video-jav.net

Syndrom ocaleńca – to zjawisko dotyka coraz więcej osób

Syndrom ocaleńca znany jest od dawna. Dotyka on osoby, które stanęły w obliczu realnej groźby śmierci, ich szansa na przeżycie była niewielka, a inni ludzie w tej sytuacji stracili życie. Dotyczy on także dzieci z rodzin, w których popełniona została aborcja

Agnieszka Porzezińska
Agnieszka
Porzezińska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Ma fantastycznego męża, który bardzo ją kocha. Spełnia się jako matka. Lubi swoją pracę. Wydaje się, że wszystko ma, a jednak nie może poczuć się szczęśliwa. Wciąż czegoś jej brak.  Głęboko w sercu stale czuje smutek. Coś nie daje jej spokoju. Ma trudne relacje z matką.

 

Spotkał fantastyczną dziewczynę. Pod każdym względem spełnienie jego marzeń, ale przestraszył się wspólnego życia i zdezerterował. Boi się zaufać. Boi się otworzyć. Z góry zakłada, że nie podoła. Uznał, że jego życiową misją jest pomaganie innym, a nie osobiste szczęście. Nie wyobraża sobie, jakby mógł opuścić matkę.

 

Katastrofa aborcji

Syndrom ocaleńca znany jest od dawna. Dotyka on osoby, które stanęły w obliczu realnej groźby śmierci, ich szansa na przeżycie była niewielka, a inni ludzie w tej sytuacji stracili życie. Tak się dzieje na przykład wtedy, gdy ktoś uczestniczył w katastrofie kolejowej czy samolotowej, w której zginęło wiele osób, a on przeżył. Dla kogoś takiego dalsze życie wiąże się z ogromnym napięciem emocjonalnym, z wyrzutami sumienia, ze znacznie podwyższonym poziomem lęku. To właśnie dlatego ocaleńcy często korzystają z pomocy psychologów i potrzebują dużo czasu na powrót do w miarę normalnego życia. Mniej oczywiste jest to, że podobnej pomocy potrzebują te dzieci, które zostały ocalone z grożącej im katastrofy aborcji. Chodzi o dzieci – a później o dorosłych – którzy w jakiejś fazie swego życia odkryli, że rodzice zabili ich rodzeństwo czy że rozważali zabicie ich samych.

 

 

Dzieciństwo prenatalne

Matka, która dokonała aborcji przy wcześniejszych ciążach, czy która bierze pod uwagę zabicie tego dziecka, które obecnie rozwija się pod jej sercem, przeżywa ogromne rozterki i lęki. Czasem sama nie jest tego w pełni świadoma na skutek automatycznego działania psychicznych mechanizmów obronnych, które mają na celu redukowanie poziomu stresu. Swoje bolesne przeżycia matka komunikuje rozwijającemu się w jej łonie dziecku, które rodzi się poważnie osłabione i psychicznie zranione takim doświadczeniem. Potężny stres zapisuje się w organizmie dziecka na podobieństwo danych, jakie zapisujemy na twardym dysku komputera.

Im bardziej dziecko – czy później dorosły – zdaje sobie sprawę z tego, że jego rodzice zabili kogoś z rodzeństwa lub że byli gotowi zabić także jego, tym większy przeżywa wstrząs emocjonalny. Ma świadomość tego, że on też mógł zostać zgładzony.

Osoby z syndromem ocaleńca często nie widzą, że właśnie doświadczenie aborcji jest przyczyną braku radości życia, smutku czy egzystencjalnej niemocy. Przez całe lata szukają i nie znajdują odpowiedzi na dręczące ich pytania dotyczące własnego życia, a swój egzystencjalny niepokój zagłuszają szybkim tempem życia, perfekcjonizmem, ambicjami ponad siły, wielością kontaktów, działalnością charytatywną, ucieczką w wirtualną rzeczywistość czy alkoholem.

 

Bolesne konsekwencje

Konsekwencje odkrycia, że rodzice zabili moje rodzeństwo czy że rozważali zabicie  mnie samego są ogromne.

Po pierwsze, jest nią brak poczucia bezpieczeństwa. Nie można przecież czuć się bezpiecznym przy kimś, kto gotów jest zabić własne dzieci. W konsekwencji ocaleniec jest nieufny wobec rodziców. Czuje, że nie może zaufać nikomu. Samemu sobie też nie. Trudno bezpiecznie czuć się na świecie, gdzie od początku czyha na człowieka śmiertelne niebezpieczeństwo.   

Po drugie, ocaleńcy, choć to nieuzasadnione i niezawinione, przeżywają zwykle bolesne poczucie winy. Myślą tak: „Przeżyłem tylko dlatego, że wcześniej ktoś z mojego rodzeństwa został zabity.” Niezawinione poczucie winy jest jeszcze bardziej dręczące niż poczucie winy związane z własnymi grzechami, bo wtedy, gdy wyrzuty sumienia są słuszne, można się nawrócić i odzyskać radość życia. Gdy jednak przypisujemy sobie winy, których w rzeczywistości nie mamy, to pozbawiamy się także sposobu, by od takiego poczucia winy się uwolnić.

Ocaleniec ma poczucie, że  musi zasługiwać na życie, które zostało mu darowane. Ktoś nie przeżył, więc on musi zadość uczynić; musi być dobry, wręcz perfekcyjny, uległy wobec innych, potulny. Bardzo się stara być szczęśliwy, a i tak pozostaje smutny, niespełniony, ma poczucie bezsensu życia.

Syndrom ocaleńca przejawia się również w tym, że dziecko – a później dorosły – nie ma zaufania do rodziców, a w konsekwencji nie potrafi zaufać nawet Bogu. Ktoś taki nie wierzy w przyjaźń. Ucieka w samotność lub odreagowuje swoje zagubienie poprzez agresję. Buntuje się wobec Boga i życia. Swoje istnienie traktuje jak dzieło przypadku, a nie jak cenny dar, o który warto się troszczyć.

 

 

Z perspektywy rodzica

Wiele osób, które dokonały aborcji, przyznaje się, że wobec żyjących dzieci nie czują się dobrymi rodzicami. Doświadczają trudności w okazywaniu czułości, za to nadmiernie chronią i kontrolują zdrowie dziecka, jego zachowanie, wyniki w nauce. Są niecierpliwi, gdy dzieci chcą im opowiadać o swoich emocjach lub się zwierzać, nie mają sił tego słuchać. Wymagają podwójnie, albo wcale nie wymagają.

Dla matki i ojca przyjęcie ocaleńca bywa często traktowane jako forma odpokutowania winy i zadośćuczynienie za zabicie innych dzieci. Taki potomek jest traktowany instrumentalnie, a nie kochany w sposób bezwarunkowy i bezinteresowny.  Dźwiga on – zwykle nieświadomie – ciężkie brzemię wygórowanych oczekiwań ze strony rodziców, których nie jest w stanie spełnić. Gdy rodzice czują się rozczarowani, reagują przesadną frustracją i myślą, że może właśnie to dziecko, które zdecydowali się zabić, spełniłoby wszystkie ich pragnienia. Bywa i tak, że wobec jednego z ocaleńców rodzice mają nierealne, bo absurdalnie wygórowane oczekiwania, a drugie dziecko rozpieszczają, by sobie wmówić, że są kochającymi i ofiarnymi rodzicami. W konsekwencji krzywdzą – chociaż na różne sposoby – każde z ocalonych dzieci. Bywa, że ocaleniec staje się dzieckiem „pod kloszem”, które ma być grzeczne, najlepsze w klasie, po prostu idealne. Wytworem zranionej psychiki, a nie wyjątkową, odrębną, rozwijającą się w swoim tempie istotą.

 

Z perspektywy dziecka

Małe i dorosłe dzieci z syndromem ocaleńca często nie mają dobrych relacji ze swoimi rodzicami. Z jednej strony czują nadmierną wdzięczność i lojalność, czasem nawet niemożność oderwania się od rodziców i rozpoczęcia samodzielnego życia, z drugiej – głęboko ukrytą niechęć. Ocalone dzieci noszą w sobie dogłębne poczucie osamotnienia i dużą trudność w  tworzeniu ciepłych, pełnych zaufania więzi, za którymi przecież w głębi duszy tęsknią.

 

 

Głębokie wejrzenie

Specyficzna terapia syndromu ocaleńca nie istnieje i nie ma sensu, gdyż każdy człowiek ma swoją niepowtarzalną wrażliwość, inny układ rodzinny, inne doświadczenie relacji z ludźmi, a więc każdy inaczej będzie odczuwał skutki aborcji w rodzinie. Jedno jest pewne. Każdemu człowiekowi z syndromem ocaleńca potrzebny jest pewien generalny przegląd życia, dotknięcie całości, a nie tylko poszczególnych zepsutych elementów. Trzeba spojrzeć na siebie w bardzo szerokiej perspektywie i bardzo głęboko. Aborcja w rodzinie ma przecież nie tylko wielowymiarowe skutki, ale ma również przyczyny zakorzenione w poprzednich pokoleniach oraz w środowisku. Warto mieć świadomość, że aborcja lub jej zamiar nie jest żadną winą pojedynczej osoby. Do tego dramatu przyczynia się wiele osób; te, które nie przekazały kobiecie odwagi bycia matką, te które do aborcji namawiały, także te, które biernością i milczeniem kobiety nie powstrzymały.

W Polsce odbywa się coraz więcej rekolekcji dedykowanych osobom z syndromem ocaleńca. Łatwo je znaleźć wpisując w wyszukiwarce internetowej hasło: rekolekcje dla osób z syndromem ocaleńca. Jedne z nich od ponad dwóch lat organizuje duszpasterstwo Winnica Racheli. Rekolekcje te cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Na wolne miejsca trzeba „polować” z dużym wyprzedzeniem, ale osoby, które z nich wyjeżdżają, czują się jak nowonarodzone. I może rzeczywiście są.

Największym darem Boga dla człowieka nie jest cierpienie, ale Miłość. Bóg chce byśmy mieli życie i mieli je w obfitości, a prawda, jakkolwiek trudna do przyjęcia, zawsze wyzwala i przynosi upragniony pokój serca. Czy jest ktoś, kto o nim nie marzy?

 

Agnieszka Porzezińska

Agnieszka Porzezińska

Mama trzech córek, dziennikarka, scenarzystka, autorka książek, sprawna menadżerka. Kobieta - orkiestra. Walcząca z perfekcjonizmem realistka. Świetnie zorganizowana. Z mottem życiowym, że rodzina jest zawsze na pierwszym miejscu.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agnieszka Porzezińska
Agnieszka
Porzezińska
zobacz artykuly tego autora >

Ludzie religijni są zdrowsi i dłużej żyją

Badania wskazują, że osoby religijne cieszą się lepszym zdrowiem i samopoczuciem niż niewierzący. O eterycznych związkach między duchowością a zdrowiem oraz tajemniczych uzdrowieniach mówi dr hab. Jakub Pawlikowski, lekarz i filozof.

Polub nas na Facebooku!

Bada Pan związki między religijnością a zdrowiem. Mogę sobie wyobrazić, że wielu ludzi, usłyszawszy informację o tym, że osoby religijne są zdrowsze od osób niewierzących od razu podda ją w wątpliwość. Sceptycy zapytają: a skąd wiadomo, że to akurat religia, a nie inne czynniki (np. genetyczne, środowiskowe, ekonomiczne) odpowiadają za wykazane w badaniach istotne różnice między stanem zdrowia i długością życia osób o różnej religijności?

– Są to zależności złożone, ale coraz lepiej udokumentowane i wykazywane przy pomocy najlepszych metod badawczych i analitycznych. Zarzuty zatem należałoby kierować do redaktorów i recenzentów najlepszych czasopism naukowych na świecie (jak np. JAMA – Journal of the American Medical Association), które od wielu lat publikują wyniki tego typu badań. Krytycy mogą również sięgnąć po sześciusetstronicowe podręczniki na temat związków pomiędzy religią i zdrowiem napisane przez Harolda Koeniga, profesora medycyny z renomowanego amerykańskiego Duke University, który jest uznanym na całym świecie ekspertem w tej dziedzinie.

Przytacza on ogromną liczbę badań dotyczących różnych obszarów zdrowia, począwszy od problemów zdrowia psychicznego, takich jak depresja, lęk czy samobójstwa, aż po problemy zdrowia fizycznego, jak np. choroby nowotworowe czy kardiologiczne, a także długość życia oraz jakość życia z chorobą, zwłaszcza przewlekłą. Ogólne wnioski płynące z lektury jego książek oraz najlepszych aktualnie badań światowych (w tym wielu obserwacji i analiz prowadzonych na wielotysięcznych grupach osób przez wiele lat) są zbieżne i wskazują na to, że osoby religijne cieszą się lepszym zdrowiem niż niewierzący, a religijność jest istotnym czynnikiem determinującym zdrowie. Nie można tych związków jednak upraszczać, podobnie zresztą jak się to ma w odniesieniu do innych determinant zdrowia, np. zdrowego odżywiania czy ruchu.

 

Przebywając na Uniwersytecie Harvarda uczestniczył Pan w projekcie naukowym, w którym analizowaliście związki pomiędzy religijnością, duchowością i zdrowiem. Proszę wskazać najważniejsze wnioski płynące ze zrealizowanych przez Pana i Pańskich kolegów badań.

– Duchowość i religijność to sfera wpływająca istotnie nie tylko na sposób przeżywania choroby. Jest również ważnym elementem profilaktyki zdrowotnej na poziomie populacji. Ustabilizowane i regularne życie duchowe korzystnie wpływa zwłaszcza na zdrowie psychicznie oraz pozytywne i negatywne zachowania związane ze zdrowiem. A to ma z kolei ogromny, pośredni i bezpośredni wpływ także na wiele aspektów zdrowia fizycznego. Dodam tylko, że w analizach zastosowaliśmy bardzo zaawansowane metody statystyczne, za które współautor badania, dr Tyler J. VanderWeele z Uniwersytetu Harvarda, otrzymał w tym roku w USA nagrodę nazywaną statystycznym „noblem” (COPSS Award*).

 

 

Udało się Wam potwierdzić na polskim gruncie tezę, że osoby religijne są zdrowsze i żyją dłużej od niewierzących? Proszę podać jakieś konkretne przykłady. Na przykład, czy wiadomo o ile lat osoby wierzące żyją dłużej od niewierzących?

Po nałożeniu na siebie map przedstawiających dane epidemiologiczne (z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny) z mapami religijności (m.in. z Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego) okazało się, że pomiędzy poszczególnymi regionami Polski występują naprawdę ciekawe i znaczące różnice. Przyjrzyjmy się dwóm najbardziej religijnym województwom w Polsce, a więc podkarpackiemu i małopolskiemu oraz dwóm najmniej religijnym, czyli łódzkiemu i zachodniopomorskiemu. Podkarpackie i zachodniopomorskie oraz łódzkie i małopolskie są porównywalne pod względem poziomu życia, stopnia bezrobocia, poziomu wykształcenia, urbanizacji, jakości i dostępności służby zdrowia czy też zanieczyszczenia środowiska. Istotnie różni je natomiast poziom religijności mieszkańców. I okazuje się, że średnia długość życia mężczyzn w województwach podkarpackim i małopolskim jest najwyższa w Polsce. Dla porównania, długość życia mężczyzn w województwie małopolskim jest średnio aż o 3 lata wyższa niż w województwie łódzkim. To bardzo intrygujące wyniki. Tak znaczącej różnicy nie można wyjaśnić tylko warunkami życia i innymi czynnikami środowiskowymi i społecznymi, do których się dotychczas odwoływano, tym bardziej, że niektóre ważne zdrowotnie wskaźniki, np. poziom ubóstwa wypadają nieco gorzej dla regionów bardziej religijnych.

 

Czy te regiony analogicznie różnią się też pod względem zachorowalności na raka lub inne groźne choroby?

Województwo podkarpackie i małopolskie notują blisko czterokrotnie niższy wskaźnik zapadalności na AIDS w porównaniu do województwa łódzkiego czy zachodniopomorskiego. Można również zauważyć, że standaryzowany według wieku współczynnik umieralności, czyli, upraszczając, roczna liczba zgonów na 100 tys. mieszkańców z powodu nowotworów oskrzeli, tchawicy i płuc jest najniższa dla województwa podkarpackiego i małopolskiego, a w czołówce znajdują się województwa łódzkie i zachodniopomorskie.

 

A czy wiadomo coś na temat tego, jaki poziom religijności zapewnia największe korzyści dla zdrowia? I która religia jest najbardziej „prozdrowotna”?

Z badań wynika, że generalnie osoby regularnie praktykujące, niezależnie od wyznania, są zdrowsze od ludzi niepraktykujących. Jeśli chodzi o katolicyzm, czyli dominujące wyznanie w Polsce, to wyniki badań wskazują, że osoby regularnie modlące się i uczestniczące co tydzień w obrzędach religijnych cieszą się statystycznie wyraźnie lepszym stanem zdrowia psychicznego, samopoczuciem, poczuciem szczęścia i satysfakcji z osiągnięć, nie tylko w porównaniu do osób zupełnie niepraktykujących, ale także do osób słabo zaangażowanych w życie religijnie. Można więc w uproszczeniu powiedzieć, że wyższa religijność zazwyczaj przekłada się na lepsze zdrowie. Porównań międzyreligijnych i międzywyznaniowych jest niewiele. Intrygujące są jednak obserwacje poczynione przez E. Durkheima już pod koniec XIX wieku i potwierdzone w ostatnich latach w Szwajcarii, że wśród katolików jest istotnie mniej samobójstw niż wśród protestantów.

Wiele ciekawych dowodów pochodzi również z mniejszych wyznań religijnych, ale bardzo radykalnych, jeśli chodzi o wymagania dotyczące stylu życia. Na przykład, mamy bardzo dobrze udokumentowane obserwacje, że w populacji mormonów czy adwentystów dnia siódmego wiele chorób nowotworowych zależnych od stylu życia występuje znacznie rzadziej w porównaniu do reszty społeczeństwa amerykańskiego. Warto jednak dodać, że nie widać wyraźnego efektu, aby osoby przejawiające skrajnie wysokie, ponadstandardowe zaangażowanie religijne odnosiły dodatkowe korzyści zdrowotne w porównaniu do osób „normalnie”, czyli cotygodniowo, praktykujących. Może wynikać to z tego, że w grupie tej znajdują się zarówno osoby o niedojrzałej duchowości, kompensujące nadmierną religijnością różnego rodzaju problemy psychiczne i życiowe, jak i mistycy o niezwykle bogatym i głębokim życiu duchowym, dlatego uśredniony wynik jest niejasny i trudny do interpretacji.

 

 

A czy wiadomo, jakie mechanizmy psychologiczne i fizjologiczne są odpowiedzialne za lepsze zdrowie osób religijnych?

Mechanizm jest cały czas dyskutowany. Najczęściej tłumaczy się ten fenomen zdrowszym stylem życia charakteryzującym osoby religijne, co ma związek ze stosowaniem się przez nie do szeregu przykazań i norm moralnych związanych z wyznawaną wiarą. Osoby religijne przejawiają mniejszą skłonność m.in. do palenia papierosów, używania narkotyków i nadużywania alkoholu, jak również do podejmowania ryzykownych zachowań seksualnych. A to przekłada się na mniejszą zapadalność na wiele chorób, związanych z powyższymi czynnikami ryzyka.

 

A co ze stresem? Czy religia i duchowość pomagają osobom wierzącym lepiej radzić sobie z codziennym napięciem, nerwami i negatywnymi emocjami? Czy to przekłada się na ich lepsze zdrowie?

Tak, jest to kolejny mechanizm, który częściowo może wyjaśniać pozytywne oddziaływanie religijności na zdrowie. Chodzi tu zwłaszcza o wsparcie społeczne uzyskiwane od grupy religijnej, w której funkcjonuje człowiek wierzący. Osoby zaangażowane w życie religijne regularnie otrzymują od innych członków swojej wspólnoty zainteresowanie, zrozumienie, akceptację, troskę, wdzięczność i inne oznaki miłości bliźniego. W czasie nabożeństw, uroczystości i wspólnych modlitw spotykają osoby, które myślą i czują podobnie. Mogą z nimi porozmawiać o problemach w pracy czy w domu. Te spotkania i towarzyszące im rozmowy, a także wspólne modlitwy pomagają rozładowywać napięcie i stres.

 

Czy znane są jakieś konkretne mechanizmy fizjologiczne wzmacniające zdrowie osób religijnych?

Jest niewiele badań w tym zakresie i są one trudne od strony metodyki badawczej. Niekiedy wskazuje się na mechanizmy hormonalne, np. wyższy poziom serotoniny u osób religijnych, co przekłada się m.in. na rzadsze występowanie depresji. Najczęściej jednak tłumaczy się ten fenomen tym, że ekspozycja na treści religijne pozytywnie oddziałuje na moralność i związane z tym zachowania zdrowotne ludzi. Na przykład mormoni czy adwentyści dnia siódmego w momencie chrztu, odbywającego się gdy są już dorośli, przyrzekają, że przez całe swoje życie nie będą palić tytoniu i używać alkoholu. Niektórzy przyrzekają nawet, że nie będą pić kawy, ciemnej herbaty albo spożywać mięsa. Często więc zalecenia religijne dotyczące stylu życia idą w parze z zaleceniami lekarzy, dietetyków i naukowców. W wielu religiach zalecane są również okresowe posty, które stosowane z umiarem, wywierają pozytywny wpływ na stan zdrowia. Z kolei pielgrzymki, wiążące się z wysiłkiem fizycznym, niosą korzyści zdrowotne związane z aktywnością fizyczną.

 

 

Scjentyści i ateiści mogą zatem powiedzieć, że to wsparcie społeczne oraz stosowanie się do surowych norm moralnych, a nie Bóg i jego łaska są źródłem zdrowia osób religijnych.

Problem w tym, że metoda naukowa opiera się na pomiarze cech materialnych, czyli zmysłowo doświadczalnych, a łaski, jako przejawu rzeczywistości duchowej, nie umiemy mierzyć. Przy użyciu metod empirycznych stosowanych w naukach przyrodniczych i społecznych można jedynie zaobserwować związki pomiędzy określonymi zjawiskami (np. religijnością a zdrowiem) oraz stwierdzić na ile możemy je wyjaśnić znanymi nam czynnikami i jaki obszar pozostaje tajemnicą. Przy użyciu najnowszych metod możemy również powiedzieć, na ile obserwowane związki są stabilne i nie są wynikiem przypadkowych relacji i zdarzeń oraz czy inne, nieznane w chwili obecnej czynniki, mogą nam te związki wyjaśnić lepiej.

W ogólnej interpretacji wyników, a zwłaszcza na płaszczyźnie interpretacji teologicznej, trudno jednak nie odnieść się do czynnika transcendentnego. Przecież ludzie prowadzą życie duchowe i tworzą wspólnoty religijne w odniesieniu do rzeczywistości duchowej i w celu budowania lepszej relacji z Bogiem (przynajmniej w większości tych przypadków, kiedy rozumie się go na sposób personalistyczny). W dotychczasowych próbach interpretowania zależności pomiędzy wiarą a zdrowiem niewiele miejsca poświęcało się znaczeniu, jakie może wywierać indywidualna postawa i relacja osoby wierzącej do rzeczywistości duchowej, niezależnie od tego, jak się tę sferę rozumie w doktrynie teologicznej. Myślę, że ta kwestia winna być przedmiotem pogłębionych badań w najbliższej przyszłości.

 

Mam wrażenie, że w tym momencie zaczynamy już dotykać granicy poznania. Granicy między nauką, a światem niezmierzonych tajemnic. I cudów… Proszę powiedzieć, co Pan jako lekarz i twardo stąpający po ziemi naukowiec wie i myśli o tzw. cudownych uzdrowieniach, które ludzie przypisują oddziaływaniu wiary i Boga. O ile mi wiadomo, są one rejestrowane i drobiazgowo analizowane m.in. przez kościół katolicki.

Faktycznie, przy słynnym sanktuarium w Lourdes jest biuro medyczne, które rejestruje zgłaszane przez pielgrzymów przypadki powrotu do zdrowia. W biurze tym od kilku lat pracuje włoski doktor Alessandro de Franciscis, który zeszłym roku był w Polsce na konferencji naukowej współorganizowanej przez Uniwersytet Medyczny w Katowicach oraz Polskie Towarzystwo Opieki Duchowej w Medycynie. Biuro to nie tylko rejestruje zgłoszenia, ale prosi również o dostarczanie pełnej dokumentacji medycznej i wzywa na ponowne badania w następnych latach, aby sprawdzić czy powrót do zdrowia był trwały. Raz do roku wybrane przypadki przedstawiane są na forum Międzynarodowego Komitetu Medycznego, w którym zasiadają profesorowie medycyny z różnych uniwersytetów na świecie (m. in. z prestiżowego amerykańskiego Johns Hopkins University, czy Francuskiej Akademii Nauk). Starają się oni odpowiedzieć na pytanie czy diagnoza nie była błędna, a powrót do zdrowia jest trwały i czy można to wyjaśnić na bazie aktualnie posiadanej wiedzy naukowej i medycznej.

Jeśli komisja stwierdzi, że powrotu do zdrowia nie da się naturalnie wyjaśnić, to taka informacja jest przekazywana do biskupa miejsca, z którego dany pielgrzym pochodził, a biskup powołując kolejną komisję, w tym także teologiczną, może orzec o cudownym uzdrowieniu. A zatem to nie lekarze orzekają o cudzie! Poza wspomnianym ośrodkiem w Lourdes działa jeszcze tzw. konsulta medyczna w Watykanie, złożona z biegłych lekarzy, która analizuje przypadki uzdrowień na potrzeby toczących się w Kościele katolickim procesów beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych.

 

Czy wie Pan ile jest takich dobrze udokumentowanych przypadków cudownych uzdrowień, przynajmniej w kościele katolickim?

W Lourdes podaje się 68 takich przypadków, z którymi można zapoznać się na stronie tamtejszego Biura Medycznego. Warto wspomnieć, że stanowi to około jeden procent przypadków zgłoszonych do biura.

 

A może do wielu z tych uzdrowień przyczyniła się woda źródlana z Lourdes, która podobno ma udokumentowane walory lecznicze?

Lourdes od dawna funkcjonuje nie tylko jako ośrodek religijny, ale także jako uzdrowisko, szczególnie dla Francuzów, Włochów i Hiszpanów. Górskie położenie u stóp Pirenejów sprawia, że tamtejsza woda, powietrze i klimat wywierają korzystny wpływ na zdrowie przybywających tam ludzi. Ale trudno jedynie wpływem czynników środowiskowych wyjaśnić nagłą i trwałą poprawę w ciężkich chorobach, kiedy zrezygnowano z leczenia albo stosowane leczenie było nieskuteczne, a wytłumaczenia tego procesu nie mogli znaleźć liczni profesorowie i eksperci współpracujący z biurem. Zresztą nie wszyscy pielgrzymi w Lourdes piją tamtejszą wodę źródlaną i nie wszyscy korzystają z kąpieli. Natomiast większość z nich w różny sposób intensyfikuje w tym miejscu swoje życie duchowe.

 

Sceptycy zaraz powiedzą, że to działanie uzdrawiające jest związane ze znanymi psychologii mechanizmami samoleczenia, zbliżonymi np. do efektu placebo czy też innych form sugestii i autosugestii, stosowanych choćby w leczniczych praktykach szamańskich różnych kultur.

Mechanizmy naszej psychiki nie są oczywiście w pełni poznane. Analizując kiedyś historie osób, których uzdrowienia uznano za cudowne w Lourdes, uderzyło mnie jednak, że znaczna część tych osób paradoksalnie w swej modlitwie wcale o to nie prosiła. Najczęściej modliły się one o to, aby ich choroba nie postępowała, albo żeby ich śmierć szybko nastąpiła, tak by nie były obciążeniem dla swych najbliższych. W modlitwie nie myślały więc o sobie i nie kierowały się ku sobie, ale w akceptacji swojego stanu i pełnym otwarciu na przyszłość szukały siły, aby wytrwać i z godnością znieść swoją trudną sytuację. Te osoby z troską myślały o innych. Być może w ten sposób niejako otwierały się na czynnik zewnętrzny dokonujący zmian w ich organizmie. Ciężko to pojąć i wyjaśnić, ale takie są relacje pozostawione przez te osoby.


Rozmawiał Wiktor Szczepaniak (www.zdrowie.pap.pl)


Dr hab. n. med. Jakub Pawlikowski, lekarz i filozof – Absolwent Akademii Medycznej w Lublinie. Uzyskał też tytuły magistra filozofii i doktora nauk prawnych. Jest adiunktem w Katedrze Nauk Humanistycznych Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Pracował naukowo jako visiting associate professor m.in. w Harvard T.H.Chan School of Public Health w Bostonie.


źródło: zdrowie.pap.pl