielski mówi często: „kapłaństwo służebne” – a więc takie, którego członkowie stawiają się do szczególnej i wyjątkowej posługi w Kościele.

 

Oto 7 kroków do rozpoznania powołania.

 


 

Krok 1: Głos sumienia

 

Dla wielu ludzi mieć powołanie oznacza usłyszeć wezwanie od Boga. Nazywam to głosem sumienia, gdyż Bóg rozmawia z nami w naszym wnętrzu właśnie poprzez sumienie. Jeśli powołanie pochodzi od Boga, nie może być czymś urojonym czy też wykombinowanym przez nas samych. Jak się o tym przekonać, jeśli nie poprzez sumienie?

 

Najważniejsze rzeczy w życiu są najmniej uchwytne. Chrześcijanin nie powinien czuć się tym faktem zdeprymowany. Przypomnijmy sobie historię uczniów zmierzających do Emaus (Łk 24,13-35). To, co najważniejsze w spotkaniu uczniów z Jezusem – rozpoznanie Zmartwychwstałego – dokonało się dokładnie wtedy, gdy Jezus przestał być dla uczniów zmysłowo postrzegany: „Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu” (Łk 24,31).  Ten paradoks: rozpoznanie Jezusa dokładnie wtedy, gdy staje się On nieobecny, często powtarza się jako zasada w życiu duchowym. Dla nas znaczy to tyle, iż jest możliwym prawdziwie rozpoznać głos Boga także wtedy, gdy jest on nieuchwytny, wycofany. Innymi słowy, nie muszę doświadczać żadnego prywatnego objawienia (choć nie przeczę, że początkiem dróg wielu duchownych, były i są takie doświadczenia), gwiazdy na niebie nie muszą mi się ułożyć w napis: „Idź do seminarium”, nie musi uderzyć mnie piorun – nie musi się dziać nic niesamowitego w moim życiu, by móc o sobie zgodnie z prawdą powiedzieć, że jest się powołanym.

 

 

Głos sumienia jest zazwyczaj subtelny. Czasem wiem wprost, co mi mówi: „Nie jedz tego pączka!”. Niestety, sumienie rzadko wygłasza pełne zdania. Częściej przemawia do nas językiem wyrzutów sumienia, tj. wewnętrznym niepokojem i ich odwrotnością – pokojem w sercu. Sumienie nie odnosi się tylko do konkretnych czynów, ale do tego, kim jesteśmy i jacy się stajemy. Sumienie może mi poprzez język wyrzutów i pokoju serca mówić: „Nie jesteś teraz sobą”, „To nie jest twoja droga”, itd. Jeśli sumienie w ten sposób podpowiada danej osobie, że jej tożsamością jest bycie księdzem, jeśli myśl o byciu księdzem jest źródłem pokoju (mimo całej świadomości ciężaru tego powołania), a myśl o wyborze innej drogi (mimo, że nie musi się ona wiązać z niczym grzesznym) rodzi wyrzut, iż zdradza się samego siebie i do pewnego stopnia Boga (piszę: „do pewnego stopnia”, gdyż jestem przekonany, że nawet wtedy, gdy nie odpowiadamy na Boże wezwanie albo wybieramy inne drogi, niż te, które On dla nas zaplanował, to nie jest to definitywny koniec przygody z Bogiem. Bóg ma zawsze w zanadrzu plan B.), to znaczy, że sumienie wzywa do kapłaństwa.

 

Wiem, że powyższa odpowiedź nie rozwiązuje wszystkich niejasności. Sumienie to sprawa skomplikowana, przede wszystkim dlatego, że poprzez sumienie przemawia nie tylko Bóg. Ten kanał komunikacji jest często zakłócany przez inne ośrodki nadawcze: takim „agentem wpływu” na sumienie może być babcia, która byłaby szczęśliwa i wreszcie dumna z wnuczka, jeśli pójdzie on „na księdza”, ksiądz proboszcz, który na emeryturze będzie mógł się chwalić, że miał o dwa powołania więcej niż proboszcz sąsiedniej parafii, czy też otoczenie, które lubi wywierać presje: „Myśleliśmy, że pójdziesz do seminarium, bo zawsze kręciłeś się przy kościele”. To dlatego głos sumienia wzywający do kapłaństwa sam w sobie nie równa się pewności, że to Bóg powołuje mnie do kapłaństwa (niemniej jest to bardzo mocny tego znak). Potrzebne są jeszcze dalsze kroki na drodze rozeznania.

 


 

Krok 2: Miłość do Kościoła

 

Trzeba kochać dziewczynę, by móc myśleć o związaniu się z nią na całe życie w małżeństwie. Podobnie, trzeba miłować Kościół, żeby móc myśleć o poświęceniu mu całego swego życia. Innymi słowy, jeśli ktoś czuje na widok sutanny rosnącą irytację, zwykłych wiernych nazywa „moherami”, instytucje kościelne go drażnią, a mimo to twierdzi, że jest powołany do kapłaństwa, może chcieć przemyśleć sprawę jeszcze raz. Kapłaństwo jest pracą w instytucjach kościelnych, z innymi księżmi i dla wiernych, takich, jakimi oni są, a nie takich, jakimi ktoś chciałby, żeby byli. Ktoś, kto myśli o sobie jako o anty-klerykale będzie się bardzo męczył w kapłaństwie.

 

 

To nie tylko kwestia zmęczenia czy dobrego samopoczucia, bo ostatecznie nie one decydują o autentyczności powołania. To kwestia urealnienia głosu sumienia oraz konkretności powołania. Pan Bóg, kiedy powołuje, jest konkretny. Wiadomo, o co Mu chodzi: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19). Nie ma tu niedomówień. Z drugiej strony, kiedy mówimy o powołaniu do kapłaństwa, to wciąż poruszamy się w sferze abstrakcji, gdyż kapłaństwo jako takie jest czymś ogólnym. Gdy daną osobę pociąga przykład konkretnego księdza, wtedy opuszcza sferę abstrakcji. Może to być ksiądz – święty z przeszłości, ale być może nawet lepiej, gdy jest to ksiądz, którego się zna, a którego przykład, zachowanie i praca skłania do pomyślenia: „Chciałbym tak samo”. Wzory osobowe mogą się zmieniać w ciągu naszego własnego rozwoju – to jasne, niemniej, gdy ktoś jest w stanie w ten sposób ukonkretnić swoje roszczenie do bycia powołanym do kapłaństwa, to otrzymuje kolejny pozytywny znak w rozpoznawaniu swej drogi. Ktoś, kto nie czuje się przywiązany do Kościoła, kto nie jest w nim osadzony, może mieć spore problemy w ukonkretnianiu swego powołania. To dla niego znak ostrzegawczy: być może jeszcze buja w obłokach.

 


 

Krok 3: Duch służby

 

Możliwe, że ktoś zdziwił się, słysząc, że dokumenty Kościoła określają duchowieństwo mianem: „kapłaństwa służebnego”. Faktem jest, że częściej słyszy się np. o kapłaństwie urzędowym czy hierarchicznym, jednak to, że ulubioną formułą Soboru Watykańskiego II było „kapłaństwo służebne” ma swe proste uzasadnienie: kapłaństwo jest służebne, gdyż księża otrzymują święcenia, aby służyć wiernym (wystarczy przypomnieć sobie, co powiedział Jezus kłócącym się o pierwszeństwo Apostołom – Mt 20,25-28). To dlatego niektórzy ojcowie duchowni, którzy w seminariach towarzyszą klerykom w rozeznawaniu ich powołania, twierdzą, że najlepszą formą praktyk duszpasterskich jest ta, która sprawdza gotowość do służby. Innymi słowy szpital, dom starości czy hospicjum to znacznie lepsze miejsca rozeznawania powołania niż parafia czy szkoła. Tam sprawdza się to, czy przyszły duszpasterz będzie miał zapach owiec, o co dopomina się papież Franciszek (por. Evangelii gaudium, 24).

 

 

Nie są to tylko pobożne ogólniki. Wielu młodych ludzi zmaga się z pytaniem, czy to, co biorą za powołanie do kapłaństwa, nie jest jakąś formą ucieczki przed wymaganiami życia? Co prawda, prestiż społeczny i status materialny księdza spadły dziś (szczególnie w dużych miastach) poniżej średniej krajowej, to jednak wciąż ta droga życia gwarantuje bezpieczeństwo i stabilność. Jak sprawdzić, czy moje motywacje są czyste? To właśnie tu decydującą sprawą jest stosunek do służby. Ktoś, kto ma takie pragnienie, nie ucieka przed trudami życia. Wręcz przeciwnie – z całą świadomością wychodzi im naprzeciw.

 


 

Krok 4: Umiłowanie sakramentów

 

Wrócę jeszcze raz do tekstów Soboru Watykańskiego II. „Dekret o posłudze i życiu prezbiterów”, wprowadzając podział na kapłaństwo powszechne i służebne, prosto wyjaśnia na czym polega służebność tego drugiego: „Pan (…) ustanowił niektórych sługami, by w społeczności wiernych na mocy święceń mieli świętą władzę składania Ofiary i odpuszczania grzechów” (pkt. 2). Istotą kapłaństwa służebnego jest sprawowanie sakramentów i głoszenie Słowa Bożego: „To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22,19b) wypowiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy, „Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone” (J 20,23a), „Głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16,15), wypowiedziane po Zmartwychwstaniu – to najważniejsza część testamentu Jezusa zostawionego Apostołom. We wszystkich innych zadaniach Kościoła księdza może zastąpić świecki.

 

 

Jeśli ktoś chce zostać księdzem, bo szczególnie fascynuje go praca z młodzieżą, musi pamiętać, że może zajmować się tym (również w Kościele) bez przyjmowania święceń. Jeśli ktoś chce zostać księdzem, bo pochłania go gorliwość o niesienie Ewangelii tym, którzy nie znają Chrystusa, to też warto pamiętać, że w ewangelizacyjnej misji Kościoła można uczestniczyć będąc i świeckim. Solą życia księdza, główną jego treścią są sakramenty i Słowo Boże. Zastanowienie się nad tą prawdą jest ważnym momentem rozeznawania powołania. Może ona uświadomić wielu osobom, że tak naprawdę gonią w swym życiu za czymś innym, niż kapłaństwo. Z drugiej strony upodobanie w liturgii, szczególnie liturgii Eucharystii, radość z uczestnictwa w niej, stanowią poważne pozytywne znaki wezwania do Bożej służby. Nie ma nic przypadkowego w tym, że najwięcej powołań wywodzi się ze służby liturgicznej.

 


 

Krok 5: Powołanie do ojcostwa

 

W sensie negatywnym kryterium to znaczy, że kapłaństwo nie jest dla ludzi z różnych względów niezdolnych do założenia rodziny. Dla księdza być ojcem znaczy w pierwszym rzędzie rodzić wiarę wśród wiernych: własnym przykładem życia, modlitwy, głoszeniem Słowa Bożego. Księża są ojcami, gdyż jak mówił Sobór Watykański II, gromadzą rodzinę Bożą. Zadaniem księdza jest przywracać ludzi Bogu Ojcu. „Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi” (Mk 1,17) – powiedział Jezus powołując Szymona Piotra i Andrzeja. W sensie pozytywnym kryterium powołania do ojcostwa duchowego znaczy bycie wezwanym do łowienia ludzi dla Boga.

 

 

Ojcostwo (również to duchowe) to branie na siebie odpowiedzialności za innych ludzi, przewodzenie im, troska o nich i ochrona przed niebezpieczeństwami. Innymi słowy, jeśli powołany do kapłaństwa jest równocześnie powołany do ojcostwa, to powinien odnajdywać w sobie takie cechy, jak życzliwość wobec ludzi, stałość ducha, słowność, stabilność emocjonalną, kulturę osobistą. Powyższa lista nie jest jakimś nieosiągalnym ideałem – w skrócie chodzi w niej o to, by rozeznający powołanie był dojrzałą osobą.

 


 

Krok 6: Racjonalna ocena tego, czy jest się powołanym

 

Już słyszę pomruki niezadowolenia: jak to? Czyż powołanie jako przychodzące do człowieka z góry nie przekracza tego, co nasz ograniczony intelekt może pojąć? Czyż „mądrość tego świata nie jest głupstwem u Boga” (1 Kor 3,19a)? Zgoda. Kiedy upieram się przy tym, że intelekt winien być zaangażowany w ocenę powołania, nie chodzi mi o to, że decyzja o pójściu do seminarium winna być chłodno wykalkulowana. W minimalnym sensie mowa w tym kryterium o tym, że rozeznawanie powołania nie może być wyłącznie kwestią czucia. Uczucia mają to do siebie, że, prędzej czy później, mijają. Kiedyś minie i subiektywne uczucie powołania. Czy ksiądz, któremu mija takie uczucie, ma stwierdzić, że już nie jest powołany i iść w świat?

 

 

Racjonalna ocena powołania jest czymś dwuznacznym, gdyż bardzo łatwo zamienia się w racjonalną ocenę tego, czy się do kapłaństwa nadaję, a każdy trzeźwo myślący, kto staje przed ogromem wymagań i oczekiwań wobec posługi kapłańskiej, musi stwierdzić, że się nie nadaje. Bardzo często tego typu rozważania służą wielu autentycznie powołanym przez Boga jako szlachetna wymówka, by uchylić się przed Bożym wezwaniem. Trzeba zatem uważać, by ten krok rozeznawania nie zamienił się w konkurs kompetencji.

 

Z drugiej strony, powtórzę, pytań typu: „Czy jestem powołany do bycia ojcem?”, „Czy chcę służyć innym?”, „Czy chcę być rybakiem ludzi?” nie można zostawić tylko subiektywnej ocenie tego, co aktualnie czuję. Decyzja o pójściu drogą kapłaństwa jest decyzją całego człowieka, a ponieważ rozum jest tym, co stanowi o naszym człowieczeństwie, dlatego i rozum winien być włączony w proces podejmowania tej decyzji.

 


 

Krok 7: Poddanie się ocenie Kościoła

 

W dziwny dla nas sposób wybierano w przeszłości biskupów. Kiedy w IV wieku powstał spór między arianami a katolikami, kto ma zostać nowym biskupem Mediolanu, na miejsce zamieszek w celu zapewnienia spokoju przybył namiestnik prowincji, Ambroży. Wtedy cały lud (ponoć pod wpływem dziecka) zaczął wołać: „Ambroży biskupem!”. I Ambroży biskupem został. Historia nie do końca nie przystaje do współczesnych realiów. Przechowuje ważną i dziś prawdę: to ostatecznie Kościół wybiera sobie ludzi, którzy będą mu służyli. Kiedy przyszło uzupełnić grono Dwunastu po zdradzie i śmierci Judasza, to Piotr wraz z pozostałymi Jedenastoma ustalili kryteria przyjęcia do swego grona kolejnej osoby (Dz 1,21-22). Historia ta pokazuje też ufność, że decyzji Kościoła towarzyszy i jest potwierdzana przez wolę samego Boga: „Ty, Panie, znasz serca wszystkich, wskaż z tych dwóch jednego, którego wybrałeś” (Dz 1,24).

 

 

W rozeznawaniu powołania nie wystarczy więc moja ocena. Musi ona zostać jeszcze potwierdzona przez Kościół, co dziś w praktyce oznacza przez biskupa diecezji, któremu doradza w tej kwestii rektor seminarium duchownego. Niektórym może się to wydać niesprawiedliwe. Nie jest niczym miłym być przekonanym, że spełnia się wszystkie sześć wymienionych wcześniej kryteriów, a na koniec usłyszeć od innych osób, że jednak nie.

 

Z drugiej strony, tak jak głos sumienia, choć ważny, jest najmniej uchwytny, tak ocena Kościoła jest najbardziej konkretnym kryterium powołania i z tego względu niezwykle księżom potrzebnym. Jak pisałem wcześniej, uczucia mijają, zachwyty mijają, nachodzą za to wątpliwości, czy się nadaję, czy podołam, czy nie ulegam jakiejś iluzji, czy się nie okłamuję? Właśnie wtedy księdzu przychodzi z pomocą fakt, że Kościół swego czasu pozytywnie wypowiedział się na temat jego powołania. Oczywiście, by wybór przez Kościół w ten sposób utwierdzał w powołaniu, potrzebna jest szczerość i przezroczystość kandydata do kapłaństwa wobec Kościoła (przede wszystkim do przełożonych seminaryjnych) w czasie lat rozeznawania tego powołania w seminarium duchownym.

 

ks. Marek Dobrzeniecki

ks. Marek Dobrzeniecki

(ur. w 1980 r. w Warszawie) – kapłan Archidiecezji Warszawskiej, przyjął święcenia kapłańskie w 2009 roku. Obronił doktorat na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Fryburskiego (w Szwajcarii). Od 2014 roku wykłada filozofię na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie oraz w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. Od 2014 roku zastępca redaktora naczelnego „Warszawskich Studiów Teologicznych”. Od 2015 roku pracuje w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu – Sanktuarium Diecezjalnym bł. ks. Jerzego Popiełuszki

Zobacz inne artykuły tego autora >
ks. Marek Dobrzeniecki
ks. Marek
Dobrzeniecki
zobacz artykuly tego autora >