Synod pod muzyczkę świata?

Zamiast pokazywać światu piękno i siłę chrześcijańskich rodzin synod na siłę doszukuje się wartości w związkach homoseksualnych, a konkubinaty ukazuje jako „stopień” na drodze do świętości, jednocześnie zupełnie zapominając o czymś takim jak grzech

Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

To pójście za głosem świata bardzo mocno widoczne jest w „Relacji po dyskusji”, podsumowującej pierwszy tydzień synodalnych obrad. Dokument promuje poglądy, które w rzeczywistości popiera niewielu. Zdecydowana większość ojców synodalnych myśli zdrowo i nie zamierza poddać się naciskom. I coraz mocniej o tym słychać.

Już przedsynodalna debata, którą w mediach zdominował temat Komunii dla rozwodników, będących w powtórnych związkach, zapowiadała, że na synodzie będzie gorąco.

Nikt się chyba jednak nie spodziewał aż takiej temperatury obrad oraz tego, że ma się nieodparte wrażenie, iż ojcowie synodalni sami nie wiedzą, jaki cel przyświeca temu synodowi.

Zdrowa i normalna rodzina zeszła na drugi, jeśli nie trzeci lub czwarty nawet plan, a skupiono się na kazusach specjalnych.

Rozpoczynając obrady Franciszek poprosił ich uczestników o jedno: „mówcie szczerze i pokornie słuchajcie”. Tymi słowami emocjonowały się media, ukazując je jako zapowiedź nowej jakości synodalnej debaty.

Synod pod muzyczkę świata?

Szkoda tylko, że słów tych nie wzięli sobie do serca także dziennikarze, którzy wsłuchiwali się tylko w jedną opcję synodalnej debaty i wyłącznie ją relacjonowali. Tak jakby z góry napisany był scenariusz wszystkiego. „Nikt nie może powiedzieć, że nie miał okazji szczerze i prawdziwie się wypowiedzieć” – podkreśla abp Diarmud Martin nie ukrywając, że niektóre głosy sprowokowały bardzo burzliwe reakcje. Jedną sprawę jest jednak samo wypowiedzenie się, a drugą dotarcie tej informacji na zewnątrz.

Nie ma dostępu do źródła. W przeciwieństwie bowiem do wcześniejszych zgromadzeń postawiono utajnić wszystkie wystąpienia ojców synodalnych. W ubiegłych latach były one w całości publikowane w specjalnym biuletynie i każdy, kto tylko był tym zainteresowany miał do tego dostęp. 

Teraz przebieg obrad poznajemy jedynie z codziennych briefingów (transmitowanych na żywo w Internecie) prowadzonych przez watykańskiego rzecznika ks. Federico Lombardiego przy pomocy dwóch innych księży. Odbywają się one po włosku, angielsku i hiszpańsku, co w pewnej mierze oddaje tematykę i atmosferę panującą w poszczególnych częściach świata, którym odpowiadają te języki.

Przekaz jest już jednak przefiltrowany. Wymieniane są tematy debat, ale nie wiadomo, kto o danych sprawach mówił i kto konkretnie jakie złożył propozycje. Nie wiadomo też  jakie tematy wzięły górę i jak liczne zyskały poparcie. Innym źródłem informacji o synodzie są m.in. blogi ojców synodalnych i udzielane przez nich wywiady.

Taki system nie zadowala prefekta Kongregacji Nauki Wiary, który stwierdził, że „wystąpienia powinny być publikowane, tak jak to miało miejsce wcześniej. Wszyscy chrześcijanie mają bowiem prawo do informacji o wystąpieniach swoich biskupów i składanych przez nich propozycjach”. Trudno się z tym nie zgodzić.

Z kolei upubliczniona „Relacja po dyskusji”, która niezwykle ożywiła debatę, została przygotowana przez kilkuosobową grupę z sekretariatu synodu. „Wszystkie informacje dotyczące Synodu są kontrolowane przez sekretariat generalny, który  od początku faworyzuje poglądy wyrażone w „Relacji po dyskusji” – uważa kard. Burke, prefekt Najwyższego Trybunału Stolicy Apostolskiej. Jego główny opozytor i promotor Komunii dla rozwodników,  kard. Walter Kasper twierdzi, że na synodzie za jego opcją opowiada się większość ojców i stale ich przybywa. Jednak o tym, że dla niego nie ma dyskusji i istnieje tylko jego opcja, także otwierająca się na homoseksualistów, świadczą słowa wypowiedziane pod adresem biskupów Afryki, Azji i Bliskiego Wschodu, którzy ostro sprzeciwiają się takiej podróbce Ewangelii.

 „Ci biskupi nie powinni się wtrącać do tych spraw. Niech nam za dużo nie mówią, co mamy robić” – stwierdził kard. Kasper. Ot szczery i otwarty dialog w wydaniu niemieckim. Na marginesie warto dodać, że episkopat Niemiec na początku obrad synodu złożył w Watykanie list oficjalnie popierający stanowisko kard. Kaspera.

O tym, że jest duże parcie środowisk laickich, by wygrała właśnie ta opcja, świadczy choćby histeryczna reakcja na słowa abp Stanisłwa Gądeckiego, który wypowiedział się krytycznie o dokumencie synodu. Wprost stwierdził, że jest on odejściem od nauczania Jana Pawła II i wyrazem uległości wpływom antymałżeńskiej ideologii. Przypomniał, że nie można w kółko przypominać tych samych rzeczy o małżeństwie i rodzinie, ale zarazem nie można też zapominać o tym, co zostało wcześniej już powiedziane w tej materii.

Synod pod muzyczkę świata?

Został okrzyknięty głównym hamulcowym synodalnych reform. Na całe szczęście głos abp Gądeckiego nie tylko jest głosem Kościoła w Polsce, ale i miażdżącej większości ojców synodalnych. Abp Zbigniew Stankiewicz z Łotwy w swym przemówieniu podkreślił, że poddając się naciskowi świata i tracąc własną tożsamość, na dłuższą metę stracimy. „Bo światu tak naprawdę nie jest potrzebna podróbka Ewangelii, ale jest potrzebne światło, prawda Ewangelii. I to przekonuje ludzi, bo Ewangelia ma moc. Jeżeli nie zniekształcamy jej przesłania, to ono dociera do sumień i umysłów ludzi, przekonuje ich i pociąga. A jeżeli to będzie coś rozwodnionego, to niestety, najpierw będą nam klaskać, a potem nikomu to nie będzie potrzebne, tylko wieprzom na podeptanie” – zaznacza arcybiskup Rygi.

Warto też dodać, że wielu ojców synodalnych o swych wątpliwościach informuje papieża w czasie spotkań w cztery oczy. Przekazuje mu, jak synod jest odbierany w ich środowiskach i jak patrzą na niego normalne rodziny.

Z różnych stron świata do Watykanu napływa też „sprzeciw sumienia” biskupów, księży, matek i ojców, członków ruchów i zwykłych świeckich, którzy – jak piszą – nie mogą zgodzić się na pewne tezy zawarte w „Relacji po dyskusji”.

„Największym wyzwaniem jest prowadzenie życia rodzinnego w kontekście społeczeństwa, które nie podziela naszej wizji rodziny i nie ma doświadczenia chrześcijańskiego życia rodzinnego” – mówi kard. Donald Wuerl. Jest to świat zsekularyzowany, w którym nie ma miejsca dla Boga. „Nie liczą się w nim żadne normy życiowe, a jedynie własne zachcianki. W takim świecie wyrastają indywidualiści, ludzie skoncentrowani wyłącznie na sobie. Nie ma w nim tego, co jest niezbędne dla zdrowego małżeństwa i rodziny. Tym się powinniśmy zająć w pierwszym rzędzie. Zobaczyć, w jakim kontekście żyją dziś katolickie rodziny. Jest to kontekst społeczeństwa, które odrzuca wszystko, co jeszcze przed 50 laty było oczywiste niemal dla wszystkich” – podkreśla arcybiskup Waszyngtonu.

Biskupi z krajów afrykańskich mówili o presji państw i instytucji zachodnich, które usiłują im narzucić aborcję i związki homoseksualne jako nowe prawa człowieka, uzależniając od tego dalszą pomoc ekonomiczną. Z perspektywy Ameryki Łacińskiej pilne kwestie uderzające w rodzinę to m.in. pogłębiające się nierówności i wykluczenie społeczne, brak dostępu do edukacji, masowa migracja rozbijająca rodziny, rosnąca liczba samotnych matek z dziećmi i przemoc domowa, a nawet handel ludźmi.

Jednym z uczestników obecnego Sydonu jest arcybiskup Dublina, który był świadkiem poprzedniego Synodu o rodzinie z 1980 r. Zaznacza on jak bardzo kultura rodziny zmieniła się na przestrzeni tych lat.  „Uderza mnie to, że teraz z wszystkich stron świata słyszymy o problemach, o których wcześniej mówili jedynie biskupi europejscy czy ogólniej zachodni. Chodzi o tę samą inwazję odmiennej kultury, którą odnotowuje się również w Ameryce Łacińskiej czy Afryce. Trzeba wypracować nowy rodzaj dialogu z rodzinami i nowy język” – zauważa abp Diarmud Martin.

Czy jednak odpowiedzią na ten postulat może być zupełne zniknięcie grzechu z synodalnego dokumentu? Zamiast form wykluczających, jak np. „brak łaski” czy „życie w stanie grzechu ciężkiego”, zaproponowano pozytywne spojrzenie na trudne sytuacje i mówienie o „obiektywnych przeszkodach” w przystępowaniu do sakramentów. Z perspektywy par niesakramentalnych i homoseksualistów mówi się o „przyjęciu”„miłosierdziu”, tak jakby było to odkrycie nieznanych dotąd lądów w życiu Kościoła…

Podobno nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre. Myślę, że tak właśnie się stanie z niereprezentatywnym tekstem „Relacji po dyskusji”. Wielu pozwoliła ona otworzyć oczy i zobaczyć jak wielkim naciskom poddawany jest Kościół, byle tylko zechciał zapomnieć o prawdzie i odejść od nauki Chrystusa. W dziesięciu grupach językowych trwają bardzo intensywne prace, klaruje się język, precyzuje pojęcia, a przede wszystkim zaczyna prześwitywać wreszcie zdrowa i normalna rodzina, która przecież jest protagonistą tego synodu.

„Postanowiliśmy od nowa napisać dokument podsumowujący pierwszy tydzień obrad. A to dlatego, że większość kardynałów i biskupów nie zgadza się z tym tekstem. Mówią, że są to myśli kilku redaktorów, ale nie jest to opinia ani biskupów, ani synodu, a już w ogóle nie jest to stanowisko Kościoła. A zatem całkowicie przerabiamy ten tekst, schodzą nam na tym całe noce, piszemy całe paragrafy” – podkreśla ks. prof. Tony Anatrella z Paryża, psychoanalityk, ekspert na synodzie.

Synod pod muzyczkę świata?

Warto pamiętać tu o kilku ważnych rzeczach. „Relacja po dyskusji” jest jedynie dokumentem roboczym, poddawanym dalszej debacie. Synod jest tylko ciałem doradczym i nie ma mocy podejmowania wiążących decyzji. Swe sugestie przekazuje jedynie papieżowi i to on podejmuje ostateczne wiążące decyzje. Synod odbywa się bowiem zawsze cum Petro et sub Petro – z Piotrem i pod Piotrem. Obecność Papieża jest rękojmią dla wszystkich i ochroną wiary.

Ponadto obecny nadzwyczajny synod jest tylko kolejnym etapem dyskusji o rodzinie (wcześniej była m.in. ogólnoświatowa ankieta i konsystorz o rodzinie), która zakończy się dopiero w przyszłym roku synodem zwyczajnym. On też będzie bardziej reprezentatywny. Teraz lokalne Kościoły reprezentują wyłącznie przewodniczący poszczególnych episkopatów, a w przyszłym roku do składu dołączą także ordynariusze i przedstawiciele środowisk rodzinnych. Jestem też przekonana, że najbliższy rok powinien należeć do świeckich, a szczególnie rodzin. Ich głos musi być wyraźnie słyszalny w tym międzysynodalnym czasie.

Szczera dyskusja jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Warto pamiętać, że gdy pomysłodawca synodów, Paweł VI, rozpoczął dyskusję na temat środków antykoncepcyjnych, rozpętała się prawdziwa burza. Głosy biskupów były wtedy podzielone, można było się spodziewać daleko idących zmian…  W końcu papież napisał „Humanae Vitae”. Warto być ostrożnym w ferowaniu ostatecznych osądów.

Trzeba za to naprawdę modlić się do Ducha Świętego, by wspierał ojców synodalnych. Spotkanie to nie jest bowiem poświęcone debacie nad pięknymi i oryginalni ideami czy dowodzeniu własnej inteligencji, ale szczerej trosce o rodzinę. Stąd trzeba nieustannego wpatrywania się nie w oczekiwania świata, a w Jezusa. Bez tego „można zniweczyć plany Boga wobec rodziny, która od samych początków należy integralnie do Jego planu miłości względem rodzaju ludzkiego”.


Wesprzyj nas

Beata Zajączkowska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Beata
Zajączkowska
zobacz artykuly tego autora >

Rodzina to nie pole minowe

Nadzwyczajny synod poświęcony rodzinie obradujący w Rzymie, swój najważniejszy cel osiągnął jeszcze zanim się rozpoczął. Katolicy zaczęli wreszcie otwartym tekstem spierać się nie o personalia, czy kryminalia, a o sprawy najważniejsze.

Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >

Ta debata bardzo dobrze zrobi zarówno tak zwanym konserwatystom jak i tak zwanym liberałom. Dyskusja nie musi wszak kończyć się przyjęciem poglądów drugiej strony, zawsze jest znakomitą okazją do dopracowania własnych.

Otrzymaliśmy Objawienie nie po to, by je recytować, ale by nim żyć i nad nim – jak apostołowie – żywo dyskutować. Ono po dwóch tysiącach lat wciąż zachwyca ludzi, bo choć pozostaje niezmienne, każda nowa epoka z tego samego diamentu wydobywa jakiś nowy blask. Zapamiętałem myśl, jaką w jednej z facebookowych debat wyraził pracujący w Boliwii o. Kacper Mariusz Kaproń OFM: w europejskiej teologii najpierw „na górze“ wypracowuje się intrepretację Objawienia, a później przekazuje się ją w dół, „do przeżywania“.

W Ameryce Łacińskiej pytanie, na co Bóg zwraca nasza uwagę przez takie a nie inne czasy rodzi się najpierw na dole, a później wędruje do góry, do biskupów, którzy wraz z wiernymi zastanawiają się wtedy, czy rzeczywiście mówi do nich Duch Święty, czy gadają sami do siebie.

Chrześcijanie to nie grupa rekonstrukcji historycznej. My Boga nie wspominamy, On mówi do nas tu i teraz. W Chrystusie objawił nam już wszystko, teraz pozwala byśmy w miarę jak rozwija się nasza wiedza o świecie, przekonywali się, co jest prawdą, a co tylko sposobem, w jaki w danych czasach zwykliśmy tę prawdę odczytywać.

Przykład. Jeszcze dwieście lat temu Kościół, dając wyraz swojej pewności, co do ich odłączenia od komunii z Bogiem, samobójców chował poza obrębem poświęconej ziemi, traktował gorzej niż gwałcicieli czy złodziei. Dziś ten sam Kościół żegna ich z pełnym miłosierdzia współczuciem, widzi w nich ludzi, którzy nie udźwignęli cierpienia, nie przestępców. Czy to znaczy, że kościelna doktryna jest płynna i czeka nas np. spór o błogosławienie związków homoseksualnych? Nie. Kościół może kiedyś znieść celibat, nigdy jednak nie zmieni (bo nie może), tego co nie jest kwestią dyscypliny (sposobu, w jaki zorganizowaliśmy sobie życie), a natury.

Naturą człowieka jest to, że został stworzony mężczyzną i kobietą, tylko w takiej relacji każda z płci się dopełnia, tylko taka relacja jest otwarta na nowe życie (mimo, że niektórzy próbują obejść to prawo „bypassem“).

Czy najbardziej dyskutowana przed synodem kwestia: dopuszczania do komunii niektórych osób żyjących w związkach nieskaramentalnych, należy do pierwszego, czy do drugiego porządku? Ten, który ją postawił (niejako na zlecenie papieża, wsadzając kij w mrowisko na poprzedzającym synod kardynalskim zebraniu), kardynał Walter Kasper i wspierający go hierarchowie, mówią: to kwestia „zmienialnej“ kościelnej dyscypliny.

Rodzina to nie pole minowe

Oto mamy kogoś, kogo współmałżonek porzucił wiele lat temu i ten ktoś, na przykład dla dobra dzieci, związał się później z kimś innym. Albo kogoś, kto sam rozwalił swoje pierwsze małżeństwo, wie że zrobił źle i odbył pokutę, od lat żyje w drugim związku starając się naprawić błędy z pierwszego, a jego sytuacja jest nie do odkręcenia bez robienia jeszcze większych spustoszeń (ma już dzieci, żyje z kimś długo, jego pierwszy małżonek czy małżonka ma nowe życie). Czy gdy ich sytuacja została wnikliwie sprawdzona i rozpatrzona przez duszpasterzy, nie można by ich dopuścić do komunii?

Komunia nie jest nagrodą za dobre życie, a lekarstwem dla grzesznika, ma dawać mu siłę do zmagania się ze słabością (przecież Kościół to nie klub niepokalanych dżentelmenów, a – o czym wyraźnie mówił Franciszek – szpital polowy). Gdy człowiek rozumie swój błąd, a na tej ziemi nie da się go już naprawić – dużo większe straty duchowe wynikną z nie karmienia go eucharystycznym chlebem, niż z tego że się go nim nakarmi. Co nie oznacza, rzecz jasna, uznania drugiego związku tego człowieka za ważne przed Bogiem małżeństwo.

Aktywność kardynała Kaspera obudziła też i zwarła szeregi tych, którzy myślą inaczej. Twierdzą oni, że komunia dla skruszonych rozwodników jest zanegowaniem nierozerwalności małżeństwa. Tak więc ci, którzy żyją w kolejnych związkach, żeby nie wiem jak się napokutowali i tak są cudzołożnikami – recydywistami. Zanegowali objawioną przez Chrystusa w Ewangelii nierozerwalną naturę związku kobiety i mężczyzny, żyjąc jak z mężem lub z żoną z kimś, kto nim lub nią nie jest. Kropka. „Konserwatywni“ kardynałowie przestrzegają, że jeśli wysadzimy w powietrze ten jeden z fundamentów ludzkości, stracimy jeden z ostatnich linków łączących ludzkość z zamysłem swojego Stwórcy.

Rodzina to nie pole minowe

Od kilku tygodni nie ma dnia, bym – śledząc medialne poczynania obu stron – nie zadawał sobie pytania, co ja o tym wszystkim sądzę. Moje przemyślenia oscylują jak dotąd wokół czterech wątpliwości, których nie należy traktować inaczej, jak tylko swobodny i otwarty na krytykę głos w dyskusji. Mój papież mówi: dyskutujmy do bólu, więc dyskutuję. I pytam:

Po pierwsze: zastrzeżenie formalne. Czy naprawdę słusznym jest kultywowanie tradycji, w której o sprawach rodziny najwięcej mają w Kościele do powiedzenia ci, którzy jej nie założyli? Świeckich nie pyta się o to jak prowadzić kapłańską formację, dlaczego więc to biskupi mają mieć wyłączny głos w sprawach dotyczących życia małżeńskiego? Jasne, ich rola jest wyjątkowa: to następcy apostołów, na których barki włożono zadanie odczytywania kierunków, w których powinniśmy się wszyscy przemieszczać. Franciszek w „Evangelii Gaudium“ sugerował jednak wyraźnie: pasterz powinien zaufać też czasem intuicji trzody, bo do niej też przecież ma dostęp Duch Święty. Ankietę przedsynodalną rozesłaną przez Franciszka w Polsce potraktowano jako kwestionariusz dla kurialistów i proboszczów, bo oni najlepiej wiedzą, co się w rodzinach dzieje. Czy aby na pewno? Jak to jest, że na czele Kościelnych ciał mających w nazwie „rodzinę“ nie stoją mężowie, żony, ojcowie albo matki? W czym zaszkodziłoby, że Urząd Nauczycielski Kościoła byłby lepiej poinformowany? Przecież wszystkie decyzje w Kościele i tak zatwierdzają biskupi i papież.

Synod pewnie ma jakichś świeckich konsultorów, ich głos nie jest jednak na razie słyszalny. Zwykle przy takich okazjach ilość miejsc dla „świeczuchów“ jest zresztą tak ograniczona, że załapują się do nich jednostki kościelnie hiperaktywne (to tak jakby o kondycję uniwersytetu pytać wąskie kolegium prymusów). A przecież gdyby dać świeckim możliwość realnego, wspólnego wypracowywania decyzji, a nie jedynie przysłuchiwania się biskupom, watykańskie decyzje byłyby „na dołach“ przyjmowane inaczej niż obwieszczony nam z góry wynik wojny między tym strasznym, kardynałem Kasperem, a kardynałem Burke, umownym liderem skrzydła zachowawczego, (który z lubością przebiera się w pyszne kardynalskie stroje rodem sprzed trzech epok, popełniając poważny taktyczny błąd, sugerujący, że konserwatysta równa się wykopalisko).  

Wpisz kod rabatowy Holyfood30%

fot. Prayitno

Po drugie – co do samej istoty sporu: Nie będę po raz setny rozwijał swoich ulubionych tez: powinniśmy zwiększyć wymagania dla wstępujących w związek małżeński i uprościć procedury stwierdzania jego nieważności. Stanowczo zbyt wielu ludzi zawierających sakramentalne małżeństwo nie ma dziś bowiem zielonego pojęcia, w co tak naprawdę wchodzi. Nie będę też szerzej wracał do propozycji, byśmy poważnie zastanowili się, dlaczego najbliższy nam Kościół Prawosławny (z którym łączy nas Eucharystia, a więc de facto wszystko), mówi, że materią sakramentu jest miłość małżonków, a nie wyrażony przez nich „doskonały akt woli“ (i tam, gdy małżonkowie zabiją miłość, biskup może zdjąć z takiego związku błogosławieństwo i zezwolić stronom na kolejny). Bo jak niedoskonały z natury człowiek może wyrażać wolę w sposób doskonały?

Oto mamy człowieka, który w chwili zawierania małżeństwa szczerze chce dotrzymać zobowiązań, deklaruje, że chce zanurzyć się w tajemnicę, która go przerasta (nikt nie bierze przecież ślubu, żeby się rozwieść). Z czasem okazuje się, że na tyle kiepsko współpracował z łaską, że owa tajemnica przerosła go w istocie. Mam ogromny szacunek dla tych, którzy po rozpadzie związku zostają do końca sami, mówiąc: partner odszedł, ale ja nie wycofuję się ze swoich zobowiązań, chcę nadal go kochać. Co jednak z tymi, którzy nie chcą, a nawet nie mogą ich już wypełniać, bo za daleko w konsekwencjach swoich błędów zabrnęli? Albo są ofiarami słabości drugiej strony? Jaką mamy dla nich radę? Zostawić we łzach drugą żonę, z którą żyją od dwudziestu lat i dla której chcą jak najlepiej, porzucić dzieci?

Kościół ma dziś dla nich jeszcze jedno rozwiązanie: mogą sobie nadal wyznawać że się kochają, mieszkać razem i płacić rachunki, byle nie uprawiali seksu. Nie rozumiem: raz tłumaczymy ludziom, że seks wcale nie jest (jak się dziś sądzi) jedyną formą wyrażania miłości w związku, innym razem mówimy: jak nie ma seksu, to tak naprawdę nie ma związku. Ja naprawdę rozumiem kościelne nauczanie o pięknie zmysłowej miłości, w której małżonkowie wyznają sobie miłość tak głęboko, że otwierają się na nowe życie. Czy to rzeczywiście winien być jednak wyłączny klucz, który otwiera lub zamyka bramy sakramentalnej jedności z Kościołem? Szczerze liczę, że jakiś teolog moralista pomoże mi się z tym uporać.

Po trzecie: owszem, Jezus mówi też, że „kto by oddaloną wziął za żonę, poza wypadkiem nierządu, popełnia cudzołóstwo“. Czy Kościół, o którym Chrystus powiedział, że „cokolwiek zwiąże na ziemi, będzie związane w niebie“, nie może jednak powiedzieć cudzołożnikowi: „choć żyjesz w słabości i ograniczają cię jej skutki, nie jesteś skazany na dożywocie bez możliwości wcześniejszego zwolnienia. Mamy dla Ciebie nadzieję. Lekarstwo. Pokarm na drogę“?

Judasz otrzymał komunię podczas Ostatniej Wieczerzy, mimo iż de facto zdradził już Chrystusa (może Jezus miał nadzieję, że ten gest doda mu sił, pomoże nie brnąć dalej w zło). Czy na akt miłosierdzia, które z natury swojej jest rozrzutne, nie mógłby liczyć człowiek, który wciąż pyta Kościół, dlaczego przebacza mordercy, a nie może przebaczyć mu, który kiedyś skazał się na życie w nieuporządkowaniu, szczerze tego żałuje, a teraz z całego serca chce dobrze?

To już chyba jasne, że bardziej po drodze mi z myśleniem kardynała Kaspera. Szanuję i zgadzam się z podejściem „konserwatystów“, w nierozerwalności małżeństwa widząc piękno, którego warto bronić do utraty tchu. Uważam jednak, że bez naruszania tej prawdy można też okazać miłosierdzie tym, którzy do tej prawdy nie dorośli, mają tego świadomość, żałują i proszą o boski pokarm. Nie boję się, że skoro tak zrobimy, ludzie uznają, że rozwody są OK i pobiegną grzeszyć. Ludzie to jednak nie owce, mają swoją odpowiedzialność.

Rodzina to nie pole minowe

Chrystus okazujący miłosierdzie kobiecie, którą pochwycono na cudzołóstwie (i to bez postanowienia poprawy z jej strony), nie legalizuje i nie promuje przecież cudzołóstwa. Przeciwnie, nazywa rzeczy po imieniu („idź i nie grzesz więcej“), pokazuje też jednak, że logika Boskiego miłosierdzia wymyka się ludzkiemu rozumieniu sprawiedliwości.

Boimy się włożyć prawdę o miłosiernym do (ludzkich) granic szaleństwa Bogu w ręce ludzi, bojąc się, że zrobimy coś, do czego nie mamy prawa. I słusznie. Nie możemy jednak powielać obrazu Kościoła, którego główną funkcją jest zarządzanie skutkami ludzkiej słabości.

Jestem zły i na konserwatystów i na liberałów, że znów debatą z dziedziny kościelnego prawa, zasłonili kolejną genialną szansę na pokazanie światu, że rodzina to nie pole minowe, a najbardziej fantastyczna rzecz, jaka może się człowiekowi przydarzyć pod słońcem.

Po czwarte powtarzam więc: najlepiej o nierozerwalności małżeństwa opowiedzą (również w Watykanie) ci, dla których stała się drogą do szczęścia, a nie mężczyźni w sutannach odczytujący elaboraty w Sala Stampa. Nie tracę wiary w to, że kiedyś coś takiego zobaczę. Wierzę też, że te „rodzinne“ synody (obecny synod nadzwyczajny ma przygotować przyszłoroczony synod zwyczajny), nie ograniczą się wyłącznie do ustalania tego, co tak naprawdę za każdym razem powinien (to moje zdanie) ustalać penitent ze swoim spowiednikiem lub biskupem, ale zauważą też wyzwania, jakie stawia przed rodzinami współczesna sytuacja ekonomiczna czy społeczna.

Rodzina to nie pole minowe

Czy zamożniejsze rodziny wspierają dziś te, które rozpadają się ze względu na konieczność zarobkowej emigracji? Czym dla polskiej, katolickiej rodziny jest telewizyjny widok uciekającej z Iraku rodziny jazydów, czy chrześcijan, albo tej tonącej w drodze do europejskiego raju koło Lampedusy? Co chrześcijańskie rodziny w USA mogą dziś zrobić dla chrześcijańskich rodzin w Rosji, by ich wnuki nie stanęły w obliczu trzeciej wojny światowej? Wszak politycy decydujący o tym w ramach swojej pracy, zwykle mają rodziny.

Czy „urodzinnienie“ myślenia o relacjach wewnątrz świata nie mogłoby być jednym z lekarstw na jego obecny, pogłębiający się kryzys?

Mamy skarb, cudowny eliksir, ale jakbyśmy sami w to nie wierzyli. Wolimy toczyć więc nasze apteczne wojny, odmierzać na szalkach ciężary wzajemnych win. Dla tych, którzy są poza Kościołem nasze debaty to spór filatelistów o to, czy znaczek z urwanym dziubkiem kwalifikuje się na wystawę czy nie. Kiedy znajdziemy sposób by zamiast wiecznie pochylać się z troską, rozprostować zmęczone tym kości i pobiec, krzyczeć na ulicach:

Ludzie! jest dobrze, Bóg kocha ten świat, jesteśmy w stanie zrobić zeń miejsce dużo bardziej szczęśliwe! Rodzina zaś to nie tylko krzyż, to przede wszystkim Zmartwychwstanie.


Wesprzyj nas
Szymon Hołownia

Szymon Hołownia

Zobacz inne artykuły tego autora >
Szymon Hołownia
Szymon
Hołownia
zobacz artykuly tego autora >