video-jav.net

Cud narodzin

Zapytaliśmy świeżo upieczone mamy dlaczego narodziny są cudem!

Polub nas na Facebooku!

Brygida Grysiak
Mama Antosia i Marysi. Dziennikarka TVN24. Autorka książek: “Wybrałam życie”, “Miejsce dla każdego. Opowieść o świętości Jana Pawła II“, “Najbardziej lubił wtorki”
Cud narodzin

Brygida Grysiak

Nie myślałaś, że umiesz tak kochać

Kiedy leżałam w szpitalu w oczekiwaniu na Marysię, dzieliłam salę z dwiema mamami. Dużo rozmawiałyśmy. W tle biły serca naszych Dzieci. Biły głośno. Aparaty do kardiotokografii (KTG) pracowały godzinami. Mamy przychodziły i odchodziły, kiedy nadchodził czas porodu. Nie wszystkie były blisko Kościoła. Jedna mówiła otwarcie, że w Boga nie wierzy. Mimo to, któregoś razu rozmawiałyśmy właśnie o cudzie narodzin. O tym, że w narodzinach Dziecka jest coś „nadprzyrodzonego”, „jakaś metafizyka”, „tajemnica”, jakiś „pierwiastek Boga”. Mamy, które spotkałam w szpitalu – wierzyły, czy nie – czuły, że to więcej niż tylko biologia.

Jednego dnia Twoje Dziecko jest Punktem pulsującym na ekranie monitora USG, kilka miesięcy później trzymasz ten „Punkt” w ramionach. To jest Cud. Ale zanim się dokona, uczestniczysz w czymś, co zmienia na zawsze. Czas się zatrzymał. Położna głaszcze Cię po głowie. I mówi, że będzie dobrze. Wierzysz, że będzie. Czekasz na pierwszy płacz. Słyszysz. I płaczecie już razem. Ty i Twoje Dziecko. Cud. Pierwszego spotkania, dotyku, pierwszego pocałunku. Przeczytałam kiedyś, że zrobić zdjęcie w takim momencie, to jak uchwycić w kadrze rękę Boga. Bo ona tam jest. Niesie Twoje Dziecko między światami. Będzie niosła przez dzieciństwo, młodość i dorosłe życie. Jak niosła Ciebie. Cud. Czujesz spokój. Mimo burzy. Ból nie wygrywa. Mimo, że waży więcej. Bo Ty jesteś silna jak nigdy dotąd. Miłością do swojego Dziecka. Dlatego narodziny są cudem.

Bo nowe Życie – w swojej kruchości – przynosi Miłość tak wielką, że nawet nie myślałaś, że umiesz tak kochać. Nie ma większego szczęścia niż kochać tak bardzo.

Dominika Figurska
Mama Nastusi, Matyldy, Józefa, Piotrusia i Jana Pawła. Aktorka teatralna i filmowa. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Od 2001 roku występuje w Teatrze Polskim we Wrocławiu.
Cud narodzin

Dominika Figurska

Coraz większy cud

Miesiąc temu urodziłam Jana Pawła, trzeciego syna – nasze piąte dziecko. Mogłoby się wydawać, że gdy się rodzi kolejny raz, wszystko się już wie, bo wszelkie emocje okrzepły i spowszedniały. Nic podobnego!

Pojawienie się nowego człowieka, to dla mnie zawsze największy cud, najbardziej intymne i wielkie wydarzenie w życiu. Podczas ciąży jakoś intuicyjnie dystansuję się wobec tego, co mnie czeka. Nie unoszę się, nie przeżywam stanu euforii. Może wynika to z lęku, który odczuwa każda matka: czy dziecko urodzi się zdrowe, czy wszystko będzie dobrze. Sama sobie stawiam lekką granicę radości. 

Gdy dziecko jest już narodzone i widzę go po raz pierwszy, doświadczam natychmiast poczucia absolutnego szczęścia. Ma być przy mnie, mam je przytulać, dotykać. Gdy tuż po porodzie pielęgniarka próbuje mi dziecko na chwilę zabrać, by je zważyć i zmierzyć, niezbyt mi się to podoba…. Kontempluję każdy milimetr dziecięcego ciała.

A rodząc, czekam na ten pierwszy krzyk, który przecież pojawia się w różnym momencie. Trwają mikrosekundy, które dla mnie są wiecznością, a ja z niepokojem wsłuchuję się w dzieciątko: czy zapłacze, dlaczego nie płacze. O, jak wspaniale płacze! I ja płaczę ze szczęścia razem z nim. Fascynuje mnie też, że zawsze wiem, rozpoznaję po płaczu, że to właśnie moje maleństwo kwili. Choćby na sali było dziesięć innych płaczących niemowląt, ja swoje dziecko rozpoznam z daleka po głosie.

Tak samo rozpoznawałam pierwszą Nastusię, potem Matyldzię, Józefa, Piotrusia i teraz Jana Pawła. Nie było żadnej różnicy. Chociaż… przy każdym kolejnym dziecku towarzyszy mi chyba coraz większe wzruszenie. Coraz większy cud.

Agata Puścikowska
Mama Anieli, Juliana, Justyna, Klary i Jana Pawła. Redaktorka oraz dziennikarka Gościa Niedzielnego. Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracowała m.in z Religia.TV (Piąta strona nieba, Cotygodnik). 
Cud narodzin

Agata Puścikowska

Do cudu trzeba… dojrzeć

Pierwsza ciąża – była trochę jak nierealna euforia. Mimo trudności, towarzyszyła mi nadrealna świadomość, że „będzie dobrze”. I było. Nadrealnie, mistycznie, hurraoptymistycznie. Do momentu porodu. Tu rzeczywistość ostro skrzyknęła, mimo wielkich przygotowań, szkół rodzenia, nabycia i przyswojenia miliona mądrych, teoretycznych treści. I mimo wspaniałej położnej, która robiła co mogła. Niestety ja nie mogłam. W efekcie, gdy (jakoś) urodziłam – zdołałam pomyśleć tylko „Jejku, koniec koszmaru”. Nie wdając się w szczegóły, mimo zapowiadanych wspaniałości, opisywanego w książce natychmiastowego „zakochania się” w dziecku, szaleństwa nie było.

Odczuwanego cudu nie było.

Choć mały cud leżał obok i płakał. Pozostał ból połączony z zawodem, że przecież miało być tak pięknie, tymczasem było… dość strasznie.

Z perspektywy czasu wiem, że po ekstremalnych doświadczeniach porodowych – trudno o natychmiastową akceptację bólu, fizjologii i… dziecka. Wtedy jednak nie widziałam.

Niepotrzebnie i krzywdząco oskarżałam się o brak natychmiastowego, poporodowego „Alleluja”.

Mijały dni, miesiące. Córka rosła, a bezwarunkowa miłość do niej – wzrastała. I pozostała. Dziś ma już 12 lat i wraz ze wspaniałą córką, wciąż rośnie.

Wniosek: czasem cuda przychodzą z opóźnieniem. Nie wszystkie kobiety mają szczęście od razu po porodzie cieszyć się dzieckiem i „upajać zapachem maluszka”. I trzeba to po prostu zaakceptować.

Mijały lata. Przyszło i doświadczenie, i pewna życiowa twardość. Pojawiały się kolejne dzieci, a ja – mimo bólu, trudu, walki, gdy tylko witałam je na świecie, niemal od razu „zakochiwałam się” do szaleństwa. Coraz bardziej i pełniej. Pół roku temu, mimo cesarskiego cięcia, gdy ujrzałam najmłodszego synka, Jana Pawła, doświadczyłam stanu niemal euforycznego. Doświadczenie przepiękne: Jaś płakał na rękach pielęgniarki. Przytulony do mojego polika, natychmiast się uspokajał, uciszał. Dostawał i dawał poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Do cudu musiałam dojrzeć.

Małgorzata Terlikowska
Mama Marysi, Zosi, Mikołaja, Jana i Uli. Etyk, redaktor, przez lata dziennikarka radiowa. Wraz z mężem Tomaszem napisała książkę pt. “Skazani na siebie”.
Cud narodzin

Małgorzata Terlikowska

Nasz piąty cud

Ostatnie tygodnie ciąży to jak umieranie, umieranie dla nowego życia, które niebawem ma pojawić się na świecie – to zdanie przeczytane w jakimś wywiadzie siedzi mi mocno w głowie. I wraca jak bumerang.

W domu wszystko przygotowane. Torba do szpitala dawno spakowana. A we mnie nie ma radości oczekiwania. Jest za to wielkie zmęczenie i irytacja.  Niby wszystko jest w porządku. Dzieciątko raz po raz przypomina o swoim istnieniu solidnym kopniakiem w żebra lub żołądek. Nawet śmieszne są brzuchowe czkawki. Wtedy wszystkie dzieci przybiegają, kładą mi swoje rączki i się śmieją, że brzuch tak śmiesznie podskakuje. Czemu ten czas się tak wlecze. Ja już nie mogę. Dzwonię do Asi, która urodziła parę miesięcy wcześniej: – Powiedz mi, że to minie. Powiedz, że znów będę pełna sił, że znów będę biegać.

Posłuchaj – mówi mądra przyjaciółka, chcąc dodać mi otuchy – posłuchaj, jak nasze dzieciątko się śmieje. Już niebawem i u Ciebie tak będzie.

Boże drogi, przecież to nie moja pierwsza ciąża. To nie mój pierwszy poród. Przecież ja to wszystko wiem. Za chwilę urodzę piąte dziecko, a zachowuję się jak pierworódka. Chwilami, to aż się za siebie wstydzę.

Termin porodu mam wyznaczony na 27 grudnia, piątek po świętach. Cięcie cesarskie. Drugie już. Wcześniej trzy razy rodziłam naturalnie. Piąty poród, przecież naprawdę nie ma się czego bać. Do tego jeszcze świąteczny czas. Nastawiam budzik na 5.00. Razem ze mną budzą się dzieci. One wiedzą, że idę do szpitala, wiedzą, że wrócę z ich maleńką siostrą. O 6.30 wyjeżdżamy z domu. Jedziemy przez prawie puste o tej porze miasto. Jeszcze leniwe, ciemne, powoli budzące się do życia. Zakorkowane ulice tego dnia wyjątkowo puste, ludzie odpoczywają po świętach. Po cichu liczę, że za dwie godziny Ula się urodzi (ostatecznie urodziła się za pięć dni). Łzy mi ciekną ciurkiem, tak się boję.

Najpierw izba przyjęć, biurokracja i… jedziemy na blok porodowy. Przede mną jeszcze najgorsze – podanie znieczulenia w kręgosłup. Czuję, że łatwo nie będzie. Zresztą trzy lata wcześniej też nie było. Zbite kręgi, trzeba się sporo nagimnastykować. Anestezjolog się trochę złości. Ja nie dam rady, mam ochotę uciec. Jak to wkłucie igły boli… Gdzie to piękno porodu? Gdzie ta metafizyka? Zielone ściany, szum aparatury medycznej, ostro święcąca lampa. Nie ma ciszy, nie ma intymności, mimo szpitalnej jednorazowej koszuli, mam wrażenie, że jestem naga. Leżę na stole, obserwuję krzątaninę położnych i lekarzy.

W końcu na salę operacyjną może wejść mąż. Nareszcie. Od razu czuję się bezpieczniej. Nie widzimy się, ale czuję dłonie Tomasza na swojej twarzy. Głaszcze mnie, dodaje otuchy. Czuję lekkie szarpanie, tak jakby ktoś wyrywał mi część brzucha. Nie, nic nie boli. Pamiętam z poprzedniej cesarki, że za parę sekund wyjmą dziecko. Szybciej, szybciej – popędzam w myślach lekarzy. W końcu słychać krzyk. Boże, to już… Jak mi lekko, mogę zdjąć maseczkę z tlenem, mogę normalnie oddychać.

„Tomasz, słyszysz, płacze, bałam się, że nie zapłacze, tak jak chłopcy. Słyszysz, jak krzyczy”. Kątem oka widzę maleńką istotkę, którą lekarz szybko przenosi do kącika noworodkowego.

Tomek jest przy niej. Już ją zobaczył, daje mi znać, że wszystko dobrze, dzieciątko zdrowe. Do kogo podobna? Może do Zosi? Nie to chyba cały Jaś. Za chwilę dostaję ją na piersi. Taką pomarszczoną, opuchniętą, najpiękniejszą na świecie.

„Niech pani przywita się z córką” – zachęca położna. Głaszczę maleńkie ciałko, maleńkie rączki, chwytam za paluszki… „Witaj, Uleńko. To ja Twoja mama”.

To jest ta chwila, kiedy odchodzi całe napięcie i zmęczenie. Mogłybyśmy tak leżeć bez końca. Ale jeszcze na chwilę trzeba się rozstać. Tomasz dostaje noworodka, a mnie lekarze muszą pozszywać. Jak ja mu zazdroszczę. Też bym chciała wpatrywać się już w tę maleńką istotkę, taką bezradną i taką naszą, i tak bardzo od nas zależną. Mija parę minut i jedziemy na salę pooperacyjną. Jesteśmy razem. „Przystawi pani dziecko do piersi?”. Jasne, o niczym więcej nie marzę. Widać, że jest głodna, szuka piersi. Jeszcze nieporadnie, ale walczy i próbuje. Położna nam pomaga. Ssie. Kamień z serca. I tak leżymy parę godzin. Nie płacze, tylko ssie i śpi. Sporadycznie otwiera oczka. Ogrzewam ją swoim ciałem. Przesuwam na lewą stronę. Tam bije serce, tam czuje się bezpieczna. Nie chcę jej kłaść do koszyczka, chcę mieć ją cały czas przy sobie. Ulę. Nasz piąty cud.

Trzeba zainwestować w rodzinę

Państwo ma służyć rodzinie, a nie ją ograniczać. Przyjęło się niewłaściwe myślenie, że państwo jeżeli pomaga rodzinie, to musi w nią ingerować. Trzeba oddzielać politykę prorodzinną od pomocy społecznej.

Paweł Kowal
Paweł
Kowal
zobacz artykuly tego autora >
Krzysztof Skórzyński
Krzysztof
Skórzyński
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

z Pawłem Kowalem, kandydatem do Parlamentu Europejskiego rozmawiał Krzysztof Skórzyński:

fot. tp

Paweł Kowal, 2009r.

Uwierzy Pan, że mam znajomych, którzy nie wzięli ślubu tylko po to, żeby ich dziecko dostało się do przedszkola?

Wierzę.

Ja nie mogłem w to uwierzyć.

Człowiek małej wiary z pana.

Nie. Po prostu w głowie mi się to nie mieści.

Wiem, że tak się dzieje. Cały czas są gminy, w których brakuje miejsc w przedszkolach, a system punktacji buduje granicę nie do przejścia. Sam znam pewnego polskiego ekonomistę, który chciał zapisać swoje dziecko do jednego z warszawskich przedszkoli. Opowiadał, że podczas rozmowy dyrektorka placówki zasugerowała, aby wyrobił sobie kartę. Mój znajomy nie wiedząc o co chodzi dopytał: – Jaką kartę? Wtedy dyrektorka wyjaśniła, że gdyby rodzina posiadała dokument potwierdzający, że w domu dzieje się coś niedobrego, wtedy dziecko mogłoby zostać przyjęte. W innej sytuacji nie ma takiej możliwości.

Czyli urzędniczka sama zachęciła do oszukania systemu? Przecież to patologia.

Tak. Zasugerowała, aby sfałszować dokument, który informowałby, że w domu występuje patologia.  Ten przykład dobrze pokazuje, że cały system polityczny i sami politycy funkcjonują tak, jakby rodzina była dla nich obojętna. Część polityków lewicy i centrum traktują rodzinę jako instytucję wyznaniową. Widzą w niej  instytucje ideologiczną, czy religijną. A ona jest przede wszystkim korzystna dla państwa, bo zapewnia stałość. Stąd polityka powinna być korzystna dla rodziny i w sferze prawnej i finansowej.

Trzeba zainwestować w rodzinę

Krzysztof Skórzyński

Słyszymy z każdej strony o kryzysie demograficznym i  o projektach prorodzinnych, którymi trzeba się wreszcie zająć. Powstaje pytanie, czy w Polsce opłaca się mieć dzieci?

W sensie politycznym dziecko nigdy nie będzie się opłacało. Wiążą się z nim duże koszty przeznaczone na jego wychowanie. Państwu, natomiast, opłaca się mieć młodych obywateli. Bo to oni napędzają gospodarkę. Dlatego spadek demograficzny to cios dla polskiej gospodarki, a potem dla bezpieczeństwa kraju. Tych obywateli trzeba najpierw wychować.

Początek lat 80. to wyż demograficzny, później było jeszcze nie najgorzej, a dziś jesteśmy o krok od demograficznej katastrofy.

O krok?

Zgadzam się. Kryzys trwa i będzie przybierał na sile. Kto i kiedy przespał ten moment, gdy należało zadbać o demografię?

Druga połowa lat 90-tych i początek XXI wieku – to czas zupełnego braku zainteresowania sytuacją rodziny. W polityce prorodzinnej nic się nie działo. Nie istniała w programach partii.

Co zaniedbano?

Wszystko. W pewnym momencie okazało się, że w Polsce na tę dziedzinę polityki idzie najmniej pieniędzy spośród większości krajów Europy. A do tego pieniądze przechodziły przez ręce urzędników.

A ja mam wrażenie, że polityka prorodzinna to hasło-wytrych używane zawsze podczas kampanii wyborczych i w przedwyborczych debatach. Nośne, atrakcyjne, ale puste.

Oczywiście. Cztery lata temu, gdy wnioskowałem, aby rozdać rodzinom pieniądze ukryte w systemie, to śmiano się z tego pomysłu.

Bo każdy polityk chce coś rozdawać. Zwłaszcza jak jest w opozycji. Gdzie znaleźć te pieniądze?

W mojej ocenie istnieje wiele instytucji, kwitków, niepotrzebnej biurokracji które można bez szkody zlikwidować,  jak np. urząd Rzecznika Praw Dziecka. Po takiej reorganizacji systemu do każdej rodziny mogłoby miesięcznie trafiać nawet 400 złotych. Te pieniądze wystarczy przekazać rodzinom w postaci bonów oraz odpisu podatkowego. Niech obywatele sami zdecydują co z tymi pieniędzmi zrobić.

No to ma Pan duże zaufanie do obywateli. Czy na pewno te pieniądze posłużą dzieciom?

Mam zaufanie. Ja wiem co jest potrzebne moim dzieciom. Moja żona też wie. To rodzina wie, co jest jej najbardziej potrzebne. 

Jasne. A mi się wydaje, że te pieniądze, w biedniejszych rodzinach pójdą na wymianę okien.

Czasem będzie to wyprawka szkolna, czy dodatkowy angielski, ale może to być również wymiana okien w domu, jeśli jest to potrzebne. I na tym korzysta przecież również dziecko. Potrzeb konkretnej rodziny nie przewidzi ani polityk, ani urzędnik.

fot. Aktron, Parlament Europejski

Paweł Kowal

Ale czy właśnie to “przewidywanie potrzeb” nie jest jedną z funkcji państwa?

Państwo ma służyć rodzinie, a nie ją ograniczać. Przyjęło się niewłaściwe myślenie, że państwo jeżeli pomaga rodzinie, to musi w nią ingerować. Ale to nieprawda. Państwo ma interweniować tam, gdzie mamy do czynienia z patologią, marginesem i wykluczeniem. Natomiast rodzina, nawet wielodzietna, to nie jest ani margines, ani patologia. Dlatego oddzielić trzeba politykę prorodzinną od pomocy społecznej.

Na jakim systemie powinniśmy się wzorować?

Dobra polityka prorodzinna to kompilacja kilku europejskich systemów.

Znów operuje Pan hasłami. Konkrety proszę.

Zarówno kilka elementów systemu francuskiego, a także niemieckiego i  brytyjskiego. Warto przyjmować najlepsze rozwiązania. I tak na przykład Wielka Brytania wydaje na dzieci ponad 4,2 proc. PKB, gdzie w Polsce przeznacza się na ten cel zaledwie 2 proc. Francja promuje wielodzietność dając pieniądze na utrzymanie trzeciego i następnych dzieci. Są to radykalne działania, jakie trzeba podjąć również w Polsce. Rodzina powinna stać się strategiczną i kluczową dziedziną polityki na najbliższe dziesięć lat.

Ma Pan poczucie, że polityka prorodzinna jest strategiczna dla działań Unii Europejskiej?

Problem demografii dotyczy całej Europy. Choć w naszej części kontynentu jest szczególnie źle. Można próbować znaleźć środki z Europejskiego Funduszu Społecznego. Trzeba starać się, aby nowa kadencja Parlamentu Europejskiego dostrzegła problem demokracji i podjęła konkretne działania, aby poprawić obecną sytuację. Jednak nie może to dokonać się na zasadzie transakcji, aby dać rodzinom pieniądze, a w zamian zwiększyć nad nią kontrolę.

Gdzie dziś polska rodzina może szukać wsparcia? W Unii Europejskiej, czy w Polsce? Na tym etapie dyskusja powinna się odbyć w Polsce. Nasz kraj nie wykorzystał obecności w Unii do poprawy jakości życia rodziny. Dlatego wyemigrowało stąd tak wielu Polaków. Dziś trzeba zadbać o trzy elementy: rodzina, mieszkanie, praca. Dodrukowanie pieniędzy się nie uda, ale można sprawić, że trafią one wprost do rodzin – to jest zadanie rozsądnej polityki. Mieć na uwadze też trzeba wysokie bezrobocie i fatalną jakość kursów przygotowujących do podjęcia nowej pracy, które nie przynoszą skutków.

A co z mieszkaniami? Budować lokale socjalne­

Czemu nie dać w dzierżawę wieczystą ziemi należącej do państwa? I nie chodzi tu o rozdawnictwo, lecz o otworzenie przystępnego dla ludzi rynku nieruchomości. Przecież można stworzyć formułę, według której, pod pewnymi warunkami obniża się koszt takiej nieruchomości. Gdy damy ludziom miejsce, tam powstanie dom wraz z całym wyposażeniem. Tworzy się klasa średnia i zwiększa dobrobyt. To powoduje ustabilizowanie i poczucie komfortu. Gdy ludzie będą czuć się dobrze, zostaną w Polsce. Dalej można wymieniać konsekwencje. Jednak już widać dobre skutki takiej polityki. Tam gdzie jest rynek, tam nakręca się gospodarka. A Wtedy zwiększa się zysk państwa.  

Zbuduję dom, zasadzę drzewo, będę miał dzieci?!

Dokładnie.

Paweł Kowal

Paweł Kowal

Zobacz inne artykuły tego autora >
Krzysztof Skórzyński

Krzysztof Skórzyński

Zobacz inne artykuły tego autora >
Paweł Kowal
Paweł
Kowal
zobacz artykuly tego autora >
Krzysztof Skórzyński
Krzysztof
Skórzyński
zobacz artykuly tego autora >