video-jav.net
ŚWIĘCI

Mateusz: Finansista, który poszedł za Jezusem

Zanim się spotkali był zwykłym celnikiem w Kafarnaum - handlowym miasteczku nad jeziorem Genezaret. Ale wtedy przyszedł On - Mistrz, który wezwał go po imieniu. Dziś w Kościele święto św. Mateusza.

Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Podobno również pochodził z Nazaretu, ale Ewangelia, której jest autorem nie pisze o czasach sprzed spotkania Jezusa. Autor przyznaje w niej tylko, że był celnikiem, czyli poborcą podatków na rzecz okupujących te ziemie Rzymian. To zaś oznaczało wówczas jedno: pogardę wśród rodaków, łatkę kolaboranta, oszusta, największego grzesznika. 

Wiemy, że spotkał Jezusa, gdy ten przyszedł do jego miejsca pracy. Z jego Ewangelii wynika, że spotkanie to i wezwanie do pójścia za Jezusem nastąpiło po cudzie uzdrowienia paralityka. Nawrócony, zaprosił do swego domu Mistrza, Jego uczniów i swoich przyjaciół: celników i współpracowników. W czasie uczty faryzeusze zarzucili Chrystusowi, że nie przestrzega Prawa. Ten jednak wstawił się za swoimi współbiesiadnikami. Odtąd Mateusz pozostał już w gronie Dwunastu Apostołów.

Po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa pracował zwłaszcza wśród nawróconych z judaizmu – dla nich właśnie spisał Ewangelię. Było to między 50 a 60 rokiem. Wykazywał w niej, że to Jezus jest właśnie oczekiwanym Mesjaszem, w którym potwierdzają się proroctwa Starego Testamentu. Swoją Ewangelię napisał po hebrajsku lub aramejsku i nie wiemy, kto przetłumaczył ją na grecki, ponieważ nie zachowały się żadne ślady oryginału. Bibliści podkreślają, że Mateusz przekazał wiele szczegółów z życia i nauki Jezusa, których nie znajdziemy w innych Ewangeliach: np. rozbudowany tekst Kazania na Górze, przypowieść o kąkolu, o ukrytym skarbie, o drogocennej perle, o dziesięciu pannach. On jeden podał wydarzenie o pokłonie Magów i rzezi niewiniątek, o ucieczce do Egiptu, a także wizję sądu ostatecznego.

Tradycja mówi, że po spisaniu Ewangelii pracował wśród pogan i tam też zginął śmiercią męczeńską. Nie wiemy jednak dokładnie gdzie, gdyż wymieniane były różne miejsca: Etiopia, Persja, Macedonia. Jego relikwie przenoszone były z miejsca na miejsce, a od X w. jego stały grób znajduje się we włoskim Salerno.

Redakcja portalu

Redakcja portalu

Zobacz inne artykuły tego autora >
Redakcja portalu
Redakcja portalu
zobacz artykuly tego autora >

January – męczennik, którego krew przelewa się do dziś

Ścięto mu głowę, ponieważ odmówił składania czci rzymskim bogom za cesarza Dioklecjana. Pobożna niewiasta zebrała do flakonika jego krew, która do dziś w jego wspomnienie liturgiczne się upłynnia. Czy tak będzie i w tym roku?

Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Jedni uważają, że to tylko oliwa zmieszana z woskiem i barwnikiem. Inni – że to płyn tiksotropowy, mający właściwości samoistnego zmieniania stanu skupienia. Dla wielu jest to jednak kolejne niewytłumaczalne zjawisko, z jakim często mamy do czynienia w przypadku świętych. I choć Kościół dotychczas nie wydał oficjalnego stanowiska potwierdzającego prawdziwość cudu, nie sprzeciwia się miejscowemu zwyczajowi katedry w Neapolu, aby fakt wystąpienia niezwykłego zjawiska celebrować z nabożeństwem.

Kim był św. January?
January był biskupem starożytnego Benewentu, rówieśnikiem takich świętych jak Kosma i Damian, Zuzanna, Chryzogon czy Małgorzata. Tak jak i oni padł ofiarą prześladowań religijnych chrześcijan za cesarza Dioklecjana – jednych z najkrwawszych w historii Kościoła. Ponieważ tak jak oni nie chciał też zgodzić się na złożenie publicznej ofiary pogańskim bożkom, został skazany na pożarcie przez dzikie zwierzęta. Wskutek wsparcia, jakim obdarzyli go przed urzędnikami wysoko postawieni bracia w wierze, kara została zamieniona na ścięcie. Ci, co się za nim wstawiali także padli jej ofiarą.
Biskupa Januarego i jego towarzyszy ścięto publicznie 19 września 305 r. Według podań jedna z pobożnych niewiast miała zebrać krew tryskającą z odciętej głowy biskupa do flakonika i obok jego kości dostarczyć jedną z ważniejszych relikwii.
Nie znamy dokładnie losów flakonika od czasu zebrania krwi do momentu odnotowania faktu przechowywania go w katedrze w Neapolu od roku 1389. To zatem aż tysiąc lat nieudokumentowanej historii. Można jednak założyć, że skoro wtedy z taką czcią zaczęto pisać o cudzie św. Januarego, mógł on być obserwowany przez lud Neapolu również wcześniej.

Co się dzieje?
Cud św. Januarego, jak określa się niezwykłe zjawisko zachodzące z relikwią jego krwi nawet kilka razy w ciągu całego roku, polega na upłynnieniu skrzepu przechowywanego w szczelnie zamkniętej ampułce. Przez większą część roku relikwia jest “ciałem stałym”, ale w niektóre dni, takie jak liturgiczne wspomnienie św. Januarego, przybiera postać płynną. Raz dzieje się to bardzo szybko, innym razem zajmuje nawet kilka dni. Raz polega na zwykłym upłynnieniu, kiedy indziej zaś towarzyszy temu wręcz bulgotanie – poruszanie się cieczy zawartej w ampułce.
Ponieważ zjawisko występuje dość regularnie, otaczane jest niezwykłą celebracją. Czekaniu na cud towarzyszy modlitwa z udziałem licznych wiernych, gdy zaś do cudu dojdzie – wybucha prawdziwe święto, z towarzyszeniem nawet wojskowych wystrzałów.

Co to znaczy?

Choć obecnie kapłani przed tym przestrzegają, sami neapolitańczycy od zawsze traktowali fakt wydarzenia się cudu św. Januarego jako rodzaj wróżby, zapowiadającej dobre lub złe wydarzenia dla miasta i okolicy. Kilka razy rzeczywiście zdarzyło się, że w roku, w którym cud się nie zdarzył wybuchł pobliski Wezuwiusz (1944), albo II wojna światowa (1939), epidemia cholery (1973) czy trzęsienie ziemi (1980). Mieszkający przez lata w Neapolu polski pisarz Gustaw Herling-Grudziński pisał nawet, że całe to miasto żyje “między cudem i wulkanem”, sugerując, że są lata, iż przed nieszczęściem nawet January nie może miejscowych ustrzec.

Nawróceni w połowie
Cud nie wydarzył się jednak również w 2016 r., ale nic strasznego nie nawiedziło miasta po tym zdarzeniu. Opekujący się kaplicą z relikwiami św. Januarego ks. Vincenzo De Gregorio uspokajał wtedy wiernych: “Nie możemy myśleć o katastrofach. Jesteśmy ludźmi wiary i to co musimy, to stale się modlić”.
Cud zdarzył się natomiast “nieterminowo” w marcu 2015 r., gdy katedrę neapolitańską odwiedził papież Franciszek. Krew świętego upłynniła się wtedy jednak cząstkowo, co Franciszek skomentował żartując: widocznie nawróciliśmy się dopiero w połowie, skoro św. January jest z nas tylko w połowie zadowolony”.

Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >