video-jav.net

Syndrom ocaleńca – to zjawisko dotyka coraz więcej osób

Syndrom ocaleńca znany jest od dawna. Dotyka on osoby, które stanęły w obliczu realnej groźby śmierci, ich szansa na przeżycie była niewielka, a inni ludzie w tej sytuacji stracili życie. Dotyczy on także dzieci z rodzin, w których popełniona została aborcja

Agnieszka Porzezińska
Agnieszka
Porzezińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Syndrom ocaleńca - to zjawisko dotyka coraz więcej osób
Syndrom ocaleńca znany jest od dawna. Dotyka on osoby, które stanęły w obliczu realnej groźby śmierci, ich szansa na przeżycie była niewielka, a inni ludzie w tej sytuacji stracili życie. Dotyczy on także dzieci z rodzin, w których popełniona została aborcja

Ma fantastycznego męża, który bardzo ją kocha. Spełnia się jako matka. Lubi swoją pracę. Wydaje się, że wszystko ma, a jednak nie może poczuć się szczęśliwa. Wciąż czegoś jej brak.  Głęboko w sercu stale czuje smutek. Coś nie daje jej spokoju. Ma trudne relacje z matką.

 

Spotkał fantastyczną dziewczynę. Pod każdym względem spełnienie jego marzeń, ale przestraszył się wspólnego życia i zdezerterował. Boi się zaufać. Boi się otworzyć. Z góry zakłada, że nie podoła. Uznał, że jego życiową misją jest pomaganie innym, a nie osobiste szczęście. Nie wyobraża sobie, jakby mógł opuścić matkę.

 

Katastrofa aborcji

Syndrom ocaleńca znany jest od dawna. Dotyka on osoby, które stanęły w obliczu realnej groźby śmierci, ich szansa na przeżycie była niewielka, a inni ludzie w tej sytuacji stracili życie. Tak się dzieje na przykład wtedy, gdy ktoś uczestniczył w katastrofie kolejowej czy samolotowej, w której zginęło wiele osób, a on przeżył. Dla kogoś takiego dalsze życie wiąże się z ogromnym napięciem emocjonalnym, z wyrzutami sumienia, ze znacznie podwyższonym poziomem lęku. To właśnie dlatego ocaleńcy często korzystają z pomocy psychologów i potrzebują dużo czasu na powrót do w miarę normalnego życia. Mniej oczywiste jest to, że podobnej pomocy potrzebują te dzieci, które zostały ocalone z grożącej im katastrofy aborcji. Chodzi o dzieci – a później o dorosłych – którzy w jakiejś fazie swego życia odkryli, że rodzice zabili ich rodzeństwo czy że rozważali zabicie ich samych.

 

 

Dzieciństwo prenatalne

Matka, która dokonała aborcji przy wcześniejszych ciążach, czy która bierze pod uwagę zabicie tego dziecka, które obecnie rozwija się pod jej sercem, przeżywa ogromne rozterki i lęki. Czasem sama nie jest tego w pełni świadoma na skutek automatycznego działania psychicznych mechanizmów obronnych, które mają na celu redukowanie poziomu stresu. Swoje bolesne przeżycia matka komunikuje rozwijającemu się w jej łonie dziecku, które rodzi się poważnie osłabione i psychicznie zranione takim doświadczeniem. Potężny stres zapisuje się w organizmie dziecka na podobieństwo danych, jakie zapisujemy na twardym dysku komputera.

Im bardziej dziecko – czy później dorosły – zdaje sobie sprawę z tego, że jego rodzice zabili kogoś z rodzeństwa lub że byli gotowi zabić także jego, tym większy przeżywa wstrząs emocjonalny. Ma świadomość tego, że on też mógł zostać zgładzony.

Osoby z syndromem ocaleńca często nie widzą, że właśnie doświadczenie aborcji jest przyczyną braku radości życia, smutku czy egzystencjalnej niemocy. Przez całe lata szukają i nie znajdują odpowiedzi na dręczące ich pytania dotyczące własnego życia, a swój egzystencjalny niepokój zagłuszają szybkim tempem życia, perfekcjonizmem, ambicjami ponad siły, wielością kontaktów, działalnością charytatywną, ucieczką w wirtualną rzeczywistość czy alkoholem.

 

Bolesne konsekwencje

Konsekwencje odkrycia, że rodzice zabili moje rodzeństwo czy że rozważali zabicie  mnie samego są ogromne.

Po pierwsze, jest nią brak poczucia bezpieczeństwa. Nie można przecież czuć się bezpiecznym przy kimś, kto gotów jest zabić własne dzieci. W konsekwencji ocaleniec jest nieufny wobec rodziców. Czuje, że nie może zaufać nikomu. Samemu sobie też nie. Trudno bezpiecznie czuć się na świecie, gdzie od początku czyha na człowieka śmiertelne niebezpieczeństwo.   

Po drugie, ocaleńcy, choć to nieuzasadnione i niezawinione, przeżywają zwykle bolesne poczucie winy. Myślą tak: „Przeżyłem tylko dlatego, że wcześniej ktoś z mojego rodzeństwa został zabity.” Niezawinione poczucie winy jest jeszcze bardziej dręczące niż poczucie winy związane z własnymi grzechami, bo wtedy, gdy wyrzuty sumienia są słuszne, można się nawrócić i odzyskać radość życia. Gdy jednak przypisujemy sobie winy, których w rzeczywistości nie mamy, to pozbawiamy się także sposobu, by od takiego poczucia winy się uwolnić.

Ocaleniec ma poczucie, że  musi zasługiwać na życie, które zostało mu darowane. Ktoś nie przeżył, więc on musi zadość uczynić; musi być dobry, wręcz perfekcyjny, uległy wobec innych, potulny. Bardzo się stara być szczęśliwy, a i tak pozostaje smutny, niespełniony, ma poczucie bezsensu życia.

Syndrom ocaleńca przejawia się również w tym, że dziecko – a później dorosły – nie ma zaufania do rodziców, a w konsekwencji nie potrafi zaufać nawet Bogu. Ktoś taki nie wierzy w przyjaźń. Ucieka w samotność lub odreagowuje swoje zagubienie poprzez agresję. Buntuje się wobec Boga i życia. Swoje istnienie traktuje jak dzieło przypadku, a nie jak cenny dar, o który warto się troszczyć.

 

 

Z perspektywy rodzica

Wiele osób, które dokonały aborcji, przyznaje się, że wobec żyjących dzieci nie czują się dobrymi rodzicami. Doświadczają trudności w okazywaniu czułości, za to nadmiernie chronią i kontrolują zdrowie dziecka, jego zachowanie, wyniki w nauce. Są niecierpliwi, gdy dzieci chcą im opowiadać o swoich emocjach lub się zwierzać, nie mają sił tego słuchać. Wymagają podwójnie, albo wcale nie wymagają.

Dla matki i ojca przyjęcie ocaleńca bywa często traktowane jako forma odpokutowania winy i zadośćuczynienie za zabicie innych dzieci. Taki potomek jest traktowany instrumentalnie, a nie kochany w sposób bezwarunkowy i bezinteresowny.  Dźwiga on – zwykle nieświadomie – ciężkie brzemię wygórowanych oczekiwań ze strony rodziców, których nie jest w stanie spełnić. Gdy rodzice czują się rozczarowani, reagują przesadną frustracją i myślą, że może właśnie to dziecko, które zdecydowali się zabić, spełniłoby wszystkie ich pragnienia. Bywa i tak, że wobec jednego z ocaleńców rodzice mają nierealne, bo absurdalnie wygórowane oczekiwania, a drugie dziecko rozpieszczają, by sobie wmówić, że są kochającymi i ofiarnymi rodzicami. W konsekwencji krzywdzą – chociaż na różne sposoby – każde z ocalonych dzieci. Bywa, że ocaleniec staje się dzieckiem „pod kloszem”, które ma być grzeczne, najlepsze w klasie, po prostu idealne. Wytworem zranionej psychiki, a nie wyjątkową, odrębną, rozwijającą się w swoim tempie istotą.

 

Z perspektywy dziecka

Małe i dorosłe dzieci z syndromem ocaleńca często nie mają dobrych relacji ze swoimi rodzicami. Z jednej strony czują nadmierną wdzięczność i lojalność, czasem nawet niemożność oderwania się od rodziców i rozpoczęcia samodzielnego życia, z drugiej – głęboko ukrytą niechęć. Ocalone dzieci noszą w sobie dogłębne poczucie osamotnienia i dużą trudność w  tworzeniu ciepłych, pełnych zaufania więzi, za którymi przecież w głębi duszy tęsknią.

 

 

Głębokie wejrzenie

Specyficzna terapia syndromu ocaleńca nie istnieje i nie ma sensu, gdyż każdy człowiek ma swoją niepowtarzalną wrażliwość, inny układ rodzinny, inne doświadczenie relacji z ludźmi, a więc każdy inaczej będzie odczuwał skutki aborcji w rodzinie. Jedno jest pewne. Każdemu człowiekowi z syndromem ocaleńca potrzebny jest pewien generalny przegląd życia, dotknięcie całości, a nie tylko poszczególnych zepsutych elementów. Trzeba spojrzeć na siebie w bardzo szerokiej perspektywie i bardzo głęboko. Aborcja w rodzinie ma przecież nie tylko wielowymiarowe skutki, ale ma również przyczyny zakorzenione w poprzednich pokoleniach oraz w środowisku. Warto mieć świadomość, że aborcja lub jej zamiar nie jest żadną winą pojedynczej osoby. Do tego dramatu przyczynia się wiele osób; te, które nie przekazały kobiecie odwagi bycia matką, te które do aborcji namawiały, także te, które biernością i milczeniem kobiety nie powstrzymały.

W Polsce odbywa się coraz więcej rekolekcji dedykowanych osobom z syndromem ocaleńca. Łatwo je znaleźć wpisując w wyszukiwarce internetowej hasło: rekolekcje dla osób z syndromem ocaleńca. Jedne z nich od ponad dwóch lat organizuje duszpasterstwo Winnica Racheli. Rekolekcje te cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Na wolne miejsca trzeba „polować” z dużym wyprzedzeniem, ale osoby, które z nich wyjeżdżają, czują się jak nowonarodzone. I może rzeczywiście są.

Największym darem Boga dla człowieka nie jest cierpienie, ale Miłość. Bóg chce byśmy mieli życie i mieli je w obfitości, a prawda, jakkolwiek trudna do przyjęcia, zawsze wyzwala i przynosi upragniony pokój serca. Czy jest ktoś, kto o nim nie marzy?

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Agnieszka Porzezińska

Agnieszka Porzezińska

Mama trzech córek, dziennikarka, scenarzystka, autorka książek, sprawna menadżerka. Kobieta - orkiestra. Walcząca z perfekcjonizmem realistka. Świetnie zorganizowana. Z mottem życiowym, że rodzina jest zawsze na pierwszym miejscu.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Porzezińska
Agnieszka
Porzezińska
zobacz artykuly tego autora >

Niewidoczni. Ubodzy w Warszawie

Szybki krok, pośpiech, klaksony samochodów - warszawska ulica codziennie rano biegnie, by zapracować na swoje szczęście. Nie wszyscy nadążają. Niektórzy próbują pomóc sobie alkoholem, inni wypadają z gry

Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Niewidoczni. Ubodzy w Warszawie
Szybki krok, pośpiech, klaksony samochodów - warszawska ulica codziennie rano biegnie, by zapracować na swoje szczęście. Nie wszyscy nadążają. Niektórzy próbują pomóc sobie alkoholem, inni wypadają z gry

Wśród miliona siedmiuset mieszkańców Warszawy są i ci, którym się nie spieszy. Bo nie mają już dokąd ani do kogo. Ubodzy. Na pierwszy rzut oka niewidoczni. Ale w Warszawie tuż obok obojętności typowej dla wielkich aglomeracji, obecna jest też wrażliwość na los tych, co są w potrzebie. Caritas, parafie, zakony i zwykli mieszkańcy starają się mieć otwarte oczy.

 

Na mapie miasta

“Bieda w Warszawie schowała się za szklanymi biurowcami” – twierdzi ks. Zbigniew Zembrzuski, dyrektor warszawskiej Caritas. Wielkie kontrasty widoczne są praktycznie w każdej z dzielnic. Śródmieście, Mokotów, Wola, Ursynów i Ochota dynamicznie się rozwijają. Powstają nowe biurowce i osiedla a tuż obok – w Warszawie – żyją ludzie, którzy nie mają dostępu do pełnej elektryczności czy odpowiednich warunków sanitarnych. Niektórzy tak bardzo wstydzą się swojej sytuacji, że z pomocy Kościoła korzystają w sąsiedniej parafii – tak, by nikt o tym nie wiedział.

Kim są ubodzy? Definicje bywają różne. Najważniejsze, by ich zauważyć. To może być dziecko, człowiek w pełni sił albo osoba starsza. “Ubogim jest człowiek, który bez pomocy drugiej osoby nie poradzi sobie, jego codzienna egzystencja jest poważnie zagrożona” – mówi szef warszawskiej Caritas.

Stosunkowo najłatwiej w przestrzeni miejskiej dostrzec bezdomnych. Przebywają na dworcach, w tramwajach, supermarketach. W pobliżu Starówki ustawiają się w kolejce po posiłek do jadłodajni kapucynów albo sióstr kalkutanek na Bródnie.

Według miejskich statystyk z ubiegłego roku w Warszawie żyje ok 2 tys. 700 osób bezdomnych. Organizacje pozarządowe, które im pomagają szacują, że jest ich znacznie więcej. Przynajmniej 5 tysięcy. Ich “domem” są nieogrzewane altanki na działkach, blaszane garaże, czasem namioty lub szałasy w zalesionych częściach miasta. Doraźnie korzystają z noclegowni i schronisk.

“Trudno jest ich policzyć, trudno też wyznaczyć granice ubóstwa podobnie jak też granice samej bezdomności” – zauważa Magda Wolnik z warszawskiej Wspólnoty Sant’Egidio. Młodzi z tej wspólnoty regularnie, kilka razy w tygodniu, w różnych punktach miasta spotykają się z bezdomnymi. Samej tylko Caritas udaje się w ciągu roku wyprowadzić z bezdomności 30 osób

 

fot. Arcadius / flickr.com / CC BY 2.0

 

Pod dachem

Ubogimi w Warszawie bywają także ci, którzy mają dach nad głową. Starsi mieszkańcy stolicy nierzadko borykają się z problemami jak związać koniec z końcem. Skromne renty czy emerytury nie wystarczają im na opłaty za mieszkanie czy pokrycie kosztów jedzenia i leków. Oni również są ubodzy. A to, że mieszkają w Warszawie, gdzie według GUS przeciętne wynagrodzenie brutto wynosi ponad 5,5 tys. złotych niewiele zmienia ich sytuację. Pomiędzy tymi, którzy mają znacznie więcej, a tymi, którzy nie mają nic lub mają niewiele istnieje przepaść.

Na szczęście, na przestrzeni ostatnich lat – jak zauważa dyrektor warszawskiej Caritas – coraz więcej jest organizacji i środowisk, które są gotowe pomagać i faktycznie pomagają potrzebującym. Ludzie chcą się dzielić z innymi i pomagać. 1,5 tys. wolontariuszy angażuje się w 115 parafialnych zespołach Caritas. Ks. Zembrzuski nie ma sygnałów, żeby ludzie skarżyli się, że “nie ma się do kogo zwrócić po pomoc”.

Kłopot w tym, że wiele osób ubogich, które mieszkają we własnych domach czy mieszkaniach nie ujawnia się. Pozostają niewidoczni, gdyż sami starają się zaradzić swojej biedzie i codziennym potrzebom. Czasem można ich spotkać na bazarku, gdy sprzedają pietruszkę lub polne kwiaty, by podratować swój budżet.

“Warto być uważnym na ludzi, którzy może żyją gdzieś obok nas , w tym samym bloku, klatce schodowej – zwraca uwagę szefowa Sant’Egidio w Warszawie. Może nie mają śmiałości, by poprosić o pomoc, choć tej pomocy bardzo potrzebują”.

 

Tacy sami

Samotność bywa istotnym wyznacznikiem ubóstwa. Dotyka nie tylko bezdomnych i starszych, którzy nie mają rodzin lub ich więzi rodzinne poluźniły się. W opowieściach o ich życiu często powtarza się schemat: nie potrafili poradzić sobie z dramatycznymi, nie zawsze zawinionymi, wydarzeniami w życiu a w otoczeniu nie było wystarczająco dużo osób, które byłyby dla nich wsparciem. Nie poradzili sobie, zostali sami, niektórzy trafili na ulicę.

Z doświadczeń Wspólnoty Sant’Egidio wynika, że ważną grupą osób ubogich w Warszawie są też pensjonariusze domów opieki społecznej: starsi i chorzy. “Oni nawet często mają rodziny, żyjące kilka ulic dalej, ale niektórzy odkąd trafili do DPS, nie widzieli już więcej swoich krewnych. Są ubodzy, samotni i cierpią często nie mniej niż ci, którzy żyją na ulicy – zauważa Magda Wolnik. “Odwiedzamy ich, bo wierzymy, że bezinteresowne relacje i przyjaźń mogą dać siłę, chęć do życia i nadzieję “. Młodzi z kolei wiele uczą się od starszych. Szybko zaczyna mylić się kto komu pomaga.

 

fot. Roger Marks / flickr.com / CC BY-NC-ND 2.0

 

Od czego zacząć?

Niektórzy ubodzy sami inicjują na ulicy spotkania. Pytają: “czy ma pan/pani papierosa”? Gdzie jest przystanek lub jakaś ulica? Czy mogę poszukać puszek? A gdy obie strony przełamią lęk – czasem w oczekiwaniu na tramwaj toczą się przystankowe rozmowy o tym, jak radzić sobie z agresją lub co zrobić, gdy ktoś bliski nie chce rozmawiać jak równy z równym.

By zauważyć tych, którzy wydają się być w Warszawie niewidzialni wystarczy zatrzymać się w biegu. “Wystarczy czasem komuś spojrzeć w oczy, podać rękę, zapytać o imię, o to, czego potrzebuje, żeby przełamały się lody, które są przede wszystkim w nas – twierdzi odpowiedzialna warszawskiej Wspólnoty Sant’Egidio. Drobne gesty życzliwości i zainteresowania pozwalają znaleźć drogę do spotkania z drugim człowiekiem, by razem szukać rozwiązania problemu czy konkretnej pomocy. Nie chodzi tylko o doraźny gest dobrej woli ale spotkanie , które zmienia powoli zarówno nas, jak i te osoby”.

Młodzi ludzie, którzy wychodzą na ulice Warszawy spotykać się z bezdomnymi, podkreślają, że te relacje stają się dla nich niezwykle ważne. Pozwalają przełamywać stereotypy, lęk przed drugim człowiekiem czy braniem na siebie czyichś trudności. “Dźwigamy je jako wspólnota odpowiadając wspólnie za przyjaźń z człowiekiem, którego poznaliśmy. To daje nam siłę do pokonywania trudności. Uczymy się, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, ale też, że trzeba z Nim współpracować i Mu zaufać” – mówi Magda Wolnik.

 

Ubogi i Bóg

Spotkania z ubogimi uczą młodych warszawiaków nie tylko przełamywania kręgu własnej samotności, ubóstwa duchowego czy ubóstwa relacji. Bardzo wielu z nich spotkania z ubogimi doprowadzają do spotkania z Bogiem. Szefowa Sant’Egidio opowiada, iż “część młodych ludzi przychodzi do ubogich, bo sami mieli szansę spotkać się w swoim życiu z Bożym miłosierdziem. Ale przychodzi też wielu takich, którzy mówią: nie mam nic wspólnego z Kościołem i nie chcę mieć, ale po jakimś czasie dzięki ubogim przełamują tę barierę. Przez spotkanie z nimi faktycznie zaczynamy przeczuwać kim jest Bóg, czym jest Jego miłosierdzie w życiu tych osób i w naszym życiu. Może dlatego ulica i spotkania z ubogim tak bardzo wciągają, bo dają wiele radości i mają w sobie smak spotkania z Bogiem”.

 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


 

 

Anna Wojtas

Anna Wojtas

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Wojtas
Anna
Wojtas
zobacz artykuly tego autora >
Share via