кредиты онлайн в Казахстане кредит на карту онлайн кредит наличными

Nie ma dobrego czasu na dzieci

A gdyby tak po prostu przestać się bać i zaufać Panu Bogu? A gdyby tak odwrócić optykę i przyjąć, że pojawienie się dziecka wcale nie wywraca naszego świata, ale sprawia, że wszystko wreszcie pomału wraca na swoje miejsce?

Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Lubimy ład i porządek. Lubimy przewidywalność i kontrolę. Pewność. Grunt pod nogami. Lubimy nasze małe i większe komforty życiowe. Lubimy plany. Że najpierw ślub, kilka lat na beztroskie szaleństwo we dwoje, dynamiczny rozwój kariery, własne mieszkanie i wreszcie moment, kiedy będziemy gotowi na dziecko. Nawet jeśli czasem ten moment będzie trzeba odsunąć, on z pewnością nadejdzie. Jesteśmy tego pewni. Przecież chcemy mieć dzieci… Tylko dlaczego ściska nas w gardle na samą o nich myśl?

Hedonistyczny świat, w którym żyjemy przekonuje nas jak wielkim poświęceniem jest dziecko. Jak trudno jest utrzymać ten sam poziom komfortu życiowego wraz z jego pojawieniem się na świecie. Jeżeli jednak pomimo wysiłków specjalistów od farmakologii i ikon popkultury, zaczniemy na poważnie myśleć o potomku, od razu wpadamy w szpony kolejnych specjalistów. Tym razem od potężnego przemysłu „około-dziecięcego”. Jeżeli do tej pory musieliśmy zmagać się z lękiem przed dzieckiem, teraz zostajemy wtłoczeni w nowy rodzaj niepokoju – czy starczy nam na wszystko? Na wózek z opcją turbo? Na słoiczki bio? Na kocyk z alg morskich? Na nawilżacz, wyparzacz, laktator, nosidło ergonomiczne, chustę plecioną, drewniane zabawki z eco-atestem, płyty z Mozartem i przedszkole Montessori???? Co nam pozostaje? Możemy uwikłać się w tę potężną spiralę lęku i szeptem powtarzać sobie po każdym zbliżeniu ‘Boże, tylko nie teraz! Boże, jeszcze nie teraz! Jeszcze tylko doktorat, jeszcze awans na senior managera, jeszcze trochę czasu!”. Albo możemy zrobić coś radykalnie innego i przyjąć u progu małżeństwa, że tak na dobrą sprawę nigdy nie będzie dobrego czasu na dziecko. Bo zawsze będzie czegoś za mało. Zawsze moglibyśmy być bardziej gotowi, świadomi, poukładani, mniej egoistyczni.

 

Ale od początku. Najpierw poczęcie. Czasem przeoczone i niezauważone. Czasem wymodlone, wywalczone, niepewne. Potem miesiące ciąży; nie pozbawione pięknych chwil, ale i pełne lęku, niepokoju. Wreszcie poród… i zaczyna się Wielkie Nowe. Na początku próbujemy jeszcze łatać  dwa światy – ten sprzed dziecka i ten z nim na pokładzie. Wszędzie piszą, że to możliwe. Że to kwestia dobrej organizacji, a przecież to akurat zawsze nam wychodziło. Zatem jeszcze wykupujemy karnet na siłownię tuż po połogu, jeszcze rezerwujemy miejsce na wypad majowy ze znajomymi, ale z każdym dniem dociera do nas coraz wyraźniej, że to, co dawne minęło bezpowrotnie. A potem pojawia się zdziwienie. Ogromne zdziwienie, że korporacyjne stresy przed deadlinem przestają robić na nas wrażenie, że kolejny sezon wiosna/lato w sklepach, a nas wcale nie ciągnie, żeby go oglądać. Niby wciąż pamiętamy jak smakuje latte w naszej ukochanej kawiarni na rynku, ale coraz częściej dopada nas dziwne uczucie zażenowania, że kiedyś coś takiego jak kawa na starówce było dla nas ważne.

Jeszcze koledzy kupują dla nas w ciemno bilet na mecz, ale ku zaskoczeniu wszystkich odmawiamy, tłumacząc się niezręcznie wieczorną kąpielą malucha. Co się z nami dzieje? Wśród nieprzespanych nocy, bólu, lęku o każdy oddech, pierwszych kąpieli, pierwszych uśmiechów, pierwszych kroków rodzimy się my –  rodzice. I jeżeli wyrzucimy z głowy i z serca wszystkie te brednie o łączeniu ról, o samorealizacji, o wypełnianiu planów życiowych i osiąganiu kolejnych celów, pomalutku zaczniemy odkrywać, że życie tak naprawdę dopiero się dla nas zaczyna. I że to my dużo bardziej potrzebujemy naszych dzieci, niż one nas. One dostają od nas wikt i opierunek, miłość i czułość, ale my rodzice dostajemy od nich coś o wiele cenniejszego – naszą prawdziwą, wykutą w ogniu codzienności, niezniszczalną tożsamość.

 

 

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Pewnie nadal pracowałabym dla wielkiej korporacji przekonana, że szczęście wiąże się z obsługą wielomilionowych kontraktów i ołówkowymi spódnicami. A w środku wciąż byłabym tym wystraszonym kurczakiem, który każdą kąśliwą uwagę szefa odchorowywał w kącie, który uginał się pod oskarżycielskim spojrzeniem nieżyczliwego mi świata. Potrzebowałam 4 par oczu, wpatrzonych we mnie z siłą, natężeniem i bezgranicznym zachwytem. Potrzebowałam stać się dla tych małych Nieboraków całym światem, żeby zrozumieć jak wielka jest moja rola, jak niepodważalna jest moja godność. I nikt, naprawdę nikt nie może mnie już zranić do żywego.

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Pewnie nadal chorowałabym na gigantomanię, albo dla rozrywki żyłabym rozpamiętywaniem przeszłości. Potężna, prawie przez nikogo niezauważana praca mamy; tysiące obiadów, tony dziecięcej odzieży (za małej, za dużej, o wciąż dobrej!) przerzucanej w kółko pomiędzy koszem na pranie, suszarką, komodą/szufladą/szafą, miliony kilometrów z wózkiem głębokim, spacerówką, za łapkę, w chuście, za rowerkiem biegowym (z lekką zadyszką), setki godzin poświęconych na czytanie, na usypianie, na wpatrywanie się w śpiące Maluchy… ściągnęły mnie skutecznie na ziemię. Jestem tu i teraz. Ani nie patrzę w tył, ani nie wybiegam w przód. Nie projektuję już siebie, ani nie zadręczam się tym, co było. Prawdę mówiąc, szkoda mi na to po prostu czasu.

 

 

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Pewnie nadal mówiłabym „drukowanymi literami” i reagowała przesadną egzaltacją na kazania Mistrza Eckharta. Dzieci nauczyły mnie prostoty, zwyczajności. Nie muszę już udowadniać nikomu jak bardzo jestem oczytana, jak wyszukane mam słownictwo. Jestem, jaka jestem. Całkiem przeciętna, całkiem zwyczajna. Nie zrozumiałam instrukcji obsługi pralki i mój małżonek tarza się ze śmiechu nad moją indolencją technologiczną? Trudno! Nie znam książki, o którą pyta mnie oczytany szwagier? Trudno! Uff, co za ulga!

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Na pewno nie umiałabym tak ufać Bogu. Rodzicielstwo to nie tylko całowanie różowych stópek i umieranie ze śmiechu na widok natchnionych pląsów pięciolatka. Rodzicielstwo to też głęboki jak otchłań, czarny jak noc strach gdy grypa wpycha dziecko na OIOM. Rodzicielstwo to też krzyk rozpaczy i bezsilności, kiedy pękają kolejne wenflony w malutkim, kilkudniowym ciałku naszego Maleństwa. Rodzicielstwo to też skrajne zmęczenie, frustracja, lęk czy starczy do pierwszego i nerwowe liczenie drobniaków przed kasą. Rodzicielstwo, szczególnie w takiej większej niż przeciętnie wersji, to też upokorzenie. W dniu, w którym usłyszałam kpiącą rozmowę moich sąsiadów o naszej kolejnej ciąży, całkiem przypadkiem (akurat!) przeczytałam słowa papieża Franciszka „Nie ma pokory bez upokorzenia”. Nieżyczliwe słowa bardzo bolą, ale i wyzwalają. Nie jestem już zakładnikiem czyjejś opinii o mnie. Nie zależę już od osądu kogokolwiek, prócz tych, których kocham.

 

 

Kim byłabym gdyby nie moje dzieci? Na pewno nie miałabym takiej relacji z Niebem. Kiedy dzieci przychodzą na świat jedno po drugim, kiedy dzień miesza się przez kilka lat z nocą, naprawdę trudno o siły i skupienie potrzebne chociażby do różańca. Nie wiem ile razy łapałam się na tym, że zamiast Pozdrowienia Anielskiego liczę do dziesięciu, albo podczas czytania Psalmów myślę o tym, kto jutro weźmie dzieci na basen i czy schowałam rosołek do lodówki. Nie wiem ile Mszy św. spędziłam ganiając wkoło kościoła za ledwo trzymającym się na nogach roczniakiem, albo ile rodzinnych modlitw ograniczało się do wielkiego rodzinnego „tuliaka”, bo już naprawdę na nic innego nie starczało siły. A jednak… a jednak w tym wszystkim, w tym wielkim domowym kieracie, niepostrzeżenie Niebo łączy się z ziemią.

Tylko mamie z chorą od dwóch miesięcy czwórką maluchów uchodzi płazem kąśliwa uwaga pod adresem Miriam „Przestań się już błagam tak uśmiechać, w końcu miałaś tylko jedno”. I tylko taka mama, w akcie ostatniej desperacji, potrafi włożyć pod poduszkę gorączkującemu powyżej 40 st od tygodnia dziecku obrazek „Jezu ufam Tobie”, by rano zamiast przyjąć z radością cud uzdrowienia, biegać jak szalona po aptekach, bo chyba się termometr zepsuł! Tak naprawdę w utrzymywanie na powierzchni tego całego roztańczonego cyrku na kółkach zaangażowani są dosłownie wszyscy: „Św. Józefie – większy samochód by się przydał!”, „Św. Antoni! Błagam!!! Gdzie są te klucze???!!!”, „Św. Teresko! Ulecz ją z tych fochów, bo nie ręczę za siebie!”, „O św. Cecylio! Niechże już przestanie tak wyć do księżyca!”, „O Jezu czteroletni! Zrób coś z tym małym buntownikiem, bo za uszy powieszę!”.

 

Pierwsze przykazanie, jakie usłyszał człowiek w Raju („Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” Rdz 1,28) to najlepsze życzenia, jakie można złożyć nowożeńcom. To właśnie jest ta odwrócona optyka, o której wspomniałam na początku. Bóg widząc nas, u progu naszego małżeństwa zdaje się mówić nam jedno: „Nie bójcie się dzieci! To dzięki nim, a nie wbrew nim zdobędziecie świat! To dzięki nim odkryjecie do jak wielkich zadań was powołałem i zobaczycie do czego naprawdę jesteście zdolni”. Więc kiedy ogarnie was panika na widok dwóch kresek na teście ciążowym, weźcie głęboki oddech i spokojnie przerzućcie nogi przez burtę. Właśnie zaczynacie chodzić po wodzie.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Sw-Rita-modlitewnik
Anna Hazuka

Anna Hazuka

Mama Marysi, Ulci, Elenki, Basi i Jasia. Siostra Kasi, Agaty i Wojtka. Z życiowej pomyłki - prawnik, z naprawionego błędu - dziennikarz. Niezmiennie od lat zakochana w Wojtku, psach i zupie ogórkowej swojej Mamy. Abolwentka pierwszej edycji Akademii Dziennikarstwa i autorka bloga budujemymosty.pl

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Anna Hazuka
Anna
Hazuka
zobacz artykuly tego autora >

Nieludzki świat “wolnych” ludzi

Alfie Evans. Chłopiec - Wojownik. Walczący z nieludzkim sądem, prawem, brakiem wyboru i ludźmi wolnymi, w demokratycznym i tolerancyjnym świecie, w którym niby każdy jest równy

Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Decyzja Sądu Brytyjskiego w sprawie rodziny Evansów jest nieludzka na wielu płaszczyznach. Rozdziera się serce, gdy okazuje się, że w dwudziestym pierwszym wieku, w szpitalu, wśród lekarzy, którzy powinni łagodzić cierpienie i ratować życie, siłowo, wobec protestów bezsilnej rodziny, skazuje się dziecko na wielogodzinne umieranie przez duszenie się.

Tak zdecydował Sąd Brytyjski: odłączony od aparatury chłopiec nie może zostać zgodnie z życzeniem rodziców przetransportowany do Włoch, gdzie otrzymałby opiekę i możliwość godnego życia i godnego odejścia. Sędzia wyjaśnił: “to ostatni rozdział w sprawie tego niezwykłego chłopca”. Niektórzy komentatorzy mówią, iż to werdykt trudny, choć szlachetny.

Otóż nie. Nie jest szlachetne skracanie cierpienia człowieka poprzez odebranie mu życia. Gdyby to dotyczyło członka naszej rodziny, naszego dziecka, mojego dziecka, nikt nie dałby się przekonać, że zadanie mu śmierci (głodowej śmierci!) jest dla niego lepsze.

Wszystkie te argumenty rodzą ból, rozpacz, niemoc, poczucie niesprawiedliwości. Przejmuje pytanie, dokąd nas ten brak logiki, ta hipokryzja doprowadzi, w świecie, gdzie tak dużo mówi się o równości, tolerancji, wolności wyboru, również w kontekście wolności wyboru co do życia lub śmierci dziecka nienarodzonego.

Sądy, które w jednych sytuacjach są “pro choice”, w innych tego wyboru odmawiają. Dziwne, że w jednej i drugiej sytuacji nie jest to decyzja “pro life”.

Jawnych sprzeczności jest więcej. Przecież część społeczeństwa walczy i manifestuje, by rodzice mieli wybór, czy chore dziecko ma się narodzić, czy nie. Kobiety walczą o prawo wyboru narodzin nawet dziecka zdrowego. Paradoksalnie rodzicom Alfiego prawo wyboru się zabiera. Sądy, które w jednych sytuacjach są “pro choice”, w innych tego wyboru odmawiają. Dziwne, że w jednej i drugiej sytuacji nie jest to decyzja “pro life”.

Mama Piotrusia, cierpiącego na podobną chorobę jak Alfie, pisze: mamy świadomość, że nie uda się go wyleczyć. Nie walczy się o zdrowie, ale o komfort życia, o to, żeby mógł oddychać, żeby nie był głodny, nie czuł bólu i żeby się nie bał. Cieszą się każdym dniem i tym, że pozwolą mu odejść, kiedy przyjdzie jego czas. Bez bólu, bez walki, w ramionach najbliższych mu ludzi. Tylko tyle.

Tylko tyle należy się rodzinie Evansów. Prawo do godności życia i godności odejścia ich dziecka. Wtedy, kiedy przyjdzie jego czas. Nie wcześniej. Nie z powodu decyzji tego nieludzkiego świata, nie z powodu pokrętnie pojmowanej, nielogicznej wolności…

To nie może być “ostatni rozdział”.


Jeśli podobają Ci się nasze artykuły, możesz nas wesprzeć:

Wesprzyj nas
Sw-Rita-modlitewnik
Aneta Liberacka

Aneta Liberacka

Redaktor naczelny portalu Stacja7.pl, prezes Fundacji Medialnej 7. Z wykształcenia matematyk, doświadczenie zawodowe jako manager zdobywała w takich korporacjach jak Comarch czy HP, prowadząc projekty w Europie, Ameryce Środkowej i krajach arabskich. Mama czwórki dzieci, chętnie zabierająca głos w sprawach rodzinnych. Pochodzi z Koziebród - miejscowości, w której znajduje się przepiękne sanktuarium Maryjne.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Show comments
Aneta Liberacka
Aneta
Liberacka
zobacz artykuly tego autora >