Tam, gdzie piecze się hostie. Opłatkarnia sióstr sakramentek

W samym sercu Warszawy, w surowej zakonnej regule, modlą się i wypiekają komunikanty, nieprzerwanie od 95 lat. Siostry sakramentki potrzebują pomocy, aby kontynuować swoją pracę

Andrzej Mitek
Andrzej
Mitek
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Tam, gdzie piecze się hostie. Opłatkarnia sióstr sakramentek
W samym sercu Warszawy, w surowej zakonnej regule, modlą się i wypiekają komunikanty, nieprzerwanie od 95 lat. Siostry sakramentki potrzebują pomocy, aby kontynuować swoją pracę

Podczas Eucharystii chleb staje się Ciałem Chrystusa. Ponieważ ten chleb nie przypomina wyglądem chleba śniadaniowego czy kolacyjnego, łatwo zapomnieć o jego „chlebowej” istocie. A jednak – wypiekany wyłącznie z najlepszej pszennej mąki, otoczony modlitwą i pieczołowitą pracą takich zgromadzeń jak siostry benedyktynki sakramentki, jest najprawdziwszym niekwaszonym chlebem, który dzięki Łasce staje się Najświętszym Sakramentem.

 

Najpierw był kominek

Warszawa, ścisłe centrum, Nowe Miasto. Ogródki piwne, kawiarnie, brukowane uliczki. Gwarno, ruchliwie. Do rynku przyklejony klasztor benedyktynek-sakramentek, sióstr klauzurowych, o których można powiedzieć, że żyją w innym wymiarze rzeczywistości, są jak przeniesione w wehikule czasu. W oderwaniu od pędu stolicy, w odcięciu od świata, utrzymują się z wypiekania hostii. Dzięki sprzedaży opłatków i komunikantów mogą kontynuować swoją misję nieustającej adoracji Najświętszego Sakramentu, modlitwy i ekspiacji za grzechy, zwłaszcza przeciw Eucharystii. 

Hostie wypiekane są w opłatkarni, sięgającej tracycjami XX-lecia międzywojennego. Siostry zaczynały od wypiekania w kominku opalanym węglem, a następnie palnikami gazowymi. Po Wojnie, Powstaniu i wydobyciu opłatkarni z gruzów zniszczonej Warszawy wypiek odbywał się przy pomocy ręcznych maszyn elektrycznych. 

źródło: https://www.benedyktynki-sakramentki.org/

 

Opłatkarnia warszawskich Sióstr Sakramentek to miejsce niemal święte. Przesiąknięte wszechobecną modlitwą. Synonim „benedyktyńska praca” pasuje tu jak ulał. Wobec zalewu tanich komunikantów, wytwarzanych często z domieszką substancji niepszennych (które są niedozwolone), siostry nie chcą rezygnować z najwyższej jakości. Wyrabiają hostie z najlepszej mąki, dbając o każdy szczegół. Tak powstaje Chleb, który pod każdym względem jest godny sprawowania Eucharystii.

Pracy sióstr towarzyszy nieustanne wezwanie: “Ty, Panie Wszechmogący, stworzyłeś wszystko dla Imienia Twego, a Pokarm Twego Ciała dałeś ludziom na pożywienie, spraw łaskawie, by w Kościele i w Ojczyźnie naszej nigdy nie zabrakło zarówno Chleba Eucharystycznego, jak i tych, którzy Go przyjmują. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.”

 

Uratować opłatkarnię

Takie zakony i opłatkarnie to skarb naszego Kościoła. Skarb, który dzisiaj trzeba pomóc zachować. Aby móc konkurować z innymi wytwórniami, siostry potrzebują pilnie zmodernizować swoją opłatkarnię. Istnieje realne zagrożenie, że wytwórnia może upaść, a zgromadzenie zostanie bez środków utrzymania.

Źródło: https://www.benedyktynki-sakramentki.org/

 

Żeby benedyktyńska opłatkarnia nadal funkcjonowała, siostry muszą zastąpić maszyny ręczne – automatycznymi. Koszt całego przedsięwzięcia to 160 000 zł. Zebranie tej sumy pozwoli na zakup maszyny nowoczesnej i profesjonalnej, a siostrom umożliwi swobodne konkurowanie z opłatkarniami świeckimi. Dzięki Twojemu wsparciu siostry będą piekły nadal! 



 

Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Andrzej Mitek

Andrzej Mitek

Menadżer i wydawca w portalu Stacja7.pl. Specjalizuje się w zarządzaniu projektami i kierowaniu zespołem. Wcześniej pracował jako rzecznik prasowy jednej z największych atrakcji turystycznych na Śląsku, był także dziennikarzem "Sportu". Współtwórca podcastu „Popfiction – popkultura oczami katolików”. Zainteresowany zasadą działania wszystkiego, optymalizacją, nowymi technologiami i rozwojem osobistym. Prywatnie szczęśliwy mąż i tata, nieliczne wolne chwile przeznacza na sporty walki i domowe piwowarstwo.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Andrzej Mitek
Andrzej
Mitek
zobacz artykuly tego autora >
REPORTAŻE

Lizbona – miasto św. Antoniego

Pierwszy raz przyjechaliśmy tutaj całkiem nieprzygotowani. Nawet bez podstawowych wiadomości na temat miasta, bez wykazu miejsc, które należy zobaczyć. Chcieliśmy tu być, bo to tutaj, w Lizbonie, urodził się św. Antoni. Na całym świecie znany jest jako Antoni z Padwy, a tylko i zawsze w Portugalii – jako Antoni z Lizbony.

Piotr
Bielenin OFMConv
zobacz artykuly tego autora >

Polub nas na Facebooku!

Lizbona - miasto św. Antoniego
Pierwszy raz przyjechaliśmy tutaj całkiem nieprzygotowani. Nawet bez podstawowych wiadomości na temat miasta, bez wykazu miejsc, które należy zobaczyć. Chcieliśmy tu być, bo to tutaj, w Lizbonie, urodził się św. Antoni. Na całym świecie znany jest jako Antoni z Padwy, a tylko i zawsze w Portugalii – jako Antoni z Lizbony.

Patron zagubionych

Miasto też było nieprzygotowane na nasz przyjazd, albo raczej trzeba uczciwie powiedzieć – przygotowywało się na Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, które miały się odbyć za trzy lata w Portugalii. Lizbona była jednym wielkim placem budowy, przynajmniej tak ją zapamiętałem. Wszędzie rozkopane ulice, zwężenia i objazdy. Nie była to jeszcze era powszechnych GPS-ów, jechaliśmy więc cały czas naprzód, kierując się bardziej intuicją niż rozłożoną na kolanach mapą. Kiedy uznaliśmy wreszcie, że to chyba już centrum, pozostawiliśmy samochód w jakiejś bocznej uliczce i wyruszyliśmy na zwiedzanie. Dosłownie za rogiem weszliśmy na mało reprezentacyjny plac, na którym zobaczyliśmy piękną figurę św. Antoniego z Dzieciątkiem. Później dowiedzieliśmy się, że została ona odsłonięta i poświęcona przez św. Jana Pawła II w roku 1982, w czasie jego wizyty w Lizbonie i modlitwy w krypcie narodzin św. Antoniego, co upamiętnia wmurowana na drodze do krypty tablica. I jak tu nie wierzyć, że św. Antoni jest patronem rzeczy zgubionych i ludzi zagubionych. Przecież nawet gdybyśmy się specjalnie starali, to pewnie nie udałoby się nam tutaj trafić tak szybko, bez przewodnika czy wskazówek przechodniów.

 

Fernando Martins de Bulhões

Na początku nie jesteśmy jeszcze pewni, że to właściwe miejsce, może takich figur św. Antoniego jest więcej? Wchodzimy do kościoła i zaraz napotykamy jednego z braci franciszkanów. Przedstawiamy się i natychmiast jesteśmy oprowadzeni po całym sanktuarium. Zatrzymujemy się na dłuższą modlitwę przed kryptą, gdzie według tradycji w roku 1195 urodził się Fernando Martins de Bulhões, czyli późniejszy św. Antoni. Myślą wędruję do Padwy i do chwil kiedy modliłem się dotykając dłonią jego płyty nagrobnej. Daleką przebył drogę: z Lizbony do Koimbry, potem do Maroka, a następnie w drodze powrotnej z powodu sztormu zamiast u wybrzeży Hiszpanii wylądował na Sycylii. Później pieszo przebył cały Półwysep Apeniński, głosił słowo Boże w południowej Francji i ostatnie lata życia spędził w Dolinie Padu, a Padwa była jego ulubionym miastem, gdzie ostatecznie spoczął na wieki. A gdzie mnie zaprowadzi życie i posłuszeństwo zakonne, gdzie będzie mój grób? Trzeba jednak przerwać rozmyślanie, bo brat zakrystian już woła, że wszystko przygotowane do Mszy Świętej.

 

Sé de Lisboa

CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=161394

Fot. CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=161394

Po Eucharystii oglądamy jeszcze niewielkie muzeum antoniańskie i wędrujemy dalej. Bardzo blisko, zaledwie dwie minuty marszu, i jesteśmy w lizbońskiej katedrze. Nosi ona tytuł Najświętszej Maryi Panny Większej, ale mieszkańcy mówią krótko Sé de Lisboa. Dwie frontowe wieże i bryła tego najstarszego kościoła w Lizbonie, powstałego po zdobyciu miasta przez krzyżowców w 1147 r., bardziej przypominają warowną budowlę niż świątynię. Pomimo różnych przeróbek, związanych m.in. z trzęsieniami ziemi, które nawiedzały miasto, katedra zewnętrznie zachowała romański charakter, jedynie rozeta nad głównym wejściem zapowiada wewnątrz gotyckie elementy, choć w katedrze dominuje osiemnastowieczny wystrój rokokowy.

I tutaj odnajdujemy natychmiast ślady św. Antoniego. Znajduje się tu kaplica jemu poświęcona. Moją uwagę zwracają dwa witraże, myślę, że na obydwu jest św. Antoni. Na jednym jako o. Fernando, kanonik regularny św. Augustyna, w białym habicie z brązowym płaszczem, a na drugim jako br. Antoni, już we franciszkańskim stroju. Oglądam jeszcze starą chrzcielnicę. Czy to tu został ochrzczony? Bliskość rodzinnego domu podpowiada, że tak. A skoro w asyskiej Katedrze św. Rufi na do dziś pokazują miejsce chrztu św. Franciszka, to i katedra lizbońska mogła zachować chrzcielnicę św. Antoniego.

 

Z dala od ruchu miejskiego

Czas ruszać dalej. Na przystanku przed katedrą wsiadamy do tramwaju 28. Jazda tramwajem tej linii to ogromna frajda. Mały, żółty wagonik, wykonany z drewna wypełniony jest po brzegi pasażerami. My znajdujemy miejsce przy oknie, w którym nie ma szyby, nie wiem czy na stałe czy tylko w czasie lata. Ciekawie zerkamy też do przodu i zza pleców motorniczego widzimy jak pojazd cierpliwie wspina się po stromych i ciasnych uliczkach. Mija zaparkowane samochody, choć czasami wydaje się, że ich zarysowanie jest nieuniknione. W pewnym momencie dla kawału udajemy, że chcemy zerwać suszące się w oknie jednego z domów pranie, co budzi ogólną wesołość współpasażerów. Wysiadamy po kilku przystankach, aby z góry podziwiać wspaniały widok na miasto. Następnie zanurzamy się w wąskie uliczki i odchodzimy jak najdalej od tras wydeptanych przez turystów, aby w jakimś zaułku usiąść pod parasolem przy jednym z kilku stolików niewielkiej restauracji. Tu nie słyszy się innej mowy, króluje język portugalski. Zaglądają tu chyba jednak czasami turyści, bo w karcie znajdujemy nazwy potraw także po angielsku, niektóre z zabawnymi błędami. Jedzenie tutaj jest bardzo dobre, a ceny zaskakująco niskie. Kiedy delektujemy się na koniec posiłku filiżanką kawy, mocnej i aromatycznej, rozpoczyna się występ artystów. Cała trójka przynajmniej w średnim wieku, ona śpiewa jakby pełna melancholii czy tęsknoty, oni akompaniują jej grając klasycznie na gitarach. Muzyka przemawia do ucha, ale jeszcze bardziej do serca, to portugalskie fado, powstałe właśnie tu, w lizbońskiej dzielnicy Alfama. Siedzimy zasłuchani dłuższą chwilę, aż zapadający zmrok przypomina, że trzeba wracać. Schodzimy w dół wąskimi uliczkami, czasami przecinając podwórka kamienic, gdzie dopiero teraz kiedy zachodzi palące słońce zaczyna toczyć się życie. Starsze kobiety rozmawiają siedząc na wyniesionych z domu krzesłach, dzieci bawią się w najlepsze, a z drzwi baru wypełnionego mężczyznami bucha dźwięk telewizora, po którego ekranie biegają za piłką zawodnicy. Wydaje się, że pośpiech i troski nie mają tu wstępu, a ludzie wiedzą co w życiu liczy się rzeczywiście.

 

 

W porcie

Na drugi dzień oglądamy Lizbonę z wody. Zaczynamy tam, gdzie mieszają się wody Tagu z tymi atlantyckimi i płyniemy w głąb lądu, tak więc miasto leżące na prawym brzegu rzeki, mamy po lewej stronie. Pierwsze dwie ciekawe budowle wpisane są na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. To Torre de Belém, postawiona w epoce wielkich odkryć geograficznych na początku XVI w. w nurcie rzeki wieża, która była strażnicą lizbońskiego portu, a także punktem orientacyjnym i znakiem bliskości domu dla wracających do ojczyzny żeglarzy oraz symbolem morskiej potęg Portugalii. W głębi lądu widać drugą – Klasztor Hieronimitów. Zbudowany jako wyraz dziękczynienia za szczęśliwą wyprawę Vasco da Gamy do Indii, w pierwszej połowie XVI w. Uważany jest za doskonały przykład stylu manuelińskiego, będącego charakterystyczną dla Portugalii mieszanką gotyku i renesansu. W tej samej chwili mijamy monumentalny Pomnik Odkrywców nawiązujący kształtem do historycznego żaglowca. Na jego dziobie, wystającym ponad lustro wody, stoi książę Henryk Żeglarz, uważany za twórcę portugalskiego imperium kolonialnego, z modelem karaweli w jednej ręce i mapą świata w drugiej. Dalej stoją Vasco da Gama i Luís Vaz de Camões oraz inni portugalscy bohaterowie, niekoniecznie związani z morzem.

 

🔷 PRZECZYTAJ: Cuda świętego Antoniego

 

Po pewnym czasie przepływamy pod Mostem 25 Kwietnia. Oddany do użytku w 1966 r. był pierwszym mostem łączącym Lizbonę z drugim brzegiem rzeki. Zaraz za mostem na lewym brzegu króluje ustawiona na wysokim postumencie figura Chrystusa Zbawiciela, wybudowana w 1959 r. Konstrukcja liczy sto dziesięć metrów, a sama statua ma ich dwadzieścia osiem. Nawiązując do bliskości mostu i monumentu ktoś rzuca żart, że błyskawicznie przenieśliśmy się z San Francisco do Rio de Janeiro. Ktoś inny dodaje, że są i analogie z innymi miastami, i że Lizbona, jak Rzym, zbudowana jest na siedmiu wzgórzach, a wreszcie, że jest jak Paryż bo ma Windę Santa Justa, czterdziestopięciometrową konstrukcję wykonaną w stylu neogotyckim, której architektura i historia przypomina tę Wieży Eiffla. W wesołej atmosferze cumujemy w porcie.

 

MOST 25 KWIETNIA, POMNIK CRISTO REI

Park Narodów

Wracamy do samochodu i zgodnie z sugestią jednego z braci franciszkanów jedziemy na tereny zbudowane z okazji odbywającej się w 1998 r. w Lizbonie wystawy Expo. Park Narodów, bo tak nazywane jest teraz to miejsce położone wzdłuż rzeki Tag, to wizytówka współczesnej architektury Lizbony. To naprawdę warto zobaczyć. My kierujemy swoje kroki do Oceanarium, otwartego właśnie na wystawę Expo. To największe Oceanarium w Europie, w którym zobaczyć można ponad dwadzieścia pięć tysięcy morskich stworzeń z całego świata. Szczególne wrażenie robi główny zbiornik, w którym można podziwiać pływające rekiny, tuńczyki, ogromne płaszczki. Jestem jakby w innym świecie, odczuwam zachwyt i ogromną wdzięczność dla Stwórcy za te wszystkie Jego dzieła i myślę, że ma też ogromne poczucie humoru, skoro oprócz żyrafy, słonia i hipopotama stworzył samogłowa – rybę dokładnie taką, jak opisuje to jej nazwa, i to nie jakąś rybkę, ale stworzenie większe od człowieka. Przeżycia są takie, że łagodzą bez reszty ból wywołany ceną wcale niemałego biletu wstępu. Przychodzi jednak czas, aby ruszać dalej.

 

Dom rodzinny przyjaciela

Przejeżdżamy na drugą stronę Tagu imponującym mostem Vasco da Gamy, otwartym również z okazji Expo i nazwanym imieniem tego portugalskiego żeglarza w pięćsetlecie odkrycia przez niego drogi morskiej do Indii. Most ma ponad siedemnaście kilometrów długości i ponad osiemsetmetrowe przęsło główne. Po sześciu pasach ruchu można mknąć z prędkością ponad sto kilometrów na godzinę. Oglądam się wstecz i obiecuję sobie, że jeszcze tutaj przyjadę, bo wszystko odbywało się za szybko i do wielu miejsc chciałbym wrócić, a niektórych nie udało się zobaczyć, jak choćby Klasztoru św. Wincentego za Murami, w którym pierwsze lata swojego zakonnego, augustiańskiego życia, spędził św. Antoni. Bardzo polubiłem to miasto, miasto z duszą, a dla mnie także zawsze miasto św. Antoniego, dom rodzinny przyjaciela.

 


Zapraszamy do lektury czasopisma “Posłaniec“, wydawanego przez Ojców Franciszkanów >>>


 


Partnerem wydania “Szlakiem świętych” jest biuro pielgrzymkowe Misja Travel


Szukasz wartościowych treści?

Zapisz się na cotygodniowy newsletter Stacji7


🔷 Jej bajka urzekła o. Adama Szustaka. Obejrzyj odcinek "Piernikowych Bajek"! ⤵️


 

 

Piotr Bielenin OFMConv

Teolog, pasjonat historii, gwardian klasztoru i rektor bazyliki św. Franciszka z Asyżu w Krakowie.

Zobacz inne artykuły tego autora >
Piotr
Bielenin OFMConv
zobacz artykuly tego autora >