video-jav.net

Po(d)stawy modlitwy

Tak jak miłość potrzebuje gestów, tak nie wyobrażamy sobie wiary bez uczynków, czy też wyrażanych postaw.

o. Marek Krzyżkowski CSsR
o. Marek
Krzyżkowski CSsR
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Po(d)stawy modlitwy
Tak jak miłość potrzebuje gestów, tak nie wyobrażamy sobie wiary bez uczynków, czy też wyrażanych postaw.

Bardzo lubię myśleć o wierze w kontekście miłości. Wiara to nie tylko system prawno–moralny, ale przede wszystkim spotkanie z Osobą Jezusa. Wiara to relacja. Tej relacji uczymy się od samego Boga w Trójcy Jedynego – Ojca, Syna i Ducha Świętego. To, co charakteryzuje tę miłość, to właśnie więź i relacja tych Osób względem siebie. I tak jak miłość potrzebuje gestów, tak nie wyobrażamy sobie wiary bez uczynków, czy też wyrażanych postaw.

Mamy z tym trochę problem, bo skupiając się zbytnio na duchu, zapominamy o ciele. Nie wiemy jak się zachować na modlitwie, co robić i jak angażować nasze człowieczeństwo w kontakcie ze sferą sacrum. Każdy z nas otrzymał ciało jako narzędzie do komunikowania się z Bogiem, do wyrażania swojej wiary. Tak jak komunikujemy się z ludźmi poprzez wyrażanie naszej radości czy smutku, zmęczenia i ospałości wykorzystując naszą mimikę twarzy, wzruszanie ramionami czy przybieraniem przeróżnych postaw, tak samo naszym ciałem komunikujemy się z Bogiem.

To, o czym chcę napisać, ma być niejakim savoir-vivre w mojej relacji do Boga. To nie ma być prawne czy wyłącznie rytualne (bez serca) wykonywanie czynności, ale okazywanie czy może lepiej powiedzieć – wyrażanie mojej wiary. Postawa w modlitwie nie ma mnie ograniczać czy zamykać, ale otwierać i zbliżać do Tego, z Którym się spotykam. Ona wyraża moją relację z Bogiem i zaangażowanie w tej więzi.

Ważne jest, by każda postawa w której znajduję się na modlitwie, nie była na zasadzie: “bo tak trzeba”, “tak wypada”, ale żeby wypływała z mojej potrzeby serca. Za każdą postawą idzie konkretna symbolika, która jeszcze bardziej pomaga mi zaangażować się na modlitwie, a jednocześnie jeszcze szczerzej otworzyć swoje serce. No właśnie – tu przede wszystkim chodzi o serce. Bez serca, czyli bez miłości każda postawa – nawet po ludzku najbardziej pobożna, stanie się wyłącznie wojskową musztrą, która może da mi satysfakcję, ale nie zbliży mnie do dobrego Boga. Jego gesty też coś znaczą. To tak jak w miłości: człowiek nie zastanawia się co może albo co musi w danej chwili zrobić – to wypływa z serca.

Bez serca, czyli bez miłości każda postawa – nawet po ludzku najbardziej pobożna, stanie się wyłącznie wojskową musztrą.

Stosowanie postaw i wyrażanie ich ma służyć budowaniu wspólnoty. Pisze o tym Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego: jednakowa postawa ciała, którą powinni zachować wszyscy uczestnicy liturgii, jest znakiem wspólnoty i jedności zgromadzenia, wyraża bowiem, a zarazem wywiera wpływ na myśli i uczucia uczestników (nr 20).

Jakie są główne postawy? Piszę główne, bo miłość wyraża się w nieskończonych gestach, które w każdej relacji wyglądają zupełnie inaczej. Najważniejsze jest też to, że nie ma ważniejszej lub mniej ważnej postawy, bardziej godnej czy pobożnej, ale każda coś wyraża i każda ma znaczenie, gdy jest wyrażona z serca, a jeszcze bardziej – gdy jest odpowiedzią na tchnienie Bożego Ducha, który sam nas zaprasza na spotkanie. To On jest prawdziwym źródłem i podmuchem wszelkiego ruchu w naszym ciele.

 

Postawa siedząca

Jest ona charakterystyczna dla ucznia, który słucha chcąc się czegoś nauczyć. Pomaga nam ona w skupieniu się na słowach, gdy wsłuchujemy się w głos Słowa Bożego. Siedząc wyrażam mój szacunek do Słowa. Pomocą w tej postawie jest też niewątpliwie wygodne miejsce, by nie skupiać się na bólu nóg czy kolan jak w postawie stojącej czy klęczącej. Nie ma tu tak zwanych „przeszkadzajek”. Siedząc wyrażam też równość i też sam mogę odczuwać ją od Tego, Który do mnie przemawia, z Którym rozmawiam. Oprócz słuchania postawa ta wyraża gest, gdy wszyscy zasiadamy do stołu, by kosztować co na nim jest i wspólnie rozmawiać w przestrzeni przyjacielskiej. On zastawia dla mnie suto Stół Słowa i zaprasza mnie do kosztowania. Siedząc nie spieszę się nigdzie i wyrażam sobą, że mam czas dla tego, kto mnie zaprasza. Siedząc pozwalam odpocząć ciału, aby wytężyć umysł.

 

Postawa leżąca

Mam wrażenie, że postawa ta kojarzona jest z formą słabości. Leżymy, bo jesteśmy zmęczeni całym dniem lub skuleni bólem, chorobą lub sytuacją, która nas dotknęła – to sytuacje, w których Bóg jakby zupełnie nas nie słuchał. A to przecież Ezechiel pisał, że Bóg jako pasterz będzie nas brał na kolana i tulił do siebie, a następnie kładł na legowiska i to co pokaleczone i poobijane uzdrowi i tchnie życie. Ta postawa jest jedną z trudniejszych, bo niektórym może się też kojarzyć się z lenistwem i pobłażliwym traktowaniem samego Boga. I znowu nam się kłania nasze serce i to, co w nim jest. Najważniejsze w tej postawie jest to, że chcemy z Bogiem się spotkać i porozmawiać. Otuleni ciepłą kołderką trzymając w ręku ciepłą herbatę też możemy spotkać się z Bogiem. Może się też okazać spotkaniem, które otworzy nas na Boga, tak bardzo bliskiego każdemu z nas. Postawa ta pomaga nam jeszcze bardziej być sobą przed Bogiem, a przecież o to nam chodzi.

 

Postawa stojąca

To postawa człowieka wolnego, który powstał z grzechu. Upadłem, ale Pan mnie podniósł – to piękne odniesienie także do zmartwychwstania. Stanie na modlitwie to trwanie w nadziei zmartwychwstania. Stoję w wolności przed Bogiem i wyrażam moją gotowość wobec tego, do czego On mnie wzywa. To postawa, za którą kryją się słowa wypowiedziane przez Izajasza: oto ja, poślij mnie. Wysłuchałem słowa, nakarmiłem się, a teraz chcę iść i opowiedzieć o tym całemu światu. Już nie jestem niewolnikiem, ale dzieckiem, dziedzicem Królestwa Bożego. Jako wolne dziecko w Chrystusie jestem gotowy do służby na wzór Mistrza. To postawa oczekiwania i tęsknoty za Bogiem. Ojcowie Kościoła widzieli w tej postawie obraz człowieka – pielgrzyma, który wznosi się ku górze, ku Niebu.

 

Leżenie krzyżem

Postawa ta znana jest w Kościele w ważnych dla niego wydarzeniach jak przy udzielaniu sakramentu święceń czy składaniu ślubów zakonnych oraz w liturgii Wielkiego Piątku. Ta postawa wyraża moją małość i słabość przed Bogiem. Leżąc krzyżem odkrywam, że wszystko co mam, zawdzięczam wyłącznie Panu Bogu. To moje umniejszenie ma prowadzić do tego, bym potrafił odkryć to kim jestem i ma mi dać możliwość, by On mógł we mnie wzrastać. Postawa ta uczy prawdziwej pokory.

 

Postawa klęcząca

W Kościele uznajemy tę postawę jako wyraz pokuty i odkrycie potrzeby oczyszczenia. Sens tej postawy wyraża się jednak bardziej w potrzebie adoracji i uwielbienia. Symbolizuje ona również intensywną modlitwę. Klękam, przyklękam przed kimś, kogo kocham i kto jest dla mnie ważny, najważniejszy. Klęcząc przed kimś wyznaję mu miłość i oddaję się do jego dyspozycji. Jest to również wyrażenie szacunku wobec tej osoby.

 

Skłony, pokłony

Ta postawa jest też wyrazem pokory i uniżenia. Wyraża ona świadomość, że zależę wyłącznie od łaski Bożej, a jednocześnie jestem jej niegodny. Kościół widzi w tej postawie również oddanie czci i hołdu Trójcy Świętej. Skłaniając prosimy o odpuszczenie naszych grzechów i wychwalamy Boże Miłosierdzie, które zostało nam okazane. Moment wyprostowania, szczególnie gdy ukłon jest głęboki, jest wyrazem doświadczenia nowego życia, do którego wzywa mnie Stwórca.

 

To oczywiście tylko niektóre, najczęściej stosowane postawy. Lecz przed Bogiem mniej używajmy savoir-vivre’u, a więcej otwierajmy serca na Niego, a On nas poprowadzi tak, jak sam tego będzie chciał. Nie musi być idealnie, nie musi być tak, jak to robi sąsiad z ławki czy lider we wspólnocie. Niech to jednak będzie tak, byś chciał się spotkać z Bogiem. Tak, jak On chce. Niech to cię przemienia i umacnia. Wszystko, co się dzieje na modlitwie, niech się dzieje na Bożą chwałę.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

o. Marek Krzyżkowski CSsR

o. Marek Krzyżkowski CSsR

Redemptorysta od 2006, ksiądz od 2011, od września katecheta w IV LO i ZSM 2 w Krakowie, od lipca duszpasterz młodzieży i akademicki DA Na Górce przy parafii pw. MB Nieustającej Pomocy na Podgórzu. Pasjonat liturgii i kolei - zwiedzający świat pociągami lub na stopa. W wolnym czasie bloguje i vloguje. Jego wierni towarzysze to legwan czerwony i agama błotna.

Zobacz inne artykuły tego autora >
o. Marek Krzyżkowski CSsR
o. Marek
Krzyżkowski CSsR
zobacz artykuly tego autora >

Wizyta inkasenta czy przegląd stada? Kolęda oczami kapłanów

Okazja do budowania relacji czy wzięcia koperty? Przykry obowiązek czy radość spotkania? Ewangelizacja czy wypełnienie kartoteki? Na te i inne pytania odpowiadają kapłani, podsumowując czas odwiedzin duszpasterskich.

Polub nas na Facebooku!

Wizyta inkasenta czy przegląd stada? Kolęda oczami kapłanów
Okazja do budowania relacji czy wzięcia koperty? Przykry obowiązek czy radość spotkania? Ewangelizacja czy wypełnienie kartoteki? Na te i inne pytania odpowiadają kapłani, podsumowując czas odwiedzin duszpasterskich.

Zmęczony kolędowymi wizytami kapłan w kolejnym odwiedzanym przez siebie mieszkaniu machinalnie zdjął z szyi stułę. Swoje roztargnienie dostrzegł po dłuższym czasie. Cóż było robić – ruszył z ponowną „kolędą”, tym razem pozdrowienie „Pokój temu domowi” zastępując pytaniem „przepraszam, czy nie zostawiłem u państwa stuły”? Zguba w końcu się znalazła i cała historia niewarta byłaby zapamiętania, gdyby nie wieści, które doszły do roztargnionego kapłana kilka dni później. Poinformowano go, że jeden z mieszkańców bloku z oburzeniem relacjonował ponowną wizytę księdza, który pytał, czy nie zostawił u niego… stówy. „Nie dość, że pieniądze od ludzi kasują, to jeszcze upilnować ich nie potrafią!” – miał grzmieć parafianin.

Trudno powiedzieć, czy opisane wydarzenie miało kiedyś miejsce, czy jest jedną z licznych legend miejskich. Jedno jest pewne – kolęda wzbudza wielkie emocje zarówno wśród wierzących, jak i – co ciekawe – osób deklarujących się jako niewierzące. A jak to wygląda z perspektywy odwiedzającego domy kapłana? Poprosiliśmy kilku z nich – młodych i doświadczonych stażem, pracujących w dużych miastach, miasteczkach i wsiach – o podzielenie się swoim doświadczeniem.

 

Przegląd stada

– Jeśli kapłan jest pasterzem a parafia owczarnią, to kolęda jest przeglądem stada – twierdzi ks. Sylwester. Od 18 lat jest proboszczem w sporej wiosce – jego stado liczy 3800 dusz. Po tylu latach zna dobrze wszystkich parafian, dlatego kolęda to dla niego odwiedziny u znajomych. Każdego roku przygotowuje temat wizyty – tym razem jest nim Duch Święty. W czasie spotkań mówi o charyzmatach, sakramentach, dzieli się działaniem Ducha w swoim życiu. – Kolęda to okazja do ewangelizacji – mówi ks. Sylwester. – Dużo mówię, ale i dużo słucham. A ludzie znają mnie od lat, dlatego bez obaw dzielą się swoimi kłopotami. Od razu odnosimy to do Pana Boga, modlimy się wstawienniczo – mam doświadczenie, że Jezus żyje i działa, więc każdy problem jest dla mnie okazją żeby i ludzie tego doświadczyli.

Aby lepiej poznać potrzeby parafian, ks. Sylwester opracował ankietę kolędową. Pyta, czy w osobistej modlitwie ogłosili już Jezusa swoim Panem i Zbawicielem, a także czy chcą pogłębić swoją wiarę przez udział w kursach lub rekolekcjach. Wypełnione ankiety zbierane są do skrzynek w kościele, oczywiście anonimowo. Dzięki temu proboszcz może lepiej zaplanować kolejny rok pracy.

 

Kościół – tak. Pan Bóg – niekoniecznie

W zupełnie innej sytuacji są wikarzy, którzy co kilka lat zmieniają parafie. Rzadko się zdarza, żeby dwa razy trafili do tego samego mieszkania. – Ale to nawet lepiej: wchodzę do nowej rodziny, mogę nawiązać zupełnie nowe relacje. Bardzo lubię spotkania z ludźmi, a kolęda to szansa, żeby poznać parafian – mówi ks. Robert, pracujący w kilkunastotysięcznej parafii w mieście wojewódzkim.

Niezależnie od miejsca swojej posługi, wszyscy kapłani podkreślają, że najważniejszym celem kolędy jest wspólna modlitwa. Niektórzy pytają domowników o intencje – najczęściej pojawia się prośba o zdrowie, choć zdarza się, że odważniejsze młode dziewczyny modlą się o dobrego męża. Czasami intencja modlitwy wypłynie naturalnie w czasie rozmowy: ktoś powie o braku pracy, inny o bezskutecznym oczekiwaniu na potomstwo. Bywa, że wizyta księdza jest jedynym momentem, kiedy do modlitwy klęka cała rodzina. Ważne jest także błogosławieństwo domu, choć tu zdarzają się zabawne sytuacje. – Korzystam z małego, metalowego kropidła. Kiedyś po pokropieniu mieszkania kilkuletnia dziewczynka powiedziała do mnie: myślałam, że ksiądz mnie tą pałką uderzy – śmieje się ks. Robert.

Po modlitwie przychodzi chwila na rozmowę. O czym? – Na kolędzie trudno porozmawiać o Panu Bogu – zaskakuje odpowiedzią ks. Bartosz, od kilku lat posługujący w wielkomiejskich parafiach. – Ludzie nie doświadczają głodu Boga, dla wielu religia to już tylko tradycja czy przejaw kultury. Jeśli zapytałbym o modlitwę, osobistą relację z Jezusem czy lekturę Pisma Świętego, to w  80% przypadków zapadłaby cisza a na twarzach zobaczyłbym panikę – stwierdza. Wtórują mu pozostali kapłani. – Ludzie nie są przyzwyczajeni do mówienia o relacji z Bogiem. Kiedyś podczas kolędy pytałem, czy zmieniliby coś w parafii – zwykle odpowiadali, że nic. A potem pytałem o wiarę, czy mają jakiś problem, pytanie. Najczęściej słyszałem odpowiedź: my wiary nie zmienimy, nam jest dobrze… – opowiada ks. Robert. Łatwiej mówić o Panu Bogu, kiedy w rodzinie pojawia się konkretny problem – można wtedy pokazać, że to On jest źródłem ratunku w trudnych sytuacjach. Ale do tego potrzeba otwartości ze strony gospodarzy, a ci często nie chcą dzielić się osobistymi sprawami. Dlatego rozmawiają o sprawach parafii czy o tym, co dzieje się na osiedlu. Bywa, że księża trafiają do domu, gdzie zazwyczaj kolędy się nie przyjmuje, ale akurat jedno z dzieci przygotowuje się do komunii czy bierzmowania, więc rodzice decydują się otworzyć drzwi kapłanowi. Tam rozmowa zwykle w ogóle się nie klei – wizyta księdza traktowana jest jak kolejna formalność konieczna do „zaliczenia”, a jemu samemu przypisywana jest rola funkcjonariusza, strażnika moralności czy inkasenta. – Mam wtedy wrażenie, że trafiam na beton, jakbym rzucał grochem w ścianę – żali się ks. Andrzej, od września posługujący w nowej parafii.

 

Nie jestem zbawicielem

Czasami domownicy wykorzystują okazję, aby wylać na kapłana wszystkie swoje żale. – Zdarza się, że ktoś atakuje mnie o inkwizycję albo zmiany w posoborowej liturgii – opowiada ks. Robert. Inny z kapłanów wspomina jedną z pierwszych tegorocznych kolęd, na których pani z wielkim oburzeniem stwierdziła, że bardzo dotknęło ją kazanie wygłoszone… na Matki Bożej Gromnicznej. Prawie rok temu! – Ja nawet nie wiem, kto to kazanie głosił, zupełnie nie mam jak się do tego odnieść. A pani przez rok pielęgnowała w sobie urazę, żeby wyrzucić ją z siebie właśnie podczas kolędy. Atmosfera oczywiście zupełnie siadła, trudno było podjąć inny wątek – opowiada.

 

Coraz częściej zdarza się, że przyjmujący kolędę ludzie żyją w związkach niesakramentalnych. Jak reagują kapłani? – Przede wszystkim nie ma co pouczać, naciskać – twierdzą zgodnie księża. – W kilka minut nie zbawimy świata, ale możemy zostawić pozytywny obraz księdza czy kościoła – tłumaczy ks. Mateusz. Nie znaczy to, że duchowni nie poruszają tego tematu. Starają się to jednak robić tak, aby otworzyć przestrzeń dialogu. Czasami zdarza się, że kilka miesięcy później kapłan spisując protokół przedślubny pyta mieszkających ze sobą od dawna narzeczonych, co skłoniło ich do zawarcia sakramentu, na co słyszy odpowiedź: ksiądz już pewnie nie pamięta, ale był ksiądz u nas na kolędzie…

– Kiedyś w ostatnim mieszkaniu trafiłem na taką parę. Wiedziałem, że mam czas, że nikt już na mnie nie czeka, więc pociągnąłem wątek – opowiada ks. Mateusz. – Powiedziałem wprost: nie będę na was krzyczał, ale powiedzcie, jak to z wami jest. Wywiązała się długa rozmowa, na koniec zostawiłem swój numer telefonu. Po jakimś czasie zadzwonili, spotkaliśmy się znowu. Okazało się, że pan ma mocne podstawy do stwierdzenia nieważności pierwszego małżeństwa. Nie wiem, jak się to skończy, ale może uda się im pomóc. Takie sytuacje dodają sił.

 

Żeby nie zasnąć…

Pobudka o 6:00, bo pół godziny później trzeba już być w konfesjonale. Potem msza, szybkie śniadanie i biegiem do szkoły. Dobrze, jeśli po niej uda się zjeść jakiś obiad, ale jeśli lekcje kończą się później, nie ma na to szans – prosto po zajęciach trzeba łapać kartoteki i biec na trasę. Powrót po czterech, czasem pięciu godzinach, a na probostwie już czeka oaza czy Legion Maryi – ich spotkania odbywają się przecież cały rok. W tak zwanym międzyczasie trzeba wcisnąć przygotowanie kazania, sprawdzenie kartkówek czy nawet osobistą modlitwę. Zmęczenie jest ogromne.

– Co jest dla mnie najtrudniejsze w kolędzie? Żeby nie zasnąć – uśmiecha się ks. Robert. W trzydziestym odwiedzanym domu oczy zamykają się same. Dlatego kiedy przypada im trasa, na której tradycyjnie jest dużo odwiedzin, ruszają z mniejszym entuzjazmem. Szczególnie, że mieszkańcy ostatnich domów często witają ich z pretensją, że późno przyszli… – Kiedy w dzieciństwie chodziłem na kolędę jako ministrant, standardem było kończenie w okolicach 22.00. Teraz kiedy przychodzimy o 20.00, ludzie są zdenerwowani – zauważa ks. Robert. – Dlatego zawsze trzeba wejść z dobrym słowem. Wchodząc do ostatniego domku na ulicy zamiast powiedzieć „pokój temu domowi” zaczynam od słów: Dzisiaj od was zaczynamy! Wybuchł śmiech, napięcie zeszło, choć pora była już późna – uśmiecha się kapłan.

Długie trasy oznaczają, że każdej rodzinie ksiądz może poświęcić zaledwie kilka minut. Pośpiech bywa frustrujący. – Przychodzę do domu, w którym kobieta niedawno straciła męża, jest w głębokiej żałobie. Chciałbym jej poświęcić więcej czasu, spokojnie porozmawiać, ale nie mogę, bo przede mną jeszcze 15–20 domów. Włącza się wtedy znieczulica… – przyznaje ks. Bartosz. Trudna bywa też konieczność szybkiej zmiany nastroju – w jednym domu pogrążona w żałobie rodzina, pięć minut później rodzice cieszący się z narodzin kolejnego dziecka. Góra – dół. I tak nawet trzydzieści razy w ciągu dnia.

Być może rozwiązaniem byłoby oddzielenie wizyty duszpasterskiej od okresu świątecznego i rozciągnięcie jej na cały rok. Wtedy kapłan miałby możliwość spędzić z każdą rodziną więcej czasu, porozmawiać spokojniej. Czy jednak byłoby to dobrze przyjęte przez wiernych? Kapłani są zgodni: zdecydowanie nie. Większości ludzi odpowiada krótka wizyta. Podejrzewają, że gdyby kapłan miał spędzać w każdym domu choćby pół godziny, liczba przyjmujących ich wiernych jeszcze by spadła, przepadła by więc szansa spotkania z tymi, którzy i tak rzadko odwiedzają parafialny kościół. Zaciskają więc zęby i ruszają do kolejnych rodzin. Pół biedy, jeśli odwiedzają mieszkańców bloków. Dużo gorzej jest na wsiach czy osiedlach domków, gdzie trzeba pokonać często znaczne dystanse. Ciepło – zimno – ciepło – zimno… Często po pierwszym tygodniu kolędy najlepszym przyjacielem księdza staje się aspiryna…

 

Kasa czy klasa?

Pozostaje jeszcze kwestia osławionej koperty. Zdaniem kapłanów, problem jest rozdmuchany. –Ktoś chce, to daje. Nie chce – nie daje. Ja tego nigdzie nie odnotowuję – mówi ks. Mateusz, zaznaczając, że zdaje sobie sprawę z istnienia księży domagających się ofiary wymownym spojrzeniem czy konkretnym słowem. Dla moich rozmówców jest to jednak sprawa drugoplanowa. Bywa, że widząc trudną sytuację materialną, odmawiają przyjęcia ofiary. Ale i tu trzeba być ostrożnym, bo zdarzało się, że spotykali się wtedy z oburzeniem – to już nawet ksiądz gardzi naszymi pieniędzmi?

Choć kosztuje dużo wysiłku i czasem przypomina orkę na ugorze, kolęda jest dla kapłanów wartościowym doświadczeniem i nie chcieliby z niej rezygnować. Spośród wielu spotkań zapamiętują nieliczne – te najtrudniejsze, najciekawsze, ale i… najzabawniejsze. – Chodziłem po jakimś bloku, to była niedziela – opowiada ks. Andrzej. – Zakończyłem wizytę u starszego pana, który już na klatce schodowej zapytał, czy popełni grzech, przynosząc dziś węgiel do ogrzania mieszkania. Odpowiedziałem, że oczywiście może go przynieść, ale zaskoczyło mnie, że nadal pali węglem w mieszkaniu. A że jestem dość ekspresyjny, zawołałem – panie, ale wy tu jesteście sto lat za murzynami! Jakież było moje zdziwienie, kiedy odwróciłem się, a za sobą w otwartych drzwiach zobaczyłem czekającą na mnie… ciemnoskórą rodzinę. Na szczęście potraktowali sprawę z dużym humorem. Ale ja byłem tak speszony, że to była chyba najkrótsza kolęda w moim życiu! – śmieje się kapłan.


 

Tekst napisany przez studentów Akademii Dziennikarstwa.

 

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Share via