video-jav.net

DAJ MI ZNAK! Najlepiej taki: hajs poproszę!

Jestem zdolny do wszystkiego – mawia ARKADIO. – Bo z Bogiem mogę wszystko! Raper z Nowego Sącza dziś koncertuje w całej Polsce, mówi o sensie walki o siebie, nieodpuszczania i że warto zaryzykować z Bogiem. Prowadzi warsztaty hip-hopowe, rekolekcje, nagrywa płyty, z których każda kolejna rozchodzi się w coraz większych nakładach, a piosenki trafiają na listy przebojów. A zaczęło się od prostego pytania, jakie usłyszał w sercu: Idziesz ze mną, czy wracasz do dziadostwa?

Joanna
Sztaudynger
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Co to jest cud?

Dla mnie cudem jest to, że dzisiaj mogę żyć tak, jak chcę, i robić to, co naprawdę kocham.

A co w tym nadzwyczajnego?

Myślę jednak, że biorąc pod uwagę moje wcześniejsze „przygody”,  to właśnie jest niezwykłe. Zresztą, pomijając już moją przeszłość, podejrzewam, że ledwie dziesięć procent ludzi robi w życiu to, co naprawdę lubi. Ja jestem wśród tych szczęśliwców. Jeśli oczekujesz ode mnie, że powiem, że odrosła mi ręka, to się rozczarujesz. Szczęśliwe życie jest cudem. Robienie tego, co się kocha, jest cudem.

W jednym ze swoich tekstów piszesz o sobie: „kiedyś smażyłem w oknie, żegnając się z dniem (…). Uwielbiałem dać w palnik okrutnie, nieraz wlewając w siebie wódkę z przykrym skutkiem, (…) mama ściągała mnie z ławki nad ranem. Później widziałem oczy matki…”. Co się stało, że teraz twoje życie wygląda inaczej?

Miałem dość, problemy mnie przerosły. Mój starszy brat wyjechał do Stanów. Po powrocie zmienił swoje życie. Rozmawialiśmy dużo, zadawał mi wiele pytań, kazał się zastanawiać. Aż w końcu zrobił coś kompletnie odjechanego – zabrał mnie do niejakiego pana Staszka. Powiedział, że będziemy się z nim modlić. Próbowałem się wykręcić, nie chciało mi się klęczeć, bolały mnie kolana… Chłopaki jednak nie dawali za wygraną. Po modlitwie wyjąłem z kieszeni paczkę fajek, zgniotłem ją i wyrzuciłem do kosza. Wiedziałem, że już nigdy nie będę palił. Do widzenia, koniec jarania. Zostałem ot tak uwolniony z nałogu, to był cud. Zaraz po modlitwie chciałem iść do spowiedzi. Trafiłem do o. Fabiana Błaszkiewicza, jezuity, on jednak nie mógł przyjąć mnie od razu i kazał przyjść za trzy dni. Zdenerwowałem się, bo chciałem natychmiast, ale te dni oczekiwania okazały się bardzo potrzebne. Mogłem się zastanowić, kilka kartek zapisałem swoimi grzechami. Spowiedź była przełomowym momentem.

Co się zmieniło?

Wszystko. Po wyjściu z kościoła poszedłem nad Kamienice, rzekę, która płynie przez Nowy Sącz. Tam z chłopakami często się spotykaliśmy, żeby jarać. Tym razem spaliłem coś innego – kartki z moimi grzechami. Poczułem absolutną wolność. Zrozumiałem, co miał na myśli psalmista, mówiąc: jeden dzień w przedsionkach Twych, lepszy niż tysiące innych. Wtedy poczułem, jakbym stał właśnie w tych przedsionkach, a Pan Bóg zadawał mi pytanie: Idziesz dalej ze mną, czy wracasz do dziadostwa?

A co się stało ze starymi kolegami?

Mam kontakt z niektórymi. Ale ponieważ mnie samego nawrócił czyjś przykład, a nie gadanie, to stoję z boku. Jeśli Pan Bóg będzie chciał posłużyć się moim życiem, to sprawi, że oni się zmienią. Już widzę małe postępy. Chłopaki zaczynają rozumieć, o co chodzi.

DAJ MI ZNAK! Najlepiej taki: hajs poproszę!

Jedną z postaci, która się fascynujesz na płycie Najlepsze przed nami, jest Nicky Cruz, szef nowojorskiego gangu Mau-Mau: „Dragi brał, nie jeden się go bał. Stał na czele ekipy, jednej z najgroźniejszych w mieście. Trzymał łapę na wszystkim, nie raz siedział w areszcie. (…) Nauczył swoich ziomków, jak zabijać, wymuszać, kraść, posługiwać się nożem, spluwą, walczyć o hajs. Był w gównie tak głęboko, nie raz chciał skoczyć, zakończyć żywot”. Zabito jego kumpla, a on w odwecie załatwił kilku wrogów. Co było potem?

Spotkał kaznodzieję Davida Wilkersona. Ten mu mówił, że Bóg ma moc, że go kocha, a Cruz chciał go zabić – pobił go bardzo dotkliwie. A gdy już myślał, że pastor nie żyje, ten ostatkiem sił krzyknął: Jezus cię kocha. To zdanie wręcz prześladowało gangstera. Cokolwiek by nie robił, słyszał te słowa. Po jakimś czasie poszedł do kościoła z kilkudziesięcioma kolegami. Odbezpieczyli broń i stanęli na przedzie, tuż przed kaznodzieją. David Wilkerson poprosił pięciu spośród nich, by zebrali tacę wśród wiernych. Nicka to zadziwiło, był pewien, że pastor wie, że oni ukradną tę kasę. Nie zrobili tego jednak. Podobno Nicka wtedy olśniło. Kazał się uciszyć rozgadanym kumplom i słuchać kazania. Po kilku minutach wiedział już, kim jest Bóg. Wilkerson modlił się z gangsterami. W pewnym momencie Nick odwrócił się, by spojrzeć na kolegów, a gdy zobaczył, że wszyscy płaczą, sam też się wzruszył. To był moment nawrócenia. Cud.

Historia jak z filmu. Zresztą jak twoja.

Tylko że ja się wychowałem w Nowym Sączu (śmiech). Paliłem zioło, brałem mocniejsze narkotyki, trochę handlowałem. Nie ciachałem jednak nożem jak Nick. Nie miałem w ręku broni. Zupełnie inna rzeczywistość. Ale w niej również osiągnąłem jakiegoś rodzaju dno, dlatego tak bliskie jest mi nawrócenie Nicky’iego Cruza i innych ludzi, którzy upadli najniżej jak się da.

Tomasz Adamek, któremu poświęcona jest tytułowa piosenka twojego albumu, nie przeżył tak gwałtownego nawrócenia.

On się wychował w porządnej, góralskiej rodzinie i nigdy poważnie nie zbłądził. W nim zafascynowała mnie odwaga, z jaką przyznaje się do wiary.

Jak doszło do tego, że poznałeś go osobiście?

Na rekolekcjach ksiądz opowiadał o nim. Zafascynował mnie, znalazłem wywiad z nim, zatytułowany Chcę do nieba. W tym samym czasie zadzwonił do mnie brat i powiedział, że powinienem zrobić numer o Adamku. Wyśmiałem go – ja o Adamku, mistrzu świata?! Niemożliwe i nieosiągalne. Pomyślałem jednak: Boże, jeśli chcesz, to mi pomóż. Znajdź mi drogę do niego. I okazało się, że kolega zna księdza, który zna Adamka… I powstała piosenka. To jest cud mojej codzienności.

Inny przykład?

Chciałem się oświadczyć mojej dziewczynie, już teraz żonie. Nie miałem jednak pieniędzy na pierścionek. Byłem młody, miałem niecałe 20 lat, więc pojawiały się wątpliwości, czy to nie za wcześnie. Na modlitwie powiedziałem: Boże, jeśli to już ten moment, to daj mi znak. Hajs poproszę! Następnego dnia sprzedałem dziesięć płaszczy, z firmy mojej mamy. Zazwyczaj udawało mi się sprzedać jeden. A tym razem – dziesięć. Wystarczyło na pierścionek. To był dla mnie kolejny cud.

Ile miałeś wtedy lat?

Dwadzieścia.

Nie chciałeś jeszcze trochę luźno pożyć?

Pewnie, że to łatwiejsze rozwiązanie, ale wydarzenia z przeszłości nauczyły mnie, że szlajanie się z kumplami szczęścia mi nie da. Chciałem budować rodzinę opartą na trwałych wartościach. Tylko taka daje szczęście.

Kilka miesięcy temu mieliście ślub. To było ważne wydarzenie?

Bardzo. Dużo się po nim zmieniło. Zamieszkaliśmy razem, a wspólne życie to już zupełnie co innego niż spotykanie się. To mi się podoba – taka radykalna zmiana, poważna sprawa. A nie pomieszkiwanie ze sobą na próbę, sprawdzanie się, a potem dopiero ślub – dla mnie bez sensu.

Czy z hip-hopu da się utrzymać rodzinę?

Nie narzekam. Poza występami na scenie i pisaniem tekstów, z wielką przyjemnością montuję dźwięk. Prowadzimy też warsztaty muzyczne dla młodzieży. Razem piszemy teksty, muzykę, a potem każdy uczestnik występuje przed publicznością. Mam radochę, gdy widzę, że te dzieciaki przełamują strach, wychodzą na scenę, a potem są z siebie dumne.

DAJ MI ZNAK! Najlepiej taki: hajs poproszę!

Pewnie przypominają ciebie samego sprzed lat.

Dokładnie, gdy miałem dwanaście lat, nagrywałem pierwsze kawałki i występowałem z nimi wszędzie, gdzie się dało, na przykład w ośrodkach dla trudnej młodzieży. Po latach okazało się, że każde takie doświadczenie jest ważne, uczy nas prawdy o nas samych, pomaga walczyć ze słabościami. Dzieciaki na warsztatach też tego doświadczają. Nie chodzi o to, czy któreś z nich w przyszłości będzie się zajmowało rapem. Najważniejsze jest to, że wychodzą poza schemat myślenia o sobie, a wtedy zdobywają się na coś więcej.

Jesteś dla nich wzorem, słuchają twoich tekstów, traktując je, być może, bardzo serio. Czujesz się odpowiedzialny za młodych ludzi, do których hip-hop najczęściej trafia?

Zaskoczę cię, na koncertach widzę często starszych ludzi, którzy może bitu tak dobrze nie czują, ale rozumieją, o czym śpiewam. Wiele z tego sami przeżyli. Dzieciaki mają to wszystko przed sobą, jeśli coś z moich tekstów zapadnie im w pamięci, to bardzo dobrze. To, że na mnie patrzą, jest wyzwaniem i motywacją, bym się jeszcze intensywniej starał być lepszym człowiekiem. Chcę się zmieniać. Jasne, że zdarzają mi się potknięcia i z czymś nie daję rady. Nie wstydzę się tego. Rap charakteryzuje się tym, że bardzo dosłownie wyraża to, czym żyje wykonawca. Tutaj nie ma miejsca na udawanie.

1/6
Galeria zdjęć Arkadio
2/6
Galeria zdjęć Arkadio
3/6
Galeria zdjęć Arkadio
4/6
Galeria zdjęć Arkadio
5/6
Galeria zdjęć Arkadio
6/6
Galeria zdjęć Arkadio
poprzednie
następne

Czujesz, że przypięto ci łatkę rapera chrześcijańskiego?

Nie odpowiada mi takie szufladkowanie. Staram się rozwijać muzycznie i nie obchodzi mnie, do jakiego nurtu ktoś mnie zaliczy. Stawiam Boga na pierwszym miejscu, dlatego moje teksty mówią o Nim. Śpiewam o tym, czym żyję, o czym myślę i co mnie interesuje.

A co z tym hajsem? Gdybyś zdobył platynową płytę, zatem sporo kasy, co byś z nią zrobił?

Pojechałbym z żoną na wakacje, kupił sprzęt, żeby ulepszyć studio. I oddałbym dziesięcinę.

Oddajesz dokładnie dziesiątą część swoich zysków na Kościół?

Tak, staram się. Wszystko, co mam, zawdzięczam Bogu, również możliwość zarabiania pieniędzy. Uważam, że składanie dziesięciny to bardzo dobra praktyka.

 

 
 

 

Joanna Sztaudynger

Zobacz inne artykuły tego autora >
Joanna
Sztaudynger
zobacz artykuly tego autora >

Wywiad: “Majewski – nie rokujesz!”

Czasami warto by nauczyciel poszerzył swój kąt widzenia i spojrzał również na tych, którzy siedzą w ostatnim rzędzie...

Agata
Kołomyjska
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

„Majewski nie rokujesz” – często to słyszałeś?

W liceum przez 4 lata to była taka mantra, którą śpiewała mi wciąż jedna z nauczycielek… Przewijało się to cały czas. Może nie byłem jakimś szczególnie niegrzecznym uczniem, ale nie potrafiłem się uczyć. Dla mnie lekcja była taką 45 minutową wydmuszką, którą należało czymś wypełnić, więc wypełniałem ją swoimi pomysłami. Zazwyczaj okropnie się nudziłem, bo nie potrafiłem pracować na lekcjach, nie wiedziałem jak, nikt mnie tego nie nauczył. Lubiłem być w szkole, ale nie lubiłem być na lekcjach.

Wywiad:

fot. Archiwum AP

Jesteś znany z tego, że gdy tylko przez chwilę nic się nie dzieje – natychmiast zasypiasz. A wtedy? Zasypiałeś z nudów czy wręcz przeciwnie, rozrabiałeś?

Zasypiałem albo właśnie w druga stronę – byłem „nadenergetyczny”. Na ogół mnie roznosiło, więc coś tam dopowiadałem, co jakiś czas lubiłem jakąś puentkę dorzucić nauczycielowi – nauczyciel mówił, zawieszał głos, a ja coś dopowiadałem i wszyscy się śmiali. Zawsze miałem taki wybór, czy powiedzieć to i wylecieć za drzwi, czy nie mówić i zostać w klasie. Zazwyczaj wybierałem pierwszą opcję,  rzucałem jakiś greps, wszyscy w śmiech a nauczyciel wkurzony. Teraz rozumiem, że to mogło być denerwujące. Z drugiej strony wiem, że zawsze można znaleźć sposób na dzieciaka, można próbować do niego dotrzeć inaczej.

Zawsze się zastanawiałem, dlaczego szkoła nie docenia innych pozytywnych przejawów działalności  uczniowskiej. Dobrze, w porządku, ten nie umie matematyki, nie umie biologii, ale świetnie rysuje, świetnie recytuje. Byłem świadkiem  przez ostatnie lata, wychowując swoje dzieci i obserwując co się dzieje, że w szkole ceni się prymusów. Jeżeli jesteś prymusem to dostaniesz także np. rolę w teatrzyku szkolnym albo dadzą ci do namalowania gazetkę szkolną, bo wiadomo, że nie będzie wpadki. Nikt nie próbuje dojść czy ci, którzy się nie zgłaszają i siedzą z tyłu mają jakieś zdolności, którymi mogą błysnąć.

Masz żal do nauczycieli, że powtarzali ci, że „nie rokujesz”?

Wolałbym nie generalizować. Miałem na przykład nauczyciela w liceum, polonistę, pana profesora Gugulskiego, który był moim mistrzem. Nie pisałem dobrych wypracowań, to znaczy nie dostawałem piątek, ale on zawsze potrafił mnie jakoś docenić. Mówił „ no dobrze, może nie napisałeś na temat, ale za bardzo fajny pomysł stawiam ci czwórkę z minusem”. Chodzi mi o to, że nawet jeśli trzeba kogoś zganić, to można to zrobić w taki sposób, żeby człowiek nie wyszedł wdeptany w ziemię, właśnie „nierokujący”.

Myślisz, że to nadal jest problem?

Myślę że jest lepiej, ale często zdarza mi się rozmawiać z młodymi nauczycielami a mam wrażenie jakbym się cofnął w czasie o 25 lat. No bo jeżeli tematem są na przykład długie włosy mojego syna? A miałem takie sytuacje. Takie same rozmowy przechodziłem 25 lat temu, za komuny. Albo weźmy na przykład szkolne przedstawienie. Kto w nim gra? Ci co się pierwsi zgłoszą. A to są ci sami, którzy się zawsze zgłaszają. A powinno się właśnie szukać tych co tam z tyłu siedzą. A może akurat oni coś by wtedy poczuli, poszli za tym. Ja po traumie szkolnej przez długi czas nie mogłem się podnieść. W końcu doszedłem do tego co robię i jestem z tego bardzo zadowolony, ale że do dziś budzę się zlany potem, bo śni mi się moja matura albo jakaś sytuacja szkolna. Do dziś to jest dla mnie koszmar.

Masz jakąś receptę jak radzić sobie z dołowaniem?

Ja miałem gigantyczne oparcie w rodzinie. Zwłaszcza w dziadku, który miał ogromne poczucie humoru, i w mamie. Oni zawsze we mnie wierzyli. Pamiętam, że gdy coś mi nie wychodziło, przeżywałem jakieś porażki, dziadek śpiewał zawsze taką przedwojenną piosenkę, do której dorzucił moje imię: „a że Szymon nie jest kiep, to z tej mąki będzie chleb”.  Uspokajał mamę, gdy dostawałem dwóje albo nie dostawałem zaliczenia. Mówił: „przestań się przejmować, może nauczyciel go nie lubi, no jest żywy chłopak, trochę niepokorny, ale to jest dobre dziecko” – zawsze szukał tych pozytywów. Dzieciaki potrzebują takiego wsparcia, bo inaczej wierzą, że są do bani.

Wywiad:

fot. Archiwum AP

Czy dlatego postanowiłeś włączyć się w AKADEMIĘ PRZYSZŁOŚCI?

Urzekło mnie to, że wreszcie ktoś głośno zaczął mówić o tym problemie.  Akademia daje do ręki narzędzie, pomysł jak wspierać tych, którzy są właśnie na samym końcu. Chodzi o to, żeby przerwać  nić tej traumy, zmienić scenariusz, że ojciec był do bani, źle się uczył, więc ja też źle uczę i jestem do bani, jestem niegrzeczny, jestem zły i nie rokuję. Podoba mi się to, że AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI rzuca takie hasło i daje takie narzędzie, dzięki któremu można pomóc takim dzieciakom. Okazuje się, że często w takich niepokornych duszach, nieoczywistych charakterach kryją się niesamowite talenty.

Jakiś przykład?

Ostatnio w telewizji  widziałem wywiad z szefem pewnej organizacji – zrobił super karierę naukową i okazuje się, że ja go znam. Przypomniałem sobie tego chłopaka w czasach szkoły – ciągle się z kimś bił, był bardzo agresywny, wcielony diabeł – typowy bandyta. Mógłbym napisać najgorsze scenariusze dla niego. Gdzieś po drodze zadziało się coś dobrego i teraz robi fajne rzeczy. Gdzieś tam są te skarby tylko trzeba umieć je odnaleźć. I to właśnie robi AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI

W tym roku szkolnym AKADEMIA PRZYSZŁOŚCI obejmie pomocą aż 2000 dzieci. Jak możesz pomóc?

Zapraszamy na stronę www.akademiaprzyszlosci.org.pl

Agata Kołomyjska

Zobacz inne artykuły tego autora >
Agata
Kołomyjska
zobacz artykuly tego autora >