Czy istnieje talent do… macierzyństwa?

Dzisiaj ze wszystkich stron przekonuje się kobietę, że macierzyństwo jest kolejnym z życiowych wyzwań. Jest jak trofeum, które stawiamy na półce osiągnięć tuż obok doktoratu, medalu za przebiegnięty maraton i kluczy do własnej kancelarii. Tymczasem macierzyństwo jest czymś znacznie ważniejszym i większym - jest kuźnią naszej kobiecości. Jest naszą najważniejszą próbą ognia.

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Czy istnieje talent do... macierzyństwa?
Dzisiaj ze wszystkich stron przekonuje się kobietę, że macierzyństwo jest kolejnym z życiowych wyzwań. Jest jak trofeum, które stawiamy na półce osiągnięć tuż obok doktoratu, medalu za przebiegnięty maraton i kluczy do własnej kancelarii. Tymczasem macierzyństwo jest czymś znacznie ważniejszym i większym - jest kuźnią naszej kobiecości. Jest naszą najważniejszą próbą ognia.

Mamy w domu cztery panny. Kiedy spotka człowieka tyle szczęścia na raz, prędzej czy później, zjawi się w jego życiu również kultowa lalka, o równie kultowych wymiarach. W moim wypadku spotkanie pierwszego stopnia miało miejsce w kinie. Tuż przed rozpoczęciem filmu o przygodach Barbie i jej trzech sióstr, wyświetlił się krótki spot reklamowy firmy Mattel. Na ekranie pojawia się Barbie w różnych odsłonach; Barbe – pilot, Barbie – szef kuchni, Barbie – strażak, a całość wieńczy hasło:” You can be anything” (Możesz być kimkolwiek zechcesz). Żyjemy w niesamowitych czasach! Nawet bez zachęty ze strony Barbie możemy – jako kobiety – sięgać gwiazd! Możemy mieć ciała zaprawione w triatlonach, możemy obejmować szefostwo najtrudniejszych katedr świata, możemy skutecznie walczyć o miejsca w rankingach najbogatszych ludzi globu. Tak, smukła blond lalka ma rację – dzisiaj możemy wszystko. Tylko czy dzięki temu jesteśmy szczęśliwe? 

Mam już taki nawyk, że przyglądam się ustom i oczom kobiet. Szukam w nich blasku i… luzu. Blask świadczy o odnalezieniu swojego miejsca na ziemi, a luz o głębokim przekonaniu, że nie wisi już nad nią topór przymusu. Że może sobie spokojnie powiedzieć – “Nie muszę walczyć o… średnią, o super wyniki, o uwagę, o smukłe ciało, o podwyżkę”. Otóż znam tylko jedną kategorię kobiet, których oczy płoną, a serca biją spokojnie – to kobiety, które usłyszały wołanie Tego, który pierwszy je umiłował i na nie wielkodusznie odpowiedziały; to kobiety, które odnalazły swoje powołanie. 

 

Z powołaniem jest jak z zachodem słońca. Możemy przechodzić obok niego obojętnie, możemy zerkać czasem ukradkiem, ale możemy też stanąć i patrzeć, przypatrywać się aż… odkryjemy jego spektakularną wyjątkowość. Właśnie tak ujął sprawę powołania św. Paweł – tej rzeczywistości mamy się przypatrywać. Do czego zatem zawołał nas Bóg? Bez względu na nasz stan, bez względu na historię naszego życia – zawołał każdego z nas do miłości. Naszą pełnię odkryjemy tylko kiedy będziemy dla drugiego. Kiedy oddamy nasze życie komuś innemu i ofiarnie postawimy jego potrzeby przed sobą, wtedy odnajdziemy – zwykle niespodziewanie – pokój serca i to graniczące z pewnością przekonanie, że nie zmarnowaliśmy życia. 

Mam prośbę – podejdź teraz do lustra i popatrz na siebie. Popatrz na oczy, które potrafią dostrzec piękno i głębię tam, gdzie inni nie widzą nic szczególnego. Popatrz na delikatność swoich dłoni – stworzonych by otulały i chroniły. Popatrz na piersi, które wyglądają tak, bo ich najważniejszym zadaniem jest podtrzymywać życie. A teraz przyjrzyj się temu natrętnemu comiesięcznemu wydarzeniu. Można całą młodość na nie biadolić, a można popatrzeć na cud, jaki co miesiąc może się w nas rozegrać. Jest w nas miejsce stworzone tylko i wyłącznie do przyjęcia życia. Miejsce, w którym bezpiecznie i w głębokiej ciszy może dojrzewać człowiek z całą wyjątkowością swojego temperamentu, upodobań kulinarnych, a nawet sposobu kichania. Czy to nie jest spektakularne? Bóg dzieli się z nami radością szóstego dnia, dnia w którym stwarzał swoje najwspanialsze dzieło. Z naszego wnętrza, z naszej krwi, z naszego ciała rodzi się ktoś inny! Macierzyństwo jest wpisane głęboko w naszą istotę, a historia kobiety zaczyna się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy przyjmie ten niezwykły dar; gdy pewnym krokiem, wielkodusznie i bez asekuracji wyjdzie ku drugiemu.

 

 

Żyjemy w niełatwych czasach dla mam. Napisałam kiedyś dla Stacji 7 tekst pt. “Nie ma dobrego czasu na dzieci“. Był to jedyny mój tekst, który sprowokował tak dużo negatywnych komentarzy. Dostałam wtedy sporo prywatnych wiadomości, ktoś nawet zadał sobie trud i napisał całą polemikę. Co jest tak trudne? Tak skandalicznie niepoprawne? Głębokie przeświadczenie Kościoła, że miłość wymaga trudu, wyrzeczenia, oddania i poświęcenia? A przecież jeżeli nie kocha się aż do ofiary z siebie, to co to za miłość?

Dzisiaj ze wszystkich stron przekonuje się kobietę, że macierzyństwo jest kolejnym z życiowych wyzwań. Jest jak trofeum, które stawiamy na półce osiągnięć tuż obok doktoratu, medalu za przebiegnięty maraton i kluczy do własnej kancelarii. Tymczasem macierzyństwo jest czymś znacznie ważniejszym i większym – jest kuźnią naszej kobiecości. Jest naszą najważniejszą próbą ognia. Zaryzykuj i oddaj dzieciom swój czas, swoje ciało,  swoje marzenia i swój komfort życiowy. Nie bój się trwonić czas najpierw na długie nocne kołysanie, potem na piaskownicę i wspólne bujanie się na huśtawce. Naszą rolą jest nie tylko dać życie, ale też to życie wychować. A wychować to znaczy wyciągnąć na światło dziennie to, co jest schowane, co jest ukryte głęboko w sercu twojego dziecka. Żadna opiekunka, żaden, nawet najwspanialszy żłobek, ani wychowawczyni w przedszkolu nie będzie w stanie tego zrobić. Są klucze, które Bóg daje tylko rodzicom.

 

 

Co się stanie z kobietą, która u progu kariery zaryzykuje i posłucha tego cichego szeptu miłości, i bez żadnej asekuracji postawi na pierwszym miejscu rodzinę? Doświadczy niewyobrażalnego piękna życia, ale i trudu. Doświadczy spełnienia, ale i lęku, jakiego nigdy nie znała. Doświadczy wreszcie tysiąca niezapomnianych chwil, ale i własnej słabości, i to czasem bezdennej. Ale dokładnie tego jej potrzeba! Jak każdemu z nas – ludziom, którzy chcą iść za Bogiem – potrzebujemy sytuacji, które rzucą nas na kolana, żeby wreszcie puścić stery życia i zaufać. Żeby przestać udawać jak wspaniale sobie radzimy. Żeby już nie przynosić co wieczór Bogu laurki doskonałości i niczym życiowi prymusi prosić o podpis. Nie taki jest pomysł Boga na nasze kilkadziesiąt lat na tej ziemii. Jego pomysł to pełne zaufanie i powierzenie się Mu do końca. A tak już jakoś z nami jest, że póki życie nie łupnie nami o ziemię, póty nie wiemy co znaczy przestać kombinować i zdać się już tylko na Bożą wolę. A tak się składa, że macierzyństwo idealnie do tego “łupnięcia” się nadaje. 

Czy to jednak oznacza, że pomysłem Boga dla nas – kobiet jest zamknięcie nas w znienawidzonej przez feministki triadzie “die Drei K” (z niemieckiego – Kirche, Kindern, Kueche)? A skądże! Przecież mamy tyle do zaoferowania światu! Kariera nie zając – naprawdę można ją dogonić, a zdecydowanie częściej przegonić. Chodzi tylko o stałe przylgnięcie naszej kobiecej natury do miłości. Bo to nas zakotwiczy i uodporni na pokusę szukania pełni swojej kobiecości w innych dziedzinach życia. To tak, jakby Pan Bóg mówił do nas – “Wejdź w ten ogień macierzyństwa jak najszybciej! Doświadcz tego niewyobrażalnego piękna, ale i trudu. Przeżywaj ze Mną chwile, w których wszystko będzie wymykać ci się z rąk. Pozwól Mi być przy tobie i przeprowadzić cię przez ten ogień, a zobaczysz jak cię umocnię. Uczynię z ciebie warownię nie do zdobycia. Sama zdziwisz się jak wielką masz siłę. Twój charakter, twoja osobowość wykuwa się przez ofiarną miłość”. 

Kiedy to odkryjesz będziesz gotowa pójść dalej. A wtedy idź i kochaj cały świat! Tam też wszyscy na ciebie czekają.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Anna Hazuka

Anna Hazuka

Żona Wojtka, mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Absolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >
STYL ŻYCIA

Boski „Mam talent”. Tu wygrywa każdy

Talent to nie tylko piękny śpiew czy taniec. Często zakopujemy powierzony nam dar myśląc, że nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Jak „odkopać” zasiane w nas talenty? A jeśli już nam się uda – jak je dobrze wykorzystać?

Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Boski „Mam talent”. Tu wygrywa każdy
Talent to nie tylko piękny śpiew czy taniec. Często zakopujemy powierzony nam dar myśląc, że nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Jak „odkopać” zasiane w nas talenty? A jeśli już nam się uda – jak je dobrze wykorzystać?

TGD w języku migowym

Justyna Przybyszewska  studiowała logopedię, ale na jednej z uczelnianych grup pojawiło się ogłoszenie dotyczące kursu nauki języka migowego. Wiedziała, że w toku studiów będzie musiała zaliczyć ten przedmiot, więc tym bardziej chciała poznać go wcześniej, aby potem było jej łatwiej zdobyć nowe umiejętności. Na zajęcia zapisała się z siostrą i przyjaciółką.  – Od pierwszych zajęć nauka tego języka zachwyciła mnie, a nowe znaki przyswajałam w ekspresowym  tempie – opowiada – Gdy przeglądałam Internet, znalazłam wiele filmików z piosenkami przetłumaczonymi na język migowy. Potrafiłam godzinami siedzieć i odtwarzać teledyski, ucząc się miganej wersji znanych mi utworów. Zaproszone na zajęcia osoby głuche mówiły, że bardzo ładnie migam. Kiedy przyszedł czas zajęć na studiach, nawet wykładowca (będący osobą CODA tzn. słyszącym dzieckiem niesłyszących rodziców) zauważył, że mam talent i nie powinnam go zmarnować.

Na zaliczenie przedmiotu wraz z koleżanką wybrała dwa utwory do opracowania na język migowy. Jednym z nich była piosenka „Nadejdzie dzień” chrześcijańskiego zespołu TGD, czyli Trzecia Godzina Dnia – Przetłumaczyłyśmy ją same po kilku konsultacjach z wykładowcą. Jego mina była bezcenna! (śmiech)

 

Nie zakopuję talentu

Justyna w międzyczasie skończyła liczne kursy, co sprawiło, że zaczęła posługiwać się tym językiem w stopniu zaawansowanym. – Z tyłu głowy miałam myśl, że chciałabym pracować z osobami głuchymi, używać języka migowego, ale pozostawało to raczej w sferze marzeń niż planów do realizacji. Podczas pisania pracy magisterskiej nawiązałam kontakt ze stowarzyszeniem pomagającym osobom niesłyszącym, aby zebrać ankiety do mojej magisterki – wyjaśnia.

Wkrótce zaczęła pracować jako logopeda w szkole oraz przedszkolu. Lubiła swoją pracę i nic nie wskazywało, że Bóg będzie chciał ją zaskoczyć. – Pojechałam na weekendowe rekolekcje mojej wspólnoty. Podczas modlitwy wstawienniczej Bóg zwrócił się do mnie poprzez Słowo z Ewangelii według świętego Jana: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje.” (J 15, 16)

Trzy dni później Justyna odebrała telefon z informacją, że w zaprzyjaźnionym stowarzyszeniu jest wolny etat do pracy z osobami głuchymi. Mimo, że miała duży dylemat, to odważyła się zaryzykować. – Pierwsze miesiące były dla mnie bardzo trudne. Bariera językowa była większa, niż przypuszczałam. Co z tego, że znałam znaki i wiedziałam, co chcę powiedzieć, jeśli nie rozumiałam tego, co druga osoba chce mi przekazać. Modliłam się przed każdym tłumaczeniem, a przy każdej trudnej sytuacji wołałam w myślach: Boże, ratuj, nie rozumiem! Musiałam przełamać barierę wstydu, że czegoś nie wiem i nauczyć się pokory, gdyż nie zawsze wszystko jest tak, jak ja to sobie wyobrażam. Zdarzają się osoby, którym pomoc sprawia duże problemy. Dzięki łasce Bożej po roku pracy widzę, że pokonałam wiele przeszkód i przestałam się stresować, jeśli muszę gdzieś pójść z osobą, której nie znam. Zawsze proszę Boga, aby pomógł mi dobrze zrozumieć drugiego człowieka. Pracuję głównie z osobami starszymi, których raczej nie interesują moje tłumaczenia piosenek, a na tematy dotyczące wiary nie wszyscy lubią rozmawiać, głównie dlatego, że mają własną historię, często trudną i bolesną – wyjaśnia.

Mimo trudności Justyna ufa, że Bóg miał w tym swój zamysł, aby postawić ją wśród tych ludzi. Mówi, że nie wiadomo, co On jeszcze wymyśli i w jaki sposób posłuży się jej osobą do realizacji swoich planów. – Cieszę się, że mam tę pracę i nie zakopuję talentu, którym obdarzył mnie Bóg, a staram się pomnażać go w służbie drugiemu człowiekowi. To daje mi radość serca i poczucie spełnienia!

 

Pasażerowie są kochani

Paweł Czyżniewski prowadzi warszawskie autobusy. Jego zamiłowanie do komunikacji miejskiej narodziło się już w dzieciństwie. – Już jako mały chłopiec studiowałem mapy stolicy i poszerzałem swoją wiedzę na temat ulic oraz tras linii autobusowych. Potrafiłem godzinami wpatrywać się w mknące pojazdy i przepisywać rozkłady. Internet nie był wtedy jeszcze tak rozpowszechniony, więc trzeba było sobie jakoś radzić – opowiada.

Jego wielkie marzenie spełniło się –  od dwóch lat wozi pasażerów ulicami stolicy. Może się wydawać, że to nic szczególnego, ale Paweł swoją pracę traktuje jako misję. Pragnie służyć ludziom, a także chce „zarażać” ich życzliwością i uśmiechem. – Wiadomo, że pasażerowie są różni. Czasem też mają gorsze dni,  jak wszyscy. Jednak dla mnie oni są przede wszystkim… kochani! (śmiech) Kiedyś staruszka, uśmiechając się powiedziała mi, że „mądry kierowca to wie, jak pomóc starszej pani”. Bardzo ucieszyło mnie to, bo staram się być uczynny i szanować każdego człowieka. Tego uczy mnie również wiara.

„Zmartwychwstały Pan” w zajezdni

Paweł w pracy nie wstydzi się swojej relacji z Bogiem. Wspomina, jak któregoś dnia przyszedł do zajezdni o 3:00 rano, przywitał się z innymi kierowcami, którzy przygotowywali się do wyjazdu. Sam ruszył do swojego autobusu i… zaczął śpiewać. – Uruchomiłem pojazd  i niedługo potem wyjechałem z zakładu, śpiewając na cały głos pieśń „Zmartwychwstały Pan jest pośród nas” zespołu Mocni w Duchu. Istne szaleństwo!

O swoich przygodach za kierownicą i spotkaniach z pasażerami Paweł pisze na fanpage „BUSdziennik”. Ma nadzieję, że jego działalność pomoże użytkownikom komunikacji miejskiej zrozumieć pewne sytuacje od drugiej strony, od kółka. – Zza kierownicy świat wygląda zupełnie inaczej. Wielu decyzji, my kierowcy, nie podejmujemy na złość. Oczywiście i wśród nas zdarzają się „czarne owce”, ale to chyba jak w każdym fachu. Staram się widzieć w pasażerach dobro, a na złe słowa odpowiadać spokojnie i z szacunkiem.

 

Światełko w tunelu

Julia Jasnoch odkąd pamięta interesuje się malarstwem. Jej mama często mówiła, że córka urodziła się z pędzlem w dłoni. Gdy dziewczyna tworzy obraz, zawsze myśli o drugiej osobie, która później go dostanie. – Moje obrazy zawsze są tworzone pod konkretne osoby, które je otrzymają. Oczywiście piękny jest sam proces tworzenia, ale cudowne jest obdarowywanie kogoś małą cząstką siebie. Gdy widzę  radość, wzruszenie czy euforię w oczach tych osób, to serce samo rośnie i wiem, że to co robię pochodzi od Niego. To dla mnie największe szczęście. Myślę, że pasja ściśle łączy się z talentem, którym obdarzył mnie Pan Bóg.

Julii zależy również, aby jej sztuka miała charakter terapeutyczny. Ma nadzieję, że gdy ktoś spojrzy na jej obrazy, to choć na chwilę uśmiechnie się i zapomni o trudnościach, a może spojrzy na życie z nadzieją. – Staram się zarażać dziecięcą radością innych i pokazywać, że ze wszystkiego Tata wyciągnie ogromne dobro. Tylko trzeba Mu zaufać.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Maria Górczyńska

Maria Górczyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Maria Górczyńska
Maria
Górczyńska
zobacz artykuly tego autora >