Nasze projekty

Cud narodzin

Zapytaliśmy świeżo upieczone mamy dlaczego narodziny są cudem!

Reklama
Brygida Grysiak
Mama Antosia i Marysi. Dziennikarka TVN24. Autorka książek: „Wybrałam życie”, „Miejsce dla każdego. Opowieść o świętości Jana Pawła II„, „Najbardziej lubił wtorki”
Cud narodzin
Brygida Grysiak

Nie myślałaś, że umiesz tak kochać

 

Kiedy leżałam w szpitalu w oczekiwaniu na Marysię, dzieliłam salę z dwiema mamami. Dużo rozmawiałyśmy. W tle biły serca naszych Dzieci. Biły głośno. Aparaty do kardiotokografii (KTG) pracowały godzinami. Mamy przychodziły i odchodziły, kiedy nadchodził czas porodu. Nie wszystkie były blisko Kościoła. Jedna mówiła otwarcie, że w Boga nie wierzy. Mimo to, któregoś razu rozmawiałyśmy właśnie o cudzie narodzin. O tym, że w narodzinach Dziecka jest coś „nadprzyrodzonego”, „jakaś metafizyka”, „tajemnica”, jakiś „pierwiastek Boga”. Mamy, które spotkałam w szpitalu – wierzyły, czy nie – czuły, że to więcej niż tylko biologia.

Reklama
Reklama

 

Jednego dnia Twoje Dziecko jest Punktem pulsującym na ekranie monitora USG, kilka miesięcy później trzymasz ten „Punkt” w ramionach. To jest Cud. Ale zanim się dokona, uczestniczysz w czymś, co zmienia na zawsze. Czas się zatrzymał. Położna głaszcze Cię po głowie. I mówi, że będzie dobrze. Wierzysz, że będzie. Czekasz na pierwszy płacz. Słyszysz. I płaczecie już razem. Ty i Twoje Dziecko. Cud. Pierwszego spotkania, dotyku, pierwszego pocałunku. Przeczytałam kiedyś, że zrobić zdjęcie w takim momencie, to jak uchwycić w kadrze rękę Boga. Bo ona tam jest. Niesie Twoje Dziecko między światami. Będzie niosła przez dzieciństwo, młodość i dorosłe życie. Jak niosła Ciebie. Cud. Czujesz spokój. Mimo burzy. Ból nie wygrywa. Mimo, że waży więcej. Bo Ty jesteś silna jak nigdy dotąd. Miłością do swojego Dziecka. Dlatego narodziny są cudem.

 

Reklama
Reklama

Bo nowe Życie – w swojej kruchości – przynosi Miłość tak wielką, że nawet nie myślałaś, że umiesz tak kochać. Nie ma większego szczęścia niż kochać tak bardzo.

 

 

Reklama
Dominika Figurska
Mama Nastusi, Matyldy, Józefa, Piotrusia i Jana Pawła. Aktorka teatralna i filmowa. Absolwentka Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Od 2001 roku występuje w Teatrze Polskim we Wrocławiu.
Cud narodzin
Dominika Figurska

Coraz większy cud

Miesiąc temu urodziłam Jana Pawła, trzeciego syna – nasze piąte dziecko. Mogłoby się wydawać, że gdy się rodzi kolejny raz, wszystko się już wie, bo wszelkie emocje okrzepły i spowszedniały. Nic podobnego!

 

Pojawienie się nowego człowieka, to dla mnie zawsze największy cud, najbardziej intymne i wielkie wydarzenie w życiu. Podczas ciąży jakoś intuicyjnie dystansuję się wobec tego, co mnie czeka. Nie unoszę się, nie przeżywam stanu euforii. Może wynika to z lęku, który odczuwa każda matka: czy dziecko urodzi się zdrowe, czy wszystko będzie dobrze. Sama sobie stawiam lekką granicę radości. 

 

Gdy dziecko jest już narodzone i widzę go po raz pierwszy, doświadczam natychmiast poczucia absolutnego szczęścia. Ma być przy mnie, mam je przytulać, dotykać. Gdy tuż po porodzie pielęgniarka próbuje mi dziecko na chwilę zabrać, by je zważyć i zmierzyć, niezbyt mi się to podoba…. Kontempluję każdy milimetr dziecięcego ciała.

 

A rodząc, czekam na ten pierwszy krzyk, który przecież pojawia się w różnym momencie. Trwają mikrosekundy, które dla mnie są wiecznością, a ja z niepokojem wsłuchuję się w dzieciątko: czy zapłacze, dlaczego nie płacze. O, jak wspaniale płacze! I ja płaczę ze szczęścia razem z nim. Fascynuje mnie też, że zawsze wiem, rozpoznaję po płaczu, że to właśnie moje maleństwo kwili. Choćby na sali było dziesięć innych płaczących niemowląt, ja swoje dziecko rozpoznam z daleka po głosie.

 

Tak samo rozpoznawałam pierwszą Nastusię, potem Matyldzię, Józefa, Piotrusia i teraz Jana Pawła. Nie było żadnej różnicy. Chociaż… przy każdym kolejnym dziecku towarzyszy mi chyba coraz większe wzruszenie. Coraz większy cud.

 

Agata Puścikowska
Mama Anieli, Juliana, Justyna, Klary i Jana Pawła. Redaktorka oraz dziennikarka Gościa Niedzielnego. Absolwentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracowała m.in z Religia.TV (Piąta strona nieba, Cotygodnik). 
Cud narodzin
Agata Puścikowska

Do cudu trzeba… dojrzeć

Pierwsza ciąża – była trochę jak nierealna euforia. Mimo trudności, towarzyszyła mi nadrealna świadomość, że „będzie dobrze”. I było. Nadrealnie, mistycznie, hurraoptymistycznie. Do momentu porodu. Tu rzeczywistość ostro skrzyknęła, mimo wielkich przygotowań, szkół rodzenia, nabycia i przyswojenia miliona mądrych, teoretycznych treści. I mimo wspaniałej położnej, która robiła co mogła. Niestety ja nie mogłam. W efekcie, gdy (jakoś) urodziłam – zdołałam pomyśleć tylko „Jejku, koniec koszmaru”. Nie wdając się w szczegóły, mimo zapowiadanych wspaniałości, opisywanego w książce natychmiastowego „zakochania się” w dziecku, szaleństwa nie było.

 

Odczuwanego cudu nie było.

 

Choć mały cud leżał obok i płakał. Pozostał ból połączony z zawodem, że przecież miało być tak pięknie, tymczasem było… dość strasznie.

 

Z perspektywy czasu wiem, że po ekstremalnych doświadczeniach porodowych – trudno o natychmiastową akceptację bólu, fizjologii i… dziecka. Wtedy jednak nie widziałam.

 

Niepotrzebnie i krzywdząco oskarżałam się o brak natychmiastowego, poporodowego „Alleluja”.

 

Mijały dni, miesiące. Córka rosła, a bezwarunkowa miłość do niej – wzrastała. I pozostała. Dziś ma już 12 lat i wraz ze wspaniałą córką, wciąż rośnie.

Wniosek: czasem cuda przychodzą z opóźnieniem. Nie wszystkie kobiety mają szczęście od razu po porodzie cieszyć się dzieckiem i „upajać zapachem maluszka”. I trzeba to po prostu zaakceptować.

 

Mijały lata. Przyszło i doświadczenie, i pewna życiowa twardość. Pojawiały się kolejne dzieci, a ja – mimo bólu, trudu, walki, gdy tylko witałam je na świecie, niemal od razu „zakochiwałam się” do szaleństwa. Coraz bardziej i pełniej. Pół roku temu, mimo cesarskiego cięcia, gdy ujrzałam najmłodszego synka, Jana Pawła, doświadczyłam stanu niemal euforycznego. Doświadczenie przepiękne: Jaś płakał na rękach pielęgniarki. Przytulony do mojego polika, natychmiast się uspokajał, uciszał. Dostawał i dawał poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Do cudu musiałam dojrzeć.

Małgorzata Terlikowska
Mama Marysi, Zosi, Mikołaja, Jana i Uli. Etyk, redaktor, przez lata dziennikarka radiowa. Wraz z mężem Tomaszem napisała książkę pt. „Skazani na siebie”.
Cud narodzin
Małgorzata Terlikowska

Nasz piąty cud

Ostatnie tygodnie ciąży to jak umieranie, umieranie dla nowego życia, które niebawem ma pojawić się na świecie – to zdanie przeczytane w jakimś wywiadzie siedzi mi mocno w głowie. I wraca jak bumerang.

 

 

W domu wszystko przygotowane. Torba do szpitala dawno spakowana. A we mnie nie ma radości oczekiwania. Jest za to wielkie zmęczenie i irytacja.  Niby wszystko jest w porządku. Dzieciątko raz po raz przypomina o swoim istnieniu solidnym kopniakiem w żebra lub żołądek. Nawet śmieszne są brzuchowe czkawki. Wtedy wszystkie dzieci przybiegają, kładą mi swoje rączki i się śmieją, że brzuch tak śmiesznie podskakuje. Czemu ten czas się tak wlecze. Ja już nie mogę. Dzwonię do Asi, która urodziła parę miesięcy wcześniej: – Powiedz mi, że to minie. Powiedz, że znów będę pełna sił, że znów będę biegać.

Posłuchaj – mówi mądra przyjaciółka, chcąc dodać mi otuchy – posłuchaj, jak nasze dzieciątko się śmieje. Już niebawem i u Ciebie tak będzie.

Boże drogi, przecież to nie moja pierwsza ciąża. To nie mój pierwszy poród. Przecież ja to wszystko wiem. Za chwilę urodzę piąte dziecko, a zachowuję się jak pierworódka. Chwilami, to aż się za siebie wstydzę.

 

Termin porodu mam wyznaczony na 27 grudnia, piątek po świętach. Cięcie cesarskie. Drugie już. Wcześniej trzy razy rodziłam naturalnie. Piąty poród, przecież naprawdę nie ma się czego bać. Do tego jeszcze świąteczny czas. Nastawiam budzik na 5.00. Razem ze mną budzą się dzieci. One wiedzą, że idę do szpitala, wiedzą, że wrócę z ich maleńką siostrą. O 6.30 wyjeżdżamy z domu. Jedziemy przez prawie puste o tej porze miasto. Jeszcze leniwe, ciemne, powoli budzące się do życia. Zakorkowane ulice tego dnia wyjątkowo puste, ludzie odpoczywają po świętach. Po cichu liczę, że za dwie godziny Ula się urodzi (ostatecznie urodziła się za pięć dni). Łzy mi ciekną ciurkiem, tak się boję.

 

 

Najpierw izba przyjęć, biurokracja i… jedziemy na blok porodowy. Przede mną jeszcze najgorsze – podanie znieczulenia w kręgosłup. Czuję, że łatwo nie będzie. Zresztą trzy lata wcześniej też nie było. Zbite kręgi, trzeba się sporo nagimnastykować. Anestezjolog się trochę złości. Ja nie dam rady, mam ochotę uciec. Jak to wkłucie igły boli… Gdzie to piękno porodu? Gdzie ta metafizyka? Zielone ściany, szum aparatury medycznej, ostro święcąca lampa. Nie ma ciszy, nie ma intymności, mimo szpitalnej jednorazowej koszuli, mam wrażenie, że jestem naga. Leżę na stole, obserwuję krzątaninę położnych i lekarzy.

 

W końcu na salę operacyjną może wejść mąż. Nareszcie. Od razu czuję się bezpieczniej. Nie widzimy się, ale czuję dłonie Tomasza na swojej twarzy. Głaszcze mnie, dodaje otuchy. Czuję lekkie szarpanie, tak jakby ktoś wyrywał mi część brzucha. Nie, nic nie boli. Pamiętam z poprzedniej cesarki, że za parę sekund wyjmą dziecko. Szybciej, szybciej – popędzam w myślach lekarzy. W końcu słychać krzyk. Boże, to już… Jak mi lekko, mogę zdjąć maseczkę z tlenem, mogę normalnie oddychać.

 

„Tomasz, słyszysz, płacze, bałam się, że nie zapłacze, tak jak chłopcy. Słyszysz, jak krzyczy”. Kątem oka widzę maleńką istotkę, którą lekarz szybko przenosi do kącika noworodkowego.

Tomek jest przy niej. Już ją zobaczył, daje mi znać, że wszystko dobrze, dzieciątko zdrowe. Do kogo podobna? Może do Zosi? Nie to chyba cały Jaś. Za chwilę dostaję ją na piersi. Taką pomarszczoną, opuchniętą, najpiękniejszą na świecie.

„Niech pani przywita się z córką” – zachęca położna. Głaszczę maleńkie ciałko, maleńkie rączki, chwytam za paluszki… „Witaj, Uleńko. To ja Twoja mama”.

 

To jest ta chwila, kiedy odchodzi całe napięcie i zmęczenie. Mogłybyśmy tak leżeć bez końca. Ale jeszcze na chwilę trzeba się rozstać. Tomasz dostaje noworodka, a mnie lekarze muszą pozszywać. Jak ja mu zazdroszczę. Też bym chciała wpatrywać się już w tę maleńką istotkę, taką bezradną i taką naszą, i tak bardzo od nas zależną. Mija parę minut i jedziemy na salę pooperacyjną. Jesteśmy razem. „Przystawi pani dziecko do piersi?”. Jasne, o niczym więcej nie marzę. Widać, że jest głodna, szuka piersi. Jeszcze nieporadnie, ale walczy i próbuje. Położna nam pomaga. Ssie. Kamień z serca. I tak leżymy parę godzin. Nie płacze, tylko ssie i śpi. Sporadycznie otwiera oczka. Ogrzewam ją swoim ciałem. Przesuwam na lewą stronę. Tam bije serce, tam czuje się bezpieczna. Nie chcę jej kłaść do koszyczka, chcę mieć ją cały czas przy sobie. Ulę. Nasz piąty cud.

Reklama

Najciekawsze artykuły

co tydzień w Twojej skrzynce mailowej

Raz w tygodniu otrzymasz przegląd najważniejszych artykułów ze Stacji7

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ
Reklama
WIARA I MODLITWA
Wspieraj nas na Patronite