video-jav.net

Bp Michał Janocha: Czym innym jest gdy św. Paweł mówi “chcę, byście byli wolni od trosk”, a czym innym “be cool”

- W sztuce bardzo ważna jest relacja między formą i treścią. To są rzeczy, które muszą współbrzmieć żeby w ogóle wyszła sztuka. Jeżeli jest dysonans między treścią i formą, to bardzo często mamy do czynienia z kiczem - mówi ks. biskup prof. Michał Janocha, historyk sztuki.

Bp Michał Janocha
Bp Michał
Janocha
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Powiedział Ksiądz Biskup kiedyś, że kultura pomaga zobaczyć obraz Boga w człowieku. Czy to byłoby możliwe w przypadku popkultury? Czy możliwa jest ewangelizacja w popkulturze?

Myślę, że na początek trzeba odróżnić popkulturę czyli kulturę popularną od kultury masowej. Te zjawiska częściowo się pokrywają, ale nie są tożsame. Kultura popularna od masowej różni się tym, czym się różni lud od masy. Kultura popularna, tak jak ja ją rozumiem, ostatecznie jest adresowana do człowieka, zaś kultura masowa – do mas i wiąże się ściśle z komercją. To znaczy dla niej liczy się to, co się da sprzedać. Dlatego sądzę, że poprzez kulturę masową trudno jest mówić o Bogu nie zniekształcając Go. Kultura popularna ma oczywiście bardzo dużo poziomów, rejestrów. Sądzę, że wśród nich są również i takie, w których da się mówić o Bogu w sposób w miarę prawdziwy. Bo o prawdę tutaj idzie. Ale są też takie formy artystyczne, które nie nadają się do mówienia o sprawach wyższych, ponieważ nie są w stanie ich udźwignąć.

 

W jakim sensie?

W sztuce bardzo ważna jest relacja między formą i treścią. To są rzeczy, które muszą współbrzmieć żeby w ogóle wyszła sztuka. Jeżeli jest dysonans między treścią i formą, to bardzo często mamy do czynienia z kiczem. Nie mam jednak na myśli kiczu wyreżyserowanego, jak w przypadku użycia chorału gregoriańskiego w reklamie perfum, który ma szokować. Mówimy o takim kiczu, który jest wysoką treścią, np. o Bogu, ale zamkniętą czy wyrażoną w niskiej formie. Z takim kiczem mamy niestety do czynienia bardzo często. Taki kicz jest zdradą treści, bo forma – każda forma, nazwijmy ją stylem, wyrasta z jakiejś wizji człowieka, świata i może mówić o tym tylko wewnątrz tej wizji. Na przykład operetka może mówić o treściach, dla których została powołana, ale jeśli próbujemy w jej języku wyrazić Mękę Pańską, to powstaje dysonans. Albo weźmy komiks. Komiks jest formą, która może mówić o wielu rzeczach, ale jeśli w nim próbujemy mówić o Bogu, powstaje dysonans. Tak samo lalka Barbie: jest zabawką, którą można się bawić w wiele gier, ale jeśli ona miałaby udawać Maryję to powstaje dysonans, więcej – kicz, więcej: profanacja.

 

Dopytam o przykład komiksu, bo od razu mam skojarzenia z bardzo udanym moim zdaniem wydawnictwem pt. “Biblia Komiks”. Komiks został tam użyty aby przedstawić biblijne historie, nie nauki św. Pawła, więc gdy miałam ją w rękach i czytałam, nie miałam wrażenia ani profanacji ani kiczu. Gdzie może być ta granica?

Weźmy przykład języka werbalnego którym się posługujemy. Czym innym jest, gdy ktoś mówi “Radujmy się bracia”, a czym innym gdy ktoś to przełoży na “keep smiling”. Dwie zupełnie inne rzeczy. Czym innym jest gdy św. Paweł mówi “chcę byście byli wolni od trosk”, a czym innym “Be cool”. To są dwa różne rejestry. Nie da się w tym języku zamknąć tajemnicy, w nim można wyrażać zupełnie inne treści, ale nie głębokie. Gdy tego próbujemy – czujemy, że kaleczymy tę głębię, że odzieramy ją z tajemnicy i czynimy towarem do skonsumowania.

 

A jeżeli ewangelizatorzy chcą się tym posługiwać? Czy jest możliwe by za pomocą języka popkultury pozyskali uwagę niezainteresowanych Ewangelią w tradycyjnej oprawie?

Jest to strasznie ryzykowne. Dobrze, jeżeli ci, którzy podejmują to ryzyko zdają sobie sprawę, że język którym mówią nie jest w stanie udźwignąć przesłania, dobrze jeżeli są tego świadomi. Ale jest źle, jeśli im się wydaje, że w tym języku uda się wyrazić całą głębię doświadczenia religijnego. Ja myślę, że posługiwanie się takim językiem może być usprawiedliwione tylko wtedy, jeśli za tym stoi bezpośrednia relacja osobowa i miłość.

Przychodzi mi na myśl przykład znajomej siostry posługującej bezdomnym w Paryżu, która aby się z nimi porozumieć, musi mówić ich językiem. Oni wiedzą, że ta siostra mówi zwykle innym językiem, ale wiedzą, że mówi do nich inaczej, bo ich kocha. I zwykle tak jest, że kiedy jej podopieczni przeżywają nawrócenie, wychodzą też z tego języka.

 

Mówi biskup o próbie zamykania Pana Boga w takim ułomnym języku, w nieodpowiedniej formie, ale może nie chodzi o zamykanie Go, ale jedynie jeden z “kanałów dotarcia”?

Myślę, że tutaj rację ma Norwid pisząc “bronią języka nie miecz, nie tarcza, lecz arcydzieła”. Jeżeli więc skonfrontujemy nasze doświadczenie z najwyższym językiem arcydzieł, to możemy się wtedy mocno zawstydzić. Ale to błogosławione uczucie. Podobnie jak ktoś, kto – z przeproszeniem – pije alpagę, jak nazywano to tanie wino w moich młodzieżowych czasach, a potem spróbuje dobrego wina, nie będzie już chciał tamtego. Dlatego ważne jest, żeby spróbować tego dobrego wina, dobrego języka arcydzieł, bo wtedy mamy lepsze spojrzenie na popkulturę. Nie po to żeby ją tłumić, ale by z niej wyłowić to, co w niej jest dobrego i szlachetnego.

Formy, o których mówię są jednak usprawiedliwione tylko poprzez bezpośredni kontakt z człowiekiem. Wtedy przez nie prześwituje coś większego, głębszego. Jeśli przyjmiemy, że tandetny baner jest symbolem popkultury, to cierpienie jest pocięciem tego banera. Przez tę szczelinę przenika światło. Tak też jest w życiu człowieka. Ktoś kiedyś powiedział, że “najbardziej banalna, tempa twarz wymalowanej modelki będzie prawdziwa jeśli dotknie ją cierpienie”. To samo jest z językiem kultury masowej. Gdy człowieka dotyka cierpienie, to wtedy dotykamy jakiejś głębi, której ten “tandetny” język nie jest w stanie do końca wyrazić. Ale czasem nie ma innego sposobu, żeby się porozumieć. Znam dużo osób, które komunikują się czy utożsamiają z tymi ludźmi na marginesie i często posługują się ich językiem. To jest usprawiedliwione, gdy między nimi są głębokie więzy miłości. Natomiast kultura masowa i popularna są adresowane do szerokich rzesz. I tu relacja miłości się nie ujawni. Jest to jednak oczywiście złożone zjawisko, nie chciałbym wrzucać wszystkich do jednego worka. Jestem jednak głęboko przekonany, że w kulturze masowej nie da się i nie powinno się wyrażać rzeczy głębokich, bo zrobimy “operetkę” z Męki Pańskiej. Natomiast na pewno są takie pokłady czy formy w kulturze popularnej, w których można mówić o rzeczach ważnych.

Polecamy

 

Poda ksiądz biskup jakieś przykłady?

To też zależy, jak zdefiniujemy popularność. Znamy fenomeny sztuki wysokiej, która stała się sztuką popularną. Weźmy fenomen z mojej młodości, Bułata Okudżawy czy Włodzimierza Wysockiego. Jest to naprawdę wielka sztuka, a słuchali jej wszyscy. Weźmy innych bardów rosyjskich, weźmy też naszą Arkę Noego. To jest muzyka, która trafia do wszystkich, ale jednocześnie broni się swoją jakością.

 

 

A jeśli Arka Noego – to i 2Tm2,3 czyli środowisko nawróconych rockmanów, którym też zarzucano, że używają muzyki nie licującej z Ewangelią, ale po to, by śpiewać nią psalmy, by się dzielić swoim odkryciem Boga, by dotrzeć do tych, którzy tylko taki język rozumieją…

Pytanie czy my nie deprecjonujemy tych ludzi mówiąc, że oni tylko taki język rozumieją. Użytkownicy języka popularnego doskonale zdają sobie sprawę, że istnieje jeszcze język wyższy i potrafią go używać w określonych sytuacjach, gdy to jest potrzebne. Forma nie jest rzeczą obojętną. Styl zawsze jest nośnikiem jakiejś treści, wyrasta z jakiejś treści, z jakiejś wizji. Komiks wyrasta z wizji marketingowej i gdy my próbujemy nim opowiadać rzeczy głębokie to sprowadzamy je do karykatury. Ale na przykład film animowany – to zupełnie coś innego. Wystarczy sobie obejrzeć parę arcydzieł, np. filmy Jurija Norsztajna i od razu widzimy, jak głębokie treści można pokazać językiem filmu. Zwłaszcza, jeśli skontrastować je z popularnymi kreskówkami, które mogą nas bawić, śmieszyć, straszyć, ale nie mogą nas nawracać.

 

Czyli jeśli dobrze rozumiem, to popkulturę można, jeśli już, zaprząc do jakiejś pre-ewangelizacji…

Popkultura jest bardzo zróżnicowana i trzeba bardzo głęboko przemyśleć jaka wizja świata stoi za określoną formą literacką, muzyczną czy plastyczną. Jaka jest jej geneza, kulturowa konotacja. “Keep smiling” nie jest niczym złym, ale kojarzy się z czymś powierzchownym i płytkim i nie możemy w tym słowie zawrzeć radości paschalnej, bo to jest po prostu karykatura.

 

Czy jakieś inne przykłady z popkultury przypominają się księdzu biskupowi, które “dały radę” czy też dałyby radę w ewangelizacji? Wymienił ks. biskup Arkę Noego…

Mówiąc o Arce Noego miałem na myśli kulturą wysoką, która staje się popularną, ponieważ ludzie w niej widzą jakąś głębię. Ona nie mówi jednak językiem zupełnie potocznym, to jest Sztuka przez duże S. W dziedzinie poezji weźmy ks. Jana Twardowskiego, najpoczytniejszego poetę, który przebił Miłosza i Herberta. To można powiedzieć poeta popularny, ale przecież jego wiersze są reprezentantem sztuki wysokiej i nie zestawimy ich w jednym szeregu z wysokonakładową tandetną literaturą, nawet mówiącą o Panu Bogu. To jest przecież coś innego, gdy duża część ludzi odkrywa piękno muzyki czy poezji wysokiej, czyniąc ją tym samym popularną. Ona nie zmienia przez to swojej jakości. Czym innym za to jest, kiedy my używamy formy niskiej. Trzeba przecież rozgraniczyć sztukę wysoką od sztuki niskiej, choć granice między nimi stara się zacierać postmodernizm. Jak śpiewa Kaczmarski “wszystkie style równie/ warte są i tyle, lecz jak chcesz/ równie szkaradne/ konsekwencje tego żadne”. Takie zatarcie granic to dramat, bo stawia nas w sytuacji wieży Babel, gdzie nie umiemy się porozumieć. Czym innym jest tektura, czym innym architektura. Oczywiście między sztuką wysoką i niską jest ogromna przestrzeń i to nie jest ostry podział, lecz rzeczywistość stopniowalna. Ja używałem skrajnych przykładów, żeby pokazać jak niska forma, przy zbożnych intencjach, potrafi uczynić z treści wysokiej karykaturę.

 

 

Rozmawiała Anna Druś
Polecamy
Bp Michał Janocha

Bp Michał Janocha

Zobacz inne artykuły tego autora >
Anna Druś

Anna Druś

dziennikarka i redaktor sekcji news, w Stacji7 od marca 2018. Wcześniej pracowała w "Pulsie Biznesu", "Newsweeku" i Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z wykształcenia teolog i dziennikarz

Zobacz inne artykuły tego autora >
Bp Michał Janocha
Bp Michał
Janocha
zobacz artykuly tego autora >
Anna Druś
Anna
Druś
zobacz artykuly tego autora >
ROZMOWY

Marcin Wyrostek: Potrzeba nam panamskiej energii w Polsce

O tym, jak wyglądały ŚDM 2019 z perspektywy sceny i czego powinniśmy nauczyć się od Panamczyków - rozmawiamy z Marcinem Wyrostkiem - charyzmatycznym wirtuozem akordeonu, zwycięzcą drugiej edycji programu „Mam Talent”.

Marcin Wyrostek
Marcin
Wyrostek
zobacz artykuly tego autora >
Daria
Jędras
zobacz artykuly tego autora >
Anna
Leszczyńska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Marcinie, spotykamy się bezpośrednio po Twoim powrocie z Panamy, gdzie wraz z innymi muzykami graliście koncert podczas Polskiego Spotkania Narodowego w ramach Światowych Dni Młodzieży. Jakie są Twoje wrażenia z tego miejsca?

 

Wciąż mam w głowie tę niesamowitą otwartość i pozytywne nastawienie do życia, które bije od mieszkańców Panamy. Udzielił mi się ten wyjątkowo radosny klimat uczestników ŚDM. Spotkałem wiele grup młodych ludzi z różnych państw – wszystkim, bez wyjątku, towarzyszył szczery uśmiech na twarzy. Wyczuwalna była moc i niesamowita energia. Ludzie śpiewali i tańczyli, a flagi ich państw powiewały na wietrze. Nieprawdopodobne przeżycie. Jako muzyk, radowałem się z wszechobecnego śpiewu, który rozbrzmiewał przez całe dnie i noce z instrumentów pochodzących z najdalszych zakątków świata. W Polsce brakuje nam takiego podejścia do życia, do codzienności. W moim odczuciu jesteśmy zbyt przygnębieni i zamknięci na drugą osobę. Przywiozłem mnóstwo pozytywnej energii z Panamy i dzielę się nią z każdym, kogo spotkam na swojej drodze.

 

Co najbardziej poruszyło Cię w podejściu gospodarzy ŚDM wobec pielgrzymów?

 

Byłem pod wielkim wrażeniem gościnności i ufności Panamczyków wobec ludzi, których dopiero co poznali. Młodzi Polacy, którzy przypłynęli słynnym “Darem Młodzieży” opowiadali, że czuli się jak w domu. Warunki, w których przebywali przyjezdni były bardzo skromne. Czasem brakowało nawet prądu! Jednak ciepło i serdeczność wypływające od gospodarzy rekompensowały wszelkie niedogodności. Potraktowali ich jak własną rodzinę. W Polsce często doświadczamy niechęci, zamknięcia się, a nawet alienacji. Myślę, że dla Europejczyków wyjazd do Panamy powinien skutkować pozytywnym nastawieniem, nauką radości i otwartości wobec bliźniego. Bardzo tego potrzebujemy.

 

Jak wspominasz sam koncert? Jak przyjęli Cię słuchacze?

 

Podczas koncertu grałem wybrane utwory z mojej ostatniej płyty, m. in. Mazurcyjek. Nie spodziewałem się, że zostaną odebrane tak pozytywnie. Oczywiście nie brakowało muzykowania w klimacie latynoamerykańskim – Libertango idealnie wpisało się w klimat. Na koncert przybyło mnóstwo ludzi. Patrząc ze sceny, nie widziałem horyzontu widowni. Później “napadła” na mnie grupa Meksykanów, robili zdjęcia, byli bardzo szczęśliwi. Było to bardzo miłe i jednocześnie wzruszające. Ta pozytywna energia wzajemnie się przenikała. Ludzie wiedzieli po co tam są i było to mocno odczuwalne.

 

FOT. Archiwum Marcina Wyrostka

 

Byłeś w Panamie, kiedy przybył tam Papież Franciszek. Jaka atmosfera panowała wtedy w mieście?

 

Przed przylotem Papieża, wyczuwalne było wielkie napięcie, oczekiwanie i ekscytacja. Pomimo tłumów ludzi nie doszło do żadnych przykrych incydentów. Panował porządek, ład i bezpieczeństwo. Czułem się naprawdę szczęśliwy, będąc uczestnikiem właśnie tych Światowych Dni Młodzieży, dodatkowo, mogąc zaprezentować swoją twórczość na tak ważnym wydarzeniu.

 

Udało Ci się przybić “piątkę” z Franciszkiem?

 

Niestety, nie udało się, ale cieszę się, że mogłem go zobaczyć. I za to jestem Bogu niezwykle wdzięczny.

 

Marcinie, nie ukrywasz, że jesteś wierzącym i praktykującym katolikiem. Opowiedz o korzeniach swoich wartości, jak łączysz muzykę z wiarą?

Polecamy

 

Dla mnie wiara to człowiek, który powinien być wsparciem dla bliźniego. Wszelkie podziały ze względu na narodowość, czy wyznanie są mi obce. Wszyscy jesteśmy tacy sami. Staram się wspierać jak najwięcej działalności charytatywnych, bo są one dla mnie świadectwem człowieczeństwa. Jestem szczęśliwy, że mogę pomagać. Bóg stawia nas w różnych sytuacjach i to od nas zależy, jaką drogę wybierzemy. Taką naukę wyniosłem z domu. Moi rodzice byli dla mnie prawdziwym przykładem pomocy innym. Dostrzegam mnóstwo ludzi, którzy są przytłoczeni problemami, które nierzadko prowadzą do depresji, załamań. Wystarczy, że otworzymy się na drugiego człowieka, poznamy jego historię i przyjmiemy prośbę o pomoc. Radość pojawi się wtedy sama! Czuję wielką satysfakcję, płynącą z dawania i zachęcam do tej formy pomocy wszystkich. Wracając jednak do muzyki, gram od piątego roku życia. Wiara i muzyka od pokoleń była obecna w mojej rodzinie. Miało to duży wpływ na ukształtowanie mojej życiowej drogi.

 

FOT. Łukasz Muzyka

 

Jesteś już znanym na całym świecie akordeonistą. Droga do sukcesu z pewnością nie była łatwa.

 

Była niezwykle trudna, ale nauczyła mnie dużo pokory. Podjąłem wiele wyrzeczeń. Był czas, kiedy permanentnie byłem niewyspany, w rozjazdach, a dom traktowałem jak hotel. Na szczęście moja kochana żona jest wyrozumiała i przywykła do takiego stylu życia. We wszystkim co robię, zawsze kieruje się sercem. Konsekwentnie podążałem za swoimi marzeniami, dlatego ten “sukces” niczego we mnie nie zmienił. Zaraz po studiach, znajomi zakładali firmy lub spełniali się na etacie. Ja grałem po nocach w garażu. Ta wytrwałość doprowadziła mnie do momentu w którym jestem teraz. Dziękuję za to mojemu tacie, który był pierwszym akordeonistą w rodzinie i zarazem dziadkowi, który mimo trudnej sytuacji materialnej sprzedał krowę, aby kupić akordeon dla swojego syna. Pamiętam też o moich nauczycielach – to nasz wspólny sukces.

 

Jesteś przykładem człowieka żyjącego w pełni swoją pasją. Czy wychowanie w katolickiej rodzinie miało wpływ na twoją miłość do muzyki?

 

Zdecydowanie tak. W okresie dzieciństwa często jeździliśmy do moich dziadków, którzy mieszkali pod Jelenią Górą. Tam też chodziliśmy wspólnie do kościoła na niedzielną Mszę świętą. Pamiętam stare organy, których nikt nie używał, bo nie było organisty. Mój tata natychmiast wziął je w obroty i podczas naszej obecności na Mszy nie było już tak ponuro. To właśnie rodzice nauczyli mnie tej otwartości na drugiego człowieka i zaangażowania w szerzenie dobra. Życie jest krótkie, trzeba działać. To jest przecież przekaz wprost z Ewangelii. W parafii w której mieszkałem, stale graliśmy na festynach, uroczystościach, jasełkach. Rodzinnie graliśmy także na Pasterkach i pewnego razu ksiądz proboszcz znając nasz zapał muzyczny obawiał się, że zrobimy z Mszy dyskotekę (śmiech). Oczywiście umiar został zachowany.

 

Wychodzisz na scenę i grasz. Co chcesz przekazać publiczności? Jakie emocje wzbudzić?

 

Ostatnio dużo o tym myślę. Traktuję muzykę bardzo życiowo. Będąc na scenie, wyobrażam sobie obraz, który chcę przedstawić za pomocą dźwięków. Ogromnie ważne są dla mnie emocje. Chcę, aby moja muzyka przekazywała przeżycia, stan ducha, to co gra mi w sercu. Każdy utwór ukazuje różnorodność mojego wnętrza. Stąd kompozycje są zarówno wesołe, baśniowe, poważne i nostalgiczne. Chcę być prawdziwy i autentyczny. Wiem, że każdy człowiek doświadcza takich stanów jak ja. Wiara pomaga mi w tym, aby mieć świadomość, co jest w życiu najważniejsze .

 

 

Rozmawiały: Daria Jędras i Anna Leszczyńska

 

Polecamy
Marcin Wyrostek

Marcin Wyrostek

Zobacz inne artykuły tego autora >

Daria Jędras

Zobacz inne artykuły tego autora >

Anna Leszczyńska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Marcin Wyrostek
Marcin
Wyrostek
zobacz artykuly tego autora >
Daria
Jędras
zobacz artykuly tego autora >
Anna
Leszczyńska
zobacz artykuly tego autora >
Share via